oto I owo

Gra planszowa

Posted in Uncategorized by hajton on 10 kwietnia 2018

Udział biorą minimum dwie osoby (jedna też wystarczy, pod warunkiem, że ma zdrowo rozdwojoną osobowość). Zawodnicy tradycyjnie nie witają się, najwyżej rzucają ukradkowe spojrzenia, ale żadnego ściskania dłoni, przybijania piątek. To niegodne poważnych graczy. A kto reguł nie przestrzega… może grać, ale od razu widać, że słaby zawodnik. Na wstępie próbujemy ustalić, kto zaczyna. Mówię „próbujemy”, bo zazwyczaj się to nie udaje. Nawet rzut bilonem uchodzi za fałszywą monetę. Już lepiej rzucać bidonem, ale to w innej dyscyplinie. Rzut młotem jest lubiany, ale zbyt szybko rozstrzyga partię. Jednak czymś rzucić trzeba. Rzucamy więc (niby od niechcenia) tekst rozgrzewający: „z powodów, których łaskawie nie wymienię, nie masz moralnego prawa zaczynać”. Oczywiście, nadziewamy się na kontrę: „grać p o tobie? raczej po moim trupie!”. Nie używamy epitetów ad personam („jesteś głupi”, „a ty mądry inaczej”). Nie, nie, nie! To jest gra godnościowa, a nie jakieś tam słowne utarczki. Gra zaczyna się więc przypadkiem (koniecznie czystym, żeby nie było, że gramy brudno). Ostatecznie zaczyna ten, kto bardziej trafił niż chybił („trafiłeś nieczysto, a ja chybiłem z klasą”, zabrzmi najpewniej). Zaczynający (słusznie czy niesłusznie) przesuwa pionek o dowolną ilość pól, powiedzmy cztery. Przeciwnik natychmiast przesuwa swój w to samo miejsce i zbija przeciwnika. Na żartobliwą uwagę, że to nie chińczyk, zbijający z satysfakcją oznajmia: „słusznie, to raczej grzybobranie!”, po czym wycina przeciwnika w pień. Dopiero kiedy grającym uda się opuścić strefę startową, zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Z każdym ruchem plansza upodabnia się do pola szachowego, uzupełnionego o pole minowe. Stając na określonych polach należy robić miny odpowiadające szachowym figurom. Goniec (zasapanie), koń (dolna szczęka do przodu), wychodzą nam nieźle (skoczek też jest łatwy, wystarczy wybrać na czym lub z czego skaczemy (narty? trampolina?). Król i królowa, czy tam hetman, (duma i godność) to łatwizna, mamy to we krwi. Ale jak zmimifikować wieżę? A pion? Filuterne przekręcenie twarzy w poziom mało kogo dzisiaj śmieszy. Ten segment gry kończy się agresywnym patem, to znaczy przeciwnicy czują się już tak obrażeni, że wstają i patrzą na siebie groźnie, jednocześnie ciągle udając, że się nie widzą (nikt nie mówił, że będzie łatwo). Wyczerpani dotychczasową rozgrywką wzywamy posiłki. Może być pizza, albo chińczyk, a nie, chińczyk już był, i grzyby były… To może „nasze jadło online” czyli na linie. Zupa linowa (żeby tylko nie było kolejki) jest niezła, co chętnie potwierdzi każdy leszcz. Wraz z zupą przybywają biesiadnicy z karczmy, w której zamawialiśmy jedzenie. Bez namysłu dołączają do któregoś z grających. Rozgrzani zupą z lina (i herbatą z lipy) podskakujemy, zagrzewając swój zespół do walki. Na tym etapie dobrze jest podkreślić walory własne, i wyliczyć pobieżną choćby listę błędów i zaniechań przeciwników. W końcu ktoś tam gdzieś krzyknie retorycznie: „co to za palant!?” No właśnie, grać w palanta w mieszkaniu? Wybiegamy na zewnątrz. W palanta w czystej postaci grać nie będziemy, raczej w jego światową wersję, a co! Już tam ktoś zadzwonił po kolegów, już jadą z kijami. Roześmiani, uradowani biegniemy w kierunku placu zabaw. Dobrze wychowane dzieci zazwyczaj same odchodzą, gdy jednak któreś jest oporne, staramy się, aby zasiliło szeregi naszej drużyny (porzucone łopatki, grabki i foremki gromadzimy w kącie piaskownicy, mogą się potem przydać!)

Tutaj jednak muszę przerwać, bowiem forma naszej gry zmieniła się z planszowej w plenerową, względnie miejską. Aha, podobno kije bejsbolowe są zrobione z papier-mâché(?!) choć, dalibóg, nie wiem, co to jest.

Reklamy

333

Posted in muzyka by hajton on 28 marca 2018

Lata temu, gdy stawiałem pierwsze kroki na niwie muzycznej, rodzice uznali, że kompletna edukacja nie będzie możliwa bez instrumentu klawiszowego. W domu pojawiła się Legnica odkupiona od dalszej rodziny, w której zapał do muzycznej przygody zgasł równie prędko, jak się zatlił. Pojawiła się tym szybciej, że mój ojciec — marynarz słonych wód, ale także zamiłowany muzyk amator — oczami wyobraźni widział się już pewnie za klawiaturą. Pianino było prawie nowe, choć tu i ówdzie odłupany lakier wskazywał, że służyło nie zawsze do celów wyższych. W ślad za instrumentem pojawił się stroiciel, pan Mucha, którego szyję zdobiła piękna mucha (co świadczyło, że pan Mucha ma poczucie humoru). W trakcie procesu strojenia towarzyszyłem panu Musze, zafascynowany odkrytymi wnętrznościami pianina, oraz coraz doskonalej brzmiącymi interwałami. Pan Mucha, wyborny stroiciel o podzielnej uwadze, zadał mi w pewnej chwili pytanie o ulubionego kompozytora. Trochę tak, jakby spytać dziecko w sklepie z cukierkami, na którego ma największą ochotę. W pierwszym odruchu wskaże zielony, by po chwili żałować, że jednak nie wybrał czerwonego. „Mozart” — odpowiedziałem, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że czytałem właśnie książkę o Wolfgangu Amadeuszu, moją pierwszą książkę o prawdziwym muzyku. „A ja uważam, że nie ma nikogo ponad Jana Sebastiana Bacha” — oznajmił pan Mucha. Nazwisko było mi już znane, ale muzyka jeszcze nie. Wkrótce (na równomiernie nastrojonym pianinie) zacząłem ćwiczyć pierwsze miniatury Bacha, niezwykle dumny, że gram muzykę kompozytora, którego elegancki pan Mucha uznaje na najlepszego na świecie.

Potem były inwencje dwugłosowe, Koncert a-moll, który fakturalnie należy do łatwiejszych dzieł skrzypcowych Bacha, jakieś utwory chóralne słuchane na koncercie w Filharmonii. Pierwsze płyty, pierwsze zachwyty, ale jeszcze nierozumne, instynktowne dopiero, próbujące na swój sposób doścignąć zachwyt pana Muchy. Potem zaskoczenie — na którymś z konkursów Wieniawskiego — że Bach komponował niesamowite Adagia i Fugi na skrzypce, jakby zaprzeczając naturze instrumentu lub podnosząc go na inny wielogłosowy poziom. Choć w odróżnieniu od wirtuozowskich utworów (Wieniawskiego na przykład) nie trzeba się było w nich wdrapywać powyżej trzeciej pozycji, to odkrywały jakiś zupełnie niezwykły, nieporównywany z niczym zakres treści. Te utwory wcale zresztą nie mogły być łatwe, bo nie dość, że znalazły się w programie tak trudnego konkursu, to jeszcze wielu skrzypkom stawiały wyraźny opór. Wkrótce potem po raz pierwszy zetknąłem się z Pasją według św. Mateusza (którą lata później miałem wykonywać regularnie co rok, w Wielki Piątek). Od pierwszych dźwięków siedziałem wbity w fotel, i choć nie twierdzę, że pojąłem wówczas wszystkie arie i recytatywy, piękno finałowego chóru było tak oszałamiające, że po ostatnim dźwięku wróciłem pospiesznie do domu i na wspomnianej Legnicy próbowałem odtworzyć choćby niektóre akordy.

W średniej szkole sam zacząłem mierzyć się z Sonatami i Partitami. Mój Profesor rzucił mnie na głęboką wodę, w sam środek III Sonaty C-dur. „Jak to zagrasz, zagrasz wszystko”, powiedział. I miał rację, choć I Sonatę g-moll wykonałem po raz pierwszy dopiero w ubiegłym roku, już po odejściu Profesora… Ale to z Nim właśnie graliśmy kiedyś Koncert Podwójny d-moll na żywo w Polskim Radio, a potem zjeździliśmy z tym utworem chyba pół Polski.

Dojrzewałem do Bacha. Spokojnie, bez pośpiechu poznawałem jego muzykę i jej coraz bardziej kompletne oblicza. Sonaty, Suity, Kantaty, Pasje, Msze, Koncerty Brandenburskie, Preludia Chorałowe, Preludia i Fugi — kompendia wiedzy polifonicznej, Wariacje Goldbergowskie… Niektóre z nich grałem sam, innych słuchałem tylko, ale przy każdym dochodziłem i dochodzę do tego samego wniosku: Bach był jedynym kompozytorem, który nie skomponował ani jednej zbędnej nuty! Tak, panie stroicielu Mucho, miał pan rację!

Pod koniec XX wieku zaczęły docierać do nas nowe trendy wykonawcze muzyki dawnej. Przyjmowane początkowo z rezerwą, bez zachwytu, z ironią nawet, jak wszystko co nowe, co zmusza do porzucenia utartego sposobu myślenia i wygodnej nawigacji. Zgoda, w niektórych przypadkach za granie historycznie poinformowane brali się muzycy niedostatecznie poinformowani instrumentalnie. Jednak wkrótce pojawiły się rzesze instrumentalistów kształconych pod tym właśnie kątem. Interpretacje muzyki Bacha zyskały nowy kanon piękna. Ze starych malowideł zdjęto kilogramy patyny, wyłonił się obraz lżejszy, czytelniejszy, bliższy wrażliwości współczesnego człowieka. Gdy jednak słucham starych wykonań Pasji (różnice w czasie trwania między dawnymi, a nowymi nagraniami mogą iść w kwadranse), nie jestem pewien, czy i ten kanon kiedyś nie powróci… Bach był kompozytorem najdalszym od ortodoksji tempa i dynamiki. „Wolno, szybko, głośno, cicho” — to większość stosownych przezeń oznaczeń tempa i głośności. A przecież każdy ma swoje „wolno” odmienne „szybko”, zróżnicowane „głośno” i „cicho”. Tu objawia się jedna z największych tajemnic bachowskiej muzyki. Nie mówiąc o jakiś oczywistych usterkach wykonawczych, jej po protu nie można zepsuć, nie można jej zaszkodzić, nie sposób zniweczyć jej piękna i doskonałości. Mało tego, ta muzyka jest w jakiś sposób ponadinstrumentalna, ponieważ Bach, choć znał doskonale naturę wielu instrumentów, dawał priorytet samej idei muzyki ponad jej konkretne instrumentalne przeznaczenia.

Muzyka Bacha jest szczytem intelektu płynnie przechodzącym w szczyt artyzmu, a zarazem nieustanną improwizacją, próbującą zgłębić wszystkie warianty samej siebie. Jest rtęcią, tak ruchliwą, że nieuchwytną w żadnej trwałej formie, a zarazem zbiorem prazasad, niezmiennych i nieporuszonych w samej istocie.

Skąd ten wysłannik wyższego porządku pojawił się w niedoskonałym świecie ludzi? Był świadom swej roli, czy występował w charakterze narzędzia? A może był boskim przeoczeniem? Z pewnością był człowiekiem z krwi i kości. I to bardzo. Świadczy o tym jego życie, jego dwie żony, jego dwadzieścioro dzieci. Jego — pisane obok dzieł sławiących Boga — Kantaty świeckie, w tym ta o kawie (Ej, smaczniejsza kawa słodka od całusów jest tysiąca, od muszkatułowych win*). A piękno Pasji wg św. Mateusza, czy byłoby aż tak poruszające, gdyby nie było opowieścią o l u d z k i m cierpieniu?

Na pytanie: jakim i czyim cudownym zrządzeniem trzysta trzydzieści trzy lata temu JSB znalazł się na moment wśród nas, nie ma odpowiedzi. Pogódźmy się z tym. Można prześledzić jego rodowód, życiową drogę i dokonania. Ale tu nie odnajdziemy interesującego nas śladu. Ten przeskok z innego wymiaru musiał dokonać się w sposób niezrozumiały dla samego Bacha. Jego twórczość wieńczy Kunst der Fuge (Sztuka fugi). Fuga czyli ucieczka. Fuga czyli pogoń. Bach przez całe życie próbuje złapać to, co uciekające, co nieuchwytne. Próbuje odnaleźć… drogę powrotną. Nigdy nie rezygnuje. Walczy do samego końca. U schyłku życia, niewidomy, skupiony wyłącznie na poszukiwaniu ostatecznego sensu muzyki, korzysta z pomocy ucznia, który zapisuje jego ostatnie dźwięki. 28 lipca 1750 roku rękopis się urywa. Syn, Karol Filip Emanuel opatruje go dopiskiem: Podczas pracy nad tą fugą, gdzie nazwisko BACH zostało użyte w charakterze kontratematu, autor zmarł.

Strumień odnalazł drogę do Źródła.

 

 

 

tłumaczenie fragmentu Kantaty o kawie:  Krystyna Jackowska – Pociejowa, fragment pochodzi z książki Bohdana Pocieja: Jan Sebastian Bach i jego muzyka

Czas (z Niecodziennika)

Posted in Uncategorized by hajton on 26 marca 2018

Dlaczego lubimy czytać cudze wynurzenia? Po pierwsze, dotykamy codzienności i normalności. Po drugie jednak dostrzegamy, że pod niepozorem może kryć się myśl mądra, potężna, odkrywcza, krzepiąca. Obcowanie z myślą innego człowieka, wysublimowaną, tą, w której starał się przekazać najważniejsze przemyślenia, najistotniejsze cząstki siebie, może dać poczucie kompanii w chwilach samotności. Po co pisze się dzienniki? Aby nie być samemu. Teraz i kiedyś. Może nawet bardziej kiedyś. I aby dotrzymać towarzystwa komuś, kto będzie go potrzebował. To degraduje czas do roli pomocniczej, drugorzędnej. Przebywanie z ludźmi, między ludźmi, zawsze ma jakąś datę ważności. Kiedyś się kończy. Obecność myśli nie zna takich ograniczeń.

Czas. Relacja czasu. To mnie zajmuje. W pewnym wieku zaczyna się o czasie myśleć więcej, bo bardziej dostrzega się jego upływ. Coś, co było kiedyś prawie nieruchomą masą, staje się coraz bardziej rwącym strumykiem. Ale czy to nie dowodzi właśnie, że nie tylko nie oddalamy się od źródła, ale wręcz przeciwnie, zbliżamy do niego? Myśl zatrzymuje czas i utrwala go. W dziecku jest tylko dziecko. W człowieku dojrzałym jest i dziecko, i młodzieniec, i ten, którym się właśnie staje. Czas nie jest linearny. Jest sumą trwań. Co kiedykolwiek się wydarzyło, jest w cząstkach czasu zatrzymane na wieki. Linia życia jest niczym kreska symbolizująca upływ filmu na ekranie smartfona. Można ją przewijać w obu kierunkach. Trudno to udowodnić. Podobnie, jak kiełkującą, szaloną w rozmachu myśl, że nie tylko przeszłość, ale i przyszłość już się wydarzyła. Albo wydarza się ciągle na nowo. Gdyby to udowodnić, krąg czasu uznałbym za zamknięty.

Preludium piąte

Posted in Uncategorized by hajton on 24 marca 2018

Spaceruję wśród pól, a moje miarowe kroki z szybkością błyskawicy oplata jakiś ruch. Coś się perli, srebrzy i złoci. Mozaiczy. Próbuję złapać to wzrokiem, lecz jest za szybkie, zbyt zmienne, nie nadążam, dostrzegam tylko zmieniające się barwy i desenie… To salamandra jakaś, raczej kameleon, którego ubarwienie i wzory zmieniają się z zawrotną szybkością. Ucieka przede mną, czy zaprasza do zabawy? Wbiega na drewniany płot, wspina się na mur ze starej cegły, jest przede mną, za mną, nie wiem gdzie. Aż nagle sama już sobie nie wystarczy i z jednej robią się dwie. Rozbiegają się i zbiegają. Przystają na moment. Mam was, myślę. Ale ich już nie ma. Wskoczyły w fugę. Biegnę za nimi. Nie złapiesz nas, śmieją się. Ale próbuj. W nieskończoność.

Urodziny Bułhakowa

Posted in Uncategorized by hajton on 13 marca 2018

A gdyby tak, pomyślałem, każdy atom zawierał całą wiedzę o świecie? O przeszłości, o wszystkim co kiedykolwiek się wydarzyło. I wydarzy — bo dla wszechwiedzy nie ma ograniczeń. To znaczy, że z drobiny można by odtworzyć bezmiar trwania… Dlaczego nikt przede mną nie wpadł na myśl tak oczywistą? Odpowiedź nasunęła się sama. Nie byłem pierwszy. Atom fascynował ludzi od dawna. Czym jednak skończyło się jego rozbijanie przez najtęższe umysły? Największą katastrofą w dziejach ludzkości. Tajemnica — czymkolwiek lub kimkolwiek była — ustawiła na swej drodze zaporę nie do przejścia. Nikt nie odważy się pójść dalej, bojąc się, że tam już tylko unicestwienie i nicość. A w rzeczywistości — ostateczna odpowiedź… Już miałem brać się za łapanie jakiegoś wypasionego egzemplarza (przygotowałem nawet pudełeczko po tik-takach o smaku pomarańczowym, na wszelki wypadek, aby — jeśli coś się wydarzy — nadać wszechrzeczy pomarańczową aurę i aromat), gdy raptem facebook przypomniał mi o urodzinach. Nie, nie moich, ani moich znajomych. Chodziło o urodziny pisarza, którego książkę (najznamienitszą, według pani bibliotekarki) jakiś czas temu wypożyczyłem z biblioteki. Nie zacząłem jeszcze. Jednak stronę pisarza (fb) polubiłem, zanim zdążyłem polubić jego książkę. To teraz norma. Z lubieniem trzeba się spieszyć. Tak szybko znikają jego powody…

Jak urodziny, to urodziny. Zaprosiłem sam siebie, kota, który błąkał się  po okolicy tak obłąkańczo, że aż się do mnie przybłąkał. Wspólnie zaprosiliśmy to, co w lodówce. Obecność autora symbolizowała książka w okładce z szarego papieru, z numerem katalogowym.

O mnie już coś wiecie. Lubię wymyślać. Szukam rzeczy zakrytych. Kot (wielkie czarne kociszcze) otrzymał ode mnie imię Be (dlaczego? bo cacy z pewnością nie był). „To, co w lodówce” okazało się starym kefirem (wydawało mi się, że powinny być jeszcze jakieś grzybki, ale Be mnie chyba uprzedził). Aby nie płoszyć nastroju postanowiłem nie sprawdzać daty przydatności do spożycia. Be rozsiadł się w krześle i spoglądał na pojemnik z kefirem. Koniuszek jego ogona szybko poruszał się w lewo i prawo, zwiastując, że życie wewnętrzne kocura aż kipi. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Zaraz trafiłem na opis, który wprawił mnie w zachwyt. Morelowy napój wyprodukował obfitą żółtą pianę i w powietrzu zapachniało wodą fryzjerską. Postanowiłem uchylić wieko pojemnika z kefirem. Może wyprodukuje równie ponętną pianę i aromat? Rozniósł się zapach dość rześki. Be musiał uznać go za nadzwyczaj atrakcyjny. Wskoczył na stół, ale gładki blat nie dał jego pazurom żadnego oparcia. Zrzucił nie tylko kefir, ale i książkę, której pożółkłe stronice szybko bielały od nabiału. Kot w pasji jakiejś wbijał pazury i wpijał zęby w mieszaninę papieru i kefiru, szarpał, darł, rozrywał. Jakby mu było mało, wskoczył na kuchenne okno, strącając doniczkę blokującą okno z zepsutym zamkiem. Drzwi od mieszkania otworzyły się na oścież, a strumień powietrza porwał i wyrzucił na klatkę schodową strzępy papieru. Została tylko szara okładka z numerem katalogowym.

Powinienem być załamany. Tak obiecująco zaczynająca się książka przepadła, była zniszczona z kretesem. I wtedy pomyślałem o atomie, który zazdrośnie strzegł swojej tajemnicy. Skoro z drobiny można wygenerować świat, to ze zdania da się odtworzyć książkę. Zuchwałość tej myśli aż mnie rozbawiła. I nie tylko mnie. Be nie wyglądał na przejętego swym niecnym postępkiem. Stał na dwóch łapach, przyglądał mi się bezczelnie i zapalał papierosa.

Blada twarz pustych kalorii

Posted in Uncategorized by hajton on 10 marca 2018

Wiedzą, mówią, piszą, twierdzą. Mają rację. Zagłuszają. Zakrzyczą. Nie dopuszczą. Przekonują, ale nie dają się przekonać. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Niechęć do już nieobecnych przetrwała. Niechęć do jeszcze nieobecnych już się narodziła.

Nienawidzę obcych, szczycę się tym. Ale niech tylko ktoś śmie powiedzieć, że nienawidzę obcych! Ja? Najsprawiedliwszy wśród narodów świata?

Dlaczego golimy głowy? Otóż, był taki Samson, którego siła wynikała z włosów. Ale on był  starotestamentowy. My udowodnimy, że włosy nie są nam do niczego potrzebne. Skoro oni tak, to my odwrotnie. Oni w czapkach, my z gołą głową. Oni z plerezą, my na łyso. Jednak golenie głowy już nie wystarczy. Dziś bez kompromisu golimy całe ciało, a w szlachetnych zaułkach nieskalanie białych pach tatuujemy malutkie azjatyckie symbole szczęścia. Gdy tylko robi się cieplej, obnażamy wyrzeźbione na siłowni blade torsy, a podnosząc ramię w geście rzymskiego pozdrowienia (albo, jak kto woli, zamawiając z rozmachem pięć piw), demonstrujemy naszą mądrość i (białą, a nawet aryjską) siłę.

Przyzwoitość nakazuje ważyć słowa. Słowa mogą ranić, a nawet zabijać. Słowianie — co już w słowie się zawiera — powinni być na słowa szczególnie wyczuleni. Nie pozwól sobie w kaszkę dmuchać. Pamiętaj, że rude to wredne. Dziewczynki w rączkę całuj, ale niech wiedzą gdzie ich miejsce. Murzynka poklep, ale się z nim nie baw. Pieska pogłaszcz, ale jak warknie, to kopnij. Podmiot pomiotem się staje. Rację ma ten, kto jest przy głosie. Ponieważ jestem przy głosie (którego sam sobie udzieliłem), oświadczam, że prawda obiektywna nie istnieje. Tyle prawd, ile ludzi. Ale istnieją fakty.

Fakty zapomniane, skrywane i negowane, prędzej czy później powrócą w całej pełni. Nie dlatego, że tak chcą politycy, tylko dzięki cierpliwej pracy historyków. Zanim powrócą, będą jeszcze musiały przybrać cały szereg zdeformowanych postaci. Będą straszyć i tumanić.

Narody, podobnie jak jednostki i cała ludzkość, potrzebują katharsis. Kto myśli, że droga doń prowadzi na skróty, jest po prostu w błędzie. Filozofia: „nawet jeśli byli wśród nas źli, to wśród innych byli gorsi, nawet jeśli wśród innych byli dobrzy, to wśród nas byli lepsi”, jest myślą upajającą podobnie jak alkohol. Puste kalorie. Chwilowe nasycenie. Bezzasadna euforia. A potem ból głowy i niesmak.

Psie serce Świętoszka

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 17 lutego 2018

Traf sprawił, że w odstępie paru dni obejrzałem dwa spektakle o jednym problemie. Jak go nazwać? Opowiem, a obraz sam się (mam nadzieję) wyłoni. Głównym bohaterem Psiego serca, teatralnej adaptacji opowiadania Michała Bułhakowa, jest — a jakże — pies! Uliczny kundel, na którym znany i wzięty naukowiec przeprowadza eksperyment medyczny. Wszczepia mu przysadkę mózgową, oraz (gwoli ścisłości) genitalia człowieka. Już doktor Frankenstein przekonał nas, że niewłaściwy wybór jednego z podmiotów demiurgicznego działania może przynieść nieprzewidywalne skutki. Profesor Preobrażeński otrzymuje do dyspozycji zwłoki kryminalisty, więc bez zwłoki przystępuje do zabiegu. Powiedzmy, że mogło być lepiej, ale w tak specyficznym asortymencie trudno o precyzyjny wybór. Pies i serce. Czy może istnieć — wydaje się — lepsza symbolika wierności? Cóż się jednak dzieje? Na skutek operacji pies nie tylko się zmienia, ale wręcz uczłowiecza, by w końcu przyjąć całkowicie ludzką postać. Charakter człowieczo-psiego ulicznika jest nie do utemperowania. Jego pewność siebie rośnie z każdą chwilą. Były Szarik pragnie, aby od teraz nazywać go Poligrafem Poligrafowiczem Szarikowem. Zdobywa pracę w zakładzie oczyszczania miasta (z kotów, dodajmy). Bezczelność nowego obywatela — wspieranego przez partyjny kolektyw — obraca się przeciw własnemu twórcy, którego jeszcze niedawno poufale nazywał „tatą”. On nie tylko chce u niego nadal mieszkać, ale potrzebuje większego metrażu. Nie ma wątpliwości komu w tym sporze rację przyzna „ludowa sprawiedliwość”. Na widok rewolweru Szarikow reaguje chłodno: „my też umiemy strzelać”. „Jeśli ktoś ten dom opuści, na pewno nie będę to ja” — komunikuje prosto w oczy profesorowi Preobrażeńskiemu.

Zupełnie tak, jak Tartuffe, bohater słynnej komedii Moliera. Komedii? Obejrzana przeze mnie wersja to solidny thriller. Oto pobożny ponad normę rezydent omamia całkowicie swojego dobroczyńcę. Ten, wbrew opinii całej rodziny, uważa go człowieka nieomal świętego. Woli wygnać z domu syna niż dać wiarę, że Tartuffe nastaje na cnotę jego żony. Dopiero specjalnie zaaranżowana randka pani domu i Tartuffe’a zdejmuje bielmo z oczu gospodarza. Ale jest już za późno. Przedtem zdążył przepisać na szalbierza dom i wszelkie dobra. Pan domu wraz z całą rodziną ma dzień na opuszczenie rodowych włości.

Oto więc nasz obraz. W obu przypadkach mamy do czynienia z wyhodowaniem na własnej piersi żmii, ożywieniem golema,  stającego na dwie łapy, lub wstającego z kolan. I obracającego się przeciw własnemu twórcy, naiwnie sądzącemu, że nad nim panuje. Brzmi znajomo? Dla mnie, tak.

W obu przypadkach nie dojdzie jednak do najgorszego. U Bułhakowa sprawy w swoje ręce weźmie naukowiec, który sprawnymi ruchami skalpela zabierze psu, to, czym go obdarzył(?). Szarikow znów stanie się Szarikiem. U Moliera, kres podstępnym knowaniom szalbierza da sam król. Zwierciadło mądrości i przenikliwości.

Obywatel Tartuffe, wyznają prostą zasadę. Samo czynienie zła złem nie jest. Jest nim dopiero mówienie o tym, ponieważ to rozgłos grzechu staje się przyczyną zgorszenia. I tu spektakl rozjeżdża się z realiami dnia dzisiejszego, w którym zwykła ludzka przyzwoitość (nazywana dla niepoznaki polityczną poprawnością) nie jest w cenie, zaś antyhumanitaryzm podnosi się do rangi cnoty publicznej.

Obywatel Szarikow, któremu w antyinteligenckim sporze rację przyzna ulica bliższy jest dzisiejszym czasom.

Oba spektakle to kawał teatralnego rzemiosła (nic dziwnego, skoro wyszły spod rąk Macieja Englerta (Psie serce)  i Jacques’a Lasalle’a (Tartuffe czyli szalbierz). Znakomici, bez mała znakomici aktorzy, ponieważ jednak nie piszę recenzji, a dzielę się refleksjami, wspomnę jedynie o odtwórcach głównych ról. Borys Szyc jest wspaniałym kundlem i niemniej przekonującym cwaniaczkiem w ludzkiej skórze. Jedyny problem, że zamiast odrazy w wielu momentach budzi sympatię, co w pewnym sensie ujmuje ostrości całemu przekazowi. Ani krztyny sympatii nie budzi natomiast znakomity Wojciech Malajkat. Od jego szeptów i krzyków, stalowej cyniczności (stalowa cyna? hm…), okrucieństwa zakodowanego w każdym niemal geście, przechodzą dreszcze.

I jeszcze na koniec, w obronie psa. Bułhakow miał wkrótce zadziwić świat, powołując do życia sprawiedliwego i współczującego szatana, Messera z Mistrza i Małgorzaty (na szczęście nikt nie ogłosił pisarza satanistą, ani nie wpisał jego dzieła na listę książek wyklętych, choć, cyt… nie mówmy tego za głośno…). Jak więc mógł uczynić coś tak strasznego miłośnikom czworonogów, czyniąc poczciwego kundla nieprzyjemną kreaturą? Spójrzmy jednak uważnie. Pies nie zmienił się na gorsze sam z siebie. Dopiero zainfekowanie człowiekiem zniweczyło jego prostolinijną naturę. Prawdziwie psie serce przydałoby się niejednemu świętoszkowi.

 

Michaił Bułhakow — Psie serce —  Teatr Współczesny — Warszawa — 11 lutego 2018

Moliere — Tartuffe czyli szalbierz — Teatr Narodowy — Warszawa — 14 lutego 2018

Zapachy

Posted in Uncategorized by hajton on 8 lutego 2018

Jaki jest najpiękniejszy zapach na świecie? — kłócili się ze sobą ludzie.

— Chleba pieczonego o świcie — twierdził piekarz.

— Czekolady i wanilii, gdy się spotkają — przekonywał cukiernik.

— Piżma i jałowca w oparach zielonych pomarańczy — dowodził perfumiarz.

— Świeżo palonej kawy — nie miał wątpliwości barista.

— Konwalii skąpanych w porannej rosie — z wyższością uśmiechał się kwiaciarz.

— Tylko co ściętej sosny — ripostował drwal.

— Jaśminu! Lawendy! Piwa! Słońca na skórze! Wędzonej ryby! Rudych włosów na wietrze! Pieprzu świeżo zmielonego! Morskiego poranka! Górskiego wieczoru! — dorzucali przechodnie. Dorzucali w nieskończoność, więc zniecierpliwieni dyskutanci postanowili spytać o zdanie Najstarszego. Tak nazywano człowieka, o którym mówiono też „urodzony przed czasem”. Ponoć on nie tylko wszystko stworzył, ale jeszcze przedtem wymyślił.

— To wszystko głupstwa — ściągnął brwi Najstarszy. — Ładnych zapachów jest wiele. Ale powiadam wam, jeden jest smród, który trupim odorem zepsuje wszystkie, choćby połączone. Jeden wyziew tak pozbawiony sensu, jak urody. Jeden miazmat, którego strzeżcie się jak diabła, bo nie kto inny jak szatan nim rządzi. Imię jego rasizm. Tak długo jak się go nie pozbędziecie, na nic wasze aromaty.

— My?! — zakrzyknęli chórem ludzie.

Ale Najstarszy już zamknął oczy. Pewnie się zdrzemnął. Albo powiedział wszystko, co miał do powiedzenia.

Szczyt

Posted in Uncategorized by hajton on 28 stycznia 2018

Dziwna muzyka. Niepokojąca. Uwięziona między brakiem nadziei, a ironią bez wesołości. Czekolada bez słodyczy. Grymas uśmiechu. II Koncert Wiolonczelowy, jedno z ostatnich dzieł Dymitra Szostakowicza. Przejmujący finał utworu. Nie, nie pełen symfonicznego rozmachu, ale zanikający, podobnie jak ostatnie takty VI Symfonii Czajkowskiego. Tam — ustające bicie serca. Tu — westchnienia  wiolonczeli, które ustępują odgłosom szpitalnej aparatury. Prościutki tercjowy motyw ksylofonu. Beznamiętna praca kardiogramu.

Myśl biegnie tysiące kilometrów dalej, gdzie Śmiałek realizuje marzenie, płacąc za to cenę najwyższą. Będąc wyżej niż ktokolwiek z ludzi, osiąga swoją nirwanę.

My, muzycy, rozumiemy tych, którzy nieulękle gonią za marzeniami. Tria Brahmsa, Kwartety Beethovena, Sekstety Schönberga, to nasze sześcio-, siedmio-, ośmiotysięczniki. Muzyka to nasze pasma górskie, przełęcze, rozpadliny i szczyty. Ich zdobywanie jest trudem wspinaczki. Koncert — uroczystą chwilą zatknięcia proporca na szczycie.

Ostatni spazm wiolonczeli. Dźwięk urwany w połowie. Niech leci ku mroźnym i niedostępnym szczytom. Na spotkanie nieskończoności.

Słoń i klucz

Posted in felieton literacki, malarstwo, sztuka by hajton on 31 grudnia 2017

Jako muzyk i osoba pisząca, zazdroszczę malarzom. Dzieło plastyczne zajmuje miejsce w przestrzeni, więc do pewnego stopnia ją organizuje. Muzyka niesłuchana, słowo nieczytane, istnieją w stopniu niewielkim. Obraz przeciwnie, nie musi być oglądany, aby fizycznie istnieć. Muzyka i słowo potrzebują czasu, aby ujawnić swoje znaczenie. Dzieło plastyczne objawia się w mgnieniu oka. Muzyka i słowo stopniowo doprowadzają nas do konkluzji. Obraz, rzeźba, od konkluzji się zaczynają, wybuchają nam przed oczami, nagłym cięciem tną przestrzeń i wyobraźnię jak poezja zredukowana do jednego słowa. Muzyka wymaga łącznika między dziełem, a słuchaczem, medium zwane wykonawcą. Podobnie słowo w formach teatralnych. Obraz, utrwalony na siatkówce oka w ułamku sekundy, zapada w pamięć i pozostaje tam, by niczym więzień domagać się kolejnych widzeń.

Niedawno wpadły w moje ręce dwa obrazy tak od siebie odległe, jak z podobną mocą działające na wyobraźnię. Pierwszy z nich to niewielki szkic ołówkiem, zatytułowany: The violin girl and her friend (autorstwa Saideh Sayyah). Prócz tytułowych bohaterów na obrazku nie ma żadnego tła. Jednak kontekstów wyobrażanych jest mnóstwo. O fascynacji małych dziewczynek wielkimi słoniami, ale i miłością, jaką olbrzymy potrafią obdarzyć bezbronność wiemy już co nieco, choćby ze słynnej sienkiewiczowskiej pary Nel — King. Ale wespnijmy się z lekturowej interpretacji na inny pułap. Oto zestawienie pierwotnej siły (słoń) i skończonej delikatności (dziewczynka). Dziewczynka ze skrzypcami reprezentuje tu kulturę, zaś słoń jest symbolem natury. „Czyńcie sobie ziemię poddaną.” Słowa Biblii często są interpretowane jako: „ujarzmiajcie dzikość wszelkimi dostępnymi metodami”. Za pomocą bata, strzelby, paralizatora. Ale czy strzelbą da się naturę ujarzmić? Nie, można ją jedynie zniszczyć. Natura siłą ujarzmiona obróci się kiedyś przeciw nam. Swoim niedostatkiem, brakiem w końcu. Pomyślmy o trwającym przez wieki paradoksie, produkcji klawiatury fortepianowej ze słoniowej kości. Czy działanie, nawet na rzecz kultury, usprawiedliwia barbarzyństwo? Z pewnością nie. Tutaj, zamiast narzędzi przemocy, człowiek trzyma w dłoniach skrzypce. Dziewczynka/człowiek przeprasza słonia/naturę, za całe zło jemu/jej wyrządzone.

Najsmutniejsze obrazy jakie znam, to martwe natury z upolowanymi zwierzętami, zwisającymi bezwładnie głowami zajęcy, bażantów… W martwych naturach człowiek czai się poza kadrem, ale jest to obecność niepokojąca i złowieszcza. To przez niego natura jest martwa. Obrazy przedstawiające żywych ludzi i żywe zwierzęta, jak np. opisywany tu kiedyś Pies i jego Pani (https://hajton.wordpress.com/2013/05/14/pies-i-jego-pani/), symbolizują coś odwrotnego: szacunek kultury wobec natury, i otrzymanie od natury hołdu zwrotnego.

Dziewczynka pięknie i nisko kłania się słoniowi. Nasz słoń jest przedstawiony w radosnym rozkołysaniu, będącemu podzięką za koncert.

Druga z prac to sitodruk André Lanskoya, rosyjskiego artysty tworzącego w Paryżu, przedstawiciela kierunku zwanego taszyzmem (abstrakcjonizm niegeometryczny). Dzieło niepokorne. Plastyczny hardcore. W dziedzinie nieliczenia się z oczekiwaniami potencjalnego odbiorcy — mistrzostwo świata.

(Nieodparcie przyszła mi tu na myśl postać amerykańskiego minimalisty, La Monte Young’a. Oto trzy kompletne(!) partytury(!) kompozytora*:

Composition 1960#10: narysuj linię prostą i podążaj za nią

Composition 1960#15: ten utwór to małe wiry na środku oceanu

Piano Piece for David Tudor#3: W większości były to bardzo stare świerszcze)

 

Czy Abstrakcję Lanskoya można nazwać ładną? Jeśli tak, to urodą wyklejanki popełnionej przez zdeterminowane dziecko. Ale kto powiedział, że „ładność” jest w sztuce wartością nadrzędną? Równie dobrze dałoby się powiedzieć, że jest nią prawda. Ale  c z y j a  prawda?

Cóż, ułomny człowiek, uporczywie doszukuje się sensu nawet tam, gdzie wielkimi literami napisano: sensu brak! Całkowita wolność interpretacji otwiera przed oglądającym pasjonującą drogę skojarzeń, nieograniczonych — podobnie, jak w wypadku twórcy — ścisłymi założeniami. Jeśli miałbym się już czegoś doszukiwać, to znalazłbym tu klucz i zamek, z innych wymiarów pochodzące, z innych światów. „Jak byście nie szukali, nie dobierzecie odpowiedniego klucza do właściwego zamka. Poszukujecie systemu w chaosie, a chaos sam jest systemem” — śmieje się z nas twórca.

Śmieję się razem z nim. Słoniowi pokłoniłem się już wcześniej.

 

*Alex Ross, Reszta jest hałasem, PIW 2011