oto I owo

Preludium piąte

Posted in Uncategorized by hajton on 24 marca 2018

Spaceruję wśród pól, a moje miarowe kroki z szybkością błyskawicy oplata jakiś ruch. Coś się perli, srebrzy i złoci. Mozaiczy. Próbuję złapać to wzrokiem, lecz jest za szybkie, zbyt zmienne, nie nadążam, dostrzegam tylko zmieniające się barwy i desenie… To salamandra jakaś, raczej kameleon, którego ubarwienie i wzory zmieniają się z zawrotną szybkością. Ucieka przede mną, czy zaprasza do zabawy? Wbiega na drewniany płot, wspina się na mur ze starej cegły, jest przede mną, za mną, nie wiem gdzie. Aż nagle sama już sobie nie wystarczy i z jednej robią się dwie. Rozbiegają się i zbiegają. Przystają na moment. Mam was, myślę. Ale ich już nie ma. Wskoczyły w fugę. Biegnę za nimi. Nie złapiesz nas, śmieją się. Ale próbuj. W nieskończoność.

Reklamy

Urodziny Bułhakowa

Posted in Uncategorized by hajton on 13 marca 2018

A gdyby tak, pomyślałem, każdy atom zawierał całą wiedzę o świecie? O przeszłości, o wszystkim co kiedykolwiek się wydarzyło. I wydarzy — bo dla wszechwiedzy nie ma ograniczeń. To znaczy, że z drobiny można by odtworzyć bezmiar trwania… Dlaczego nikt przede mną nie wpadł na myśl tak oczywistą? Odpowiedź nasunęła się sama. Nie byłem pierwszy. Atom fascynował ludzi od dawna. Czym jednak skończyło się jego rozbijanie przez najtęższe umysły? Największą katastrofą w dziejach ludzkości. Tajemnica — czymkolwiek lub kimkolwiek była — ustawiła na swej drodze zaporę nie do przejścia. Nikt nie odważy się pójść dalej, bojąc się, że tam już tylko unicestwienie i nicość. A w rzeczywistości — ostateczna odpowiedź… Już miałem brać się za łapanie jakiegoś wypasionego egzemplarza (przygotowałem nawet pudełeczko po tik-takach o smaku pomarańczowym, na wszelki wypadek, aby — jeśli coś się wydarzy — nadać wszechrzeczy pomarańczową aurę i aromat), gdy raptem facebook przypomniał mi o urodzinach. Nie, nie moich, ani moich znajomych. Chodziło o urodziny pisarza, którego książkę (najznamienitszą, według pani bibliotekarki) jakiś czas temu wypożyczyłem z biblioteki. Nie zacząłem jeszcze. Jednak stronę pisarza (fb) polubiłem, zanim zdążyłem polubić jego książkę. To teraz norma. Z lubieniem trzeba się spieszyć. Tak szybko znikają jego powody…

Jak urodziny, to urodziny. Zaprosiłem sam siebie, kota, który błąkał się  po okolicy tak obłąkańczo, że aż się do mnie przybłąkał. Wspólnie zaprosiliśmy to, co w lodówce. Obecność autora symbolizowała książka w okładce z szarego papieru, z numerem katalogowym.

O mnie już coś wiecie. Lubię wymyślać. Szukam rzeczy zakrytych. Kot (wielkie czarne kociszcze) otrzymał ode mnie imię Be (dlaczego? bo cacy z pewnością nie był). „To, co w lodówce” okazało się starym kefirem (wydawało mi się, że powinny być jeszcze jakieś grzybki, ale Be mnie chyba uprzedził). Aby nie płoszyć nastroju postanowiłem nie sprawdzać daty przydatności do spożycia. Be rozsiadł się w krześle i spoglądał na pojemnik z kefirem. Koniuszek jego ogona szybko poruszał się w lewo i prawo, zwiastując, że życie wewnętrzne kocura aż kipi. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Zaraz trafiłem na opis, który wprawił mnie w zachwyt. Morelowy napój wyprodukował obfitą żółtą pianę i w powietrzu zapachniało wodą fryzjerską. Postanowiłem uchylić wieko pojemnika z kefirem. Może wyprodukuje równie ponętną pianę i aromat? Rozniósł się zapach dość rześki. Be musiał uznać go za nadzwyczaj atrakcyjny. Wskoczył na stół, ale gładki blat nie dał jego pazurom żadnego oparcia. Zrzucił nie tylko kefir, ale i książkę, której pożółkłe stronice szybko bielały od nabiału. Kot w pasji jakiejś wbijał pazury i wpijał zęby w mieszaninę papieru i kefiru, szarpał, darł, rozrywał. Jakby mu było mało, wskoczył na kuchenne okno, strącając doniczkę blokującą okno z zepsutym zamkiem. Drzwi od mieszkania otworzyły się na oścież, a strumień powietrza porwał i wyrzucił na klatkę schodową strzępy papieru. Została tylko szara okładka z numerem katalogowym.

Powinienem być załamany. Tak obiecująco zaczynająca się książka przepadła, była zniszczona z kretesem. I wtedy pomyślałem o atomie, który zazdrośnie strzegł swojej tajemnicy. Skoro z drobiny można wygenerować świat, to ze zdania da się odtworzyć książkę. Zuchwałość tej myśli aż mnie rozbawiła. I nie tylko mnie. Be nie wyglądał na przejętego swym niecnym postępkiem. Stał na dwóch łapach, przyglądał mi się bezczelnie i zapalał papierosa.

Blada twarz pustych kalorii

Posted in Uncategorized by hajton on 10 marca 2018

Wiedzą, mówią, piszą, twierdzą. Mają rację. Zagłuszają. Zakrzyczą. Nie dopuszczą. Przekonują, ale nie dają się przekonać. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Niechęć do już nieobecnych przetrwała. Niechęć do jeszcze nieobecnych już się narodziła.

Nienawidzę obcych, szczycę się tym. Ale niech tylko ktoś śmie powiedzieć, że nienawidzę obcych! Ja? Najsprawiedliwszy wśród narodów świata?

Dlaczego golimy głowy? Otóż, był taki Samson, którego siła wynikała z włosów. Ale on był  starotestamentowy. My udowodnimy, że włosy nie są nam do niczego potrzebne. Skoro oni tak, to my odwrotnie. Oni w czapkach, my z gołą głową. Oni z plerezą, my na łyso. Jednak golenie głowy już nie wystarczy. Dziś bez kompromisu golimy całe ciało, a w szlachetnych zaułkach nieskalanie białych pach tatuujemy malutkie azjatyckie symbole szczęścia. Gdy tylko robi się cieplej, obnażamy wyrzeźbione na siłowni blade torsy, a podnosząc ramię w geście rzymskiego pozdrowienia (albo, jak kto woli, zamawiając z rozmachem pięć piw), demonstrujemy naszą mądrość i (białą, a nawet aryjską) siłę.

Przyzwoitość nakazuje ważyć słowa. Słowa mogą ranić, a nawet zabijać. Słowianie — co już w słowie się zawiera — powinni być na słowa szczególnie wyczuleni. Nie pozwól sobie w kaszkę dmuchać. Pamiętaj, że rude to wredne. Dziewczynki w rączkę całuj, ale niech wiedzą gdzie ich miejsce. Murzynka poklep, ale się z nim nie baw. Pieska pogłaszcz, ale jak warknie, to kopnij. Podmiot pomiotem się staje. Rację ma ten, kto jest przy głosie. Ponieważ jestem przy głosie (którego sam sobie udzieliłem), oświadczam, że prawda obiektywna nie istnieje. Tyle prawd, ile ludzi. Ale istnieją fakty.

Fakty zapomniane, skrywane i negowane, prędzej czy później powrócą w całej pełni. Nie dlatego, że tak chcą politycy, tylko dzięki cierpliwej pracy historyków. Zanim powrócą, będą jeszcze musiały przybrać cały szereg zdeformowanych postaci. Będą straszyć i tumanić.

Narody, podobnie jak jednostki i cała ludzkość, potrzebują katharsis. Kto myśli, że droga doń prowadzi na skróty, jest po prostu w błędzie. Filozofia: „nawet jeśli byli wśród nas źli, to wśród innych byli gorsi, nawet jeśli wśród innych byli dobrzy, to wśród nas byli lepsi”, jest myślą upajającą podobnie jak alkohol. Puste kalorie. Chwilowe nasycenie. Bezzasadna euforia. A potem ból głowy i niesmak.

Psie serce Świętoszka

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 17 lutego 2018

Traf sprawił, że w odstępie paru dni obejrzałem dwa spektakle o jednym problemie. Jak go nazwać? Opowiem, a obraz sam się (mam nadzieję) wyłoni. Głównym bohaterem Psiego serca, teatralnej adaptacji opowiadania Michała Bułhakowa, jest — a jakże — pies! Uliczny kundel, na którym znany i wzięty naukowiec przeprowadza eksperyment medyczny. Wszczepia mu przysadkę mózgową, oraz (gwoli ścisłości) genitalia człowieka. Już doktor Frankenstein przekonał nas, że niewłaściwy wybór jednego z podmiotów demiurgicznego działania może przynieść nieprzewidywalne skutki. Profesor Preobrażeński otrzymuje do dyspozycji zwłoki kryminalisty, więc bez zwłoki przystępuje do zabiegu. Powiedzmy, że mogło być lepiej, ale w tak specyficznym asortymencie trudno o precyzyjny wybór. Pies i serce. Czy może istnieć — wydaje się — lepsza symbolika wierności? Cóż się jednak dzieje? Na skutek operacji pies nie tylko się zmienia, ale wręcz uczłowiecza, by w końcu przyjąć całkowicie ludzką postać. Charakter człowieczo-psiego ulicznika jest nie do utemperowania. Jego pewność siebie rośnie z każdą chwilą. Były Szarik pragnie, aby od teraz nazywać go Poligrafem Poligrafowiczem Szarikowem. Zdobywa pracę w zakładzie oczyszczania miasta (z kotów, dodajmy). Bezczelność nowego obywatela — wspieranego przez partyjny kolektyw — obraca się przeciw własnemu twórcy, którego jeszcze niedawno poufale nazywał „tatą”. On nie tylko chce u niego nadal mieszkać, ale potrzebuje większego metrażu. Nie ma wątpliwości komu w tym sporze rację przyzna „ludowa sprawiedliwość”. Na widok rewolweru Szarikow reaguje chłodno: „my też umiemy strzelać”. „Jeśli ktoś ten dom opuści, na pewno nie będę to ja” — komunikuje prosto w oczy profesorowi Preobrażeńskiemu.

Zupełnie tak, jak Tartuffe, bohater słynnej komedii Moliera. Komedii? Obejrzana przeze mnie wersja to solidny thriller. Oto pobożny ponad normę rezydent omamia całkowicie swojego dobroczyńcę. Ten, wbrew opinii całej rodziny, uważa go człowieka nieomal świętego. Woli wygnać z domu syna niż dać wiarę, że Tartuffe nastaje na cnotę jego żony. Dopiero specjalnie zaaranżowana randka pani domu i Tartuffe’a zdejmuje bielmo z oczu gospodarza. Ale jest już za późno. Przedtem zdążył przepisać na szalbierza dom i wszelkie dobra. Pan domu wraz z całą rodziną ma dzień na opuszczenie rodowych włości.

Oto więc nasz obraz. W obu przypadkach mamy do czynienia z wyhodowaniem na własnej piersi żmii, ożywieniem golema,  stającego na dwie łapy, lub wstającego z kolan. I obracającego się przeciw własnemu twórcy, naiwnie sądzącemu, że nad nim panuje. Brzmi znajomo? Dla mnie, tak.

W obu przypadkach nie dojdzie jednak do najgorszego. U Bułhakowa sprawy w swoje ręce weźmie naukowiec, który sprawnymi ruchami skalpela zabierze psu, to, czym go obdarzył(?). Szarikow znów stanie się Szarikiem. U Moliera, kres podstępnym knowaniom szalbierza da sam król. Zwierciadło mądrości i przenikliwości.

Obywatel Tartuffe, wyznają prostą zasadę. Samo czynienie zła złem nie jest. Jest nim dopiero mówienie o tym, ponieważ to rozgłos grzechu staje się przyczyną zgorszenia. I tu spektakl rozjeżdża się z realiami dnia dzisiejszego, w którym zwykła ludzka przyzwoitość (nazywana dla niepoznaki polityczną poprawnością) nie jest w cenie, zaś antyhumanitaryzm podnosi się do rangi cnoty publicznej.

Obywatel Szarikow, któremu w antyinteligenckim sporze rację przyzna ulica bliższy jest dzisiejszym czasom.

Oba spektakle to kawał teatralnego rzemiosła (nic dziwnego, skoro wyszły spod rąk Macieja Englerta (Psie serce)  i Jacques’a Lasalle’a (Tartuffe czyli szalbierz). Znakomici, bez mała znakomici aktorzy, ponieważ jednak nie piszę recenzji, a dzielę się refleksjami, wspomnę jedynie o odtwórcach głównych ról. Borys Szyc jest wspaniałym kundlem i niemniej przekonującym cwaniaczkiem w ludzkiej skórze. Jedyny problem, że zamiast odrazy w wielu momentach budzi sympatię, co w pewnym sensie ujmuje ostrości całemu przekazowi. Ani krztyny sympatii nie budzi natomiast znakomity Wojciech Malajkat. Od jego szeptów i krzyków, stalowej cyniczności (stalowa cyna? hm…), okrucieństwa zakodowanego w każdym niemal geście, przechodzą dreszcze.

I jeszcze na koniec, w obronie psa. Bułhakow miał wkrótce zadziwić świat, powołując do życia sprawiedliwego i współczującego szatana, Messera z Mistrza i Małgorzaty (na szczęście nikt nie ogłosił pisarza satanistą, ani nie wpisał jego dzieła na listę książek wyklętych, choć, cyt… nie mówmy tego za głośno…). Jak więc mógł uczynić coś tak strasznego miłośnikom czworonogów, czyniąc poczciwego kundla nieprzyjemną kreaturą? Spójrzmy jednak uważnie. Pies nie zmienił się na gorsze sam z siebie. Dopiero zainfekowanie człowiekiem zniweczyło jego prostolinijną naturę. Prawdziwie psie serce przydałoby się niejednemu świętoszkowi.

 

Michaił Bułhakow — Psie serce —  Teatr Współczesny — Warszawa — 11 lutego 2018

Moliere — Tartuffe czyli szalbierz — Teatr Narodowy — Warszawa — 14 lutego 2018

Zapachy

Posted in Uncategorized by hajton on 8 lutego 2018

Jaki jest najpiękniejszy zapach na świecie? — kłócili się ze sobą ludzie.

— Chleba pieczonego o świcie — twierdził piekarz.

— Czekolady i wanilii, gdy się spotkają — przekonywał cukiernik.

— Piżma i jałowca w oparach zielonych pomarańczy — dowodził perfumiarz.

— Świeżo palonej kawy — nie miał wątpliwości barista.

— Konwalii skąpanych w porannej rosie — z wyższością uśmiechał się kwiaciarz.

— Tylko co ściętej sosny — ripostował drwal.

— Jaśminu! Lawendy! Piwa! Słońca na skórze! Wędzonej ryby! Rudych włosów na wietrze! Pieprzu świeżo zmielonego! Morskiego poranka! Górskiego wieczoru! — dorzucali przechodnie. Dorzucali w nieskończoność, więc zniecierpliwieni dyskutanci postanowili spytać o zdanie Najstarszego. Tak nazywano człowieka, o którym mówiono też „urodzony przed czasem”. Ponoć on nie tylko wszystko stworzył, ale jeszcze przedtem wymyślił.

— To wszystko głupstwa — ściągnął brwi Najstarszy. — Ładnych zapachów jest wiele. Ale powiadam wam, jeden jest smród, który trupim odorem zepsuje wszystkie, choćby połączone. Jeden wyziew tak pozbawiony sensu, jak urody. Jeden miazmat, którego strzeżcie się jak diabła, bo nie kto inny jak szatan nim rządzi. Imię jego rasizm. Tak długo jak się go nie pozbędziecie, na nic wasze aromaty.

— My?! — zakrzyknęli chórem ludzie.

Ale Najstarszy już zamknął oczy. Pewnie się zdrzemnął. Albo powiedział wszystko, co miał do powiedzenia.

Szczyt

Posted in Uncategorized by hajton on 28 stycznia 2018

Dziwna muzyka. Niepokojąca. Uwięziona między brakiem nadziei, a ironią bez wesołości. Czekolada bez słodyczy. Grymas uśmiechu. II Koncert Wiolonczelowy, jedno z ostatnich dzieł Dymitra Szostakowicza. Przejmujący finał utworu. Nie, nie pełen symfonicznego rozmachu, ale zanikający, podobnie jak ostatnie takty VI Symfonii Czajkowskiego. Tam — ustające bicie serca. Tu — westchnienia  wiolonczeli, które ustępują odgłosom szpitalnej aparatury. Prościutki tercjowy motyw ksylofonu. Beznamiętna praca kardiogramu.

Myśl biegnie tysiące kilometrów dalej, gdzie Śmiałek realizuje marzenie, płacąc za to cenę najwyższą. Będąc wyżej niż ktokolwiek z ludzi, osiąga swoją nirwanę.

My, muzycy, rozumiemy tych, którzy nieulękle gonią za marzeniami. Tria Brahmsa, Kwartety Beethovena, Sekstety Schönberga, to nasze sześcio-, siedmio-, ośmiotysięczniki. Muzyka to nasze pasma górskie, przełęcze, rozpadliny i szczyty. Ich zdobywanie jest trudem wspinaczki. Koncert — uroczystą chwilą zatknięcia proporca na szczycie.

Ostatni spazm wiolonczeli. Dźwięk urwany w połowie. Niech leci ku mroźnym i niedostępnym szczytom. Na spotkanie nieskończoności.

Słoń i klucz

Posted in felieton literacki, malarstwo, sztuka by hajton on 31 grudnia 2017

Jako muzyk i osoba pisząca, zazdroszczę malarzom. Dzieło plastyczne zajmuje miejsce w przestrzeni, więc do pewnego stopnia ją organizuje. Muzyka niesłuchana, słowo nieczytane, istnieją w stopniu niewielkim. Obraz przeciwnie, nie musi być oglądany, aby fizycznie istnieć. Muzyka i słowo potrzebują czasu, aby ujawnić swoje znaczenie. Dzieło plastyczne objawia się w mgnieniu oka. Muzyka i słowo stopniowo doprowadzają nas do konkluzji. Obraz, rzeźba, od konkluzji się zaczynają, wybuchają nam przed oczami, nagłym cięciem tną przestrzeń i wyobraźnię jak poezja zredukowana do jednego słowa. Muzyka wymaga łącznika między dziełem, a słuchaczem, medium zwane wykonawcą. Podobnie słowo w formach teatralnych. Obraz, utrwalony na siatkówce oka w ułamku sekundy, zapada w pamięć i pozostaje tam, by niczym więzień domagać się kolejnych widzeń.

Niedawno wpadły w moje ręce dwa obrazy tak od siebie odległe, jak z podobną mocą działające na wyobraźnię. Pierwszy z nich to niewielki szkic ołówkiem, zatytułowany: The violin girl and her friend (autorstwa Saideh Sayyah). Prócz tytułowych bohaterów na obrazku nie ma żadnego tła. Jednak kontekstów wyobrażanych jest mnóstwo. O fascynacji małych dziewczynek wielkimi słoniami, ale i miłością, jaką olbrzymy potrafią obdarzyć bezbronność wiemy już co nieco, choćby ze słynnej sienkiewiczowskiej pary Nel — King. Ale wespnijmy się z lekturowej interpretacji na inny pułap. Oto zestawienie pierwotnej siły (słoń) i skończonej delikatności (dziewczynka). Dziewczynka ze skrzypcami reprezentuje tu kulturę, zaś słoń jest symbolem natury. „Czyńcie sobie ziemię poddaną.” Słowa Biblii często są interpretowane jako: „ujarzmiajcie dzikość wszelkimi dostępnymi metodami”. Za pomocą bata, strzelby, paralizatora. Ale czy strzelbą da się naturę ujarzmić? Nie, można ją jedynie zniszczyć. Natura siłą ujarzmiona obróci się kiedyś przeciw nam. Swoim niedostatkiem, brakiem w końcu. Pomyślmy o trwającym przez wieki paradoksie, produkcji klawiatury fortepianowej ze słoniowej kości. Czy działanie, nawet na rzecz kultury, usprawiedliwia barbarzyństwo? Z pewnością nie. Tutaj, zamiast narzędzi przemocy, człowiek trzyma w dłoniach skrzypce. Dziewczynka/człowiek przeprasza słonia/naturę, za całe zło jemu/jej wyrządzone.

Najsmutniejsze obrazy jakie znam, to martwe natury z upolowanymi zwierzętami, zwisającymi bezwładnie głowami zajęcy, bażantów… W martwych naturach człowiek czai się poza kadrem, ale jest to obecność niepokojąca i złowieszcza. To przez niego natura jest martwa. Obrazy przedstawiające żywych ludzi i żywe zwierzęta, jak np. opisywany tu kiedyś Pies i jego Pani (https://hajton.wordpress.com/2013/05/14/pies-i-jego-pani/), symbolizują coś odwrotnego: szacunek kultury wobec natury, i otrzymanie od natury hołdu zwrotnego.

Dziewczynka pięknie i nisko kłania się słoniowi. Nasz słoń jest przedstawiony w radosnym rozkołysaniu, będącemu podzięką za koncert.

Druga z prac to sitodruk André Lanskoya, rosyjskiego artysty tworzącego w Paryżu, przedstawiciela kierunku zwanego taszyzmem (abstrakcjonizm niegeometryczny). Dzieło niepokorne. Plastyczny hardcore. W dziedzinie nieliczenia się z oczekiwaniami potencjalnego odbiorcy — mistrzostwo świata.

(Nieodparcie przyszła mi tu na myśl postać amerykańskiego minimalisty, La Monte Young’a. Oto trzy kompletne(!) partytury(!) kompozytora*:

Composition 1960#10: narysuj linię prostą i podążaj za nią

Composition 1960#15: ten utwór to małe wiry na środku oceanu

Piano Piece for David Tudor#3: W większości były to bardzo stare świerszcze)

 

Czy Abstrakcję Lanskoya można nazwać ładną? Jeśli tak, to urodą wyklejanki popełnionej przez zdeterminowane dziecko. Ale kto powiedział, że „ładność” jest w sztuce wartością nadrzędną? Równie dobrze dałoby się powiedzieć, że jest nią prawda. Ale  c z y j a  prawda?

Cóż, ułomny człowiek, uporczywie doszukuje się sensu nawet tam, gdzie wielkimi literami napisano: sensu brak! Całkowita wolność interpretacji otwiera przed oglądającym pasjonującą drogę skojarzeń, nieograniczonych — podobnie, jak w wypadku twórcy — ścisłymi założeniami. Jeśli miałbym się już czegoś doszukiwać, to znalazłbym tu klucz i zamek, z innych wymiarów pochodzące, z innych światów. „Jak byście nie szukali, nie dobierzecie odpowiedniego klucza do właściwego zamka. Poszukujecie systemu w chaosie, a chaos sam jest systemem” — śmieje się z nas twórca.

Śmieję się razem z nim. Słoniowi pokłoniłem się już wcześniej.

 

*Alex Ross, Reszta jest hałasem, PIW 2011

Oko wita

Posted in miniatury literackie, Uncategorized by hajton on 27 listopada 2017

Pierwszego dnia odczułem natarczywe spojrzenie. Następnego już go rozpoznałem. Za trzecim razem nie miałem wątpliwości. Był tam, bo ja tam byłem. Śledził mnie. Wsiadając do wagonu spojrzałem dyskretnie za siebie, ale został na peronie, odprowadzając mnie tylko spojrzeniem. Świdrującym, ponaglającym, zachęcającym. Do czego? Udawanie, że go nie dostrzegam było słabą opcją. Nie odczepi się. Będzie tak stał i się gapił, aż w końcu zacznie za mną łazić. A zanim mu się znudzi, ja dostanę fobii. Czwartego dnia odwzajemniłem więc spojrzenie, śmiało, może zbyt śmiało, bo gość jakby się speszył, i to do tego stopnia, że jedna z gałek wypadła z oczodołu. Zaczęła odbijać się od granitowego peronu niczym piłeczka pingpongowa. Instynktownie rzuciłem się, by złapać ją tuż przed nadjeżdżającym pociągiem. Sam, siłą rozpędu wpadłem do wagonu, którego drzwi tylko co się rozsunęły. Zanim się pozbierałem, pociąg ruszył. „Następna stacja…”, odezwał się spiker szlachetnym barytonem, ale naraz zamilkł, tak, jakby ktoś nieoczekiwanie podsunął mu do przeczytania nowy tekst. „Następna stacja…” — baryton zelżał w niedowierzaniu — „…Pięć pałaców”. Stacja Pięć Pałaców? W całym mieście tylu nie zliczysz, a tu nagle pięć, w jednym miejscu? Jak długo jeżdżę metrem nie słyszałem o takim przystanku. Ale był. Wysiadłem. Na środku peronu panoszyła się pentagonalna rozgwiazda ruchomych schodów. Wstąpiłem na pierwsze z brzegu. Po małym kwadransie wywiozły mnie na powierzchnię…

Moim oczom ukazał się imponujący zamek zbudowany z piasku. Misterny w szczegółach, niestety, górą już przesychał. Wieżyce obsypywały się, a gdy dotknąłem ściany, całość zapadła się do środka. Wiatr wzbił w powietrze nieskończoną mnogość ziaren, przez piaskową burzę z trudem i w ostatniej chwili odnalazłem częściowo już zasypane wejście do metra.

Następne schody prowadziły do Pałacu Lodowego. Dumnie lśnił w mroźnym powietrzu i wydawało się, że jest bez porównania trwalszy od swego piaskowego brata. Ale gdzież tam! Gdy z mocą zaświeciło słońce, iglica roztopiła się w mgnieniu oka, a po ścianach pociekły strużki wody. Dotyk mojej dłoni i tym razem dokończył dzieła. Z trudem umknąłem post-lodowemu tsunami.

Kolejne wyjście prowadziło do zamku zbudowanego z mniejszych i większych kul. Architekt i budowniczowie nieźle się nabiedzili, aby całość mogła się utrzymać. Efekt był zniewalający, jednak coś nieładnie pachniało. W końcu zrozumiałem. Kule utoczone były przez skarabeusze. Nie miałem ochoty dotykać obłych ścian.

Potem był zamek otynkowany i wyszlifowany. Piękny i gładki w dotyku, aż do nudności. Moja dłoń nie zostawiała na nim śladu, on też pozostawał dla niej obojętny. Pożegnałem go bez żalu.

Ostatni z pałaców był inny, nie brzydki, ale surowy, niewykluty, a może przekluty. Kiedy szedłem wzdłuż murów, spadło na mnie parę cegieł, a gdy nieopatrznie dotknąłem ściany, dłoń ugrzęzła w zdradliwej szczelinie. Musiałem się naszarpać, aby ją uwolnić. Nie obyło się bez obtarć i paru kropel krwi. Chropawa budowla miała moc przyciągania. Szykowałem się, by spędzić w niej więcej czasu. Chciałem brodzić po zasypanych pyłem korytarzach, uderzać głową w mur, by sprawdzić słuszność przysłowia. Miałem nawet zamiar spędzić noc w którejś z komnat, z wygwieżdżonym niebem zamiast sufitu i rdzawą cegłą pod głową.

Ale z oddali usłyszałem informację, że za chwilę odjeżdża ostatni w dniu dzisiejszym pociąg do centrum. A tam przecież gość czekał na swoje oko!

Wróciłem. Człowiek bez oka siedział na ławce. Hm, prawdę mówiąc nie byłem pewien czy to on, bo na nosie miał słoneczne okulary. „Oko za oko”, odezwałem się może nazbyt patetycznie. I on tak widać uznał, bo oparł niedbale: „Dąb zupa dębowa”. Ale oko wziął. I zniknął w bliżej niesprecyzowanych oko licznościach.

Historycznie poinformowany

Posted in Uncategorized by hajton on 6 listopada 2017

Postanowiłem dołączyć do wykonawców historycznie poinformowanych. Dlaczego? Właściwe pytanie powinno brzmieć: dlaczego tak późno? Czy Velázquez, Rembrandt, El Greco, namalowaliby swoje obrazy w ten sam sposób, dysponując współczesnymi pędzlami i farbami? Z pewnością nie. Może byłyby lepsze, może gorsze, ale z pewnością inne. Z muzyką jest podobnie, z tym że utwór muzyczny jest takim dźwiękowym obrazem malowanym w trakcie każdego wykonania. Używając nieoryginalnego instrumentarium, w pewien sposób go fałszujemy.

Takie myśli towarzyszyły mi, gdy zająłem się sonatami włoskich mistrzów. Tartini, Veracini, Geminiani, Corelli, Locatelli, by wymienić najsławniejszych. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach (na przykład tryl w Sonacie z trylem diabelskim Tartiniego). Nie oznacza to automatycznie, że anioł znajduje się w całej reszcie. W traktacie prof. Rottweilera-Zweinsteina (How „how”? Oxford 1927), natknąłem się na następujące stwierdzenie: „niektóre problemy przypisane są do czasów, w których powstały, i tylko w oparciu o wiedzę z epoki mogą zostać rozwiązane”. Skoro tak, jedynym wyjściem była wyprawa w przeszłość.

Zacząłem od obniżenia stroju do barokowego (a razkreślne = 415Hz). Metalowe struny utraciły sprężystość, a dźwięk się rozflaczył, co podpowiedziało zmianę na jelitowe właśnie (uczyniłem to nie bez współczucia dla baranów, które poświęciły swoje kiszki dla celów wyższych). Było lepiej, ale czegoś brakowało. No jasne, skrzypce! Przypomniałem sobie o egzemplarzu nabytym kiedyś na pchlim targu, ale szybko porzuconym, gdy okazało się, że ma za krótki gryf. Taki gryf charakteryzuje właśnie skrzypce barokowe. Parę zabiegów konserwatorskich przywróciło instrumentowi wartość użytkową. Kiedy udało mi się osiągnąć brzmienie zbliżone do kozich pipek, wiedziałem już, że jestem na właściwym tropie. Ale jak mogłem zapomnieć o smyczku?! U szanowanego lutnika zamówiłem kopię modelu Tartiniego z roku 1740, jednak ugiął się pod naporem mojej wirtuozerii. W związku z czym wybrałem się do lasu i wyciąłem kozikiem ładną leszczynową gałązkę. W drodze powrotnej zahaczyłem o małe zoo, by z zaskoczenia obciąć kucyk zaprzyjaźnionemu kucykowi. Od tej pory się nie przyjaźnimy, ale tak sklecony smyczek brzmi cudownie, jakby ktoś darł parciany worek. Na moje ewoluujące brzmienia rodzina reagowała dziwnymi spojrzeniami, za to sąsiedzi zaczęli mi się kłaniać; podejrzewam, że dźwięki nie przebijały się już przez wielką płytę. Zaszedłszy tak daleko (a w istocie zstąpiwszy tak głęboko), nie miałem zamiaru ustawać w poszukiwaniach. Bowiem, co z tego, że sprzęt zbliżony do oryginału, kiedy grający — czyli ja — takim nie był. W jednym z serwisów internetowych zakupiłem piękny surdut z guzami, koszulę z żabotem, a nawet kapotę. W sklepie z artykułami karnawałowymi udało mi się nabyć spodnie do pół łydki, trzewiki z zadartymi noskami i kokardami jak ta lala (lub tamta dama), trójgraniasty kapelusz, a nawet lokowaną perukę. Dzięki niej nie musiałem już tak często myć włosów. Zresztą wszelkie działania ablucyjne ograniczyłem do częstotliwości barokowej. I cóż z tego, że rodzina na mój widok krzywiła się i pociągała nosem, a sąsiedzi robili jakieś dziwne znaki w okolicach głowy? Byłem coraz bliżej tajemnicy autentycznego brzmienia! Upodobniwszy się z wyglądu do dawnych mistrzów, zacząłem naśladować ich menu. Naśladować śladowo; gdzie by mnie tam było stać na te wszystkie pasztety, bażanty i madery… Sztandarowym posiłkiem stała się jajecznica z gęsich jajek z brukwią, a ponieważ rodzina stwierdziła, że nie interesują jej moje kulinarne eksperymenty, zainstalowałem w pokoju małe palenisko. Ileż przyjemności czerpałem z krzesania iskier krzesiwem i hubką. O ileż radosnych łez przyprawiał mnie dym snujący się po ścianach, niczym w kurnej chacie. Zrezygnowałem z elektryczności. Świeczki wystarczały mi w pełni. Nabyłem inkaust i parę gęsich piór (kupowane razem z gęsimi jajami były w ofercie), i na samodzielnie poliniowanym papierze nutowym zacząłem przepisywać utwory. Kiedy były już zupełnie nieczytelne, znów wziąłem się do grania. Był postęp!

W zasadzie przestałem wychodzić z domu, nie licząc kilku nocnych wypraw na polowanie, kiedy to smyczek służył mi jako łuk. Ale z mizernymi rezultatami. Raz tylko o mało nie ustrzeliłem szczura, jednak okazało się, że był to szczeniak mopsa, którego szczęśliwie chybiłem, za to pan strzelił mnie niechybnie, a celnie. Chciałem się pojedynkować, jeno jegomość nie miał rapieru.

Mój pokój powoli się zmieniał, pojawiły się stiuki, żyrandole i kandelabry, sufit wypełniły freski (kiedy grałem Frescobaldiego), a na ścianach zafalowały tkaniny. Podłoga pokryła się mozaiką, po której — kiedy grałem skocznie — moi nowi znajomi tańczyli kuranty i menuety.

Któregoś ranka obudziło mnie rytmiczne gruchotanie, jakby ktoś przejeżdżał kluczem francuskim po żeberkach kaloryfera. Dziwne, grzejnik wyrzuciłem z pokoju już dawno… Naraz drzwi od mojej komnaty otworzyły się. Owionął mnie zapach damskich perfum, kawy i świeżego pieczywa. „Wstawaj, bo spóźnisz się na próbę!”, usłyszałem. Z kuchennego radia dobiegały dźwięki Dance macabre Saint-Saënsa. Ktoś tu zdrowo pomylił epoki!

Sposób na bezsenność

Posted in Uncategorized by hajton on 31 października 2017

Nie znają jej tylko nałogowi i wytrawni spacze. Jednak ci, którzy zaznali insomnii, wiedzą, że jest to siła destrukcyjna. Jak sobie z nią radzić? Najbardziej rozpowszechnionym sposobem jest liczenie baranów. Metoda niezła, ale jak na mój gust zbyt kędzierzawa. Alternatywą jest liczenie osłów, tylko że jak jeden z drugim się zaweźmie, nijak nie da się policzyć. Są to bowiem zwierzęta nieobliczalne. W grę wchodzą jeszcze bubr i żóbr, lecz… No właśnie, dywagacje ortograficzne nie są przyjacielem snu. Logiczniejszą wydaje się ucieczka w krainę liczb. Kiedyś próbowałem policzyć ilość miejsc po przecinku liczby π, ale mierzy się ją w bilionach, a i to nie koniec. Nieskończoności policzyć się nie da. Tamtej nocy nie zmrużyłem oka.

W literaturze opisywano, a w filmie pokazywano różne sposoby oszukiwania bezsenności. Od sprzątania i prasowania, przez pisanie i komponowanie, aż do wymyślania perpetuum mobile lub kamienia filozoficznego. Są to jednak metody zastępcze, które w dłuższej perspektywie jedynie utrwalają problem.

Te wszystkie nasenne herbatki z mchu i paproci też włóżmy między bajki. Nie polecam również przedsennego nadużywania używek, bo i to są patenty na krótka metę. A co, jeśli przysłowiowej mety nie ma w pobliżu (niezorientowanym wyjaśniam, że meta oznacza miejsce zaopatrywania się w używki o charakterze płynnym, w godzinach nocnych lub w czasach prohibicji)?

Na tym zakończmy pobieżny przegląd sposobów tradycyjnych, a zawodnych. Czas na metodę autorską, skuteczną w stu procentach. Mało kto o niej wie, choć w większości przypadków znajduje się pod ręką, a ściślej mówiąc, pod głową. To… poduszka! Gdy ogarnia nas pierwsza fala myśli typu „no tak, to będzie jedna z  t y c h nocy…”, wyjmujemy poduszkę spod głowy i przewracamy ją na drugą stronę. Pod wpływem świeżego, niewymiętego dotyku z lubością zamykamy oczy i z błogim półuśmiechem oczekujemy rychłego nadejścia Morfeusza. Czasami skubaniec nie chce przyjść od razu. Ale to nic. Odwrotna strona poduszki zdążyła się w międzyczasie schłodzić, więc powtarzamy operację. Jeśli jednak nie zaśniemy po trzecim przełożeniu, problem musi być poważniejszy. Zacznijmy od poszewki. Kiedy była prana, czy była prasowana i — last but not least — czy była krochmalona? Jeśli którekolwiek z ogniw nie zostało wykonane w terminie (do tygodnia wstecz), musimy się tym zająć. I nie zwlekajmy, bo czas płynie. Odradzam pralkę; najkrótszy program trwa pół godziny, poza tym sprzęt hałasuje i budzi uczciwie śpiących członków rodziny. Pierzemy ręcznie. Suszymy suszarką lub na grzejniku (zimą), tylko nie przesuszmy, żeby się dobrze prasowało. Prasujemy dokładnie, bez pośpiechu, aby nie dotknęła nas klątwa niewyprasowanej fałdki. Teraz krochmalimy. To znaczy, nie jestem pewien… Proszę sprawdzić, jaka kolejność jest właściwa. Następnie trzeszczącą ze sztywności poszewką oblekamy poduszkę. Nie jest to łatwe, ale nasze wysiłki już wkrótce zostaną nagrodzone! Zaśniemy snem kamiennym. Chyba że… Chyba że problem leży jeszcze głębiej, to znaczy w wypełnieniu poduszki. Litościwie pominę temat pająków zamieszkujących w pierzu, nie rozwinę też zagadnienia chochlików zwanych insomniaczkami, które uwielbiają się w nim zagnieżdżać. Niestety, również wypełnienia syntetyczne mają swoje słabości. Są mało przewiewne, alergizują, i w ogóle potrafią denerwować. Jeśli więc wskazówki zegarka przekroczyły godzinę piątą, nie wahajmy się dłużej. To ostatni moment, aby ratować resztki nocy. Zdecydowanym ruchem rozpruwamy ropuchę, to znaczy poduchę pod uchem, a zawartość wygarniamy z pokoju silnym podmuchem. Do opróżnionego środka sypiemy: okruszki, łupinki od orzechów, małe śrubki, pocięte skarpetki, sierść kota, moher (może gryźć), płatki kosmetyczne, czy co tam mamy pod ręką. Jednak najlepszy efekt dają książki. I to nie ebooki, bo pokażcie mi takiego, który wyspał się na kindle’u. W grę wchodzą wyłącznie papierowe wydania (odradzam twarde oprawy). Ale ostrzegam: czym poduszkę wypełnisz, tym się naśnisz. Niedawno wypchałem jaśka Ulissesem Joyce’a i przyśnił mi się Dublin smalony. Układamy tomy starannie, jeden obok drugiego, bez zbędnych szczelin i nadmiernych mieszanek gatunkowych, bo z nich biorą się koszmary.

A teraz już dobranoc. A właściwie, dzień dobry!