oto I owo

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!

Muzyczny Ex Libris

Posted in książki, literatura, muzyka by hajton on 9 lipca 2016

ex libris 1Któregoś nocy spłynęło na mnie olśnienie (olśnienia wolą noc). A gdyby tak zorganizować koncert składający się z utworów/bohaterów moich książek? Do realizacji pomysłu najbardziej nadawała się forma kwartetu smyczkowego. Tak w Altowioliście jak i w Ostatnim koncercie ważną rolę odgrywają koncerty kameralne, w których dobór programów jest dalece nieprzypadkowy. Lecz do tanga trzeba dwojga (do tanga?! tak, jeszcze się pojawi!). W naszym przypadku – czworga, i to tylko do jednej ze stron. Z drugiej potrzebny jest ktoś, kto owej czwórce udzieli artystycznej gościny. Tym „kimś” okazała się Filharmonia Szczecińska, która zdecydowała się przyjąć nas w progach swej nowej koncertowej siedziby, w sobotę, 30 lipca 2016 roku, o godzinie 17.00.

Zaczniemy od drugiej części przygód Altowiolisty, w której Bartek Czarnoleski wraz z przyjaciółmi zakłada zespół kameralny. Koncert otworzy – jakże właściwy na letni wieczór – Kwartet Skowronkowy op.64 nr 5 Josepha Haydna. Kolejny utwór określiłbym nie inaczej, jak mianem sensacji. Sześć bagatel op.9 Antona Weberna, to – według kompozytora – „być może najkrótsze utwory muzyczne jakie do tej pory skomponowano”. Ale niech nas nie zmyli ani nazwa ani rozmiar. Zaznaczając z chirurgiczną wręcz precyzją kilka punktów dźwiękowych kompozytor otwiera wyobraźnię słuchacza na świat porównywalny z brzmieniowym bogactwem symfonii Gustawa Mahlera. Czy jest to możliwe? Czy w ciągu niespełna czterech minut jesteśmy w stanie wchłonąć ogromną, choć naszkicowaną jedynie, porcję piękna? Warto się przekonać. Na koniec części pierwszej, niczym gorące sirocco przeleci jeszcze Serenada Włoska Hugo Wolfa. Słuchając muzyki jakby przywianej prosto z toskańskich pagórków trudno uwierzyć, że kompozytor stał się pierwowzorem jednej z najtragiczniejszych postaci literackich (Adrian Leverkühn, mannowski Doktor Faustus).

Druga część koncertu przeniesie nas w inny czas i miejsce. Do gmachu Filharmonii Krakowickiej im. Mieczysława Karłowicza (a jakże!). W jego zakamarkach bohater odnajduje program koncertu, który odbył się 3 grudnia 1939 roku. Chodzi o występ słynnego Kwartetu Gudelsteina. Niestety, los muzyków jest przesądzony: zaraz po koncercie mają zostać aresztowani, a ich instrumenty, arcydzieła lutnicze Lucci Silvariego trafią w niepowołane ręce. Ale zanim to się stanie, tak muzycy, jak i instrumenty znikają, dosłownie rozpływają się w powietrzu…

Finałem dramatycznego koncertu jest ostatni utwór Ludwiga van Beethovena, Kwartet smyczkowy F-dur op.135, obdarzony tajemniczą inskrypcją: Muss es sein? Es muss sein! Czy tak musi być? Tak, musi tak być. 

Czego dotyczyła? Co stało się z artystami i instrumentami? Czy Bartek wpadnie na ich trop, odkrywając przy okazji coś jeszcze; jedno z najsłynniejszych na świecie (jubilerskich) jajek? O tych i o wielu innych zagadkach, tajemnicach, sensacjach, powiązaniach muzyki, historii i kryminału dowiedzą się słuchacze lipcowego koncertu. A jeśli ktoś zechce pogłębić znajomość z Altowiolistą, będzie i taka możliwość. Wśród uczestników koncertu rozlosujemy po kilka egzemplarzy obu książek.

Aby wyjść trochę poza ich obszar, na koniec – niespodzianka. Co to za niespodzianka – powie ktoś – którą anonsuje się miesiąc przed faktem? A jednak będę się upierał, że twórczość Astora Piazzoli jest zaskakująca. Połączenie muzyki tanecznej (tango!) z koncertową, nostalgii z pasją, a także działające na wyobraźnię tytuły, czynią z nich doskonałe zwieńczenie koncertu muzyczno/literackiego. Ale te tytuły niech pozostaną niespodzianką do końca.

Altowiolista – zwiastun książki

Posted in O KSIAŻKACH by hajton on 5 października 2012

Drzwi a sprawa Czarnoleskiego

Posted in książki, O KSIAŻKACH, zabawy literackie by hajton on 5 Maj 2012

Jakiś czas temu zdarzyło mi się dość nieopatrznie zobowiązać do napisania recenzji „Ostatniego koncertu”  (https://hajton.wordpress.com/2012/02/29/ostatni-koncert/). Mało tego; aby nie być posądzonym, że się czepiam – a już zwłaszcza, przystępuję do pisania tekstu z gotową tezą – miałem przyjrzeć się „dziełu” od zgoła nietypowej strony. Trudno i darmo – jak mawiała moja babcia. Słowo się rzekło. Niech częstotliwość i sposób pojawiania się w książce… drzwi, tak właśnie, najróżniejszych drzwi, da odpowiedź na proste pytanie: czy B. C. nie próbował czasem wyważyć tych, które od dawna już są otwarte?..

Na początku występują jako figura czysto metaforyczna.

  • Czytelnicy zamykali z westchnieniem książkę, a bohaterowie – z ulgą – drzwi, by przekonać się już wkrótce, że magia, niezwykłość, krótkotrwała intensywność, mogąca tygodniową zawartością wypełnić i pół ludzkiego życia – musiały znaleźć kompensację w bytowaniu może faktycznie długim i szczęśliwym, ale także nieco… codziennym.

Za to już w kolejnych pojawia się człowiek.

  • Nie musiałem długo czekać; po tygodniu adwokat zapowiedział się telefonicznie, by wkrótce zakołatać do moich drzwi.

A w następnych… pies!

  • – Miłość zupełnie nie tragiczna, tylko trochę dramatyczna – i niekiedy komiczna! – krzyknęliśmy w duecie, ponieważ w drzwiach pojawił się Eston wracający z patrolu; gdy tylko nas dostrzegł, wystartował do rozbiegu, zakończonego efektownym skokiem, którym wbił się między nas, na trzeciego.

Kolejne nie są ani metaforą, ani też tłem dla jakiejkolwiek postaci. Ot, drzwiowa proza.

  • Była też toaleta z łazienką i prysznicem oraz skryte za solidnymi drzwiami zejście do piwnicy.

Za to następne służą do wyrażenia czynności akustycznej (dodam, że chodzi o drzwi samochodowe) –

  • – Nic tu po nas… – rzucił Robert trzaskając drzwiami.

lub – jak w kolejnym przypadku – akustyczno-zagłuszającej:

  • I to mnie właśnie tak wk… – ostatnie słowo zostało zagłuszone przez głośno trzaskające drzwi.

Pojawiającym się teraz trzeba przypisać znacznie bardziej artystyczny charakter.

  • Drzwi dla publiczności zostały otwarte na pół godziny przed rozpoczęciem koncertu.

Za to dwa kolejne przypadki brzmią, trzeba przyznać, trochę niepokojąco.

  • Drzwi od mieszkania uchyliły się bezszelestnie.
  • Bielski delikatnie pchnął drzwi od łazienki…

I tym sposobem dotarliśmy do końca pierwszej części. Powiedzmy szczerze: otworów wejściowo-wyjściowych nie było na tyle dużo, aby pokusić się o głębsze wnioski. Zresztą, wniosków miało nie być; niechaj drzwi mówią same za siebie.

Część druga.

  • Pędem ruszyłem w stronę jednych, potem drugich drzwi, które powinny otworzyć się automatycznie.

Powinny były… Czyli pewnie się nie otworzyły. Nareszcie coś się dzieje…

  • Za drzwiami wagonu pojawiła się obsługa pociągu.

Miejsce akcji też jakby się określiło.

  • Gdy dotarliśmy na widownię, otwierano właśnie drzwi dla publiczności.

Coś podobnego już chyba było, panie Czarnoleski…

  • W ciągle nieskazitelnej ciszy usłyszałem skrzypnięcie drzwi.

I akustyczne wykorzystanie też jakby w powtórce, choć tym razem cichutko, przyznaję.

Następne drzwi różnią się jednak od poprzednich. Już choćby swoją mobilnością.

  • Niezatrzymywany przez nikogo przekroczyłem granicę ruchomych drzwi, wpadając od razu w barwny, rozfalowany wesołym oczekiwaniem tłum.

A następnie:

  • Przez uchylone drzwi wpadłem do domu.

Raczej oczywiste; trudno, żeby dostał się do środka przez zamknięte. Chociaż, z altowiolistami nigdy nic nie wiadomo…

  • Pielęgniarka delikatnie wypchnęła mnie z gabinetu, zamykając za mną drzwi.

Nawet służba zdrowia miała go dosyć?

  • Drzwi gabinetu otworzyły się po dobrej godzinie.

Ciekawe, co bohater robił przez ten czas?

  • Gdy ruszyłem w kierunku drzwi, adwokat wstał i czyniąc gest, jakby chciał ściągnąć okulary powiedział ściszonym głosem: – Niech pan chwilę zaczeka.

O proszę, nawet dialog od czasu do czasu się pojawia…

  • Weterynarz zamykał właśnie drzwi od praktyki.

Zamykają, otwierają… Czy ilość działań przy drzwiach jest naprawdę aż tak ograniczona?

  • Dottore westchnął, ale najwyraźniej chciał w stu procentach wykluczyć mój udział w konsumpcji spaghetti, bo ponownie otworzył zamknięte już drzwi.

Otworzył zamknięte, a to ładne… Nawiasem mówiąc, ciekawe, co temu dottore przeszkadzał udział Bartosza w posiłku? Czyżby altowiolista nie potrafił zachować się przy stole?

  • Ścieżka prowadząca do drzwi wejściowych wspinała się pod dość sporym kątem, zaś to, czego szukałem znajdowało się nad portykiem; bez uniesienie głowy nie miało prawa znaleźć się w zasięgu wzroku.

Portyk. Jakie ładne słowo… (coś jak „portugalski gotyk”).

  • Tablica z nazwą i herbem stanowiła rodzaj drzwiczek, dających się otworzyć po wysunięciu dwóch metalowych bolców.

Nareszcie jakieś zdrobnienie. Już się bałem, że dla wyobraźni pisarskiej pana C. znalezienie drzwi w wymiarze mini jest wyzwaniem ponad miarę.

Tymczasem szczęśliwie (?) dotarliśmy do części trzeciej.

I od razu rozmach; drzwi nam się roztrajają…

  • Mamy tu sformułowania typu: jedno łóżko, dwa krzesła, stół, lampa sufitowa, szafa trzydrzwiowa i… niestety, niewiele więcej…

Zaś w następnym rozdziale występują aż ośmiokrotnie!

  • Dopadło mnie poczucie blokady: tyle drzwi czeka na otwarcie, a ja siedzę w poczekalni i obgryzam paznokcie…

Hm, nie chciałbym być złośliwy, ale zamiast obgryzać paznokcie…

  • W solidnym, betonowym ogrodzeniu – dotąd sądziłem, że zazdrośnie strzeże tajemnic zupełnie innej posiadłości – uchyliły się wcześniej niedostrzegalne drzwi.
  • Bałem się, że odburknie coś w rodzaju: to niech pan zaparzy herbatę, ale w tym momencie z uchylonych drzwi w ogrodzeniu wyłonił się wysoki blondyn z długimi włosami, na widok którego twarz mechanika rozszerzyła się w uśmiechu.
  • Na wszelki wypadek sprawdziłem czy drzwi alto są dobrze zatrzaśnięte.
  • Gdy otworzyłem drzwi, Eston zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego.
  • Drzwi od usytuowanego na czwartym piętrze mieszkania kwartetowych kompanów były uchylone.
  • Automat zatrzaskujący drzwi wejściowe zakląskał pożegnawczo.

Muszę przyznać, że „pożegnawcze kląskanie” brzmi nieźle.

  • Niech pan nie zamyka drzwi, wrócimy jeszcze po nogi – rzucił jeden na odchodnym.

No, no… O jakich nogach mowa?..

  • Kelnerzy otwarli drzwi i znaleźli pana K. siedzącego na sedesie.
  • Jeden z kelnerów pokazał nam jeszcze, jak za pomocą monety można otworzyć lub… zamknąć drzwi od kabiny.

Uroczo, nieprawdaż?

  • Rozległo się pukanie do drzwi.

Wtórne. W iluż to książkach rozlega się pukanie do drzwi?..

  • Nadkomisarz lekko popchnął mnie w kierunku drzwi.

Gry i zabawy towarzyskie?

  • Epoki i ustroje się zmieniają, ale drzwi w konserwatorium trwają na ociężałych pozycjach.
  • Potem wspomina się i te szkoły, i ten okres beztroski, pełen możliwości, gdzie wszystko dopiero przybiera kształt, a żadne drzwi nie wydają się zamknięte…

No proszę, mamy i filozoficznie!

  • W drzwiach gabinetu minąłem się z grupką mężczyzn ściągających na wezwanie szefa.

Czyżby zbierali siły do finału?

Okazuje się, że nie, bowiem akcja trwa w najlepsze.

  • Bezgłośnie przyłożyłem ucho do dębowych drzwi pokoju czterysta siedem.

Chciałbym zobaczyć, jak przykłada się ucho do drzwi – głośnie.

  • Stałem nieporuszony, przygotowany, że drzwi znienacka się otworzą i stanie w nich rozwścieczony P.

Chciałbym zobaczyć, jak można stać poruszonym…

  • Wyważyć drzwi?

Na szczęście nie było potrzeby.

  • Drzwi uchyliły się bezszelestnie.
  • Dlatego wyglądam, jakbym twarzą otwierał szklane drzwi.

To tak wygląda bezszelestne otwieranie drzwi przez altowiolistę?

  • Ł. klepnął mnie w plecy z siłą… drzwi do konserwatorium.

Ryzykowne porównanie…

  • U końca korytarza znajdowały się jeszcze jedne drzwi, opatrzone imponującą kłódką szyfrową.

No, no, obiecujące…

  • Wejdź przez złomowisko i dostań się do drzwi w ogrodzeniu.

Brzmi jak instrukcja.

  • Drzwi w betonowym ogrodzeniu znajdowały się o kilkadziesiąt kroków.
  • Manipulując przy drzwiach będę oświetlony niczym futbolista w akcji…

I dalej.

  • Drzwi od strony kierowcy zwisały smętnie.

Dlaczego smętnie?

  • Wepchnął nos w szczelinę między framugą a drzwiami, gwałtownym ruchem głowy uchylił je i tyle go widziałem…

Domyślam się o kim mowa…

  • Przebiegając obok antykwariatu wsunąłem pod drzwi kartkę i nacisnąłem dzwonek.

No i dobrze, bo to już ostatni gwizdek „Ostatniego koncertu”.

  • Człowiek ten podbiegł do maszyny i otworzył drzwi od strony pasażera.
  • Posłusznie okrążyłem dom i przekraczając lekko uchylone drzwi znalazłem się w jego środku.
  • Na antresoli znajdowało się kilkoro drzwi.

W finale szykuje się nam prawdziwy drzwiowy festiwal.

  • Wyłożone średnio gustowną, obficie lakierowaną boazerią, oświetlone było na tyle jasno, że bez trudu dostrzegłem przy drzwiach pilota, z bronią gotową do strzału.

No, no, aż się boję.

  • Krzyknąłem, ale w tym samym momencie, gdzieś w pobliskim lesie rozległa się eksplozja tak potężna, że w pokoju powypadały szyby z okien, ściany zadrżały w posadach, a drzwi wyleciały z futryn.

Pan C. najwyraźniej przestał żartować. Tym bardziej, że:

  • Brak szyb i powybijane drzwi przyspieszały dzieło zniszczenia.

Krótko mówiąc, wesoło nie jest. Mimo wszystko, z nadzieją zajrzyjmy do epilogu.

  • Mój niezaspokojony zmysł analityczny z wielką ulgą przyjął dzwonek do drzwi, zwiastujący, że godzina prawdy wybija.

Może więc nie wszystko jeszcze stracone?..

  • – Zgadza się; przecież wybuch powybijał szyby i pootwierał drzwi na oścież…

Rzeczywiście się zgadza. Tylko co byliśmy tego świadkami.

  • Po chwili drzwi na dole trzasnęły, a na schodach dały się słyszeć ciężkie, choć nieregularne kroki.

Kto to?

  • Otwarłem drzwi w samą porę.

A mi pozostaje je zamknąć, był to bowiem ostatni cytat z drzwiami w roli głównej.

Dodajmy tylko, że zostawiłem w spokoju bramy, nie czepiałem się wejść i nie szukałem wyjść bardziej wymyślnych, złożonych i zaskakujących.

A na zakończenie niespodzianka. Fragment arii, której słowa odgrywają w książce rolę jednego z tropów pomocniczych (w końcu mówimy o kryminale). Tym razem w interpretacji całkowicie niepowtarzalnej…
http://youtu.be/1Avva-JVlX8

Ostatni koncert

Posted in książki, miniatury literackie, muzyka, żarty literackie by hajton on 29 lutego 2012

Przy okazji dnia, który pojawia się w kalendarzu raz na cztery lata, przypomniałem sobie pewną rozmowę. Dlaczego właśnie dziś? Bo niewykluczone, że odbyła się dokładnie rok temu. Otóż, odwiedził mnie wówczas pewien zaprzyjaźniony altowiolista.

– Mam coś dla ciebie. Powtórzymy manewr?

– Manewr, manewr… – zastanawiałem się głośno i teatralnie. – Chodzi ci o duety Mozarta czy Bartóka?

– Och, nie udawaj… – Na stoliku wylądował rękopis całkiem sporych rozmiarów. – Dobrze wiesz, co mam na myśli… Opublikujesz to pod swoim nazwiskiem? – zapytał tonem, jakby chodziło o użyczenie starego futerału. – Ciebie już trochę znają. Można powiedzieć, że wspinasz się po moich plecach.

Co? Znowu?! Tłumaczyć wszystkim, że nie jestem altowiolistą, tylko skrzypkiem z piórem w dłoni… Rzeczywiście; B.C. (ograniczam się do inicjałów, ale zainteresowani wiedzą o kim mowa) zwrócił się do mnie z taką prośbą już po raz drugi. Pierwszej opowieści również nie odważył się sygnować własnym imieniem. – Jeśli przypadnie jej w udziale splendor, wezmę go na siebie, jeśli zaś książka polegnie, obciąży twoje konto – perorował bezwstydnie. Całkiem sprytnie jak na altowiolistę. Dziś miał w zanadrzu kolejne dowody zmyślności.

– Wpływami podzielimy się w nieco zmienionej proporcji – oznajmił wspaniałomyślnie. – Dla mnie trzy czwarte, dla ciebie reszta.

– Skąd ten brak równowagi? – odetkało mnie po chwili.

– Jak to? – zdziwił się. – Czyż nie podobna jest skala między altówką a skrzypcami?

Wyolbrzymił swój instrument do rozmiaru wiolonczeli! Mocna przesada. Powiedziałem mu to.

– Och, nie bawmy się w szczegóły – odparł z wielkopańską niedbałością. – Przecież rozmiar to nie jedyne kryterium porównań…

– No dobrze, sam jednak chcesz, abym wydał to (nie wiedząc, z czym właściwie mam do czynienia, używałem eufemizmu) pod swoim nazwiskiem.

– Ale historia jest moja – dodał z uśmiechem. – Ty wiesz ilu było chętnych do jej opublikowania?

– Ilu? – zapytałem z szybkością świetlną. Takiej bezczelności chyba się nie spodziewał, bowiem zaniemówił z godnością i lekko otwartą buzią.

– W takim razie dlaczego właśnie ja? – postanowiłem skrócić jego męki.

– Jako współautorowi „Altowiolisty” przysługuje ci naturalne pierwszeństwo.

Współautorowi… Rozśmieszał mnie.

– Jaki tytuł ma nosić to… dzieło?

– „Ostatni koncert”

– Dlaczego ostatni? – Muzyczna część mojej natury poczuła niepokój.

– No, zobaczysz – odparł pogodnie. – Zresztą to nie ja wybierałem.

– Nie ty? – omal mnie nie zamurowało. – Nawet tytułu nie potrafisz wymyślić samodzielnie?

– Wręcz przeciwnie; sypałem nimi jak z rękawa. Klęska urodzaju.

– A poza tym? – postanowiłem być nieustępliwy.

– Co, poza tym? – zdziwił się ponownie.

– Dlaczego znowu ja?

– Jeszcze ci mało argumentów?

– Tak, jednego wyraźnie brakuje…

Milczał.

– Czekam – naciskałem.

– No dobrze, niech ci będzie…

– Zamieniam się w słuch…

– Lubię twoje pióro.

– I od tego trzeba było zacząć…

Mimo wszystko decyzja nie przyszła łatwo… Altowiolista; wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy?

– Zgadzam się – powiedziałem w końcu. – Pod jednym warunkiem: za dany ci przywilej – podbijałem bębenka – opublikowania powieści pod moim nazwiskiem, żądam prawa do napisania recenzji i zamieszczenia jej… przynajmniej na swoim blogu.

Trochę kręcił nosem, lecz widząc nieugiętą postawę, zaakceptował pomysł.

– Ale i ja mam warunek – dodał bezczelnie. – W obronie twojego dobrego imienia – dorzucił szybko, napotykając mój jadowity wzrok. – Chodzi o to, aby nikt nie powiedział, że się czepiasz. Postąp w sposób niesztampowy, godny twojego talentu – zachodził mnie z flanki.

– OK. Czy zadowala cię recenzja, której głównym bohaterem będą na przykład… drzwi?! – palnąłem na oślep, w nadziei, że natychmiast pojmie absurdalność swojego pomysłu.

Ale on tylko uśmiechnął się od ucha do ucha, widząc w jak grząską wpadłem sadzawkę.

Słowo się jednak rzekło.

Już całkiem niedługo książka powinna ukazać się w księgarniach. A wkrótce potem, na tymże blogu – na pewno nie pierwsza, ale zapewne jedna z niewielu w historii – recenzja, której głównym bohaterem będą drzwi.

The doors innymi słowy.