oto I owo

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!