oto I owo

Otwarta książka

Posted in malarstwo by hajton on 4 kwietnia 2017

Podczas spektaklu „Kabaret” w warszawskim Teatrze Dramatycznym zastanawiałem się wraz z częścią publiczności, czy i kiedy aplaudować? Bowiem znajdowaliśmy się w sytuacji podwójnej: w teatrze dramatycznym nie tylko z nazwy, ale i z charakteru, a zarazem w berlińskim kabarecie z czasów poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej (dobrze znanym z filmu Boba Fosse’a). Bijąc brawo po każdym numerze stricte kabaretowym sami wcielalibyśmy się w rolę kabaretowej publiczności. Nie reagując zupełnie narażalibyśmy aktorów na poczucie, że ich sceniczne wysiłki są niedoceniane. Wielopiętrowość sztuki potrafi zaskakiwać.

W malarstwie najbardziej interesuje mnie aspekt literacki. Utrwalony na płótnie zdarzeniowy potencjał, dający się interpretować na najróżniejsze sposoby. Na przykład Pies i jego Pani. Mamy tu dwójkę bohaterów zatopionych w pojedynczych światach, ale tworzących też świat wspólny. Choć dziewczyna czyta, to nie książka jest tu ważna, a samo czytanie.

Na obrazie, o którym chcę teraz powiedzieć, książka jest jedynym elementem. Sytuacja statyczna? Pozbawiona dynamiki? Nie! Ten pomysł jest jak sportretowanie świata, bowiem każda książka jest samoistnym światem. A ponieważ dla każdego czytelnika jest światem innym, stopień możliwych interpretacji urasta do skali niebotycznej! Wróćmy jednak do obrazu. Choć osoba czytająca jest na nim nieobecna, to przecież jej bliskość daje się wyczuć. To ona odłożyła książkę, to ona znajduje się w jej orbicie, to ona decyduje o aurze, która ją okala. Sposób odłożenia książki sugeruje, że mamy do czynienia z czytelnikiem łapczywym. Nie ma czasu na zakładki, bo lektura przerwana została tylko na chwilę: dla otwarcia drzwi gościom (nieproszonym, bo przeszkadzają w czytaniu), odebrania telefonu, wypicia łyka wody albo zaparzenia herbaty… A może po prostu dla pozbierania myśli, dla chwili zachwytu albo niezgody. Ta książka jest tak wciągająca, że na czas lektury zdominowała świat otaczający. Jej duch został uwolniony. Jak dżin z butelki. A dżina (a także ginu) połowicznie uwolnić się nie da. Zostanie zamknięta dopiero po wyczerpaniu słów. Po ostatniej kropce (kropelce). Jednak dzięki takiemu sposobowi odłożenia otrzymujemy pełny wgląd w okładkę. Jakże byłbym rozczarowany, gdyby za pomocą szkła powiększającego dało się ustalić, jaki to – choćby mój ulubiony! – tytuł. Kto jest – choćby moim ulubionym! – autorem. Nic z tych rzeczy. To nie jest portret konkretnej książki. To jest obraz książki uniwersalnej. Maźnięcie literatury. Jedynym nie budzącym wątpliwości elementem jest czerwony grzbiet. Taki, który pozwoli ją zauważyć na półkach. Reszta jest niedopowiedzeniem. Możemy dopatrywać się żółtych pól, zieleni lasów, błękitu nieba, jakiegoś płotu albo parkowej ławki, a może sikorki lub rajskiego ptaka, albo pustynnej karawany zaskoczonej przez burzę piaskową… Możemy domyślać się, że na ostatniej stronie znajduje się zdjęcie autorki/autora na tle parkanu, albo zespołu krzyży, i pewnie parę słów o nim/o niej, możemy fantazjować, że rozstrzelonym drukiem wykrzyczane jest: „najlepsza książka od czasów Biblii!”, albo „książka tak zła, że aż genialna!”… Jest tam pewnie jej opis (tzw. blurb), u dołu strony czai się cena… Dopatrywać się, domyślać, fantazjować – oto wszystko, co możemy. Ale czy to mało? Ta książka jest nasza. Czegokolwiek jej nie przypiszemy, będzie słuszne. A przecież to dopiero początek. Bo jeśli sama okładka zasugerowana kilkoma dotknięciami pędzla rysuje taki ogrom domniemań, to co powiedzieć o skrywanej przez nią zawartości? Czy książka jest beletrystyką, a jeśli tak, to jakiego gatunku: romans, saga, thriller? A może to poradnik? Choć oficjalny tytuł obrazu brzmi „Otwarta książka”, na jego odwrocie Autorka dopisała: „ciągle czytam i uczę się”. A my? Musimy się cieszyć niewiedzą. Każda odpowiedź jest końcem, jej brak – trwaniem.

Można też spojrzeć na obraz jeszcze inaczej, prościej. Oto malarstwo głaszcze literaturę. Ich mariaż cieszy patrzących. Budzi w nich głód doznań. Portret książki obramowany jest w tło. Szare jak codzienność. Błękitne jak codzienność.

 

*Autorką obrazu jest Bogna Gniazdowska

Prawda odczuwalna

Posted in miniatury literackie by hajton on 20 marca 2017

Nadeszła zima. A z nią chłód i długie noce. Aż się żyć nie chciało. „Termometry będą naprawiać!” – gruchnęła wieść gminna. „Jak, gdzie, dlaczego?!” – zainteresowali się ludziska.

„Trzeba wyregulować, bo ludzkie odczucia są subiektywne” – objaśniał specjalista w mediach. „A u nas władze dbają o obywatela. Człowiek już taką ma naturę, że sam nie wie, co dla niego dobre. Temperatura odczuwalna różni się od tej na termometrze” – objaśniał. „Podobnie jest z prawdą” – szedł za ciosem. Ludziska się cieszyli, bo dobrze, jak czasem ktoś mądrze mówi, a jeszcze lepiej, jak się o nich troszczy. No więc dali te swoje termometry ponaprawiać. Od tej chwili pokazywały zawsze 30 stopni. I choć ludziom było zimno, to jakoś fajniej się żyje, gdy za oknami tropik. Ale ludzie, jak to ludzie, zawsze szukają dziury w całym. „To niemożliwe” – mówili, „coś oni z tymi termometrami pokręcili”. A z prawdą? Oglądali, słuchali i czytali, żeby trochę zmądrzeć, no i rzeczywiście, to i owo się wyjaśniało, kto swój, a kto obcy, kogo szanować, a kim pogardzać. Nawet fajnie się było dowiedzieć, że jako jedyni na świecie przenigdy nie zhańbili się niczym złym. I przeciwnie, wszyscy wokół okryci niesławą, więc to normalne, że sypnęli trochę kasy, bo się słusznie należy. I całkiem też normalne, że postanowiliśmy trochę naszych wartości pokazać tym niedoukom i moralnym karłom, bo w końcu albo się ma wspaniałomyślność w genach, szlachectwo we krwi, albo nie. No i jeszcze mówiono, dlaczego należy odmawiać pomocy potrzebującym. Bo to nie żadni potrzebujący są, tylko wrogowie czyhający na naszą wiarę, tradycję i szczęście. I odwracając się do nich plecami ratujemy cywilizację. Ale im więcej słów było, tym bardziej zgrzytało. Zgrzytało, jakby ktoś piasek sypał w tryby. Aż zęby bolały. I szczękały z zimna. Choć termometry puchły z dumy. Bo w jednym rację miał ten specjalista, że ta zwykła, ludzka prawda była inna. Podobnie jak temperatura.

Aż przyszła wiosna. Ludzie powyrzucali termometry, bo zrobiło się ciepło. I żyli długo i szczęśliwie. Aż do czasu kolejnych naprawiaczy.

Brak zasięgu

Posted in miniatury literackie by hajton on 13 marca 2017

Halo! Halo? Ha-lo! No, co jest?! Popukałem w telefon, potrząsnąłem nim, uderzyłem dwa razy o blat. Głupi sprzęt. Ledwie parę dni w użyciu i już problemy. Tak to jest z tymi promocjami. Chociaż, oferta wydawała się korzystna. Wiodąca sieć, uznana marka, model z wyższej półki. No, ale zaraz. Zamiast dewastować telefon lepiej się zastanowić. Może problem z zasięgiem? Zdarza się. Przez mieszkanie przechodzi jakiś cholerny południk zero, martwa strefa ujawniająca się raz na jakiś czas. Spróbuję w kuchni. Nie ma. W łazience. Nic, choć tu zawsze było w porządku. No, bo bateria jeszcze mocna, 78 procent (nawiasem mówiąc, jakoś dziwnie szybko zeżarło te 22). A może limit wyczerpałem? Możliwe to? E, w ciągu paru dni? Przy rozmowach gratis w sieci macierzystej? Cuda, panie, cuda i dziwy. Chiński badziew, ot co.

„Chcesz zasięgu, próbuj wyżej” – głosi niepisane prawo komórkowe. Stanąłem na taborecie prawie dotykając telefonem sufitu. Nic i z tego (nici z tego). Wyszedłem na klatkę schodową, piętro, potem dwa piętra wyżej. Pudło. Wróciłem do siebie. Co teraz? Może balkon? Żadnych ścian i przeszkód. Tylko ja i zasięg. I to maleństwo przy moim uchu. Nic. Jak ja tego nie lubię! Zaczynam czuć się jak małpa, cofam się w rozwoju, wracam na drzewo!

Na ulicach jakoś pusto. No tak, niedziela. Na balkonach, tu i ówdzie posobotni zombi, ze spojrzeniem wbitym w ekranik. Ulicą przemyka pusty tramwaj. Nie zatrzymuje się na przystanku, nawet nie zwalnia. Nikogo na nim nie ma. Zza rogu wybiega grupka młodych, jakby ścigających się, albo uciekających, bo co chwila któryś spogląda nerwowo za siebie. Gdy znikają w pasażu między blokami, zza zakrętu wypada samochód. Zatrzymuje się z piskiem opon, ze środka wyskakuje dwóch facetów z pistoletami w dłoniach. Ja cię nie mogę! Gangsterka w biały dzień. Do czego doszło?! Gdzieś daleko odzywa się seria karabinowa, a zaraz potem huk eksplozji. Aż zombi na balkonach podnoszą głowy. Co się dzieje?! – krzyczę do najbliższego, którego znam z widzenia. Patrzy na mnie, wytrącony z letargu. Coś się dzieje, nie ma zasięgu – mówi bardziej z rezygnacją niż wściekłością. Wracam do środka, zamykam drzwi od świata i oddycham z ulgą. Z moją komórką wszystko w porządku.

Antymidas

Posted in Uncategorized by hajton on 8 marca 2017

Każdy mit ma swój antymit. Czasem mocny jak dynamit. Każda legenda – antylegendę. Bohater – antybohatera. Król Midas – na własne życzenie – obdarzony został mocą zamiany w złoto wszystkiego, czego się dotknął. Antymidas posiadł – na życzenie mniejszościowej większości lub odwrotnie – umiejętność zgoła odmienną. Wszystko, czego się dotknie, zamienia się w materię miękką, a podatną. Antymidas ma wiele pomysłów, więc namaścił swoim dotykiem całą armię antymidasków. Ci ochoczo ruszyli do pracy, żeby usatysfakcjonować szefa i zasłużyć na jego względy. I tak dotykają, dzień po dniu, aż już zdążyli zabryzgać ludziom oczy. „Król jest nagi” – krzyknęło dziecko w całkiem innej bajce, bo miało czyste oczy.

Ale kto zdejmie glinę z oczu zaślepionych?

Wspiąłem się na Czarodziejską górę

Posted in książki, muzyka, nierecenzje, teatr by hajton on 26 lutego 2017

unknownIleż to razy po wykonaniu skomplikowanego utworu towarzyszyło mi uczucie zdobycia szczytu, szczyciku choćby, ale takiego, z którego widać kawałek świata. Podobnie rzecz ma się z przyswajaniem wymagających dzieł sztuki. Im góra wyższa, tym większa satysfakcja. A jeśli na dodatek jest to góra czarodziejska…

Międzynarodowe Sanatorium Berghof jest enklawą wyłączoną z codzienności. Każdy śni tu swój sen. Te sny nachodzą na siebie albo się mijają, akcja rwie się i rozciąga w czasie, a rozwiązania – jeśli już jakieś następują – są zazwyczaj dalekie od naszych oczekiwań. To zaskakujące, ale jej podstawowy przebieg daje się streścić w jednym zdaniu:

Do uzdrowiska przyjeżdża młody hamburski inżynier Hans Castorp; odwiedza chorego kuzyna, jednak w trakcie wizyty okazuje się, że sam jest nosicielem „mokrej plamki”, w związku z czym pozostaje na górze nie dwa tygodnie, a siedem lat.

Autor rozciąga dzieło na osiemset stronic druku, i to tak drobnego, że czytanie staje się trudne dla oczu, pomijając już fakt, że gdy taka książka/cegła wyleci z dłoni, może złamać nogę, uszkodzić kota lub psa rasy pomniejszej zaś po wpadnięciu do wody – ostrzegam czytelników waniennych – spowoduje małą powódź. Mówiąc całkiem poważnie, lepszym rozwiązaniem byłoby dostarczenie dzieła w dwóch tomach, ale przypuszczam, że nad decyzją o wydaniu jednotomowym zaważyły względy ekonomiczne (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2016, tłumaczenie: tom I Józef Kramsztyk, tom II Jan Łukowski).

Uczestniczymy w codziennym i odświętnym życiu uzdrowiska, jadamy, spacerujemy, werandujemy (to znaczy leżakujemy owinięci w koce), chorujemy i umieramy wraz z jego pensjonariuszami. Obserwujemy korowód postaci, ciekawych i bezbarwnych, szalonych i irytujących. Poznajemy ich rytuały, fobie i obsesje, stan duszy, stan kiesy i stan płuc.

Pensjonariuszy toczy gorączka, więc – wbrew sanatoryjnemu charakterowi miejsca – żyją gorączkowo, łapczywie, bez opamiętania. Czarodziejska góra jest miejscem dla ludzi zamożnych; byle biedak może sobie chorować w domu. Więc jedzą i piją, używają ponad miarę, ponad zdrowy rozsądek, bo ta ich góra ma w sobie też coś z Titanica; czego uszczknę, to moje, potem może być za późno. Będzie za późno. Na wszystko.

Jest też miłość, dużo miłości, spełnionej, niespełnionej, dekadenckiej i metafizycznej. W rosyjskiej piękności, Kławdii Chauchaut, mimo jej złych manier (trzaskanie drzwiami) i tatarskich oczu (a może z ich powodu?) kocha się pół uzdrowiska (niczym w pannie Krysi, w rodzimym pensjonacie Orzeł: Ta panna Krysia, panna Krysia, królowała na turnusach nie od dzisiaj…).

Ale choć ciągle obecna w sercach i myślach pensjonariuszy, sama opuszcza luksusowe więzienie, bo jej wolna stepowa natura nie może znieść długotrwałego zamknięcia. Czy jest to przeszkodą w miłości? Oczywiście, nie! Pod jej nieobecność Hans Castorp analizuje każdy nieomal centymetr kwadratowy jej portretu, zaś jego największą relikwią jest zdjęcie: zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej madame Chauchaut. Kławdia powraca. Co z tego, kiedy u jej boku pojawia się król życia, Holender Mynheer Pepperkorn. Autor niezrównanie dziwnych fraz słownych, w stylu: Dzieci – nonsens – nie jest się naturalnie wcale – gdyby w tej chwili – zobaczylibyście – śmieszne. Człowiek, który osobowością i szerokim gestem zdominuje na pewien czas życie towarzyskie uzdrowiska.

Choć wokół Hansa Castorpa kręci się sporo osób bardziej wyrazistych, to właśnie jego uczynił autor osią magicznego świata. Młody inżynier przechodzi w Berghofie niejedną inicjację. Oprócz miłosnej – intelektualną: staje się adresatem niekończących się sporów ideologicznych włoskiego humanisty – Lodovico Settembriniego: Zdobyczą Odrodzenia i Oświecenia, mój panie, jest osobowość ludzka, prawo człowieka, wolność! – i fanatycznego wychowanka jezuitów, Leo Naphty: To nie wyzwolenie i rozwój jednostki stanowią tajemnicę i nakaz naszych czasów. Tym, czego one potrzebują, czego pragną, tym, co stworzą, jest – terror. Ich ustami przeprowadza autor wcale nie pobieżną analizę aktualnej myśli europejskiej, która już niedługo doprowadzi do przełomowych wydarzeń historycznych. Światopoglądowy spór zakończy się zresztą całkiem fizycznym pojedynkiem, którego finał również zaskoczy.

Człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami. Uzbrojony w wykutą w trudzie maksymę Castorp będzie musiał pogodzić się z odejściem tego, którego przyjechał odwiedzić. Choć Joachim Ziemssen, młody oficer, znosił swój los z dyscypliną wojskowego, musiał ustąpić przeważającej sile śmiertelnego wroga. Jednak Joachim pojawi się na kartach Czarodziejskiej góry raz jeszcze, za sprawą Ellen Brand, Dunki (nawet nie z Kopenhagi tylko z Odense) i jej mediumicznych zdolności, a mówiąc konkretnie(!) – jej niewidzialnego przyjaciela, Holgera. Ale ta magia nie mogłaby się obejść bez muzyki, która pojawia się w sanatorium za sprawą cudownego wynalazku zwanego gramofonem. Aparat marki Polihymnia. Dusza niemiecka we współczesnej postaci – jak określa go radca Behrens. Z miłością i znawstwem pisze Mann o operach Mozarta, Verdiego i Pucciniego, o Wagnerze, Debussym, Bizecie i Offenbachu. Jednak kluczem otwierającym łącznik między światem żywych i umarłych okazuje się dopiero skromna pieśń Schuberta.

Nad całością zakładu pieczę sprawują naczelny lekarz i dyrektor uzdrowiska, wspomniany przed chwilą radca Behrens zwany przez Settembriniego Radamantysem (sędzia zmarłych w Hadesie). Jego prawa ręka – dr Krokowski, naukowiec o wyglądzie i zacięciu szamana, uprawia freudowską „analizę duszy”.

Jako tropiciel polskich śladów w literaturze światowej nie mogę nie wspomnieć o takowym w dziele Manna. Otóż Polacy pojawiają się w nim jako symbol rycerskości i honoru. Z powodu (rzekomego) wyrażenia (rzekomo) niepochlebnej opinii przez jednego z panów o żonie innego, doszło do budzących grozę wydarzeń. Zacytuję fragment protokołu:

Pan Stanisław Żuławski (…) dowiedziawszy się za pośrednictwem osób trzecich, że pan Kazimierz Japołł ma zamiar nazajutrz wyjechać, parokrotnie spoliczkował pana Kazimierza Japołła w barze tutejszego Kurhausu dnia 2 kwietnia 19.. między godziną 7.30 a 7.45 wieczór, w obecności swej małżonki Jadwigi oraz panów Michała Łodygowskiego i Ignacego Mellina, podczas gdy pan Japołł raczył się przy stoliku napojami wyskokowymi w towarzystwie pana Janusza Teofila Lenarta i dwu nieznanych bliżej dam z „American Bar”. Bezpośrednio potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Kazimierza Japołła, podając jako przyczynę swego postępowania obrazę, której dopuścił się pan Japołł wobec niego samego i wobec panny Kryłow. Niezwłocznie potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Janusza Teofila Lenarta za kwalifikować się niedającą krzywdę wyrządzoną państwu Żuławskim, a wreszcie pan Stanisław Żuławski bezzwłocznie spoliczkował też wielokrotnie pana Janusza Teofila Lenarta za oszczercze zniesławienie jego małżonki oraz panny Kryłow. Panowie Kazimierz Japołł i Janusz Teofil Lenart zachowali się podczas całego tego zajścia zupełnie biernie.

Z Czarodziejską górą jest jak z górą w ogóle: niby da się ogarnąć jednym spojrzeniem, ale jej ogromu opisać nie sposób. Więc jeszcze tylko słowa zaskakującego finału, kiedy to góra pęka jak bańka mydlana, rozpierzcha się jak chmura, a Hans Castorp, śpioch obudzony z pięknego snu, ląduje w okopach I wojny światowej. Magia znika. Tu umieranie nie ma w sobie nic wzniosłego. Śmierć odarta zostaje z godności. I pozbawiona sensu.

Przygody cielesne i duchowe wzbogaciły twą prostoduszność i pozwoliły ci duchem przetrwać czas, którego zapewne nie przetrwasz ciałem. Miałeś chwile wieszczego królowania, w których ze śmierci i wyuzdania cielesnego wyrasta twój sen o miłości. Czy z tych śmiertelnych zapasów, z gorączkowej orgii, która wokół ciebie zapala teraz dżdżyste niebo wieczorne, zrodzi się również kiedyś miłość?

Ale ale… To wcale nie koniec.  W trakcie lektury docierało do mnie na jak karkołomne zadanie porwali się twórcy opery bazującej na powieści. „Weź pan górę, albo rzekę, albo połowę nieba, i zrób z nich operę.”

Przedsięwzięcie niewykonalne!

Czyżby?

Oto moje zapiski z 17 września 2016 roku. Tego dnia w ramach Festiwalu Warszawska Jesień odbywa się warszawska premiera opery.

Czarodziejska góra jest wysoką górą. Żeby się na nią wspiąć, musiałem pokonać kilka poziomów, jak w grze komputerowej. Od dwóch tygodni słyszałem wyraźnie: „Biletów nie ma, rozeszły się jak gorące bułeczki. Liczenie na zwroty jest wiarą naiwną. A wejściówek nie przewidujemy, no może kilka.”

Ale cóż warta inna wiara? Jeśli oparta na przekonaniu – czy jest jeszcze wiarą?!

Postawiłem poprzeczkę wysoko; w kolejce po wejściówki ustawiłem się już o godzinie 14.30. Jednocześnie dementuję, jakobym to ja był twórcą komitetu kolejkowego; jego inicjator pojawił się w teatrze kilka godzin później, kiedy karty były już rozdane.

Miałem sporo czasu, aby przyjrzeć się Nowemu Teatrowi – Starej Zajezdni Autobusowej. Przestrzeń zachęcająca, przestronna, przewietrzna, każdy tu może wejść i poczuć się dobrze. Przez wielkie dzielone okna widać przytulone przyuliczne drzewa. Jest to warszawskie do szpiku kości, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Gdyby wyjrzeć przez te okna, może dostrzegłoby się widok z całkiem innego czasu, jakieś strzępy zdarzeń, często przygnębiających, ale tak mocno zaznaczających jego tożsamość, jego trwanie. W czasie wojny w pobliżu odbywały się publiczne egzekucje. W jednej z nich rozstrzelany został altowiolista Henryk Trzonek, członek orkiestry radiowej p/d Grzegorza Fitelberga i muzyk Kwartetu Polskiego Radia.

Minęło parę godzin, dochodzi 19.00. Jest tłumek, nie, prawdziwy tłum oczekujących. Coraz więcej znanych twarzy, wśród nich Janusz Głowacki. Gdy o 20.00 zasiadam w końcu na upragnionym miejscu, na salę wchodzi majestatycznie Jerzy Skolimowski, tylko co uhonorowany nagrodą Festiwalu Filmowego w Wenecji.

„Jest Pan jednym z niewielu polskich kompozytorów, którzy jeszcze piszą na orkiestrę” – stwierdza w rozmowie z Pawłem Mykietynem Dorota Kozińska.

„Owszem, ale coraz bardziej do mnie dociera, że to już byt trochę przebrzmiały” – odpowiada kompozytor. I dodaje: „W konwencji operowej, gdzie mamy śpiewaków na scenie i muzyków w kanale orkiestrowym (…) jest da mnie coś archaicznego”. W innym z wywiadów Paweł Mykietyn mówił, że romans muzyki współczesnej z filharmonią (w rozumieniu orkiestry symfonicznej) nie bardzo się udał. To stwierdzenia mocno dyskusyjne, ale wyjaśniają, dlaczego kompozytor zabrał się do rzeczy w taki, a nie inny sposób.

O ile warstwa śpiewaczo/sceniczna mieści się całkowicie w kanonach tradycji, to muzyczna/kanałowa uległa dramatycznemu jak na operę przeobrażeniu. Choć poszczególne elementy muzyki są grane również na instrumentach (np fortepianie), to jednak całość jest nagrana, przetworzona i odtwarzana z taśmy. Czysta elektronika. Ten zabieg zaskakuje tylko na początku. Nieobecność orkiestrowego organizmu, zastąpiona przestrzennym, dobywającym się z ośmiu głośników dźwiękiem, stanowi kanwę dla śpiewaków wykonujących swoje partie jak najbardziej na żywo i z pełnią operowej ekspresji. Choć… Być może po to, aby przebić się przez dźwięki masywne niekiedy jak bloki skalne, śpiewacy używają mikrofonów. A śpiewanie w operowej manierze do mikrofonu zawsze przypomina mi pewne zdarzenie. W trakcie próby José Carreras najwyraźniej oszczędzał głos, co jednego z moich kolegów sprowokowała do pytania: „Maestro, czy na koncercie maestro będzie śpiewał do mikrofonu?” Sądząc po reakcji maestro, nie było to pytanie taktowne. Z drugiej jednak strony, także w teatrze nieoperowym aktorzy coraz częściej posiłkują się mikrofonami, ku – nazwijmy to – wygodzie swojej i publiczności. Mnie to nie przekonuje. Struktura pomysłów Mykietyna jest dość czytelna, zresztą kompozytor wcale jej nie ukrywa. To system stopniowo rozpędzanych i wyhamowywanych motywów (dźwiękowych pociągów), czasem bardzo prostych, czasami bardzo złożonych rytmicznie. Te motywy potrafią nakładać się na siebie, żyć własnym życiem, tworząc niekiedy niesamowite konglomeraty dźwięków. W partyturze pojawiają się też dźwięki konkretne, nomen omen, odtwarzające odgłos pociągu. Śpiewacy odnajdują się w tym elektronicznym spektrum bez problemów, a nad całością czuwa dyrygent, dyskretnie pokazujący im wejścia.

Warstwa dramatyczna spektaklu pozostaje średnio czytelna. Autorzy adaptacji nie próbują oddać ogromu treści zawartych w mannowskim oryginale; jakby uciekając od nich wprowadzają na scenę postać pojawiającą się w książce tylko we wspomnieniu (zmarła Amerykanka, po której pokój przejmuje Hans Castorp). Na scenie mamy do czynienia nie tyle z akcją, ile z projekcją z pogranicza snu i jawy. Całość odbywa się w scenerii surowej, masywnej, ale jakby nieistniejącej. Pomiędzy dwoma aktami potrzebna jest prawie godzinna przerwa na zmianę dekoracji (przeniesienie jej z pionu w poziom). Ten trud jest właściwie niezauważalny. Podobnie z reżyserią.

Daleki jestem od lekceważenia w teatrze operowym warstwy literackiej, a także reżyserskiej i scenograficznej, ale obejrzana inscenizacja Czarodziejskiej góry obroniła się w moich oczach wyłącznie dzięki muzyce.

Hakapolo

Posted in Uncategorized by hajton on 13 lutego 2017

029dcc4c474ca021e174c76b2248Czy znacie taniec haka? To dzięki niemu nowozelandzcy sportowcy święcą tryumfy na międzynarodowych arenach. Nowozelandzcy?! – zawołacie z niedowierzaniem. W jakiej dyscyplinie? Chyba w rugby! No, właśnie. W rugby. Pytani przez dziennikarzy o szanse w meczu z najtrudniejszym przeciwnikiem z niezmiennym spokojem odpowiadają: „mamy na nich haka”. Choć możemy tego nie wiedzieć – bo sami się w tej dyscyplinie nie liczymy – pasjonatów jajowatej piłki jest na świecie prawie tyle co fanów futbolówki. „To gra dla prawdziwych mężczyzn, nie dla panienek” (tak bezczelnie mówią o futbolistach nieamerykańskich, ale trochę racji mają, bowiem był kiedyś czeski zawodnik nazwiskiem Panenka). No więc o co właściwie chodzi? Otóż Nowozelandczycy wykonują przed meczem rytualny taniec, który tak onieśmiela przeciwników, że Maorysi mają zwycięstwo na wyciągnięcie języka. I teraz tak: nasza drużyna futbolowa jest już naprawdę niezła, ale przydałoby się postawić kropkę nad i. W jaki sposób? Właśnie w taki. Taneczny. Wyobraźcie sobie początek meczu na przykład z Islandią, hymny, zdjęcia, tralala, a tu nagle nasi krzeszą hołupce, porywają stadion żywiołowym polonezem, niszczą murawę energetycznym mazurem! Tamci mają dosyć! No bo czym odpowiedzą? Figurą taneczną Eyjafjallajökull? Już to widzę… A inni? Co nam przeciwstawią – jeśli w ogóle przeciwstawią? Menueta? Alemandę? Fandango? A może klompendans? Albo… walca?! Przecież ich kibice spalą się ze wstydu, a nasi umrą ze śmiechu. Jedni Argentyńczycy ze swoim tangiem byliby groźni. Ale z nimi aż tak często nie gramy. Ktoś jednak powie, że trochę to zbyt genderowe… Sami mężczyźni tańczą… No to niech dołączą ich żony i przyjaciółki. Naród kocha je miłością namiętną, niech więc dadzą coś z siebie. A w ogóle najlepiej żeby cały stadion tańczył. W rytmie discopolo. Bo wówczas może nawet telewizja misyjna będzie transmitować! I tym sposobem mamy w kieszeni tytuł. Arcymistrza!

Matrix

Posted in felieton literacki by hajton on 27 stycznia 2017

unknownW młodości nad poziomy wylatującej powtarzamy sobie: „Ten świat jest źle urządzony! Trzeba go naprawić!” I z zapałem adekwatnym do wieku bierzemy się do roboty. Ale świat naszych wysiłków nie dostrzega. Wręcz przeciwnie, złośliwie manipuluje przy naszym życiu. A potem pojawia się nasz mały, prywatny światek, dla którego musimy być tarczą. I mieczem, jeśli trzeba. Chyba że ktoś jest urodzonym egoistą.

Aż któregoś dnia otwieramy oczy i ze zdumieniem stwierdzamy, że świat nie tylko się nie naprawił, ale popadł w degrengoladę. Wyprani z empatii ludzie każą się fotografować koło setek własnoręcznie zabitych zwierząt twierdząc, że w ten sposób oddają im hołd. Jakieś przejęte własną powagą, okryte nieco elegantszą dzianiną smutasy twierdzą, że kto nie wierzy w ich brednie jest idiotą.

Świat stanął na głowie. Żyjemy w matrixie.

A przecież rozmawiając z – wcale licznymi, znacznie liczniejszymi! – osobami, które nie oddają hołdu własnoręcznie zabitym zwierzętom, bo wolą je żywe, po prostu, albo z ludźmi, którzy nie boją się używać rozumu do samodzielnego myślenia i nie przyjmują w ciemno każdej informacji, dochodzę do wniosku, że jest dokładnie przeciwnie: tamten świat to matrix!

Czy z atomu pochodzimy, czy od Adama i Ewy, wszyscy zmierzamy w kierunku, który nie zna granic. Gwiezdny pył jest naszym przeznaczeniem, jakkolwiek kto go rozumie.

Granice – niewiedzy, nietolerancji, zabobonu, ale i te fizyczne – są po prostu przekraczane. Przykłady? Proszę. Dziś już mało kogo gorszy kobieta w spodniach. Zazwyczaj nie zabija się też czarnych kotów, jako diabłów wcielonych. A jeszcze bardzo, naprawdę bardzo niedawno tak było. Choć niewolnictwa nie udało się wyeliminować w stu procentach, dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie uznaje go za stan naturalny. A jeszcze w wieku XIX nikogo nie dziwiło.

Próby ręcznego manipulowania historią lub stawiania zapór jej naturalnym procesom przypominają zabawy dziecka zatrzymującego Wisłę kijem lub stawiającego na jej drodze babki z piasku.

Jeśli ktoś zarzuci mi nadmierną ogólnikowość, zgodzę się z nim chętnie. Ale to w pełni świadomy zabieg: nadmiar szczegółów przesłania obraz całości.

Więc mimo wszystko nie ustawajmy w naprawianiu świata. Nasze wysiłki przynoszą efekty, nawet jeśli nie widzimy ich gołym okiem i na co dzień.

Dwa teatry

Posted in teatr by hajton on 2 stycznia 2017

U schyłku właśnie zakończonego roku miałem okazję obejrzeć dwa przedstawienia związane z Bertoltem Brechtem: jego Matkę Courage i jej dzieci w warszawskim Teatrze Narodowym oraz Woyzecka Georga Büchnera na deskach Berliner Ensemble, teatru założonego i przez lata kierowanego przez Brechta.

Spektakle przenoszą nas z przeszłości w teraźniejszość (Woyzeck) i przyszłość (Matka Courage). W obu, jak na nasze czasy przystało, po scenie biegają żołnierze z karabinami często wycelowanymi w publiczność. W przedstawieniu Leandera Haussmanna, nieco nieprzystosowany do rzeczywistości Woyzeck staje się ofiarą wojskowej fali w sensie dosłownym (czytelne odniesienia do Full metal jacket Stanleya Kubricka i Hair Miloša Formana), zaś w sensie bardziej symbolicznym – opresyjności systemu wobec jednostki. W końcu jednostka postanawia zemścić się za poniesione krzywdy, a jej ofiarą padną w pierwszej kolejności najbliżsi. Bo logika zemsty bywa okrutna.

W warszawskim spektaklu Michała Zadary tą, która zbuntuje się przeciw bezładowi i bezsensowi świata ogarniętego wojną będzie Kattrin, córka Courage. Pozbawiona głosu dziewczyna, która całą swoją rozpacz i sprzeciw, swoje „nie!”, wykrzyczy na bębnie.

Teatr ostrzega. Artyści mają obowiązek widzieć więcej i mówić głośno o tym, co nam grozi, co nas toczy, ku czemu zmierzamy. „Zwyczajność jest pozorem, który odbiera ostrość naszemu widzeniu” – mówi Zygmunt Bauman. Ale nie w teatrze. Tu zwyczajność musi być wyostrzona. Ku radości lub przerażeniu. Ku zachwytowi albo przestrodze. Teatr boli, ale boli po to, aby życie bolało mniej.

W przedstawieniu Zadary rolę głównej dekoracji odgrywa makieta zniszczonej Warszawy. Dzisiejszej, albo raczej jutrzejszej Warszawy doświadczonej przez wojenny kataklizm.

matka_galeria_15_001

Spektakl Hausmanna odbywa się bez dekoracji. A właściwie z jedną, ruchomą: oddziałem prawdziwych żołnierzy. To, co dzieje się na scenie jest często dosłowne, okrutne, ale i zabawne. A czasem budzi zachwyt. Jak choćby w scenie karuzeli, śnionej jakby przez bohaterów. Od kiczu dzieli ją cieniutka granica. Reżyser jej nie przekracza. Pozostaje czysta wizja. Mistrzostwo, które ujawnia się od niechcenia.

Berlin i Warszawa. Miasta tak różne, a tak podobne. Czasem, gdy zamyślę się na chwilę, nie wiem, w którym jestem. Oba ciężko doświadczane. Z przebogatą historią. Oba z niezwykłym potencjałem. To, co najbardziej je różni, to powietrze. W Berlinie, metropolii w wielu znaczeniach światowej, przepełnione jest spokojem. W Warszawie, choć na ulicach sami swoi, pulsuje napięciem.

Spotykam na berlińskiej ulicy grupkę młodych roześmianych ludzi. Wśród różnych języków słyszę i polski. „Skąd jesteś?”, zagaduję uroczą dziewczynę z burzą rudych włosów, bom ciekawski. „Z Warszawy”, odpowiada. „Chociaż teraz to już z Berlina”, poprawia się. „A dlaczego?”, dopytuję. Zastanawia się, marszczy czoło i nos. „Wolę być w miejscu, gdzie przybyszów taktuje się jak braci, niż tam, gdzie brata traktuje się jak wroga”. „Ale jak to?! Przecież…” Zaskoczony chciałem coś powiedzieć. Ale oni już szli dalej, wiosenni mimo zimy.

13.13

Posted in miniatury literackie by hajton on 18 grudnia 2016

unknownSkąd się wzięła zła sława trzynastki? Nie wiem, ale podobnie jak czarne koty ta liczba ma w sobie coś diabelskiego. Nie bez powodu w cywilizowanych krajach budują domy bez trzynastego piętra. Na własne oczy widziałem: czternaste sąsiaduje z dwunastym. Jeśli jednak spojrzeć na trzynastkę, jak na ukryte lub jawne ostrzeżenie, można ją nawet polubić. Polubić na odległość. „Omijaj mnie, a będziesz bezpieczny. Obchodź szerokim łukiem, a nic ci się nie stanie.” 

Godzina 13.13 przejmowała mnie grozą od kiedy uświadomiłem sobie jej złowieszcze znaczenie. Starałem się jej nie dostrzegać, topić w nieuwadze, lekceważyć na całego. Ale znacie ludzką naturę; im bliżej fatalnej godziny, tym częściej wzrok mój lądował na wskazówkach zegara. Już od trzynastej uprawiałem psychologicznego zeza rozbieżnego. Jedno oko kierowałem ku chmurom, podczas gdy drugie, niezależnie od mej woli lub wręcz przeciw niej, wgapiało się w zegarek. Zazwyczaj trafiało na wskazówki lub wyświetlacz dokładnie o feralnej porze. Dopiero gdy mijała, następował okres (prawie) dwudziestoczterogodzinnego spokoju.

Z czasem dopadła mnie złowróżbna myśl: przecież ta godzina posiada swoją zwierciadlaną siostrę nocną, 1.13, może mniej trzynastkowatą, ale otoczoną ciemnością i milczeniem. Na zegarze mojego strachu przybył kolejny punkt. Czuwałem, aby nie przespać groźnego momentu. Mimo starań, czasem zdarzało mi się zasnąć. Przerażony, nastawiałem budzik na 1.10. Ale już wkrótce nie był mi potrzebny. Tryb oczekiwania stawał się moją drugą naturą. Choć nie wiem jak zmęczony, nie zasnąłbym przed krytyczną godziną.

Coś mi jednak mówiło, że ten dwuogniskowy system jest zbyt prosty, że musi czaić się w nim jakaś przykra niespodzianka, która rąbnie mnie obuchem w głowę w zbyt długich okresach rozprężenia. Nie mogłem na to pozwolić. Na mojej „liście podejrzanych godzin” pojawiły się wszystkie pochodne godziny trzynastej, a potem pierwszej. Jeszcze później stwierdziłem, że niestety, każda godzina skażona jest trzynastką, od strony minut mianowicie (sekund nie brałem pod uwagę, nie jestem szaleńcem). Moje życie przeistaczało się w jeden wielki tryb czuwania. Nie była to zmiana na gorsze. Ostatecznie ten, który wie, że coś mu grozi, ma szansę uniknąć niebezpieczeństwa. „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny.” Nieustający alert ducha i ciała powodował, że widziałem świat w barwach jaskrawych, jego dźwięki docierały do mnie wyraziście. Żyłem, żyłem całą gębą, całą pełnią życia. Czy jestem zmęczony? Oczywiście! Ale jako jedyny, a z całą pewnością jeden z niewielu, pozostaję gotowy na nieznane. I tym się różnię od otaczających mnie – tak, nie boję się tego powiedzieć! – głupców, którzy nie wiedzą, co im grozi. Przecież każda minuta, każda godzina jest jakąś trzynastą. Każdy dzień i tydzień, i miesiąc. I rok, i wiek. I nawet każda wieczność…

***

– Czy oprócz notesu coś jeszcze przy nim znaleziono?

– Zegarek. Zatrzymał się w momencie zdarzenia. Zgadnie pan o której?…

Teksty dyżurne

Posted in Uncategorized by hajton on 12 grudnia 2016

imagesPosługujemy się nimi na co dzień. Nie krótsze niż słowo, nie dłuższe niż zdanie. Sytuacyjne wytrychy. Środowiskowe szablony.

Wynalazca w chwili olśnienia: „Przecież to oczywiste!”

Zapoznany prorok: „To musiało się tak skończyć!”.

Rozmówca, którzy niedosłyszy: „Jeszcze raz!” (tu wszakże zalecałbym ostrożność, aby nie skończyło się tak, jak w pewnej piosence Starszych Panów).

Kibic, rozdarty między: „Nic się nie stało!” a „Jeszcze jeden!”.

Muzyk schodzący z estrady, (tu w wersji czeskiej, którą kiedyś usłyszałem i do dzisiaj nie mogę ochłonąć z zachwytu): „Alem se posral kurantu!” (kurant – francuski taniec dworski, część suity barokowej), co można uniwersalnie przetłumaczyć: „Trochę mi nie wyszło”.

Literat. Kiedyś, w chwili frustracji robił kulkę z papieru, darł go lub wrzucał do ognia (ewentualnie wszystko po kolei). Dziś jest trudniej. Uderzanie ręką w komputer kończy się kontuzją ręki lub awarią komputera. Dlatego pisarze już w książkach używają tekstów dyżurnych. Uważny czytelnik zauważy ich tam całe mnóstwo.

Polityk. Tekstów dyżurnych ma pod dostatkiem. Bo musi je zmieniać wyjątkowo często. Czy rozmówca pyta wprost czy podchwytliwie? Jaką stację, gazetę, portal reprezentuje? Czy jesteśmy przed czy po wyborach? Jak bardzo przed, jak bardzo po? Jaka jest aktualna linia dyżurna? Czy można się więc dziwić, że przedstawicielom tej grupy społecznej zdarzają się czasem wpadki i lapsusy?

A na koniec zagadka: jak brzmi dyżurne określenie kogoś, kto mówi: „Jam nośnikiem wartości i przykładem! Ja dobry i piękny! Wy i oni – odrażający, brudni, źli.” Idyjota, pomyślicie może? A nie, bo patryjota!

A ten, który uznaje rasizm za największą hańbę ludzkości? No tak, ja też myślałem, że to chrześcijanin. A to tylko lewak.