oto I owo

Otwórz oczy

Posted in filmy by hajton on 18 Maj 2018

Pierwsze trzy filmy Andrzeja Jakimowskiego spotkały się z dużą sympatią widzów. Zmruż oczy, Sztuczki, Imagine, są bajkami mieszczącymi się w granicach prawdopodobieństwa. Co istotne, bajkami świetnie opowiedzianymi. Bohaterowie to ludzie w ten czy inny sposób doświadczeni przez los. Tam, gdzie większość reżyserów dostrzegłaby żyzne pole do uprawy patologii, Jakimowski widzi ciepło ludzkich działań i uczuć.

W filmie Zmruż oczy reżyser przypatruje się ludziom żyjących na obrzeżach cywilizacji, w realiach zapuszczonej mazurskiej wioski. To w dużym stopniu zasługa filmowania, ale pokazywana przezeń brzydota jest… piękna. Teksty niepozorne, a błyskotliwe. Bohater, outsider z wyboru, opiekuje się kilkuletnią dziewczynką, uciekinierką z bogatego lecz chłodnego domu. Rodzice będą musieli się postarać, aby odzyskać zaufanie córki. Pejzaż apokaliptyczno/postpegeerowski, na którego tle pojawiają się: a to barwna plama kobiecości, a to absurdalnie drogi samochód, a to bohema ze stolicy. Wielki świat uwodzący prostaczka, który z kolei okazuje się ukrytym (a komu miałby się zwierzać?) miłośnikiem poezji antycznej. I jeszcze wypowiedziana na tle heraklitycznie płynącej rzeki teoria: rzeczy nie mijają, tylko przesuwają się przed oczami. Magiczny realizm jak się patrzy (bo jak się nie patrzy, to się nie zobaczy).

Oglądając Sztuczki, przez długi czas nie mogłem pozbyć się obawy, że subtelnie szkicowana opowieść okaże się tylko wstępem do wydarzeń nagłych, a dramatycznych (rzecz dzieje się w realiach postindustrialnego miasteczka, w okresie transformacji). Ale reżyser i tu utrzymuje majorową tonację do końca. Wszystko jest na swoim miejscu. Kilkuletni chłopiec małymi czarami zaklina świat. Zmienia przeznaczenie. I odzyskuje ojca.

W Imagine przenosimy się do Lizbony, sceneria cudowna, co z tego kiedy dla bohaterów filmu niewidoczna. Z najprostszej przyczyny. Oni naprawdę nie widzą. Żyją w wiecznej ciemności. Przez większą część filmu przeczuwamy katastrofę, która wisi na włosku, każdy krok w nieznane zdaje się ją zwiastować. Ale zamiast łzawej opowieści o grupie wykluczonych otrzymujemy niepozbawiony humoru pean na cześć wyobraźni i siły ludzkiego ducha. Teoretycznie przegrani znów są zwycięzcami. To oni widzą więcej. I piękniej.

Pewnego razu w listopadzie, najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego ciągle jeszcze jest baśnią, ale baśnią niepokojącą. Bohaterowie — matka z synem i psem — tracą dach nad głową. Bezdomność to pierwszy krok do pozbawienia godności. Z dnia na dzień trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, w której na plan pierwszy wysuwają się sprawy najzupełniej podstawowe: zimno, głód, brak noclegu. Walka o byt. O przetrwanie. Na szczęście są ludzie, którzy wiedzą, że potrzebującym należy podać rękę. Natomiast (sprawiedliwe rzekomo i opiekuńcze) państwo okazuje się tworem teoretycznym. Tam, gdzie należałoby spodziewać się pomocy, zieje bezduszność. W finale filmu, poprzez bierność służb reprezentujących owe państwo, bohaterowie poczują się jak zwierzyna łowna zapędzona w pułapkę bez wyjścia. Końcowe kadry to materiały dokumentalne kręcone w trakcie tzw. marszu niepodległości, w centrum Warszawy. Koszmarny sen staje się koszmarną rzeczywistością. Wszechmłodzież (że tak ją nazwę) nie spotkała się tylko po to, aby werbalnie lżyć wybrane grupy. Sprzęt jakim dysponuje, świadczy o tym, że marzy im się akcja bezpośrednia, wymierzenie komuś narodowej sprawiedliwości. Z braku bardziej wyrazistego wroga atakują więc squat, który (przypadkowo?) znalazł się na trasie ich przemarszu, a w którym schronienie znaleźli nasi bohaterowie. W symbolicznej scenie, po obu stronach barykady stają twarzą w twarz dwaj przyjaciele. Niektórzy dostrzegają tu jakąś nadzieję. Powiedziałbym, że na dwoje babka wróżyła. Transformacja może odbyć się w obu kierunkach. Siła argumentu czy argument siły?

Tym razem jeszcze wszystko skończy się dobrze. Nawet pies… ale cicho, sza. Nie wszystko będę zdradzać (nawiasem mówiąc, świetny aktor z tego Kolesia). Jednak błogostanu osiągniętego po obejrzeniu poprzednich filmów już nie osiągniemy. Nikomu nie zrobi się lżej na sercu. Więc i oglądających będzie mniej, i krytyki więcej.

Dlaczego jednak reżyser, mając pewny — wydaje się — sposób na udany scenariusz, opuszcza krzepiący kokon, wyprowadzając z niego także swoich bohaterów i widzów?

Ano dlatego, że artysta — człowiek z definicji obdarzony szczególną wrażliwością i przenikliwością — sam decyduje, kiedy i o czym powinien mówić. Może pławić się w pięknoduchostwie, udowadniać, że otaczająca rzeczywistość go nie dotyczy. Ale może też inaczej. Jakimowski idzie pod prąd — nie bójmy się tego sformułowania — oficjalnej propagandy, głoszącej wszechotaczającą nas (u nas) wspaniałość.

Zmruż oczy? A może już pora je otworzyć? Może czas uruchomić wyobraźnię? Bo jest pewna granica, za którą żadne sztuczki nie pomogą.

Reklamy

Radość muzykowania czyli muzyczna uczta, albo Bach jedzony różnymi smyczkami

Posted in muzyka by hajton on 5 Maj 2018

Możliwość wysłuchania sześciu Koncertów Brandenburskich (powstałych na prośbę margrabiego brandenburskiego blisko trzysta lat temu) w trakcie jednego wieczoru nie zdarza się wcale często. Po gruntownym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że z podobnym przedsięwzięciem spotkałem się po raz… pierwszy. Na czym polega brawura tak zestawionego programu? Otóż Koncerty Brandenburskie wymagają najwyższych umiejętności wykonawczych i to od zróżnicowanego grona muzyków. Pojęcie wirtuoza powszechnie łączone jest z okresem romantyzmu, idealnym wcieleniem takiej postaci wydaje się Niccolò Paganini. Tymczasem postać instrumentalisty „popisującego się” swoimi umiejętnościami jest znana już we włoskim baroku (Vivaldi, Tartini, Locatelli, Geminiani). W przypadku Jana Sebastiana Bacha, oprócz karkołomnych niejednokrotnie partii instrumentalnych otrzymamy również muzykę najwyższej próby.

„Brandenbury”, choć stanowią cykl, nie są przeznaczone na identyczne składy wykonawcze. Trudno wyobrazić sobie orkiestrę — nawet barokową — zawierającą w podstawowym składzie instrumentarium niezbędne do wykonania wszystkich ogniw. We współczesnej orkiestrze zabraknie z kolei instrumentów ściśle powiązanych z epoką baroku, jak viole da gamba, skrzypce piccolo czy flety proste. Należy sądzić, że Bach komponował swoje koncerty pod kątem konkretnych instrumentalistów i ich konkretnych, niebagatelnych i nieprzeciętnych możliwości.

Główną zasadą porządkującą formę i fakturę Koncertów Brandenburskich pozostaje idea włoskiego concerto grosso, z wyodrębnioną grupą instrumentów solowych (concertino) i nieco większą grupą towarzyszącą (ripieno). W Koncercie I F-dur, concertino stanowią oboje, fagot i skrzypce piccolo. W II F-dur — flet, obój, skrzypce i trąbka. W IV G-dur — flety i skrzypce. W V D-dur — flet, skrzypce i klawesyn. Ale koncerty III G-dur i VI B-dur są skomponowane na bardziej zrównoważone grupy wykonawcze: VI — na smyczki (bez skrzypiec, za to z violami da gamba), a III — na trzy tria (skrzypce, altówki, wiolonczele), gdzie w ramach grup poszczególne glosy otrzymują jeszcze zadania solowe.

Muzyka „brandenburów” jest niczym uwolnienie żywiołów, niczym wiatry wezwane z czterech stron świata i zaproszone do nieustającej gonitwy (fugato), zabawy, mocowania się, imitowania i przedrzeźniania, do powiewów ramię w ramię, i zderzania się z orkaniczną siłą. Zefirek, sirocco, morska bryza i halny, tańczą i wycinają hołubce. To czysta energia, wyzwolona z atomu reakcja łańcuchowa. Encyklopedia stawania się. Siła sprawcza, rządząca raczej ziemią niż niebem, tak różna wobec mistycznych Adagiów z sonat solowych, i pasyjnych Arii, a tak wobec nich komplementarna.

Nie będę kusił się o indywidualne oceny muzyków, choć wspomnę, że wyczyny skrzypka, klawesynisty, waltornisty (który zamiast trąbki wykonywał arcytrudną partię w koncercie II) zapierały dech w piersiach. Zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż, oprócz wymienionych już instrumentów (i smyczków) ściśle barokowych, było sporo jak najbardziej współczesnych. Litera wykonawcza polegająca na rygorystycznym dostosowaniu się do instrumentarium i stylu epoki, ustąpiła tu naczelnej zasadzie niczym nie skrępowanego ducha muzyki. To nie znaczy, że wykonawcy nie posiedli historycznej wiedzy wykonawczej. Wręcz przeciwnie. Ale jest ona stosowana jako wzbogacanie, a nie zubażanie palety środków. Nad wszystkim dominuje radość grania, wynikająca z braku technicznych ograniczeń i zachwytu wykonywaną muzyką. Aby użyć porównania z dziedziny, w której ponoć jesteśmy ekspertami: nie ma znaczenia, jakim widelcem jemy, pod warunkiem, że jadło pierwsza klasa, do tego znakomicie przyrządzone i podane.

Muzycy rozmawiali ze sobą za pomocą dźwięków i  fraz, pomagając sobie spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Grali na stojąco, na siedząco, zamieniali się miejscami, przenosili pulpity (pierwszy skrzypek grał z pulpitu elektronicznego, w którym strony zmienia się dotykając przekaźnika stopą; trzeba sobie radzić, gdy ręce pełne roboty). To barokowe jam session — muzyka Bacha przy całej swej doskonałości i zakomponowaniu brzmi jak niekończąca się improwizacja — sprawiało muzykom niekłamaną radość. Aż wyczuwało się niecierpliwość, aby grać dalej, i jeszcze, aby dzielić się pięknem, energią i własnymi możliwościami, do tego we wspaniałej sali z żywiołowo reagującą publicznością.

Słowo o dyrygencie. Jego pełna muzycznej pasji osobowość (którą miałem okazję poznać przy pracy nad Oratorium na Boże Narodzenie), jego dogłębna wiedza i umiłowanie muzyki Bacha (nagranie Koncertów Brandenburskich z prowadzonym przez niego zespołem Musica Antiqua Köln do dziś stanowi dla wielu kanoniczny wzorzec) było dla tego wykonania dodatkowym motorem. Wyczuwalna służebność wykonawców wobec muzyki była prawdziwym pokazem antygwiazdorstwa, za to słuchacze zostali ukontentowani duchową ambrozją. Tak właśnie było owego wieczoru. Eksplozja muzyki na najwyższym poziomie, w podobnym wykonaniu. Ten koncert mógłby stać się ozdobą każdej sali koncertowej świata. Szczecińska publiczność doceniła to, nagradzając artystów niekończącą się owacją na stojąco.

 

Filharmonia Szczecińska, 20 kwietnia 2018

Jan Sebastian Bach — Koncerty Brandenburskie

Berliner Barock Solisten

Reinhard Goebel

 

 

Koncert

Posted in Uncategorized by hajton on 19 kwietnia 2018

Ignatz Waghalter, Philipp Scharwenka, Kurt Weill, Erwin Schulhoff. Z ręką na sercu, kto słyszał o tych kompozytorach? No, może coś o Weillu (Weill — Brecht — Opera za trzy grosze…) I jeszcze o Schulhoffie. Ale pozostali? Tabula rasa.

Na początek Kwartet Smyczkowy D-dur op.3 Waghaltera. Muzyka zakorzeniona w kameralistyce Schuberta, tej weselszej, pstrągowej raczej niż śmierciodziewczynnej. Dodatkowo złagodzona (jak u Mahlera) czymś słodkim, czesko-morawskim, co znajduje najpełniejszy obraz w pięknym nostalgicznym Allegretto, stanowiącym drugą część cyklu.

I Kwartet Smyczkowy d-moll op.117 Philippa Scharwenki również odwołuje się do tradycji romantycznej, choć w tym przypadku raczej do ciemniejszej, burzliwej kameralistyki Beethovena. Co wcale nie znaczy, że w utworze zabraknie żartobliwych fragmentów. W szybkich częściach kompozytor przeprowadza solidne fugata, dając dowód nie tylko muzycznej inwencji, ale i solidnego warsztatu.

Oba kwartety wykonane w pierwszej części koncertu to utwory znakomite; bez wahania nazywam je perłami kameralistyki.

Po przerwie zabrzmiał I Kwartet Smyczkowy op.8 Kurta Weilla. Kolejny to przykład, że twórców często pamięta się nie z tego (Mackie Majcher), z czego oni sami chcieliby dać się zapamiętać. Kwartet Weilla to utwór odkrywczy, eksperymentujący, bliższy drugiej szkole wiedeńskiej niż Operze za trzy grosze, szostakowiczowski w motoryce, zahaczający o polimetryczne doświadczenia Bartóka, ze znacząca nutą sonoryzmu i zauważalną, impresjonizmu.  A przecież piszę o tym nie po to, aby zarzucić muzyce wtórność, a raczej by słowem przybliżyć to na wskroś oryginalne dzieło.

Jednak prawdziwym objawieniem okazał się zagrany na koniec wieczoru Sekstet Smyczkowy op.45 Erwina Schulhoffa. W tym przypadku nie przychodzą mi do głowy żadne porównania, bowiem jest to muzyka osobna. Gniewna, niepogodzona, wytykająca światu jego niedoskonałość, uporczywa, niepokojąca, już to rozbuchana w paroksyzmie buntu, już to zamierająca w najbardziej intymnych dźwiękach wiolonczeli, jakby w przeczuciu tragicznego losu, który stanie się udziałem kompozytora. Po tym poruszającym finale, któryś ze słuchaczy nie wytrzymał i eksplodował powstrzymywanym przez dłuższy czas kichnięciem. Z jakże daleka powróciliśmy w komfortowe zacisze sali koncertowej.

Losy trzech spośród czterech kompozytorów wieczoru zostały nieodwracalnie i tragicznie napiętnowane w latach trzydziestych XX stulecia. W okresie faszyzmu i nazizmu, który ludziom, z racji ich przynależności do określonej grupy rasowej lub etnicznej, odbierał głos artystyczny, ale również ludzki. I prawo do egzystencji.

Waghalter, urodzony w Warszawie, studiujący i budujący karierę w Berlinie, wzięty kompozytor, wschodząca gwiazda dyrygentury, w 1934 roku musi opuścić nazistowskie Niemcy. Umiera w roku 1948 w Ameryce, w biedzie i zapomnieniu.

Kurt Weill wyjeżdża z Niemiec — z powodów podobnych co Waghalter — w roku 1933. Ostatecznie trafia do Nowego Jorku, stając się kompozytorem muzyki rewiowej. Jak inne były jego ambicje, można osądzić słuchając Kwartetu Smyczkowego.

Urodzony w Pradze Erwin Schulhoff, zostaje aresztowany po wkroczeniu hitlerowskich Niemiec do Czechosłowacji. Umiera w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Wülzburgu.

Czy sztuka obroni się sama? Oczywiście, nie. Skazana, jak ludzie, na niebyt, zapomnienie, ma jednak szansę zostać ponownie odkryta. I przemówić głosem swojego twórcy. Ale ludzi, na których nastaje złowieszcza siła, muszą bronić inni ludzie. W przeciwnym razie na nic nam sztuka, uczucia wyższe i rozwój cywilizacji. Po wiek wieków zostaniemy barbarzyńcami.

Wykonawcom koncertu należą się wielkie, poczwórne i poszóstne brawa!

 

Ocalić od zapomnienia

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 17 kwietnia 2018 roku

Royal String Quartet, Paweł Czarny, Bartosz Koziak

Jak grać?

Posted in muzyka by hajton on 12 kwietnia 2018

Wielu z nas dysponuje tak zwanym warsztatem wykonawczym. Wiemy jak wydobyć dźwięk nie raniąc uszu, znamy kilka jego odmian, potrafimy zagrać głośniej lub ciszej. Lewa ręka wie jak ustawiać palce, aby relacje interwałów granych razem lub oddzielnie były właściwe. Umie wibrować szybciej albo wolniej, lub nie ruszać się wcale. Może przebierać palcami szybko i w różnych kierunkach. Ale cały ten arsenał środków nie daje odpowiedzi na postawione w tytule pytanie.

Jak grać, wie najczęściej muzykalność. Zgromadzona w genach suma emocjonalnych uniesień naszych przodków. Uściślijmy, muzykalność wie jak zagrać, jak zaśpiewać natychmiast, bez przygotowania. Ale muzykalność jest jak kot, który instynktownie wspiął się na wysokie drzewo, lecz zejść już nie potrafi. Nie wie jak. Boi się.

Gdy stawiamy na pulpicie nowy utwór, w rzeczywistości mamy do czynienia z kartą kodów. Tam jest muzyka, ale czyjaś. Moją może się dopiero stać. Będziemy musieli użyć całego zasobu wiedzy, a często i to nie wystarczy. Owszem, możemy kopiować czyjeś wykonania, ale czyż genialni kopiści nie są nazywani fałszerzami sztuki?

Tak zaczyna się żmudna walka. Nawet dobrze znana melodia, pod naszymi palcami brzmi jakoś inaczej. Nie poznajemy jej, nie uznajemy za swoją. Czy legato w tym miejscu odnosi się do łukowania czy do charakteru? Czy artykulacja dotyczy jednej figury czy całego taktu? I skąd tu ta kropka?! A, to mucha… przepraszam. No, ale tu? Piano?! Kto mnie usłyszy?… Zaraz, zaraz, z jakiego wydania właściwie gram? No tak, koło urtextu nawet nie leżało… Ale urtext też nie rozwiewa wszystkich wątpliwości. Bo skąd ten łuczek, którego nikt nie przestrzega? A może to kompozytor się pomylił (tak zwyczajnie, po ludzku) a my dorabiamy teorie i piszemy na ten temat prace doktorskie? A w tym miejscu? Chciałoby się przedłużyć pierwszą szesnastkę. A może opóźnić kolejny takt? Ale czy ma to uzasadnienie muzyczne, czy wpadam w pospolity manieryzm, „żeby było ciekawiej”?

I jak te uparte korniki wgryzamy się w kolejne słoje muzycznego drzewa. I pół biedy, gdy pomyliwszy tunele powrócimy do punktu wyjścia. Bo zdarza się i na dobre utknąć w labiryncie. Ale któregoś dnia dostrzegamy w korze małe okienko, potem drzwi, a w końcu bramę. Wpadamy w nią tryumfalnie, uniesieni wichrem, ale wir szybko znudzi się nami. Porzuci nas. Gdyby chociaż ten muzyczny cwał zdarzył się na estradzie. Zazwyczaj dopada nas w czterech ścianach, w których za słuchaczy mamy muchy i pająki, choć i taką publikę należy uszanować. Czasem pies spojrzy na nas z zainteresowaniem, bo to on jest najczęstszym świadkiem naszych wzlotów i upadków. Gdy widzi, że kolejny się zbliża, wspaniałomyślnie zabiera nas na spacer. Pamiętajmy, pies jest najlepszym przyjacielem (nie tylko) skrzypka.

W orkiestrze teoretycznie wszystko powinno być prostsze, ponieważ dyrygent podpowie jak grać. W rzeczywistości sprawa jest trudniejsza, bo muzyka dociera do nas przefiltrowana podwójnie (dlatego wolę wyroby pierwszego tłoczenia). Miejsce dla naszej wizji jest bardzo ograniczone, ale przecież my ciągle chcemy grać swoją muzykę, a nie obu dżentelmenów pospołu. A tu i czasu mało, i problemów do rozwiązania tysiące…

Z wyżej wymienionych przyczyn nie mogę się zgodzić z tezą, że granie skomponowanej muzyki jest sztuką odtwórczą. Może (choć nie musi) być czymś znacznie więcej. A kiedy zdarzy się moment, w którym gra mi się tak dobrze, jakbym to nie ja grał, przychodzą mi do głowy słowa Italo Calvino: „Wszechświat będzie wyrażał siebie tak długo, aż ktoś wreszcie powie: „Ja czytam, zatem coś pisze”. A może: „Ja słucham, zatem coś gra”?

 

Gra planszowa

Posted in Uncategorized by hajton on 10 kwietnia 2018

Udział biorą minimum dwie osoby (jedna też wystarczy, pod warunkiem, że ma zdrowo rozdwojoną osobowość). Zawodnicy tradycyjnie nie witają się, najwyżej rzucają ukradkowe spojrzenia, ale żadnego ściskania dłoni, przybijania piątek. To niegodne poważnych graczy. A kto reguł nie przestrzega… może grać, ale od razu widać, że słaby zawodnik. Na wstępie próbujemy ustalić, kto zaczyna. Mówię „próbujemy”, bo zazwyczaj się to nie udaje. Nawet rzut bilonem uchodzi za fałszywą monetę. Już lepiej rzucać bidonem, ale to w innej dyscyplinie. Rzut młotem jest lubiany, ale zbyt szybko rozstrzyga partię. Jednak czymś rzucić trzeba. Rzucamy więc (niby od niechcenia) tekst rozgrzewający: „z powodów, których łaskawie nie wymienię, nie masz moralnego prawa zaczynać”. Oczywiście, nadziewamy się na kontrę: „grać p o tobie? raczej po moim trupie!”. Nie używamy epitetów ad personam („jesteś głupi”, „a ty mądry inaczej”). Nie, nie, nie! To jest gra godnościowa, a nie jakieś tam słowne utarczki. Gra zaczyna się więc przypadkiem (koniecznie czystym, żeby nie było, że gramy brudno). Ostatecznie zaczyna ten, kto bardziej trafił niż chybił („trafiłeś nieczysto, a ja chybiłem z klasą”, zabrzmi najpewniej). Zaczynający (słusznie czy niesłusznie) przesuwa pionek o dowolną ilość pól, powiedzmy cztery. Przeciwnik natychmiast przesuwa swój w to samo miejsce i zbija przeciwnika. Na żartobliwą uwagę, że to nie chińczyk, zbijający z satysfakcją oznajmia: „słusznie, to raczej grzybobranie!”, po czym wycina przeciwnika w pień. Dopiero kiedy grającym uda się opuścić strefę startową, zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Z każdym ruchem plansza upodabnia się do pola szachowego, uzupełnionego o pole minowe. Stając na określonych polach należy robić miny odpowiadające szachowym figurom. Goniec (zasapanie), koń (dolna szczęka do przodu), wychodzą nam nieźle (skoczek też jest łatwy, wystarczy wybrać na czym lub z czego skaczemy (narty? trampolina?). Król i królowa, czy tam hetman, (duma i godność) to łatwizna, mamy to we krwi. Ale jak zmimifikować wieżę? A pion? Filuterne przekręcenie twarzy w poziom mało kogo dzisiaj śmieszy. Ten segment gry kończy się agresywnym patem, to znaczy przeciwnicy czują się już tak obrażeni, że wstają i patrzą na siebie groźnie, jednocześnie ciągle udając, że się nie widzą (nikt nie mówił, że będzie łatwo). Wyczerpani dotychczasową rozgrywką wzywamy posiłki. Może być pizza, albo chińczyk, a nie, chińczyk już był, i grzyby były… To może „nasze jadło online” czyli na linie. Zupa linowa (żeby tylko nie było kolejki) jest niezła, co chętnie potwierdzi każdy leszcz. Wraz z zupą przybywają biesiadnicy z karczmy, w której zamawialiśmy jedzenie. Bez namysłu dołączają do któregoś z grających. Rozgrzani zupą z lina (i herbatą z lipy) podskakujemy, zagrzewając swój zespół do walki. Na tym etapie dobrze jest podkreślić walory własne, i wyliczyć pobieżną choćby listę błędów i zaniechań przeciwników. W końcu ktoś tam gdzieś krzyknie retorycznie: „co to za palant!?” No właśnie, grać w palanta w mieszkaniu? Wybiegamy na zewnątrz. W palanta w czystej postaci grać nie będziemy, raczej w jego światową wersję, a co! Już tam ktoś zadzwonił po kolegów, już jadą z kijami. Roześmiani, uradowani biegniemy w kierunku placu zabaw. Dobrze wychowane dzieci zazwyczaj same odchodzą, gdy jednak któreś jest oporne, staramy się, aby zasiliło szeregi naszej drużyny (porzucone łopatki, grabki i foremki gromadzimy w kącie piaskownicy, mogą się potem przydać!)

Tutaj jednak muszę przerwać, bowiem forma naszej gry zmieniła się z planszowej w plenerową, względnie miejską. Aha, podobno kije bejsbolowe są zrobione z papier-mâché(?!) choć, dalibóg, nie wiem, co to jest.

333

Posted in muzyka by hajton on 28 marca 2018

Lata temu, gdy stawiałem pierwsze kroki na niwie muzycznej, rodzice uznali, że kompletna edukacja nie będzie możliwa bez instrumentu klawiszowego. W domu pojawiła się Legnica odkupiona od dalszej rodziny, w której zapał do muzycznej przygody zgasł równie prędko, jak się zatlił. Pojawiła się tym szybciej, że mój ojciec — marynarz słonych wód, ale także zamiłowany muzyk amator — oczami wyobraźni widział się już pewnie za klawiaturą. Pianino było prawie nowe, choć tu i ówdzie odłupany lakier wskazywał, że służyło nie zawsze do celów wyższych. W ślad za instrumentem pojawił się stroiciel, pan Mucha, którego szyję zdobiła piękna mucha (co świadczyło, że pan Mucha ma poczucie humoru). W trakcie procesu strojenia towarzyszyłem panu Musze, zafascynowany odkrytymi wnętrznościami pianina, oraz coraz doskonalej brzmiącymi interwałami. Pan Mucha, wyborny stroiciel o podzielnej uwadze, zadał mi w pewnej chwili pytanie o ulubionego kompozytora. Trochę tak, jakby spytać dziecko w sklepie z cukierkami, na którego ma największą ochotę. W pierwszym odruchu wskaże zielony, by po chwili żałować, że jednak nie wybrał czerwonego. „Mozart” — odpowiedziałem, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że czytałem właśnie książkę o Wolfgangu Amadeuszu, moją pierwszą książkę o prawdziwym muzyku. „A ja uważam, że nie ma nikogo ponad Jana Sebastiana Bacha” — oznajmił pan Mucha. Nazwisko było mi już znane, ale muzyka jeszcze nie. Wkrótce (na równomiernie nastrojonym pianinie) zacząłem ćwiczyć pierwsze miniatury Bacha, niezwykle dumny, że gram muzykę kompozytora, którego elegancki pan Mucha uznaje na najlepszego na świecie.

Potem były inwencje dwugłosowe, Koncert a-moll, który fakturalnie należy do łatwiejszych dzieł skrzypcowych Bacha, jakieś utwory chóralne słuchane na koncercie w Filharmonii. Pierwsze płyty, pierwsze zachwyty, ale jeszcze nierozumne, instynktowne dopiero, próbujące na swój sposób doścignąć zachwyt pana Muchy. Potem zaskoczenie — na którymś z konkursów Wieniawskiego — że Bach komponował niesamowite Adagia i Fugi na skrzypce, jakby zaprzeczając naturze instrumentu lub podnosząc go na inny wielogłosowy poziom. Choć w odróżnieniu od wirtuozowskich utworów (Wieniawskiego na przykład) nie trzeba się było w nich wdrapywać powyżej trzeciej pozycji, to odkrywały jakiś zupełnie niezwykły, nieporównywany z niczym zakres treści. Te utwory wcale zresztą nie mogły być łatwe, bo nie dość, że znalazły się w programie tak trudnego konkursu, to jeszcze wielu skrzypkom stawiały wyraźny opór. Wkrótce potem po raz pierwszy zetknąłem się z Pasją według św. Mateusza (którą lata później miałem wykonywać regularnie co rok, w Wielki Piątek). Od pierwszych dźwięków siedziałem wbity w fotel, i choć nie twierdzę, że pojąłem wówczas wszystkie arie i recytatywy, piękno finałowego chóru było tak oszałamiające, że po ostatnim dźwięku wróciłem pospiesznie do domu i na wspomnianej Legnicy próbowałem odtworzyć choćby niektóre akordy.

W średniej szkole sam zacząłem mierzyć się z Sonatami i Partitami. Mój Profesor rzucił mnie na głęboką wodę, w sam środek III Sonaty C-dur. „Jak to zagrasz, zagrasz wszystko”, powiedział. I miał rację, choć I Sonatę g-moll wykonałem po raz pierwszy dopiero w ubiegłym roku, już po odejściu Profesora… Ale to z Nim właśnie graliśmy kiedyś Koncert Podwójny d-moll na żywo w Polskim Radio, a potem zjeździliśmy z tym utworem chyba pół Polski.

Dojrzewałem do Bacha. Spokojnie, bez pośpiechu poznawałem jego muzykę i jej coraz bardziej kompletne oblicza. Sonaty, Suity, Kantaty, Pasje, Msze, Koncerty Brandenburskie, Preludia Chorałowe, Preludia i Fugi — kompendia wiedzy polifonicznej, Wariacje Goldbergowskie… Niektóre z nich grałem sam, innych słuchałem tylko, ale przy każdym dochodziłem i dochodzę do tego samego wniosku: Bach był jedynym kompozytorem, który nie skomponował ani jednej zbędnej nuty! Tak, panie stroicielu Mucho, miał pan rację!

Pod koniec XX wieku zaczęły docierać do nas nowe trendy wykonawcze muzyki dawnej. Przyjmowane początkowo z rezerwą, bez zachwytu, z ironią nawet, jak wszystko co nowe, co zmusza do porzucenia utartego sposobu myślenia i wygodnej nawigacji. Zgoda, w niektórych przypadkach za granie historycznie poinformowane brali się muzycy niedostatecznie poinformowani instrumentalnie. Jednak wkrótce pojawiły się rzesze instrumentalistów kształconych pod tym właśnie kątem. Interpretacje muzyki Bacha zyskały nowy kanon piękna. Ze starych malowideł zdjęto kilogramy patyny, wyłonił się obraz lżejszy, czytelniejszy, bliższy wrażliwości współczesnego człowieka. Gdy jednak słucham starych wykonań Pasji (różnice w czasie trwania między dawnymi, a nowymi nagraniami mogą iść w kwadranse), nie jestem pewien, czy i ten kanon kiedyś nie powróci… Bach był kompozytorem najdalszym od ortodoksji tempa i dynamiki. „Wolno, szybko, głośno, cicho” — to większość stosownych przezeń oznaczeń tempa i głośności. A przecież każdy ma swoje „wolno” odmienne „szybko”, zróżnicowane „głośno” i „cicho”. Tu objawia się jedna z największych tajemnic bachowskiej muzyki. Nie mówiąc o jakiś oczywistych usterkach wykonawczych, jej po protu nie można zepsuć, nie można jej zaszkodzić, nie sposób zniweczyć jej piękna i doskonałości. Mało tego, ta muzyka jest w jakiś sposób ponadinstrumentalna, ponieważ Bach, choć znał doskonale naturę wielu instrumentów, dawał priorytet samej idei muzyki ponad jej konkretne instrumentalne przeznaczenia.

Muzyka Bacha jest szczytem intelektu płynnie przechodzącym w szczyt artyzmu, a zarazem nieustanną improwizacją, próbującą zgłębić wszystkie warianty samej siebie. Jest rtęcią, tak ruchliwą, że nieuchwytną w żadnej trwałej formie, a zarazem zbiorem prazasad, niezmiennych i nieporuszonych w samej istocie.

Skąd ten wysłannik wyższego porządku pojawił się w niedoskonałym świecie ludzi? Był świadom swej roli, czy występował w charakterze narzędzia? A może był boskim przeoczeniem? Z pewnością był człowiekiem z krwi i kości. I to bardzo. Świadczy o tym jego życie, jego dwie żony, jego dwadzieścioro dzieci. Jego — pisane obok dzieł sławiących Boga — Kantaty świeckie, w tym ta o kawie (Ej, smaczniejsza kawa słodka od całusów jest tysiąca, od muszkatułowych win*). A piękno Pasji wg św. Mateusza, czy byłoby aż tak poruszające, gdyby nie było opowieścią o l u d z k i m cierpieniu?

Na pytanie: jakim i czyim cudownym zrządzeniem trzysta trzydzieści trzy lata temu JSB znalazł się na moment wśród nas, nie ma odpowiedzi. Pogódźmy się z tym. Można prześledzić jego rodowód, życiową drogę i dokonania. Ale tu nie odnajdziemy interesującego nas śladu. Ten przeskok z innego wymiaru musiał dokonać się w sposób niezrozumiały dla samego Bacha. Jego twórczość wieńczy Kunst der Fuge (Sztuka fugi). Fuga czyli ucieczka. Fuga czyli pogoń. Bach przez całe życie próbuje złapać to, co uciekające, co nieuchwytne. Próbuje odnaleźć… drogę powrotną. Nigdy nie rezygnuje. Walczy do samego końca. U schyłku życia, niewidomy, skupiony wyłącznie na poszukiwaniu ostatecznego sensu muzyki, korzysta z pomocy ucznia, który zapisuje jego ostatnie dźwięki. 28 lipca 1750 roku rękopis się urywa. Syn, Karol Filip Emanuel opatruje go dopiskiem: Podczas pracy nad tą fugą, gdzie nazwisko BACH zostało użyte w charakterze kontratematu, autor zmarł.

Strumień odnalazł drogę do Źródła.

 

 

 

tłumaczenie fragmentu Kantaty o kawie:  Krystyna Jackowska – Pociejowa, fragment pochodzi z książki Bohdana Pocieja: Jan Sebastian Bach i jego muzyka

Czas (z Niecodziennika)

Posted in Uncategorized by hajton on 26 marca 2018

Dlaczego lubimy czytać cudze wynurzenia? Po pierwsze, dotykamy codzienności i normalności. Po drugie jednak dostrzegamy, że pod niepozorem może kryć się myśl mądra, potężna, odkrywcza, krzepiąca. Obcowanie z myślą innego człowieka, wysublimowaną, tą, w której starał się przekazać najważniejsze przemyślenia, najistotniejsze cząstki siebie, może dać poczucie kompanii w chwilach samotności. Po co pisze się dzienniki? Aby nie być samemu. Teraz i kiedyś. Może nawet bardziej kiedyś. I aby dotrzymać towarzystwa komuś, kto będzie go potrzebował. To degraduje czas do roli pomocniczej, drugorzędnej. Przebywanie z ludźmi, między ludźmi, zawsze ma jakąś datę ważności. Kiedyś się kończy. Obecność myśli nie zna takich ograniczeń.

Czas. Relacja czasu. To mnie zajmuje. W pewnym wieku zaczyna się o czasie myśleć więcej, bo bardziej dostrzega się jego upływ. Coś, co było kiedyś prawie nieruchomą masą, staje się coraz bardziej rwącym strumykiem. Ale czy to nie dowodzi właśnie, że nie tylko nie oddalamy się od źródła, ale wręcz przeciwnie, zbliżamy do niego? Myśl zatrzymuje czas i utrwala go. W dziecku jest tylko dziecko. W człowieku dojrzałym jest i dziecko, i młodzieniec, i ten, którym się właśnie staje. Czas nie jest linearny. Jest sumą trwań. Co kiedykolwiek się wydarzyło, jest w cząstkach czasu zatrzymane na wieki. Linia życia jest niczym kreska symbolizująca upływ filmu na ekranie smartfona. Można ją przewijać w obu kierunkach. Trudno to udowodnić. Podobnie, jak kiełkującą, szaloną w rozmachu myśl, że nie tylko przeszłość, ale i przyszłość już się wydarzyła. Albo wydarza się ciągle na nowo. Gdyby to udowodnić, krąg czasu uznałbym za zamknięty.

Preludium piąte

Posted in Uncategorized by hajton on 24 marca 2018

Spaceruję wśród pól, a moje miarowe kroki z szybkością błyskawicy oplata jakiś ruch. Coś się perli, srebrzy i złoci. Mozaiczy. Próbuję złapać to wzrokiem, lecz jest za szybkie, zbyt zmienne, nie nadążam, dostrzegam tylko zmieniające się barwy i desenie… To salamandra jakaś, raczej kameleon, którego ubarwienie i wzory zmieniają się z zawrotną szybkością. Ucieka przede mną, czy zaprasza do zabawy? Wbiega na drewniany płot, wspina się na mur ze starej cegły, jest przede mną, za mną, nie wiem gdzie. Aż nagle sama już sobie nie wystarczy i z jednej robią się dwie. Rozbiegają się i zbiegają. Przystają na moment. Mam was, myślę. Ale ich już nie ma. Wskoczyły w fugę. Biegnę za nimi. Nie złapiesz nas, śmieją się. Ale próbuj. W nieskończoność.

Urodziny Bułhakowa

Posted in Uncategorized by hajton on 13 marca 2018

A gdyby tak, pomyślałem, każdy atom zawierał całą wiedzę o świecie? O przeszłości, o wszystkim co kiedykolwiek się wydarzyło. I wydarzy — bo dla wszechwiedzy nie ma ograniczeń. To znaczy, że z drobiny można by odtworzyć bezmiar trwania… Dlaczego nikt przede mną nie wpadł na myśl tak oczywistą? Odpowiedź nasunęła się sama. Nie byłem pierwszy. Atom fascynował ludzi od dawna. Czym jednak skończyło się jego rozbijanie przez najtęższe umysły? Największą katastrofą w dziejach ludzkości. Tajemnica — czymkolwiek lub kimkolwiek była — ustawiła na swej drodze zaporę nie do przejścia. Nikt nie odważy się pójść dalej, bojąc się, że tam już tylko unicestwienie i nicość. A w rzeczywistości — ostateczna odpowiedź… Już miałem brać się za łapanie jakiegoś wypasionego egzemplarza (przygotowałem nawet pudełeczko po tik-takach o smaku pomarańczowym, na wszelki wypadek, aby — jeśli coś się wydarzy — nadać wszechrzeczy pomarańczową aurę i aromat), gdy raptem facebook przypomniał mi o urodzinach. Nie, nie moich, ani moich znajomych. Chodziło o urodziny pisarza, którego książkę (najznamienitszą, według pani bibliotekarki) jakiś czas temu wypożyczyłem z biblioteki. Nie zacząłem jeszcze. Jednak stronę pisarza (fb) polubiłem, zanim zdążyłem polubić jego książkę. To teraz norma. Z lubieniem trzeba się spieszyć. Tak szybko znikają jego powody…

Jak urodziny, to urodziny. Zaprosiłem sam siebie, kota, który błąkał się  po okolicy tak obłąkańczo, że aż się do mnie przybłąkał. Wspólnie zaprosiliśmy to, co w lodówce. Obecność autora symbolizowała książka w okładce z szarego papieru, z numerem katalogowym.

O mnie już coś wiecie. Lubię wymyślać. Szukam rzeczy zakrytych. Kot (wielkie czarne kociszcze) otrzymał ode mnie imię Be (dlaczego? bo cacy z pewnością nie był). „To, co w lodówce” okazało się starym kefirem (wydawało mi się, że powinny być jeszcze jakieś grzybki, ale Be mnie chyba uprzedził). Aby nie płoszyć nastroju postanowiłem nie sprawdzać daty przydatności do spożycia. Be rozsiadł się w krześle i spoglądał na pojemnik z kefirem. Koniuszek jego ogona szybko poruszał się w lewo i prawo, zwiastując, że życie wewnętrzne kocura aż kipi. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Zaraz trafiłem na opis, który wprawił mnie w zachwyt. Morelowy napój wyprodukował obfitą żółtą pianę i w powietrzu zapachniało wodą fryzjerską. Postanowiłem uchylić wieko pojemnika z kefirem. Może wyprodukuje równie ponętną pianę i aromat? Rozniósł się zapach dość rześki. Be musiał uznać go za nadzwyczaj atrakcyjny. Wskoczył na stół, ale gładki blat nie dał jego pazurom żadnego oparcia. Zrzucił nie tylko kefir, ale i książkę, której pożółkłe stronice szybko bielały od nabiału. Kot w pasji jakiejś wbijał pazury i wpijał zęby w mieszaninę papieru i kefiru, szarpał, darł, rozrywał. Jakby mu było mało, wskoczył na kuchenne okno, strącając doniczkę blokującą okno z zepsutym zamkiem. Drzwi od mieszkania otworzyły się na oścież, a strumień powietrza porwał i wyrzucił na klatkę schodową strzępy papieru. Została tylko szara okładka z numerem katalogowym.

Powinienem być załamany. Tak obiecująco zaczynająca się książka przepadła, była zniszczona z kretesem. I wtedy pomyślałem o atomie, który zazdrośnie strzegł swojej tajemnicy. Skoro z drobiny można wygenerować świat, to ze zdania da się odtworzyć książkę. Zuchwałość tej myśli aż mnie rozbawiła. I nie tylko mnie. Be nie wyglądał na przejętego swym niecnym postępkiem. Stał na dwóch łapach, przyglądał mi się bezczelnie i zapalał papierosa.

Blada twarz pustych kalorii

Posted in Uncategorized by hajton on 10 marca 2018

Wiedzą, mówią, piszą, twierdzą. Mają rację. Zagłuszają. Zakrzyczą. Nie dopuszczą. Przekonują, ale nie dają się przekonać. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Niechęć do już nieobecnych przetrwała. Niechęć do jeszcze nieobecnych już się narodziła.

Nienawidzę obcych, szczycę się tym. Ale niech tylko ktoś śmie powiedzieć, że nienawidzę obcych! Ja? Najsprawiedliwszy wśród narodów świata?

Dlaczego golimy głowy? Otóż, był taki Samson, którego siła wynikała z włosów. Ale on był  starotestamentowy. My udowodnimy, że włosy nie są nam do niczego potrzebne. Skoro oni tak, to my odwrotnie. Oni w czapkach, my z gołą głową. Oni z plerezą, my na łyso. Jednak golenie głowy już nie wystarczy. Dziś bez kompromisu golimy całe ciało, a w szlachetnych zaułkach nieskalanie białych pach tatuujemy malutkie azjatyckie symbole szczęścia. Gdy tylko robi się cieplej, obnażamy wyrzeźbione na siłowni blade torsy, a podnosząc ramię w geście rzymskiego pozdrowienia (albo, jak kto woli, zamawiając z rozmachem pięć piw), demonstrujemy naszą mądrość i (białą, a nawet aryjską) siłę.

Przyzwoitość nakazuje ważyć słowa. Słowa mogą ranić, a nawet zabijać. Słowianie — co już w słowie się zawiera — powinni być na słowa szczególnie wyczuleni. Nie pozwól sobie w kaszkę dmuchać. Pamiętaj, że rude to wredne. Dziewczynki w rączkę całuj, ale niech wiedzą gdzie ich miejsce. Murzynka poklep, ale się z nim nie baw. Pieska pogłaszcz, ale jak warknie, to kopnij. Podmiot pomiotem się staje. Rację ma ten, kto jest przy głosie. Ponieważ jestem przy głosie (którego sam sobie udzieliłem), oświadczam, że prawda obiektywna nie istnieje. Tyle prawd, ile ludzi. Ale istnieją fakty.

Fakty zapomniane, skrywane i negowane, prędzej czy później powrócą w całej pełni. Nie dlatego, że tak chcą politycy, tylko dzięki cierpliwej pracy historyków. Zanim powrócą, będą jeszcze musiały przybrać cały szereg zdeformowanych postaci. Będą straszyć i tumanić.

Narody, podobnie jak jednostki i cała ludzkość, potrzebują katharsis. Kto myśli, że droga doń prowadzi na skróty, jest po prostu w błędzie. Filozofia: „nawet jeśli byli wśród nas źli, to wśród innych byli gorsi, nawet jeśli wśród innych byli dobrzy, to wśród nas byli lepsi”, jest myślą upajającą podobnie jak alkohol. Puste kalorie. Chwilowe nasycenie. Bezzasadna euforia. A potem ból głowy i niesmak.