oto I owo

Smaki i zapachy w muzyce

Posted in muzyka by hajton on 14 Maj 2017

Zastanawiające, że potężny dział muzyki (zwanej u nas „kameralną”, zapewne dlatego, że koncertom często towarzyszą kamery) Anglicy nazwali „cząber music” (w oryginale: chamber music). Pytanie „dlaczego akurat „cząber”?” musi ustąpić kwestii ważniejszej: z jakiego powodu posłużyli się polską wersją wyrazu, skoro mieli własną? Może dlatego, że „savory” oznacza nie tylko konkretne zioło, ale również kategorię smakową (gorzko/słoną), a muzyka kameralna może być tak wytrawna, jak i słodka? A może chodzi o niepowtarzalny zapach naszego rodzimego cząbru, któremu żaden tam zagraniczny nie dorówna? Faktem jest, że również „Pietruszka” Igora Strawińskiego (hołd złożony tak bulwie, jak i naci) zachowuje oryginalną nazwę, choć w nieco zmienionej pisowni („Petruchka”). „Parsley”, kto wiedziałby, co to za utwór?

Muzyka pełna jest smaków i zapachów. Czy „Pory roku” Vivaldiego notowałyby tak tryumfalny pochód przez wieki, gdyby nie odwoływały się do powszechnie lubianego warzywa? A wspomniana już „Pietruszka”? Przed spektaklami, w sąsiedztwie sal koncertowych lokalni handlarze rozstawiają stragany i sprzedają zieleninę na pęczki, tak dramatycznie wzrasta popyt na zioła! Sergiusz Prokofiew uwielbiał cytrusy. Uczucie wyznał w „Miłości do trzech pomarańczy”. Pierwotnie tytuł miał brzmieć: „Miłość do pomarańczy”, ale zaprotestował wydawca. Według niego „pomarańcze” trąciły bananem, zaś „trzy” miały w sobie jakąś tajemnicę. Tajemnicą poliszynela jest, że Antonin Dvořák uwielbiał cebulkę, zwłaszcza młodą. Poświęcił jej Trio fortepianowe „Dymki” (wybitny utwór z gatunku cząber music), jednak wydawca (ach, ci wydawcy!) zasugerował, aby zmienić nazwę na „Dumki”, jako – jak to określił – „łatwiej strawną”. Niemiecki krytyk, Eduard Hanslick oburzał się, że Koncert skrzypcowy D-dur Piotra Czajkowskiego, a zwłaszcza jego finał, przepełniony jest wonią cebuli i czosnku, a nawet wódki (jakby nie rozumiał, że zakąszać trzeba czymś konkretnym). Pod wpływem krytyki kompozytor złagodził paletę smaków. „Dziadek do orzechów” zabiera słuchaczy do cukierkowej krainy, na cukrową łąkę i do konfiturowego gaju. W marcepanowym pałacu pragnienie zaspokoić można chińską herbatą lub arabską kawą. Balet kończy się walcem kwiatów, co przenosi nas w domenę kolejnego ze zmysłów.

Trzy wybitne dzieła muzyczno/olfaktoryczne dzieją się w mrokach nocy. Gdy oczy idą spać, wyostrza się słuch. I węch. W „Letnich nocach” Hectora Berlioza, w III Symfonii „Pieśń o nocy” Karola Szymanowskiego, ale przede wszystkim w „Nocach w ogrodach Hiszpanii” Manuela de Falli, muzyka drży i materializuje się w upojne wonie. Ponoć autorzy perfumeryjnych haute couture tworzą swoje kompozycje inspirowani wyżej wspomnianymi cyklami.

Reklamy

Nagrobek Muzyka

Posted in muzyka by hajton on 7 Maj 2017

Tu spoczywa Anonimowy Muzyk. Czy ktoś pamięta kim był? Nie, nie piłkarzem. Ani skoczkiem narciarskim. Choć kochał sport, nie miał czasu na jego uprawianie. Już w dzieciństwie, gdy koledzy uganiali się za piłką, on zamykał okno i ćwiczył. Gdy rówieśnicy zastanawiali się, jak spędzić wolny czas, on maszerował do szkoły muzycznej. Gdy inni dopiero wstawali z łóżek, on od godziny przebierał palcami po gryfie. Gdy już w nich leżeli, cichutko, aby nie obudzić rodzeństwa, szlifował solmizację. „Jak taki zdolny to taryfy ulgowej nie będzie”, mówili nauczyciele w zwykłej szkole. Któregoś razu, na lekcji wychowania muzycznego (cała godzina tygodniowo) delikatnie zasugerował nauczycielce, że dwie ósemki to nie to samo, co dwie szesnastki. Wyleciał na korytarz z uwagą w dzienniczku i z obniżoną oceną ze sprawowania.

W gimnazjum i liceum zwiększały się wymagania. Ale rosła też świadomość. Gdy inni chodzili do kina lub jeździli na biwaki, on szedł na koncert do Filharmonii. To już nie był wybór rodziców, ale jego własny. Tam obcował z solistami, którzy grali jak wysłańcy niebios, rozdawali parę autografów, zjadali wytworną kolację i ruszali w daleki świat. Po tych największych przyjeżdżała limuzyna, która zabierała ich prosto na lotnisko, bo jeszcze tego wieczoru musieli przesiąść się we Frankfurcie w samolot do Nowego Jorku, Tokio albo Sydney. Aby stać się jednym z nich, trzeba było pracować, pracować, pracować…

Nadszedł czas studiów. Fascynacja muzyką kameralną. Mierzenie się z repertuarem znanym do tej pory tylko z sal koncertowych. Niecierpliwe oczekiwanie końcowych recitali, na które z pewnością pozjeżdżają z całego świata „łowcy muzycznych głów”. No i się zacznie! Menedżerowie i impresariowie będą go błagać, by zechciał przyłączyć się do ich stajni. Ale nie przyjechali. A nawet jeśli byli, nie odezwali się.

W życiu AM pojawiła się naraz olbrzymia wyrwa. Właściwie, co on miał robić? Był gotów podbijać świat, tymczasem proponowali mu nagrania ścieżki dźwiękowej do kreskówek. Naraz olśniło go: „Konkursy, na nich się trzeba pokazać!”. Wstępna eliminacja, dokonywana na podstawie nagrań była naprawdę surowa. A gdy AM w końcu przedarł się przez gęste sito, okazało się, że większość uczestników to już wytrawni soliści, laureaci międzynarodowych konkursów, ludzie, którzy żyli w rygorze kilkakrotnie ostrzejszym niż on sam. A w dodatku grali na cudownych skrzypcach. AM nie przypuszczał, że aż tyle jest na świecie stradivariusów, co byłoby krzepiące, gdyby choć jeden wpadł w jego ręce. Wpadłby, a jakże, gdyby tylko AM dysponował kwotą paru milionów. Nie dysponował. Finanse zresztą fałszowały. Jednak AM dostosował się i brał życie takim, jakim było. Grywał tam, gdzie go chciano, nie zawsze w przybytkach sztuki wysokiej. Zdarzało się w cyrku i na statku, nawet do kotleta. Akompaniował gwieździe popu. Tu musical, tam operetka. Marzył, aby zagrać w prawdziwej orkiestrze symfonicznej, ale to nie było łatwe. Droga do niej wiodła poprzez przesłuchania, których poziom coraz bardziej zbliżał się do poziomu międzynarodowych konkursów. Ale w końcu Polihymnia uśmiechnęła się do AM. Filharmonia potrzebowała dodatkowych muzyków na tournée. AM wykorzystał swoją szansę, dał się zauważyć. I gdy jeden z zasłużonych muzyków odchodził na emeryturę, zaproponowano mu udział w przesłuchaniu. Tym razem pokonał konkurencję. Podpisał kontrakt, najpierw do końca sezonu, potem kilkakrotnie przedłużony i w końcu – o szczęście niepojęte! – bezterminowy. Stał się pełnoprawnym członkiem orkiestry. Siedział w ostatnim pulpicie i rozkoszował się muzyką. Rankami grał próby, po południu ćwiczył, a weekend upływał mu koncertowo. Kupił przytulną kawalerkę, do której musiał dokupić tłumik hotelowy, bo sąsiedzi nie byli zadowoleni, że, cytuję: „swoim pitoleniem przeszkadza im w słuchaniu muzyki” (chodziło o disco polo oraz muzykę biesiadną). Czy muszę dodawać, że AM w końcu osiągnął szczęście? Był w służbie Muzyki, królowej sztuk. Przeżywał wzruszenia, obcował z pięknem, dotykał absolutu. Bo ta sama muzyka, która na nagraniach jest zbyt odległa, zbyt doskonała, dopiero w sali koncertowej, w kontakcie z żywym człowiekiem nabiera cech krzepiących. Grał miliony dźwięków. Setki tysięcy fraz. Tysiące symfonii. Wszystko dla Ciebie, Przygodny Przechodniu. Szkoda, że Ciebie tam nie było. Grał do samego końca. To znaczy do chwili, gdy powiedzieli mu, że „restrukturyzacja, redukcja, przeprofilowanie, miejsce dla młodych, pora odpocząć i w ogóle, ale będziemy pana czasami zapraszać”. Nie zaprosili. Więc odszedł, najpierw z filharmonii, potem z tego świata. Orkiestra grała dalej i tylko nieliczni zauważyli, że nie brzmi już tak, jak dawniej.

„To kim on właściwie był?” Kobieta odwiedzająca sąsiedni grób nie przeoczyła nowego. „Bo nazwisko takie dosyć popularne.”

„Muzykiem” – odparłem.

„No dobrze, to w wolnym czasie. A z zawodu?”

„Muzykiem nie można być z zawodu”, odparłem po chwili zastanowienia. „Muzykiem trzeba być z nadziei.”

Wzruszyła ramionami.

I to już koniec? Któż to wie? Może AM słucha teraz anielskiego chóru i niebiańskiej orkiestry? A w niej same sławy! Kogóż tam nie ma! W pierwszym pulpicie Paganini z Wieniawskim. Lipiński, obrażony trochę, prowadzi drugie skrzypce, a obok niego… toż to Jascha Heifetz! I tak mi się coś wydaje, że AM chciałby nie tylko słuchać. On chciałby z nimi zagrać. Więc westchnij, Przygodny Przechodniu, aby mu się to udało. Tyle mu się należy.

Czas barbarzyńców

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 4 Maj 2017

Najnowsza premiera w Teatrze Współczesnym przenosi nas w Czas barbarzyńców, którego autorem jest angielski dramaturg Don Taylor. Historia kołem się toczy. Różnym czasom i odmiennym krainom towarzyszy lęk przed nadejściem nieokrzesańców, który zmiotą zastany porządek i wprowadzą swój, oparty na terrorze i pierwotnych instynktach. Zanim rozpanoszą się na dobre, trzeba snuć wizje przewrotów i spisków, dniem i nocą, nawet we śnie. Bo jak to, tyle lat walki o postęp, humanizm, tolerancję, i wszystko na nic? Wracamy do epoki kamienia łupanego i rozłupywanych czaszek? A przecież „oni już nie wrócą”, „w tych czasach to niemożliwe”, uspokajali jedni drugich. A jednak przyszli. Więc teraz trzeba zrobić wszystko, by przywrócić demokrację: najlepszy system w najlepszym ze światów. Najlepszy? Barbarzyńcy mogą nastać w wyniku demokratycznych wyborów, a jeśli demokracja wynosi do władzy tych, którzy aż palą się, aby ją podeptać, to pogratulować ludzkości takiego „najlepszego”. Co jednak, gdy barbarzyńcy okazują się nie tacy straszni jak ich malują? Ba, potrafią być dowcipni, czarujący i szczodrzy. Uff, co za ulga! Skąd brały się te nieuzasadnione lęki? Ci starzy/nowi są całkiem sympatyczni. Wyciągają rękę z zachętą. Dają szansę. I przy okazji – szybko i skutecznie – rozwiązują problemy nierozwiązywalne od lat. Brakuje pieniędzy? Dodrukujemy! Bezdomni? Stworzy się dla nich specjalne ośrodki, co z tego, że otoczone drutem kolczastym? To dla ich bezpieczeństwa. Podbici dają się uwieść. Będą żyć, i to nieźle. Jeden po drugim zmieniają ekstrawaganckie stroje na liberie nowych panów. Przeszłość była zaskorupiona i potrzebowała nowej energii. Dziennikarze, wojskowi, poeci przechodzą na stronę zwycięzców. Dyrektor teatru, byle tylko zdobyć przychylność ludzkich panów, decyduje się wystawić Króla Edypa, w którym aktor naprawdę wydłubuje sobie oczy. Dziennikarka przyjmuje w prezencie naszyjnik z diamentów, bo przecież „to nic nie znaczy, ona nie jest na sprzedaż, a już na pewno nie za taką cenę”. Skoro tak zachowują się elity, to może nadzieja w zwykłych ludziach? Ale przecież suweren sam wywołał barbarzyńców, w buncie przeciwko elitom właśnie!

Publiczność początkowo odbierała spektakl, jako satyrę na tu i teraz. Eksplozje śmiechu. Radość z bezpośrednich skojarzeń. Ale do czasu. Bo jak tu się śmiać, gdy scena ustępuje rzeczywistości? Ulicami maszerują nacjonaliści, osłaniani przez autorytet państwa, a my się podniecamy teatralnymi aluzjami?! Ktoś hoduje straszaka, monstrum, wydaje mu się, że ma go na krótkiej lince. Ale linka może się urwać. I co wtedy? Barbarzyńca to nie Frankenstein, tyko ten, kto go stworzył. Frankensteina nikt nie nauczył, że duma to nie to samo, co buta, chamstwo nie jest dzielnością, a przemoc nie równoważy braku wykształcenia. A jednak nic tak nie podnieca, jak upokarzanie rozumu przez siłę.

W każdym z nas mieszka barbarzyńca, który w chwili dla siebie sprzyjającej odrzuci maskę cywilizacji. Nie byłem zaskoczony, że taki jest końcowy wydźwięk przedstawienia. Jednak nurtuje mnie coś jeszcze. Barbarzyńcy mogą okazać się cywilizowani i sprytni. Ale co, jeśli są głupcami?

Aktorzy fajni, zwłaszcza role wiodące, scenografia/kostiumy/oprawa muzyczna – ciekawe, reżyseria czytelna (w dobrym sensie). Lubię Teatr Współczesny. Nigdy mnie nie zawodzi.

Na biegunach

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 kwietnia 2017

Efekt cieplarniany skutkuje zmianami. Na samą myśl zimno się robi. Gdzie nie spojrzeć, coś nie tak. Komary markotne, czymś się gryzą. Pszczoły zapylają jak małe samochodziki, ale bezskutecznie. Szerszenie chudną w oczach, za to rosną w uszach, zmieniając się w kłapouche dłuższenie o otępiałych żądłach. „Żeń-szeń”, mówi ojciec Żeni, i Żenia się żeni, że aż huczy. Krowy dają kwaśne mleko. Szczy pior na trawę. „Bryndza!” – beczą owce. W abstrakcie antrakt. Abso luty ciągle aktualne, ale dopiero w marcu. W garncu pusto. W skarbcu jak w korcu maku. iMac się zawiesza. Goryczą napełnia absencja absyntu (absyntencja). Nawet Andromeda plecie androny zamiast kometom warkocze. Staw się wstawił, więc ryby go spławiły. Płatnerze klepią pacierze po ramionach, ale odmawiają zbroi, bo im się nie opłaca tłuszcza, a nawet chudopachołki. Tylko pączki w maśle. Mówią, że Ziemia dostaje zeza. Antark tyka Antarktydę. Konik by się uśmiał.

Dotyk

Posted in muzyka by hajton on 12 kwietnia 2017

Jadę samochodem. Nagle wpada mi w ucho przejmująca muzyka. To aria z oratorium „Magdalena u stóp Chrystusa”. Antonio Caldara? Do dziś nie słyszałem o takim kompozytorze! Przepiękna w swej prostocie linia melodyczna oplatana jest figurą czterech dźwięków. Granie wolne i delikatne trudniejsze jest od szybkiego i głośnego. Aby dotykać struny lekko, muskać ją tylko, potrzeba nie byle jakiej siły, która nie pozwoli opaść znużonej ręce. Ręka omdlewa, ale nie może być inaczej, bo tylko tak melodia wespnie się na wyżyny!

Przypomina mi się prof. Tadeusz Wroński, który w trakcie lekcji każe uczniowi pogładzić krawędź stołu. „A teraz wyobraź sobie, że głaszczesz kota!” Zmiana dotyku jest niewidoczna. Ale słyszalna.

Podobno Eskimosi znają około stu określeń na odcienie bieli. Podobno, bo niestety, nie znam żadnego Eskimosa. Ile rodzajów dotknięć zna skrzypek, altowiolista, wiolonczelista? Dobrze, dobrze, kontrabasista również.

Naraz muzyka przemienia się w obraz. Widzę kładkę nad przepaścią, na niej zagubioną kobietę. Stawia stopy najdelikatniej jak potrafi. Prowadzą ją anioły. Musi im zaufać. Jeśli zadrży – spadnie. Jeśli one zadrżą – źle obliczy krok i runie w przepaść. Obraz znów przemienia się w dźwięki. Słyszę tylko piękno.

Otwarta książka

Posted in malarstwo by hajton on 4 kwietnia 2017

Podczas spektaklu „Kabaret” w warszawskim Teatrze Dramatycznym zastanawiałem się wraz z częścią publiczności, czy i kiedy aplaudować? Bowiem znajdowaliśmy się w sytuacji podwójnej: w teatrze dramatycznym nie tylko z nazwy, ale i z charakteru, a zarazem w berlińskim kabarecie z czasów poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej (dobrze znanym z filmu Boba Fosse’a). Bijąc brawo po każdym numerze stricte kabaretowym sami wcielalibyśmy się w rolę kabaretowej publiczności. Nie reagując zupełnie narażalibyśmy aktorów na poczucie, że ich sceniczne wysiłki są niedoceniane. Wielopiętrowość sztuki potrafi zaskakiwać.

W malarstwie najbardziej interesuje mnie aspekt literacki. Utrwalony na płótnie zdarzeniowy potencjał, dający się interpretować na najróżniejsze sposoby. Na przykład Pies i jego Pani. Mamy tu dwójkę bohaterów zatopionych w pojedynczych światach, ale tworzących też świat wspólny. Choć dziewczyna czyta, to nie książka jest tu ważna, a samo czytanie.

Na obrazie, o którym chcę teraz powiedzieć, książka jest jedynym elementem. Sytuacja statyczna? Pozbawiona dynamiki? Nie! Ten pomysł jest jak sportretowanie świata, bowiem każda książka jest samoistnym światem. A ponieważ dla każdego czytelnika jest światem innym, stopień możliwych interpretacji urasta do skali niebotycznej! Wróćmy jednak do obrazu. Choć osoba czytająca jest na nim nieobecna, to przecież jej bliskość daje się wyczuć. To ona odłożyła książkę, to ona znajduje się w jej orbicie, to ona decyduje o aurze, która ją okala. Sposób odłożenia książki sugeruje, że mamy do czynienia z czytelnikiem łapczywym. Nie ma czasu na zakładki, bo lektura przerwana została tylko na chwilę: dla otwarcia drzwi gościom (nieproszonym, bo przeszkadzają w czytaniu), odebrania telefonu, wypicia łyka wody albo zaparzenia herbaty… A może po prostu dla pozbierania myśli, dla chwili zachwytu albo niezgody. Ta książka jest tak wciągająca, że na czas lektury zdominowała świat otaczający. Jej duch został uwolniony. Jak dżin z butelki. A dżina (a także ginu) połowicznie uwolnić się nie da. Zostanie zamknięta dopiero po wyczerpaniu słów. Po ostatniej kropce (kropelce). Jednak dzięki takiemu sposobowi odłożenia otrzymujemy pełny wgląd w okładkę. Jakże byłbym rozczarowany, gdyby za pomocą szkła powiększającego dało się ustalić, jaki to – choćby mój ulubiony! – tytuł. Kto jest – choćby moim ulubionym! – autorem. Nic z tych rzeczy. To nie jest portret konkretnej książki. To jest obraz książki uniwersalnej. Maźnięcie literatury. Jedynym nie budzącym wątpliwości elementem jest czerwony grzbiet. Taki, który pozwoli ją zauważyć na półkach. Reszta jest niedopowiedzeniem. Możemy dopatrywać się żółtych pól, zieleni lasów, błękitu nieba, jakiegoś płotu albo parkowej ławki, a może sikorki lub rajskiego ptaka, albo pustynnej karawany zaskoczonej przez burzę piaskową… Możemy domyślać się, że na ostatniej stronie znajduje się zdjęcie autorki/autora na tle parkanu, albo zespołu krzyży, i pewnie parę słów o nim/o niej, możemy fantazjować, że rozstrzelonym drukiem wykrzyczane jest: „najlepsza książka od czasów Biblii!”, albo „książka tak zła, że aż genialna!”… Jest tam pewnie jej opis (tzw. blurb), u dołu strony czai się cena… Dopatrywać się, domyślać, fantazjować – oto wszystko, co możemy. Ale czy to mało? Ta książka jest nasza. Czegokolwiek jej nie przypiszemy, będzie słuszne. A przecież to dopiero początek. Bo jeśli sama okładka zasugerowana kilkoma dotknięciami pędzla rysuje taki ogrom domniemań, to co powiedzieć o skrywanej przez nią zawartości? Czy książka jest beletrystyką, a jeśli tak, to jakiego gatunku: romans, saga, thriller? A może to poradnik? Choć oficjalny tytuł obrazu brzmi „Otwarta książka”, na jego odwrocie Autorka dopisała: „ciągle czytam i uczę się”. A my? Musimy się cieszyć niewiedzą. Każda odpowiedź jest końcem, jej brak – trwaniem.

Można też spojrzeć na obraz jeszcze inaczej, prościej. Oto malarstwo głaszcze literaturę. Ich mariaż cieszy patrzących. Budzi w nich głód doznań. Portret książki obramowany jest w tło. Szare jak codzienność. Błękitne jak codzienność.

 

*Autorką obrazu jest Bogna Gniazdowska

Prawda odczuwalna

Posted in miniatury literackie by hajton on 20 marca 2017

Nadeszła zima. A z nią chłód i długie noce. Aż się żyć nie chciało. „Termometry będą naprawiać!” – gruchnęła wieść gminna. „Jak, gdzie, dlaczego?!” – zainteresowali się ludziska.

„Trzeba wyregulować, bo ludzkie odczucia są subiektywne” – objaśniał specjalista w mediach. „A u nas władze dbają o obywatela. Człowiek już taką ma naturę, że sam nie wie, co dla niego dobre. Temperatura odczuwalna różni się od tej na termometrze” – objaśniał. „Podobnie jest z prawdą” – szedł za ciosem. Ludziska się cieszyli, bo dobrze, jak czasem ktoś mądrze mówi, a jeszcze lepiej, jak się o nich troszczy. No więc dali te swoje termometry ponaprawiać. Od tej chwili pokazywały zawsze 30 stopni. I choć ludziom było zimno, to jakoś fajniej się żyje, gdy za oknami tropik. Ale ludzie, jak to ludzie, zawsze szukają dziury w całym. „To niemożliwe” – mówili, „coś oni z tymi termometrami pokręcili”. A z prawdą? Oglądali, słuchali i czytali, żeby trochę zmądrzeć, no i rzeczywiście, to i owo się wyjaśniało, kto swój, a kto obcy, kogo szanować, a kim pogardzać. Nawet fajnie się było dowiedzieć, że jako jedyni na świecie przenigdy nie zhańbili się niczym złym. I przeciwnie, wszyscy wokół okryci niesławą, więc to normalne, że sypnęli trochę kasy, bo się słusznie należy. I całkiem też normalne, że postanowiliśmy trochę naszych wartości pokazać tym niedoukom i moralnym karłom, bo w końcu albo się ma wspaniałomyślność w genach, szlachectwo we krwi, albo nie. No i jeszcze mówiono, dlaczego należy odmawiać pomocy potrzebującym. Bo to nie żadni potrzebujący są, tylko wrogowie czyhający na naszą wiarę, tradycję i szczęście. I odwracając się do nich plecami ratujemy cywilizację. Ale im więcej słów było, tym bardziej zgrzytało. Zgrzytało, jakby ktoś piasek sypał w tryby. Aż zęby bolały. I szczękały z zimna. Choć termometry puchły z dumy. Bo w jednym rację miał ten specjalista, że ta zwykła, ludzka prawda była inna. Podobnie jak temperatura.

Aż przyszła wiosna. Ludzie powyrzucali termometry, bo zrobiło się ciepło. I żyli długo i szczęśliwie. Aż do czasu kolejnych naprawiaczy.

Brak zasięgu

Posted in miniatury literackie by hajton on 13 marca 2017

Halo! Halo? Ha-lo! No, co jest?! Popukałem w telefon, potrząsnąłem nim, uderzyłem dwa razy o blat. Głupi sprzęt. Ledwie parę dni w użyciu i już problemy. Tak to jest z tymi promocjami. Chociaż, oferta wydawała się korzystna. Wiodąca sieć, uznana marka, model z wyższej półki. No, ale zaraz. Zamiast dewastować telefon lepiej się zastanowić. Może problem z zasięgiem? Zdarza się. Przez mieszkanie przechodzi jakiś cholerny południk zero, martwa strefa ujawniająca się raz na jakiś czas. Spróbuję w kuchni. Nie ma. W łazience. Nic, choć tu zawsze było w porządku. No, bo bateria jeszcze mocna, 78 procent (nawiasem mówiąc, jakoś dziwnie szybko zeżarło te 22). A może limit wyczerpałem? Możliwe to? E, w ciągu paru dni? Przy rozmowach gratis w sieci macierzystej? Cuda, panie, cuda i dziwy. Chiński badziew, ot co.

„Chcesz zasięgu, próbuj wyżej” – głosi niepisane prawo komórkowe. Stanąłem na taborecie prawie dotykając telefonem sufitu. Nic i z tego (nici z tego). Wyszedłem na klatkę schodową, piętro, potem dwa piętra wyżej. Pudło. Wróciłem do siebie. Co teraz? Może balkon? Żadnych ścian i przeszkód. Tylko ja i zasięg. I to maleństwo przy moim uchu. Nic. Jak ja tego nie lubię! Zaczynam czuć się jak małpa, cofam się w rozwoju, wracam na drzewo!

Na ulicach jakoś pusto. No tak, niedziela. Na balkonach, tu i ówdzie posobotni zombi, ze spojrzeniem wbitym w ekranik. Ulicą przemyka pusty tramwaj. Nie zatrzymuje się na przystanku, nawet nie zwalnia. Nikogo na nim nie ma. Zza rogu wybiega grupka młodych, jakby ścigających się, albo uciekających, bo co chwila któryś spogląda nerwowo za siebie. Gdy znikają w pasażu między blokami, zza zakrętu wypada samochód. Zatrzymuje się z piskiem opon, ze środka wyskakuje dwóch facetów z pistoletami w dłoniach. Ja cię nie mogę! Gangsterka w biały dzień. Do czego doszło?! Gdzieś daleko odzywa się seria karabinowa, a zaraz potem huk eksplozji. Aż zombi na balkonach podnoszą głowy. Co się dzieje?! – krzyczę do najbliższego, którego znam z widzenia. Patrzy na mnie, wytrącony z letargu. Coś się dzieje, nie ma zasięgu – mówi bardziej z rezygnacją niż wściekłością. Wracam do środka, zamykam drzwi od świata i oddycham z ulgą. Z moją komórką wszystko w porządku.

Antymidas

Posted in Uncategorized by hajton on 8 marca 2017

Każdy mit ma swój antymit. Czasem mocny jak dynamit. Każda legenda – antylegendę. Bohater – antybohatera. Król Midas – na własne życzenie – obdarzony został mocą zamiany w złoto wszystkiego, czego się dotknął. Antymidas posiadł – na życzenie mniejszościowej większości lub odwrotnie – umiejętność zgoła odmienną. Wszystko, czego się dotknie, zamienia się w materię miękką, a podatną. Antymidas ma wiele pomysłów, więc namaścił swoim dotykiem całą armię antymidasków. Ci ochoczo ruszyli do pracy, żeby usatysfakcjonować szefa i zasłużyć na jego względy. I tak dotykają, dzień po dniu, aż już zdążyli zabryzgać ludziom oczy. „Król jest nagi” – krzyknęło dziecko w całkiem innej bajce, bo miało czyste oczy.

Ale kto zdejmie glinę z oczu zaślepionych?

Wspiąłem się na Czarodziejską górę

Posted in książki, muzyka, nierecenzje, teatr by hajton on 26 lutego 2017

unknownIleż to razy po wykonaniu skomplikowanego utworu towarzyszyło mi uczucie zdobycia szczytu, szczyciku choćby, ale takiego, z którego widać kawałek świata. Podobnie rzecz ma się z przyswajaniem wymagających dzieł sztuki. Im góra wyższa, tym większa satysfakcja. A jeśli na dodatek jest to góra czarodziejska…

Międzynarodowe Sanatorium Berghof jest enklawą wyłączoną z codzienności. Każdy śni tu swój sen. Te sny nachodzą na siebie albo się mijają, akcja rwie się i rozciąga w czasie, a rozwiązania – jeśli już jakieś następują – są zazwyczaj dalekie od naszych oczekiwań. To zaskakujące, ale jej podstawowy przebieg daje się streścić w jednym zdaniu:

Do uzdrowiska przyjeżdża młody hamburski inżynier Hans Castorp; odwiedza chorego kuzyna, jednak w trakcie wizyty okazuje się, że sam jest nosicielem „mokrej plamki”, w związku z czym pozostaje na górze nie dwa tygodnie, a siedem lat.

Autor rozciąga dzieło na osiemset stronic druku, i to tak drobnego, że czytanie staje się trudne dla oczu, pomijając już fakt, że gdy taka książka/cegła wyleci z dłoni, może złamać nogę, uszkodzić kota lub psa rasy pomniejszej zaś po wpadnięciu do wody – ostrzegam czytelników waniennych – spowoduje małą powódź. Mówiąc całkiem poważnie, lepszym rozwiązaniem byłoby dostarczenie dzieła w dwóch tomach, ale przypuszczam, że nad decyzją o wydaniu jednotomowym zaważyły względy ekonomiczne (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2016, tłumaczenie: tom I Józef Kramsztyk, tom II Jan Łukowski).

Uczestniczymy w codziennym i odświętnym życiu uzdrowiska, jadamy, spacerujemy, werandujemy (to znaczy leżakujemy owinięci w koce), chorujemy i umieramy wraz z jego pensjonariuszami. Obserwujemy korowód postaci, ciekawych i bezbarwnych, szalonych i irytujących. Poznajemy ich rytuały, fobie i obsesje, stan duszy, stan kiesy i stan płuc.

Pensjonariuszy toczy gorączka, więc – wbrew sanatoryjnemu charakterowi miejsca – żyją gorączkowo, łapczywie, bez opamiętania. Czarodziejska góra jest miejscem dla ludzi zamożnych; byle biedak może sobie chorować w domu. Więc jedzą i piją, używają ponad miarę, ponad zdrowy rozsądek, bo ta ich góra ma w sobie też coś z Titanica; czego uszczknę, to moje, potem może być za późno. Będzie za późno. Na wszystko.

Jest też miłość, dużo miłości, spełnionej, niespełnionej, dekadenckiej i metafizycznej. W rosyjskiej piękności, Kławdii Chauchaut, mimo jej złych manier (trzaskanie drzwiami) i tatarskich oczu (a może z ich powodu?) kocha się pół uzdrowiska (niczym w pannie Krysi, w rodzimym pensjonacie Orzeł: Ta panna Krysia, panna Krysia, królowała na turnusach nie od dzisiaj…).

Ale choć ciągle obecna w sercach i myślach pensjonariuszy, sama opuszcza luksusowe więzienie, bo jej wolna stepowa natura nie może znieść długotrwałego zamknięcia. Czy jest to przeszkodą w miłości? Oczywiście, nie! Pod jej nieobecność Hans Castorp analizuje każdy nieomal centymetr kwadratowy jej portretu, zaś jego największą relikwią jest zdjęcie: zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej madame Chauchaut. Kławdia powraca. Co z tego, kiedy u jej boku pojawia się król życia, Holender Mynheer Pepperkorn. Autor niezrównanie dziwnych fraz słownych, w stylu: Dzieci – nonsens – nie jest się naturalnie wcale – gdyby w tej chwili – zobaczylibyście – śmieszne. Człowiek, który osobowością i szerokim gestem zdominuje na pewien czas życie towarzyskie uzdrowiska.

Choć wokół Hansa Castorpa kręci się sporo osób bardziej wyrazistych, to właśnie jego uczynił autor osią magicznego świata. Młody inżynier przechodzi w Berghofie niejedną inicjację. Oprócz miłosnej – intelektualną: staje się adresatem niekończących się sporów ideologicznych włoskiego humanisty – Lodovico Settembriniego: Zdobyczą Odrodzenia i Oświecenia, mój panie, jest osobowość ludzka, prawo człowieka, wolność! – i fanatycznego wychowanka jezuitów, Leo Naphty: To nie wyzwolenie i rozwój jednostki stanowią tajemnicę i nakaz naszych czasów. Tym, czego one potrzebują, czego pragną, tym, co stworzą, jest – terror. Ich ustami przeprowadza autor wcale nie pobieżną analizę aktualnej myśli europejskiej, która już niedługo doprowadzi do przełomowych wydarzeń historycznych. Światopoglądowy spór zakończy się zresztą całkiem fizycznym pojedynkiem, którego finał również zaskoczy.

Człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami. Uzbrojony w wykutą w trudzie maksymę Castorp będzie musiał pogodzić się z odejściem tego, którego przyjechał odwiedzić. Choć Joachim Ziemssen, młody oficer, znosił swój los z dyscypliną wojskowego, musiał ustąpić przeważającej sile śmiertelnego wroga. Jednak Joachim pojawi się na kartach Czarodziejskiej góry raz jeszcze, za sprawą Ellen Brand, Dunki (nawet nie z Kopenhagi tylko z Odense) i jej mediumicznych zdolności, a mówiąc konkretnie(!) – jej niewidzialnego przyjaciela, Holgera. Ale ta magia nie mogłaby się obejść bez muzyki, która pojawia się w sanatorium za sprawą cudownego wynalazku zwanego gramofonem. Aparat marki Polihymnia. Dusza niemiecka we współczesnej postaci – jak określa go radca Behrens. Z miłością i znawstwem pisze Mann o operach Mozarta, Verdiego i Pucciniego, o Wagnerze, Debussym, Bizecie i Offenbachu. Jednak kluczem otwierającym łącznik między światem żywych i umarłych okazuje się dopiero skromna pieśń Schuberta.

Nad całością zakładu pieczę sprawują naczelny lekarz i dyrektor uzdrowiska, wspomniany przed chwilą radca Behrens zwany przez Settembriniego Radamantysem (sędzia zmarłych w Hadesie). Jego prawa ręka – dr Krokowski, naukowiec o wyglądzie i zacięciu szamana, uprawia freudowską „analizę duszy”.

Jako tropiciel polskich śladów w literaturze światowej nie mogę nie wspomnieć o takowym w dziele Manna. Otóż Polacy pojawiają się w nim jako symbol rycerskości i honoru. Z powodu (rzekomego) wyrażenia (rzekomo) niepochlebnej opinii przez jednego z panów o żonie innego, doszło do budzących grozę wydarzeń. Zacytuję fragment protokołu:

Pan Stanisław Żuławski (…) dowiedziawszy się za pośrednictwem osób trzecich, że pan Kazimierz Japołł ma zamiar nazajutrz wyjechać, parokrotnie spoliczkował pana Kazimierza Japołła w barze tutejszego Kurhausu dnia 2 kwietnia 19.. między godziną 7.30 a 7.45 wieczór, w obecności swej małżonki Jadwigi oraz panów Michała Łodygowskiego i Ignacego Mellina, podczas gdy pan Japołł raczył się przy stoliku napojami wyskokowymi w towarzystwie pana Janusza Teofila Lenarta i dwu nieznanych bliżej dam z „American Bar”. Bezpośrednio potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Kazimierza Japołła, podając jako przyczynę swego postępowania obrazę, której dopuścił się pan Japołł wobec niego samego i wobec panny Kryłow. Niezwłocznie potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Janusza Teofila Lenarta za kwalifikować się niedającą krzywdę wyrządzoną państwu Żuławskim, a wreszcie pan Stanisław Żuławski bezzwłocznie spoliczkował też wielokrotnie pana Janusza Teofila Lenarta za oszczercze zniesławienie jego małżonki oraz panny Kryłow. Panowie Kazimierz Japołł i Janusz Teofil Lenart zachowali się podczas całego tego zajścia zupełnie biernie.

Z Czarodziejską górą jest jak z górą w ogóle: niby da się ogarnąć jednym spojrzeniem, ale jej ogromu opisać nie sposób. Więc jeszcze tylko słowa zaskakującego finału, kiedy to góra pęka jak bańka mydlana, rozpierzcha się jak chmura, a Hans Castorp, śpioch obudzony z pięknego snu, ląduje w okopach I wojny światowej. Magia znika. Tu umieranie nie ma w sobie nic wzniosłego. Śmierć odarta zostaje z godności. I pozbawiona sensu.

Przygody cielesne i duchowe wzbogaciły twą prostoduszność i pozwoliły ci duchem przetrwać czas, którego zapewne nie przetrwasz ciałem. Miałeś chwile wieszczego królowania, w których ze śmierci i wyuzdania cielesnego wyrasta twój sen o miłości. Czy z tych śmiertelnych zapasów, z gorączkowej orgii, która wokół ciebie zapala teraz dżdżyste niebo wieczorne, zrodzi się również kiedyś miłość?

Ale ale… To wcale nie koniec.  W trakcie lektury docierało do mnie na jak karkołomne zadanie porwali się twórcy opery bazującej na powieści. „Weź pan górę, albo rzekę, albo połowę nieba, i zrób z nich operę.”

Przedsięwzięcie niewykonalne!

Czyżby?

Oto moje zapiski z 17 września 2016 roku. Tego dnia w ramach Festiwalu Warszawska Jesień odbywa się warszawska premiera opery.

Czarodziejska góra jest wysoką górą. Żeby się na nią wspiąć, musiałem pokonać kilka poziomów, jak w grze komputerowej. Od dwóch tygodni słyszałem wyraźnie: „Biletów nie ma, rozeszły się jak gorące bułeczki. Liczenie na zwroty jest wiarą naiwną. A wejściówek nie przewidujemy, no może kilka.”

Ale cóż warta inna wiara? Jeśli oparta na przekonaniu – czy jest jeszcze wiarą?!

Postawiłem poprzeczkę wysoko; w kolejce po wejściówki ustawiłem się już o godzinie 14.30. Jednocześnie dementuję, jakobym to ja był twórcą komitetu kolejkowego; jego inicjator pojawił się w teatrze kilka godzin później, kiedy karty były już rozdane.

Miałem sporo czasu, aby przyjrzeć się Nowemu Teatrowi – Starej Zajezdni Autobusowej. Przestrzeń zachęcająca, przestronna, przewietrzna, każdy tu może wejść i poczuć się dobrze. Przez wielkie dzielone okna widać przytulone przyuliczne drzewa. Jest to warszawskie do szpiku kości, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Gdyby wyjrzeć przez te okna, może dostrzegłoby się widok z całkiem innego czasu, jakieś strzępy zdarzeń, często przygnębiających, ale tak mocno zaznaczających jego tożsamość, jego trwanie. W czasie wojny w pobliżu odbywały się publiczne egzekucje. W jednej z nich rozstrzelany został altowiolista Henryk Trzonek, członek orkiestry radiowej p/d Grzegorza Fitelberga i muzyk Kwartetu Polskiego Radia.

Minęło parę godzin, dochodzi 19.00. Jest tłumek, nie, prawdziwy tłum oczekujących. Coraz więcej znanych twarzy, wśród nich Janusz Głowacki. Gdy o 20.00 zasiadam w końcu na upragnionym miejscu, na salę wchodzi majestatycznie Jerzy Skolimowski, tylko co uhonorowany nagrodą Festiwalu Filmowego w Wenecji.

„Jest Pan jednym z niewielu polskich kompozytorów, którzy jeszcze piszą na orkiestrę” – stwierdza w rozmowie z Pawłem Mykietynem Dorota Kozińska.

„Owszem, ale coraz bardziej do mnie dociera, że to już byt trochę przebrzmiały” – odpowiada kompozytor. I dodaje: „W konwencji operowej, gdzie mamy śpiewaków na scenie i muzyków w kanale orkiestrowym (…) jest da mnie coś archaicznego”. W innym z wywiadów Paweł Mykietyn mówił, że romans muzyki współczesnej z filharmonią (w rozumieniu orkiestry symfonicznej) nie bardzo się udał. To stwierdzenia mocno dyskusyjne, ale wyjaśniają, dlaczego kompozytor zabrał się do rzeczy w taki, a nie inny sposób.

O ile warstwa śpiewaczo/sceniczna mieści się całkowicie w kanonach tradycji, to muzyczna/kanałowa uległa dramatycznemu jak na operę przeobrażeniu. Choć poszczególne elementy muzyki są grane również na instrumentach (np fortepianie), to jednak całość jest nagrana, przetworzona i odtwarzana z taśmy. Czysta elektronika. Ten zabieg zaskakuje tylko na początku. Nieobecność orkiestrowego organizmu, zastąpiona przestrzennym, dobywającym się z ośmiu głośników dźwiękiem, stanowi kanwę dla śpiewaków wykonujących swoje partie jak najbardziej na żywo i z pełnią operowej ekspresji. Choć… Być może po to, aby przebić się przez dźwięki masywne niekiedy jak bloki skalne, śpiewacy używają mikrofonów. A śpiewanie w operowej manierze do mikrofonu zawsze przypomina mi pewne zdarzenie. W trakcie próby José Carreras najwyraźniej oszczędzał głos, co jednego z moich kolegów sprowokowała do pytania: „Maestro, czy na koncercie maestro będzie śpiewał do mikrofonu?” Sądząc po reakcji maestro, nie było to pytanie taktowne. Z drugiej jednak strony, także w teatrze nieoperowym aktorzy coraz częściej posiłkują się mikrofonami, ku – nazwijmy to – wygodzie swojej i publiczności. Mnie to nie przekonuje. Struktura pomysłów Mykietyna jest dość czytelna, zresztą kompozytor wcale jej nie ukrywa. To system stopniowo rozpędzanych i wyhamowywanych motywów (dźwiękowych pociągów), czasem bardzo prostych, czasami bardzo złożonych rytmicznie. Te motywy potrafią nakładać się na siebie, żyć własnym życiem, tworząc niekiedy niesamowite konglomeraty dźwięków. W partyturze pojawiają się też dźwięki konkretne, nomen omen, odtwarzające odgłos pociągu. Śpiewacy odnajdują się w tym elektronicznym spektrum bez problemów, a nad całością czuwa dyrygent, dyskretnie pokazujący im wejścia.

Warstwa dramatyczna spektaklu pozostaje średnio czytelna. Autorzy adaptacji nie próbują oddać ogromu treści zawartych w mannowskim oryginale; jakby uciekając od nich wprowadzają na scenę postać pojawiającą się w książce tylko we wspomnieniu (zmarła Amerykanka, po której pokój przejmuje Hans Castorp). Na scenie mamy do czynienia nie tyle z akcją, ile z projekcją z pogranicza snu i jawy. Całość odbywa się w scenerii surowej, masywnej, ale jakby nieistniejącej. Pomiędzy dwoma aktami potrzebna jest prawie godzinna przerwa na zmianę dekoracji (przeniesienie jej z pionu w poziom). Ten trud jest właściwie niezauważalny. Podobnie z reżyserią.

Daleki jestem od lekceważenia w teatrze operowym warstwy literackiej, a także reżyserskiej i scenograficznej, ale obejrzana inscenizacja Czarodziejskiej góry obroniła się w moich oczach wyłącznie dzięki muzyce.