oto I owo

„Musi tak być? Tak musi być!”

Posted in Uncategorized by hajton on 20 lipca 2016

Beethoven op 135 grave„Napastnicy zaczęli unosić ramiona, starając się nie uronić cennej a złowieszczej zawartości zaciśniętych pięści. Zrozumiałem, że mój czas się zbliża. Jeszcze moment a rzucą we mnie śmiercionośną mieszaniną. Podniosłem głowę. Na zaokrąglonym sklepieniu sufitu widniał czarny, prawdopodobnie płomieniem świecy wykonany napis: Muss es sein? Es muss sein!” 

Pamiętny cytat nie bez powodu wrył się w pamięć Bartosza Czarnoleskiego. Altowiolista znajduje się na tropie sensacyjnej zagadki historycznej, która zajmuje jego umysł we śnie i na jawie. Dlaczego ostatnią część swego ostatniego dzieła Ludwig van Beethoven opatrzył pytaniem: Muss es sein? (Musi tak być?) i odpowiedzią: Es muss sein! (Tak musi być!). Czy w pełni świadom, że będą to jego ostatnie takty, nie mógł się zdecydować na skomponowanie finału? I dopiero, ulegając presji wydawcy, z rezygnacją, ale i nadzieją dopisał słynne motto? Wśród badaczy Beethovenowskiej spuścizny są jednak i tacy, którzy uważają, że Kwartet op.135 wcale nie miał być ostatni; wręcz przeciwnie, tonacja F-dur zawsze otwierała u Beethovena nowy cykl kwartetów, a nie zamykała stary. Słowa zespolone są z melodią, w pytaniu – krańcowo dramatyczną, w odpowiedzi – zaskakująco pogodną. Jakby twórca postanowił nas zostawić z otuchą w sercu.

Część trzecią, Assai lento kompozytor również maluje dwiema barwami. Ciemną, ponurą, ciążącą ku ziemi jak suma wszystkich lęków i jasną, strzelistą, która w końcowym fragmencie wspina się ku niebu i zastyga przez moment na wysokim b, jak nadzieja, jak obietnica.

Przedtem Vivace, część druga. Nie znam drugiego utworu obdarzonego podobną dozą szaleństwa, które staje się energią w najczystszej postaci.

Allegretto otwierające Kwartet F-dur op. 135 jest jak dłoń wyciągnięta w przyszłość, jak pałeczka przekazana przyszłym twórcom w sztafecie rozwoju muzyki.

To wszystko do posłuchania – a również dowiedzenia się więcej o detektywistycznych zamiłowaniach Altowiolisty – już wkrótce, w sobotę trzydziestego lipca 2016 roku w Sali Kameralnej Filharmonii Szczecińskiej.

Reklamy

Muzyczny Ex Libris

Posted in książki, literatura, muzyka by hajton on 9 lipca 2016

ex libris 1Któregoś nocy spłynęło na mnie olśnienie (olśnienia wolą noc). A gdyby tak zorganizować koncert składający się z utworów/bohaterów moich książek? Do realizacji pomysłu najbardziej nadawała się forma kwartetu smyczkowego. Tak w Altowioliście jak i w Ostatnim koncercie ważną rolę odgrywają koncerty kameralne, w których dobór programów jest dalece nieprzypadkowy. Lecz do tanga trzeba dwojga (do tanga?! tak, jeszcze się pojawi!). W naszym przypadku – czworga, i to tylko do jednej ze stron. Z drugiej potrzebny jest ktoś, kto owej czwórce udzieli artystycznej gościny. Tym „kimś” okazała się Filharmonia Szczecińska, która zdecydowała się przyjąć nas w progach swej nowej koncertowej siedziby, w sobotę, 30 lipca 2016 roku, o godzinie 17.00.

Zaczniemy od drugiej części przygód Altowiolisty, w której Bartek Czarnoleski wraz z przyjaciółmi zakłada zespół kameralny. Koncert otworzy – jakże właściwy na letni wieczór – Kwartet Skowronkowy op.64 nr 5 Josepha Haydna. Kolejny utwór określiłbym nie inaczej, jak mianem sensacji. Sześć bagatel op.9 Antona Weberna, to – według kompozytora – „być może najkrótsze utwory muzyczne jakie do tej pory skomponowano”. Ale niech nas nie zmyli ani nazwa ani rozmiar. Zaznaczając z chirurgiczną wręcz precyzją kilka punktów dźwiękowych kompozytor otwiera wyobraźnię słuchacza na świat porównywalny z brzmieniowym bogactwem symfonii Gustawa Mahlera. Czy jest to możliwe? Czy w ciągu niespełna czterech minut jesteśmy w stanie wchłonąć ogromną, choć naszkicowaną jedynie, porcję piękna? Warto się przekonać. Na koniec części pierwszej, niczym gorące sirocco przeleci jeszcze Serenada Włoska Hugo Wolfa. Słuchając muzyki jakby przywianej prosto z toskańskich pagórków trudno uwierzyć, że kompozytor stał się pierwowzorem jednej z najtragiczniejszych postaci literackich (Adrian Leverkühn, mannowski Doktor Faustus).

Druga część koncertu przeniesie nas w inny czas i miejsce. Do gmachu Filharmonii Krakowickiej im. Mieczysława Karłowicza (a jakże!). W jego zakamarkach bohater odnajduje program koncertu, który odbył się 3 grudnia 1939 roku. Chodzi o występ słynnego Kwartetu Gudelsteina. Niestety, los muzyków jest przesądzony: zaraz po koncercie mają zostać aresztowani, a ich instrumenty, arcydzieła lutnicze Lucci Silvariego trafią w niepowołane ręce. Ale zanim to się stanie, tak muzycy, jak i instrumenty znikają, dosłownie rozpływają się w powietrzu…

Finałem dramatycznego koncertu jest ostatni utwór Ludwiga van Beethovena, Kwartet smyczkowy F-dur op.135, obdarzony tajemniczą inskrypcją: Muss es sein? Es muss sein! Czy tak musi być? Tak, musi tak być. 

Czego dotyczyła? Co stało się z artystami i instrumentami? Czy Bartek wpadnie na ich trop, odkrywając przy okazji coś jeszcze; jedno z najsłynniejszych na świecie (jubilerskich) jajek? O tych i o wielu innych zagadkach, tajemnicach, sensacjach, powiązaniach muzyki, historii i kryminału dowiedzą się słuchacze lipcowego koncertu. A jeśli ktoś zechce pogłębić znajomość z Altowiolistą, będzie i taka możliwość. Wśród uczestników koncertu rozlosujemy po kilka egzemplarzy obu książek.

Aby wyjść trochę poza ich obszar, na koniec – niespodzianka. Co to za niespodzianka – powie ktoś – którą anonsuje się miesiąc przed faktem? A jednak będę się upierał, że twórczość Astora Piazzoli jest zaskakująca. Połączenie muzyki tanecznej (tango!) z koncertową, nostalgii z pasją, a także działające na wyobraźnię tytuły, czynią z nich doskonałe zwieńczenie koncertu muzyczno/literackiego. Ale te tytuły niech pozostaną niespodzianką do końca.

Szanghaj – Traviata – Szczecin

Posted in muzyka, nierecenzje by hajton on 28 marca 2016

Zalety architektoniczne i akustyczne nowego gmachu Filharmonii Szczecińskiej opisano już wielokrotnie. Zamieniając przymiotniki na „muzyczne” i „artystyczne”, to samo można by powiedzieć o kameralistach z Szanghaju. Ale niekoniecznie u nas. Shanghai Quartet koncertuje przede wszystkim na rynku azjatyckim (Chiny, Japonia, Korea Płd.) i amerykańskim. Na szczęście kwartet jest bytem wędrującym, istnieje więc szansa, że któregoś dnia zawita tam, gdzie się właśnie znajdujemy. A co dopiero, gdy będzie to miejsce, w którym jego walory mogą zabrzmieć w całej pełni! Taka szczęśliwa okoliczność wydarzyła się w Filharmonii Szczecińskiej 21 marca 2016 roku, w ramach XX Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Dla zdecydowanej większości słuchaczy (łącznie z niżej podpisanym), była to pierwsza szansa na bezpośrednie zapoznanie się z kunsztem wykonawczym azjatyckiego zespołu. Program koncertu zawierał dwa arcydzieła muzyki kameralnej: Pierwszy Kwartet smyczkowy a-moll op. 7 Béli Bartóka i Kwartet smyczkowy nr 15 a-moll op.132 Ludwiga van Beethovena. Nie mogłem przepuścić takiej okazji.

Nie będę rozpisywał się o krystalicznej intonacji czy organicznej wręcz prezentacji materiału muzycznego. Dla zespołu takiej – jak się okazało – klasy, są to elementy oczywiste. Nie mam także zamiaru rozwodzić się na temat indywidualnych i zespołowych trudności wykonawczych obu utworów (ich skalę w Kwartecie Bartóka poznałem osobiście). Chciałbym natomiast poświęcić słów kilka pewnemu elementowi, który wyróżnia zespół z Szanghaju na tle plejady najwybitniejszych kwartetów smyczkowych XXI wieku. To niezwykły, panteistyczny rzekłbym, stosunek do dźwięku. Jego brzmienie jest jak ruch chmur, które zmieniają formy w sposób niezauważalny dla oka, jak woda przelewająca się w górskim strumieniu, bez początku i bez końca, jak powietrze, którym oddychamy, niby wciąż takie samo, a przecież ciągle inne. Owszem, jeśli trzeba, początki fraz są wyraźnie zarysowane, ale nigdy brutalne. Podobnie jak ich końcówki – zdecydowane, gdy żąda tego kompozytor, ale nie gwałtowne, nigdy nie więżą dźwięków, nie zamykają im drogi powrotu do świata, z którego przybyły. Ten dźwięk przemawia barwą i dynamiką – diapazon możliwości od pianissimo do fortissimo jest tu ogromny – jednak nigdy nie staje się ostry. Jego genezy doszukiwałbym się w brzmieniu chińskich skrzypiec erhu, na których gra agresywna po prostu nie jest możliwa. Mamy więc sytuację, w której muzyka szeroko rozumianego Zachodu spotyka się z wrażliwością szeroko rozumianego Wschodu, co owocuje interpretację odkrywczą, przynosi efekt odmienny, wzbogacający nasze rozumienie sztuki i sytuujący wybitne dzieła muzyczne w nowych przestrzeniach. Niezwykle plastyczna narracja nabiera momentami znamion wyświetlanych w przestrzeni hologramów. Szczególnie poruszający wydał mi się fragment wolnej części kwartetu Beethovena, który brzmiał jak wyimek z Genesis – wyłanianie się lądów spośród morza ognia i lawy, potem jakiś rys powstawania gotyckich katedr, w końcu – no dobrze, niech będzie! – upadek Konzerthausu i pnące się w jego miejsce wieże lodowego pałacu – Filharmonii Szczecińskiej… Występ kameralistów z Szanghaju opatrzył komentarzem Piotr Urbański, stały prelegent cyklu koncertów kameralnych. A sposób w jaki to czynił – dzięki odpowiedniej proporcji między informacjami merytorycznymi, a ciekawostkami – wydatnie zaostrzał apetyt na wysłuchanie omawianych dzieł.

Następnego ranka świat obiegła wiadomość o zamachach terrorystycznych w Brukseli. Tegoż wieczoru, w przepięknie odnowionej, nieodległej od Filharmonii, Operze na Zamku, miała zabrzmieć La Traviata Giuseppe Verdiego.

This will be our reply to violence: to make music more intensely, more beautifully, more devotedly than ever before – Naszą odpowiedzią na przemoc będzie granie muzyki intensywniejsze, piękniejsze, pełniejsze oddania niż kiedykolwiek przedtem – można by przetłumaczyć słowa Leonarda Bernsteina.

Spektakl został poprzedzony minutą ciszy. Było to właściwe wprowadzenie w jego atmosferę, która – choć początkowo pełna życia i użycia – wiedzie w rejony samotności, cierpienia i umierania. Wykonawcy sprostali niełatwemu zadaniu. Od z zaangażowaniem grającej orkiestry, przez sprawny chór i balet, do dyrygenta, który pewnie koordynował działania sceniczne z orkiestrowymi. Od różnorodnej, choć nie przytłaczającej scenografii, do interesujących pomysłów reżyserskich, na przykład multiplikowania postaci umierającej bohaterki. W końcu zespół śpiewaków, pośród których blaskiem pierwszej wielkości świeci tytułowa Traviata – Marcelina Beucher. Artystka zachwyciła mnie już w finale Konkursu Wokalnego IVC w holenderskim ’s-Hertogenbosch (50th International Vocal Competition) we wrześniu 2014 roku, w trakcie którego wspaniale wykonała arię z Halki Stanisława Moniuszki (Halka Pani Marceliny). Powiedzieć, że w roli Violetty spełniła nadzieje, z którymi wybrałem się na spektakl, to powiedzieć za mało. Śpiewaczka to urzekała kantyleną, to znów bez wysiłku mierzyła się z najtrudniejszymi pasażami. Jeśli dodamy do tego zadania aktorskie, które wymuszały śpiew w bardzo nienaturalnych pozycjach (gdy leżąc zwija się z bólu), otrzymamy pełniejszy obraz tego poruszającego występu. Jej wykonanie rozbudowanej partii Violetty (prawie dwie godziny czystego śpiewu) wzbudziłoby aplauz na najbardziej prestiżowych scenach operowych świata. Jej głos – srebro, mosiądz i złoto – wydaje się predestynować artystkę do zmierzenia się także z repertuarem wagnerowskim. Chciałoby się, aby po anonsowanym na rok 2019 debiucie reżyserskim Mariusza Trelińskiego w Bayreuth (Tannhäuser), w niedalekiej przyszłości w Teatrze na Wzgórzu wystąpiła także polska śpiewaczka.

Dodam jeszcze, że dzielną współsłuchaczką opisywanych koncertów była moja Mama, która generalnie podpisuje się pod powyższymi słowami, choć akcentuje większy jeszcze zachwyt dla Wykonawców.

WP_20160322_010