oto I owo

Solfizmaty

Posted in zabawy literackie by hajton on 5 sierpnia 2017

Skrzydlate konisko odwiedziło mnie znowu. Właśnie miałem jeść, ale bezceremonialnie kopnęło mnie w czaszkę.

– A dlaczego ty nie wymyślisz jakiegoś swojego gatunku, tylko małpujesz po mistrzach? – zapytało.

– Głodny jestem i zły, przyjdź później, albo sam se wymyśl.

– Przychodzę kiedy chcę, poza tym, ja jestem od kopania, a od wymyślania – machnął skrzydłem, aż papiery pospadały z biurka, a nuty z pulpitu – jesteś ty. No, już, za dużo czasu nie mam.

– Ale… to chociaż podpowiedź proszę.

– Żyjesz między dźwiękiem, a słowem, więc?…

– Użyć nazw dźwięków? Będę miał pierwsze litery alfabetu i całe mnóstwo „is” i „es””.

– Nie znasz innych określeń?

– Oczywiście, że znam – odparłem z godnością. – Tak zwaną solmizację.

– Widzisz! Jesteś prawie w domu!

– Mogę powtórzyć „do”? – spytałem cicho.

– No, coś ty – szepnął ze zgrozą – chcesz iść na łatwiznę? Jednak, poza tym drobiazgiem, jako twórca gatunku, możesz ustalić reguły… – ogłosił wspaniałomyślnie.

– Jakże będzie mi brakowało naszych liter, chrzęść, gwóźdź, dżdż…

– Nie maż się, tylko próbuj, klasyczniej – zarżał i strącił skrzydłem kielich z winem. Myślałem, że go trzepnę, ale ten spryciarz jakimś cudem złapał puchar w kopyto i odstawił w koryto. Nie uronił nawet kropli.

Reguły? Jakie reguły! Zasada prosta niczym gama. Bierzemy „do, re, mi, fa, sol, la, si” i jazda!

Dom i silos, Rafale (co najpierw? porady dla młodego rolnika)

O rosie falami LSD (po naćpaniu)

Lis dolarem i fosa (lis, bo futro, jak długo jeszcze?! fosa, magnes dla turystów)

Folia, morda i less (morda w folię i do piachu, czarny kryminał)

Aldi ma i os flores (asortyment Aldiego bywa zaskakujący)

Misa fors dla O., ile? (po chałturze)

Odra mil soli: „safe” (gdyby Odra była słona…)

Dosol salami: „fire” (nie przesadzać z pikanterią)

Las, farso melodii (gdzie śpiewaków za dużo…)

O, Larsie, Safo mdli! (ostrożnie, panie reżyserze)

Radom, flis Olesia (czym rzeka dla flisaka, tym Radom dla chłopaka)

Odessa, firma Loli (Lola, potentatka znad Morza Czarnego)

Li ma Forda, li Esso (albo samochód, albo paliwo)

A fiord lassem Oli (Ola mieszka nad fiordem w kształcie lassa)

Si, si! ale! mordo fal! (zawołanie żeglarskie, międzynarodowe: si! – włoskie, ale! jest tu spolszczonym francuskim allez)

I los rad losem fai (Kraj Rad przykładem)

Darmo sile fasoli (prawdziwa siła obejdzie się bez używek)

Merda osa lisofil (przyjaźń międzygatunkowa)

Armado, sisi? fe! lol (przynagleni rumem i piwem majtkowie wychodzą na zawietrzną…)

– A to „lol”, to co? – zainteresował się nagle.

– Takie coś, że jest śmiesznie.

– A jest?

– Ty mi powiedz.

– Ja nie jestem od oceny, tylko od inspiracji. No, czas na mnie. Nara…

– Mara… flisd osiole… – mruknąłem pożegnalny solfizmat, ale na szczęście (bo kopyto ma mocne) już mnie nie słyszał.

Reklamy

Nocne odwiedziny

Posted in zabawy literackie by hajton on 26 lipca 2017

Czasem zagląda do mnie Pegaz. Rży, prycha, pyta, czy nie mam trochę siana w głowie. Bywa natrętny. Nie odejdzie, zanim go nie nakarmię. Odwiedził mnie wczoraj wieczorem, od niechcenia rzucając hasło „alfabeton”. „Samiec alfa-beton?” – próbowałem zbyć temat, patrząc mu prosto w oczy. Zbyt odważnie, bo odwrócił się nagle, a jego kopyto przeleciało o (koński) włos od mojego ucha. „Chodzi mi o dziełka o przesłaniu nienachalnym, za to wykorzystującym wszystkie trzydzieści dwie litery rodzimego alfabetu.” No jasne! Przede wszystkim mistrz Barańczak, olśniło mnie. Mini poematy, (poematki, czyli matki poetów, jako też niektórych prozaików [na przykład Allana Edgara Poe]), których sensu trzeba trochę poszukać, ale jak się już znajdzie, to, ho ho! Otwiera się morze interpretacji. Kosmos znaczeń. Bezkres bez kresu (za to z kretesem).

Zebrałem alfabet w całość, rozsypałem wokół siebie, i patrzyłem w jakie (bez)sensy mi się układa. Pierwszy był taki:

słój – foch

wizg – dąb

źle;

mężny, puść krtań!

„Może być”, powiedział Pegaz. „Taki trochę kryminał. Kłótnia przy musztardówce, wypadek po pijaku, zemsta, a może i wybaczenie?” „Naprawdę?”, zdziwiłem się, ale nie za bardzo, bo byłem już myślą przy kolejnym.

zgłębmyż:

jeść stonki?

ródź plwań fuchą…

„Jesteś głodny?”, spytał Pegaz. „Oczywiście!”, odparłem rozdrażniony. „Ty się krzepisz sianem z mej potylicy, a ja?” I jakby w dowód, że nie żartuję, dołożyłem mu jeszcze:

objeść zżętym, 

głódź, wiń:

schrup flanką!

Nie dał się sprowokować, ale widziałem, że jest umiarkowanie zadowolony (pewnie ujęło go nawiązanie do obroku, a może docenił niebanalną strategię?). No dobrze, stary koniu, pomyślałem (o Pegazie, rzecz jasna), tematykę żarcia każdy rozumie. Ciekaw jestem, co powiesz na utworek (utwór – potwór, utworek – potworek) o problematyce podniosłej, acz nie wolny od przestrogi, w dodatku jednym wiosłem zanurzony w tematyce wakacyjnej (jeziorowej) i niepozbawiony wartości sonorystycznych:

spiż fet,

głównym bojaźń,

chrzęść dulką

Spojrzał z lekkim zdziwieniem, wykonał gest, jakby chciał się kopytem postukać w czerep, ale mu nie wyszło, więc tylko parsknął i utoczył trochę piany. Byłem na dobrej drodze, aby dał mi spokój.

skrzyp, judź

mętną żółć,

chlew, figo?

baśń!

Poszedł. Ale wiem, że znów przyjdzie. Całe szczęście. Mimo stajennych manier, nie sposób go nie lubić.

Tagged with:

Najdłuższe opowiadanie świata

Posted in zabawy literackie by hajton on 23 Maj 2016

65883110_8f68671bf4_mZ tym opowiadaniem biedziłem się co niemiara. Właściwie piszę je od lat, ciągle nieprzekonany, że osiągnęło już odpowiednią długość. Przejrzałem sporo nowelistycznych wężowideł, zajrzałem do księgi rekordów guinnessa, niejednego guinnessa nawarzyłem i musiałem wypić. Koniec końców doszedłem do wniosku, że opowiadanie mieszczące się na tysiącu siedmiuset stronach znormalizowanych powinno w cuglach zdobyć tytuł najdłuższego. Całkiem niedawno, gdy swoim wyglądem zacząłem budzić przerażenie rodziny i otoczenia, dotarła do mnie okrutna prawda: ja się męczę, a i tak nikt tego nie przeczyta. Co zrobić? – głowiłem się, konstruując jednocześnie wątek poboczny o konflikcie hipopotamów nilowych z kosmitami.  Gdy byłem już blisko finału (raptem jakieś czterysta stron przed końcem), spłynęło na mnie olśnienie. Dokonam skompresowanego streszczenia, wzbogaconego kilkoma cytatami! Tym sposobem udowodnię też, że Dama kier bez trudu da się zaadaptować na niskobudżetowy, wysokoartystyczny, mainstremowy i offowy zarazem spektakl teatralny (operę?).

Dama kier

Akcja dzieje się w zamkniętym pomieszczeniu. Przy stole czwórka grających w karty, dwie pary małżeńskie. Stefania myśli: „Oby tylko Bogdan dobrze zawistował! Wisty nie są jego mocną stroną.” Uśmiecha się w duchu, czerwieniejąc z lekka na ciele (o jakieś siedemnaście procent).

Poznajemy historię burzliwego związku Stefanii i Bogdana. Prócz tego: rozważania „czy przewrócony pion staje się poziomem” i od razu „dlaczego poziomki rosną w pionie”, biografia chilijskiego malarza, który malował winem, „co lepsze, zakwas czy drożdże?”…

„Tak, to jedyny sensowne otwarcie” – myśli Bogdan na stronie 122. Nie wyciąga jednak karty. Jeszcze się waha. Ma czas.

Na kolejnych czterystu stronach poznajemy historię gier karcianych, gier hazardowych, gier w ogóle, dowiadujemy się o dramacie drwali uprawiających konwalie w Kornwalii i smutnych perspektywach płetwala błękitnego w czasach photoshopu.

„Ręka Bogdana poruszyła się. A może tylko im się zdawało?” (str. 667)

Najwyższa pora poznać partnerów Stefanii i Bogdana: Marylę i Janka, a także ich rodziny, do szóstego pokolenia wstecz. W tej części również kilka mininowelek kryminalnych i humorystyczny esej o wpływie Moniuszki na Rossiniego. Teorie gier liczbowych. Liczby pierwsze kontra abecadło. Na tropach „Armaty Sarmaty”, legendarnego poematu, którego istnienie nie jest do dziś udowodnione. I parę innych.

„Bogdan wykwintnie ujął kartę w dwa palce. Stefania zamrugała, a Maryla kopnęła Janka w kostkę. Zrobiło się nerwowo.” (str. 999)

Maryla błądzi wzrokiem po pokoju, co otwiera dwustustronicową rozprawkę o architekturze podolskiej wczoraj, dziś i jutro. Czy Le Corbusier pijał courvoisier? Wtręty o wędkarstwie słodkowodnym (parę haczyków odnośnie połowu lina). Skąd się wzięło przeciąganie liny, jak przeciągać strunę aby nie przegiąć pały. Co miał na myśli Rabelais pisząc o „napinaniu kuszy lędźwiami”. Noty biograficzne encyklopedystów. Encyklopedia przekleństw: mit czy żart?

„Dłoń Bogdana zamarła w powietrzu” (dodam, że wytrwa w tej pozycji około stu osiemdziesięciu stron, na których kreślę krzyżyki, rozprawiam się z legendą Billy Kida, próbuję zrozumieć fenomen Bollywoodu, luzuję wodze fantazji i łapię za uzdę kobyłę historii).

„I nagle, jak w puszczonym wolno i od końca filmie, karta wróciła do talii”.

Zanim dowiemy się jak zawistuje Bogdan, przeczytamy jeszcze o zabytkach Andaluzji, dotkniemy problematyki śmieci w Koblencji i umów śmieciowych w ogóle, a także setki innych tematów, o których, aby nie przedłużać, już nie wspomnę.

„Bogdan nagłym ruchem wyciągnął pierwszą kartę z lewej. Dama kier z impetem wylądowała na stole, aż w powietrze wzbił się kurz. (O kurzu: czym jest, jak go zwalczać oraz o damach i damkach, z podziałem na warcaby i rowery.)

„Sto!” – prawie zaśpiewał lirycznym barytonem (rys historyczny o słynnej szkole bułgarskich bas-barytonów). Maryla zakwiliła z radości. Janek przyssał się do szklaneczki z whisky. Stefania zbladła. „Sto?…” – wyszeptała jadowicie. „Sto, baranie!?” (Już naprawdę króciutki przegląd baranich ras oraz savoir vivre baranich stad). „Przez tysiąc sześćset sześćdziesiąt sześć  stron nie zauważyłeś, że gramy w brydża?!”

Grymas wykrzywia twarz Bogdana.

„Kości zostałyby rzucone, gdyby były…” – chrypi trochę bez sensu.

Janek biegnie do kuchni po lód.

Maryla krzyczy: „A ja wolałabym w wafelku!”

Wpadają psy.

Kurtyna.

(O kurtynie Wyspiańskiego w Teatrze Słowackiego).

Koniec, koniec końców.

Ciąg dalszy być może nastąpi.

Blog zdeszyfrowany (vide: 199)

Posted in zabawy literackie by hajton on 9 października 2015

post-milestone-200-2x„Ponad” jest chyba z refleksji słynnego, kto oddech woliery zaczął słonecznymi środki. Zawieszał, umieszczał okazy; w gestach napełnionych wieczorem dostrzegałem perswazję. Aktorzy mówią coś, ale cel ten jest Wisłą wysoką francuskich oficerów.

Z dwóch ludzi – surfował młodzieniec na szczelinie, by gołębie trenowane w stadach zwać stworzeniem. Mi większym.

Spóźnione metrów baterie. Ten po prostu musi zrozumieć, bowiem oczy są krzywą lunetą plastikową, którą otworzyć, czy zagonić w zdziwienie?…

Czy obnosił pracę prawdziwie takich odróżniający? Doc dr hab Kurka znów prychnęła sztucznie. Rywalom chodziło: „jeśli wzbogacanie wykonujemy biegnąc, jedno dzisiejsze za drugie dawne”, inni oznajmią: „doskonalić ebook”. Figura struktur nawet szpulowych i ten pod ścianą zwiastun, który rozdzielenia mijał… Jakie? „Od” czy „na”? Nic! Wygłaszając te „różany” Kurka każdemu rozciągała kręgi.

Tymczasem nasz obywatel Kane tkwił opuszczony. Przyjadą wszyscy tego roku, gdy pozbędą się ptaka. Pod materiałem robić przekaźnik? W chwili nikt, może baba…

Piąta. Pora na rasowe chusteczki. Drżą etycznie stojący. Mówimy: „możliwe”. Ściśle mnie uwiązano, na probówek moich prawdę. To zazdrości inwestycje! Ile uwagi Brahmsa w liceum! „Kanał granic” – powiedział. Jest też wersja: „przypomnieć ich”. Mądrzejszy podczas połowów zrobił się myśliwy. Skąd student nam obojętny? Aby ludziom duchowość najstarszą i działania drugiego. Nieprzyjazny dom, nieoczekiwanie proste wejście. Wchodzimy.

 

199

Posted in zabawy literackie by hajton on 5 października 2015

UnknownNigdy nie piszę na objętość. Obce mi są założenia typu „tysiąc słów na dzień”. Nie lubię wymierzać długości zdań linijką ani ograniczać tekst do kolumny. Słowa muszą oddychać; to nie tylko treść, ale i melodia, która wybrzmiewa. Czas krótki, czas długi, nigdy ten sam. Tajemnicza zawiłość utrudnia odbiór, ale skrótowość nie może być celem samym w sobie. W przeciwnym razie jedyną literaturą staną się komiksy, a emotikony zastąpią słowo pisane.

Tym razem muszę jednak liczyć. Mój kolejny wpis – jeśli szczęśliwie do niego dojdzie – będzie nosił numer 200. W związku z małym jubileuszem postanowiłem ulec pewnej literackiej manii, której na imię „kod”. Jakich to już kodów nie mieliśmy: Kod da Vinci, Kod Szekspira, Kod Hitlera, Kod władzy, Kod uzdrawiania, Szyfr Aleksandra Wielkiego, Szyfr Matejki czy Tajemnicę szyfru marabuta wreszcie. Sam zakodowałem kilka tajemnic w Altowioliście i Ostatnim koncercie. Co by nie mówić, kod ma w sobie coś ponętnego. Pod warunkiem, że daje się zdekodować.

Dlatego postanowiłem zdeszyfrować swój własny blog (zrobię to, nawet jeśli rzekomy kod miałby okazać się bełkodem), sprawdzić, czy w gąszczu słów znajduje się trop prowadzący na sekretne terytoria. Jak chcę tego dokonać? Otóż z każdego wpisu wezmę jeden wyraz: z pierwszego – pierwszy, z drugiego – drugi, z trzeciego – trzeci, i.t.d. Sto dziewięćdziesiąt dziewięć otrzymanych słów spróbuję połączyć w zdania, poddając je oczywiście składniowej i gramatycznej edycji.

Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze, co o liczbie 199 mówi skarbnica wszechwiedzy, czyli internet. Już pierwsze wyniki budzą zdumienie. Książka Żyj zgodnie z rytmem wszechświata ma 199 stron, kurs tarota w przychodni ezoterycznej kosztuje 199 złotych, zaś po Warszawie kursuje autobus linii 199!

Ciarki chodzą mi po plecach…

Najkrótsze formy literackie

Posted in literatura, muzyka, zabawy literackie by hajton on 22 czerwca 2014

John Cage

Pusta kartka, symbolizująca nic albo wszystko. Za jej najdoskonalszy muzyczny odpowiednik można uznać 4’33” Johna Cage’a.

Forma jednoliterowa mała (zwana potoczną) lub wielka (zwana uroczystą). Idealna do wyrażania zrozumienia (a – A) lub zwątpienia (e – E).

Formy dwuliterowe

Ba (kondensat horroru, w którym baba została pozbawiona swojej lepszej lub gorszej połowy).

Be (lapidarnie trafny – niech się haiku schowa – ziarnopoemat zoologiczno-etyczny).

Formy dwuliterowe zdwojone

Baba (manifest feministyczny; wynurzenia mizogina; nowa wersja bajki poświęconej niejakiemu [niejakiej?] Ali).

Abba (monografia w pigułce).

Formy trzyliterowe

Abc (może być wszystkiego, od gotowania do pisania, świat poradników; do moich ulubionych należy Abc hodowli zwierząt futerkowych dla przyjemności głaskania).

Aby (poczytna forma literatury ogłoszeniowej, niestety, często zainfekowana wirusem zwielokratniającym pierwszą literę [aaaby, aaaaaaby, aaaaaaaaaby]).

Aby jednak nie trzymać się kurczowo początku alfabetu.

Xyz (thriller z trzema niewiadomymi).

Formy czteroliterowe niepowtarzalne

Już pierwszy z brzegu przykład pokazuje ich wielokierunkowość.

Bach (kryminał, studium alkoholizmu lub nanopowieść biograficzna).

Zdwojenie formy czteroliterowej niepowtarzalnej (Bach – Bach) mówi nam, że: strzelających było dwóch, alkoholikowi odpowiadało echo (pił w górach?) albo też Jan Sebastian miał brata bliźniaka.

Wymienione gatunki mieszczą się w szerszej kategorii, zwanej formą jednowyrazową.

Kolejne – począwszy od formy jednozdaniowej – to obszar bardziej oswojony, poznany i opisany. Dotąd spacerowaliśmy wśród gejzerów, bulgoczących zaczynów, klujących się idei, czystych źródełek i mętnych ruczajów. Teraz stoimy na brzegu rzeki, która uchodzi do morza. O takiej ilości cieczy nie sposób pisać na sucho. Prędzej czy później zacząłbym lać wodę.

Kropka.

Konkurs czterech stoczni

Posted in zabawy literackie, żarty literackie by hajton on 28 grudnia 2013

canoeJak tchnąć nieco ducha w upadający przemysł stoczniowy? Recepty postanowiono szukać w gronie wybitnych ekonomistów.

Nie ma sensu streszczać wielogodzinnych debat, wielodniowych sporów, bowiem końcowy wniosek był krótki i przyjęty jednogłośnie.

Konkurencyjność.

Każda z czterech spółek dostała rok czasu, aby wykazać swoją wyższość nad pozostałymi. Przetrwać miała tylko jedna, najlepsza czyli najrentowniejsza.

Stocznie natychmiast zabrały się do roboty. Pierwsza zredukowała zatrudnienie do zera, po czym wśród Indian kanadyjskich wyszukała rzemieślnika budującego tradycyjne kanu z kory brzozowej.

Bez zwolnień obyła się w „dwójce”, która skupiła się na produkcji wszelkiego rodzaju łodzi wiosłowych.

Stocznia numer trzy zajęła się wytwarzaniem luksusowych jachtów, co zmusiło ją do zatrudnienia większej ilości rąk do pracy oraz nawiązania więzi kooperacyjnych.

„Czwórka” postawiła wszystko na jedną kartę: dała pracę olbrzymiej ilości nowych pracowników i natychmiast wzięła się do produkcji statków dalekomorskich.

Najszybszy zysk zanotowały „jedynka” i „dwójka”, bowiem zanim „trójka” i „czwórka” na dobre uruchomiły produkcję, dwie pierwsze sprzedawały już swoje wyroby. Zarobione pieniądze natychmiast skierowano na inwestycje: „jedynka” wzbogaciła repertuar o rowery wodne i katamarany, „dwójka” wzięła się za kutry rybackie i holowniki.

Po czterech miesiącach „trójka” sprzedała pierwszą partię zamówionych jachtów; dochód bezzwłocznie przeznaczono na produkcję kutrów torpedowych oraz lekkich korwet.

Gdy ekscytująca się konkursem opinia publiczna kreśliła już krzyżyk na „czwórce”, ta w dziewiątym miesiącu powiła kontenerowiec, by natychmiast przyjąć zamówienie na budowę dwóch statków pasażerskich klasy „Queen Elizabeth”.

Gdy zbliżał się koniec wyznaczonego terminu – ku zaskoczeniu i wbrew wszelkim dysproporcjom – sytuacja spółek była zbliżona. Zatrudnienie rosło, a to, co pierwsi i drudzy uzyskiwali ilością, drudzy i trzeci wyrównywali wielkością. Ktokolwiek zainwestował w akcje którejś ze spółek, mógł być pewien profitów. Ostatecznie nikogo nie zdziwiło więc, że szacowne forum eksperckie postanowiło przedłużyć okres próbny o jeszcze jeden rok. W końcu głupotą byłoby zarżnięcie aż trzech kur znoszących złote jaja.

Po kolejnych dwunastu miesiącach „jedynka” brała się już za produkcję wodolotów najnowszej generacji, „dwójka” zaczęła specjalizować się w produkcji lodołamaczy zdolnych do pracy w warunkach arktycznych, „trójka” otrzymała właśnie zlecenie na łódź podwodną o napędzie atomowym, zaś czwórka wchłonęła olbrzymie tereny sąsiadujące ze stocznią, aby przystąpić do prac nad lotniskowcem, nie mającym sobie równych we flocie wojennej żadnego kraju.

„Do trzech razy sztuka, dajmy im jeszcze rok” – postanowili eksperci, zakłopotani własnym brakiem zdecydowania, ale i zachwyceni diagnozą, która tak skutecznie podźwignęła stocznie z recesji.

Jednak i przez kolejne miesiące wszystkie stocznie mknęły do przodu, ba, oszołomione śmiałością coraz to nowych wizji wzbijały się w powietrze. „Jedynka” uruchamiała właśnie taśmę produkcyjną ultranowoczesnych hydroplanów, na które zamówienia przychodziły aż z Peru i RPA. Dwójka kończyła pierwsze modele luksusowych odrzutowców dla świata biznesu. W stronę „trójki”, która wzięła się za produkcję floty powietrznej dla kilku renomowanych linii lotniczych, z trwogą spoglądali dotychczasowi potentaci rynku, Airbus i Boeing. Zaś NASA nie chcąc zostać wyeliminowaną z gry, złożyła „czwórce” lukratywne zamówienie na prototyp promu kosmicznego, mającego obsługiwać linię Ziemia – Mars.

A ponieważ mamy koniec roku, zachęcam wszystkich do wymyślenia własnej puenty. Nad swoją muszę się jeszcze zastanowić. Zresztą, nie przesadzajmy z tymi puentami. Są one niezbędne tylko balerinom i baletmistrzom. Normalny człowiek doskonale się bez nich obywa. Dziś, kiedy najbłahsza nawet rozmowa nie obędzie się bez finty, kiedy żaden dziennikarz nie ośmieli się zakończyć swego materiału celnym sztychem, puenta straciła na znaczeniu.

Puenta powinna ogniskować i scalać. Tymczasem – niecelna – rozprasza i rozdrabnia. Miast nasilać i podkreślać, pomniejsza i unieważnia. Gdyby chciała rozjaśniać i wyostrzać… Cóż, kiedy zaciemnia i rozmazuje. Nie pogłębia, a spłyca. Nie rozszerza, a obcina.

Szuka sensu, nawet tam gdzie go nie ma. Czy może odnieść sukces?

Szuka poklasku. A co, jeśli nań nie zasłużyła?

Niecelna puenta to jak w „Lalce” Zagłoba i Podbipięta, to czytelniczej radości wartość odjęta, to treści istota nad wyraz rozdęta, to trybu warunkowego przynęta, to zawartość nieudanego skręta, to tekstu achillesowa pięta.

Gdyby, mimo wszystko, ktoś chciał ją dopisać, zapraszam 🙂

Kuchnia uniwersalna

Posted in zabawy literackie, żarty literackie by hajton on 3 grudnia 2013

Floris van Dijck, Martwa natura (1613)Oto kilka prostych potraw, które powinny zadowolić zróżnicowane gusta kulinarne. Ich przyrządzanie nie sprawia zazwyczaj kłopotów, nieco więcej czasu i zachodu wymaga zdobycie surowców. Wziąwszy pod uwagę efekt końcowy – opłacalny trud!

 

Płotki w miodzie

Celowo używam formy zdrobniałej, bowiem płot im starszy, tym mniej nadaje się do spożycia. Pozyskanie nie jest łatwe; o ile stare, niejadalne, rozsypujące się płoty nikogo nie obchodzą, o tyle świeże, młode, szykowne znajdują się zazwyczaj pod czujnym nadzorem właścicieli. Na płotki najlepiej zapolować w opłotkach. Zaczynamy od weekendowego rekonesansu. Pod płaszczykiem (może być kurtka) podziwiania okolicy dokonujemy namiaru na szczególnie świeży i dorodny okaz (z racji oczywistych eliminujemy płotki betonowe, choćby nie wiem jak apetycznie wyglądały). Wracamy pod osłoną nocy, wyposażeni w nóż-piłkę, plecak i latarkę (żeby przez pomyłkę nie naciąć zmurszałego płociszcza).

Płotki da się przyrządzić na wiele sposobów, niektórzy je wędzą, inni roztłukują i smażą w cieniutkich plastrach à la viennoise. Są też zwolennicy tatara, który ma dla mnie posmak odrobinę zbyt wiórowaty. Dlatego polecam sposób najprostszy. Młode płotki smarujemy obficie miodem i zostawiamy na noc w płóciennych woreczkach. Następnego ranka potrawa jest gotowa do spożycia! Miód uczynił cuda; płotki są miękkie, rozpływają się w ustach i – co ważne – nie utraciły nic ze swoich wartości odżywczych. Pycha!

Muchy à la ma kota

Nie było łatwym ustalenie miejsca, w którym występują duże ilości much. Trafiłem na nie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w gmachu zwanym filharmonią. Można tam natknąć się na liczną grupę facetów z muchami zawiązanymi wokół szyi. Wtargnięcia na estradę w trakcie koncertu nie polecam, bo publiczność zacznie sykać, a co bardziej nerwowy instrumentalista może nawet przyłożyć. Pół biedy, jeśli smyczkiem, gorzej, gdy zeźli się mężczyzna z waltornią lub puzonem w dłoni… Szukając swojej szansy, po koncercie udałem się za kulisy. I to był strzał w dziesiątkę! Ci poważnie wyglądający mężczyźni są niezwykle łasi na komplementy. Wystarczy powiedzieć coś w stylu: „Mistrzu, to solo w drugiej części, palce lizać!” (mówicie tak, bo mucha już blisko, na wyciągnięcie ręki i cieknie Wam do niej ślinka). Po takim tekście muzyk chętnie sprezentowałby swoją muszkę i to z autografem. Ale tego właśnie unikamy. Po co dodatek atramentu w pysznej potrawie? Rozanielony wirtuoz nie zauważy nawet, kiedy muszka wyląduje w naszej kieszeni. Sugeruję jednak, aby nie przesadzać. Trzy, cztery muchy w zupełności wystarczą do naszych celów, a przecież nie warto od razu palić cennego filharmonicznego łowiska. Niektórzy sugerują, aby tak zdobyte muszki potrzymać parę godzin w zalewie z detergentem, ale, czy ja wiem… Im mniej chemii w sztuce kulinarnej, tym lepiej. Osobiście zanurzam je na noc w wodzie z odrobiną soli. O tym, jak przyrządzimy muszki decydujemy sami. W końcu nie tylko Ala, ale każdy ma jakiegoś kota.

Zupa rakowa

Idzie zima – zupa w cenie, jak mówi stare porzekadło Indian amazońskich. Do zdobycia kolejnego składnika sceneria zimowa pasuje jak ulał. Konkretnie, schronisko górskie. Gdy po dniu pełnym sportów i wrażeń, i po wieczorze zakrapianym góralską herbatą zmordowani sportowcy udają się na spoczynek, my chyłkiem wsuwamy się do schroniskowego przedsionka. Z butów narciarskich ściągamy tyle raków, ile się da, po czym na własnych nartach, na łeb, na szyję ruszamy po ciemnym zboczu, byle dalej od wściekłych narciarzy. I tym razem przepis jest bardzo prosty. Raki gotujemy tak długo, aż zmiękną. A jeśli trafiliśmy na wyjątkowo twarde okazy, mówi się trudno. Pociechą będzie nam pyszny bulion (nadaje się też do smarowania skrzypiących zawiasów).

Żabki marynowane

Żabki występują tam, gdzie zasłony lub firanki, ale nie zawsze, bo nowoczesne metody wieszania wypierają tradycję. Jednak nie jest tak źle. Kiedy jestem naprawdę zdesperowany, wiem, że mogę liczyć na Domy Kultury. Infrastruktura ciągle dwudziestowieczna, żabki będą na pewno. Wystarczy pociągnąć zasłonę (firankę) jednym energicznym ruchem, a całość (wraz z karniszem) zwali się na ziemię. Szybko zbieramy żabki i wychodzimy, jak gdyby nigdy nic, co tym łatwiejsze, że ruch w Domach Kultury niewielki. Aby żabki zamarynować, używamy tej samej marynaty co do ogórków lub grzybków. Niektórzy dodają więcej chrzanu, jeszcze inni zastępują go imbirem. Osobiście lubię wzbogacić zaprawę o dwie, trzy rzodkiewki. A potem… Potem następuje próba charakteru.

Czekamy… Czekamy… Czekamy…

Aż w końcu przychodzi dzień, w którym postanawiamy odkręcić słoik.

A, co tam, spróbuję dzisiaj. Już ostrzę sobie zęby…

 

Obraz: Floris van Dijck, Martwa natura (1613)

Grzybiarze

Posted in miniatury literackie, zabawy literackie by hajton on 2 listopada 2013

Muchomor cesarskiGrzybów mi się zachciało. A że do lasu daleko, postanowiłem słowiańskie zbieractwo zastąpić fenicką siłą pieniądza. Krótko mówiąc, poszedłem na bazar. Lasy musiały być jeszcze zbyt suche lub wręcz przeciwnie – przemoczone do piątej podściółki, bowiem handlarzy z kobiałkami było dziś ledwie trzech. W dodatku!… Nie wierzyłem własnym oczom! To, co sprzedawali, to były, co prawda, grzyby, ale jakie…

Jednemu koszyczek aż żarzył się czerwienią muchomorów. U drugiego bezwstydnie panoszyły się jakieś sromolce. Zaś trzeci oferował towar mocno przeterminowany, już w sosie własnym.

W dodatku nic nie zachwalali, stali obojętnie, jakby wcale nie zależało im na sprzedaży. Byłem oburzony.

– No, jak to tak… – zacząłem, a negatywne emocje ściskały mi gardło. – Trujące grzyby sprzedawać?!

– Dlaczego trujące? – zareagował ten od muchomorów. – Przecież ten grzyb – wyjął jednego z koszyka i… polizał! – nazywa się muchomor, a nie człowiekomor. Chyba nie sprowadzasz człowieka do poziomu muchy? – dodał pogodnie.

– Muchomor to muchomor – poczułem się nieco zbity z tropu.

– W sensie ścisłym masz rację – nie bawił się w żadnych „panów” – lecz mylisz się w sensie kulinarnym. Ten oto muchomor cesarski to smaczny grzyb jadalny… – Tym razem odgryzł spory kawałek. Nie mogłem na to patrzeć.

– A to co za ohyda? – zwróciłem się do drugiego, żeby odzyskać pole.

– Dlaczego ohyda? – zasmucił się zauważalnie. – Muchomor mglejarka – dodał tonem prawie omdlewającym. – To, że ludzie ich nie jedzą, nie zmienia faktu, że są to grzyby przepyszne… Prócz tego, czy naprawdę potrafimy przewidzieć konsekwencje swoich wyborów?

Machnąłem ręką. To był jakiś spisek! Zamach na moją cierpliwość. I wyobraźnię.

– A pan, co?! – zaatakowałem trzeciego. – Przeterminowane maślaki sprzedaje?

– Ależ skąd! Po pierwsze, nie maślaki. Po drugie, wcale nie sprzedaję. Dam je panu chętnie w prezencie. I dorzucę krótką lekcję erystyki, bo inaczej pan z tamtymi nie ma szans…

– Panie, daj mi pan spokój! Ja grzyby chciałem kupić, a nie filozofować!

Niedoszła jajecznica z grzybami stygła i tężała. Szczerzyła żółtka w złośliwym grymasie. Ironicznie błyskała białkami.

Wściekły poszedłem parę straganów dalej. Czułem, że skończy się na ogródkowych warzywach.

Jednak trójka zagadkowych mężczyzn nie dawała mi spokoju. Uzbierałem w głowie trochę ciętych ripost – nawiedzają mnie zazwyczaj po czasie – i zawróciłem w bojowym nastroju.

Niestety, grzybiarze zniknęli wraz z koszyczkami. Może miało to związek z patrolem straży miejskiej wnikliwie lustrującym mijane stragany?.. Gdy mundurowi oddalili się, podszedłem do stojącego nieopodal handlarza.

– Co to za jedni, ci grzybiarze? – spytałem konfidencjonalnie. Już skłonny byłem uwierzyć, że przywidzieli mi się tylko.

– Uchodźcy, panie, czarniawi tacy… Pewnie z Grecji przyjechali.

– Jak z Grecji, to nie uchodźcy, przecież Grecja jest w Unii…

– Grecja jest w Unii? – zdumiał się handlarz. – To pewnie dlatego tak im się wszystko posypało…

– Ale świetnie mówią po polsku – nie dawałem za wygraną.

– Świetnie? A gdzie tam! Ni cholery z tej ich gadaniny zrozumieć nie można. Nie, nie mówię, że mi przeszkadzają – zmitygował się. – Ale pożytku też z nich nie ma. Mogli by chociaż jakieś skrzynki przenosić, a ci nic, tylko ględzą cały dzień…

– Pamięta pan chociaż ich imiona? – świadomość, że być może nie zobaczę już oryginałów napawała mnie niezrozumiałym smutkiem.

– Na jednego wołają Stoik, pewnie dlatego, że tak tu wystaje, drugiego zwą Cynikiem, ani chybi złomiarz jaki, cynę zbiera, zaś ten z twarzą jak kartofel to niejaki Sokra, czy jakoś tak…

– Sokra? Też mi imię…

– O, właśnie! Sokrateż go zwą.

Pędziłem do domu, aż mi buraki i cebule wyleciały z koszyka. Toczyły się malowniczo trotuarem, ale nie zważałem na to. Co tam grzyby, co tam jajecznica, co tam tatar nawet! Już wiedziałem, gdzie szukać moich grzybiarzy. Tysiącletnich oliwek mi się zachciało. Szklaneczki retsiny o posmaku żywicy. I książki Tatarkiewicza do kompletu.

Giezło i komża – Płóciennny woreczek

Posted in książki, książki nieistniejące, recenzje, zabawy literackie by hajton on 1 lutego 2013

giezłaIlekroć w moje ręce wpadnie książka nieprzewidywalna, sławię literaturę. Cóż nam po setkach powtórzeń, tysiącach kopii, łaźniach wampirzej krwi, dowodzeniu, że literatura kobieca jest w istocie męską i odwrotnie, ekscytowaniu buduarową erotyką, ustanawianiu rekordu w trupominucie (ilości trupów na minutę) czy wymachiwaniu pałeczką czarodzieja.  „Giezło i komża” jest pozycją, przy której zamieramy (względnie piejemy) z zachwytu. Autor wzbił się wyobraźnią aż pod niebo. Co tym ciekawsze, że książkę oparł na faktach.

Gucio to z pozoru przeciętny chłopiec, mieszkaniec przeciętnego miasteczka. Jak wielu młodzieńców i jego nie omija epizod ministrancki. Scena w zakrystii przybliża nam po raz pierwszy jego ciekawską naturę. W braku dostępu do poważniejszych używek Gucio postanawia zapalić kadzidło. Przyłapany na kradzieży, ani przez chwilę nie próbuje sztubackich wykrętów. Kościelny, któremu taka postawa imponuje, nie tylko puszcza chłopaka, ale daje mu nawet kilka bibułek, pod jednym wszakże warunkiem: Gucio musi rytmiczniej uderzać w dzwonki mszalne. 

Już wkrótce ciekawość świata okaże się w Guciu tak silna, że spakuje do plecaka cały swój dobytek (odświętne giezło i ministrancką komżę) i porzuci miasteczko. Pociągiem na gapę udaje się do Gdyni. Tam melinuje się w ładowni drobnicowca M/S „Obieżyświat” i rozpoczyna rejs w nieznane. Nie jest moją rolą opisywanie przygód w podróży, zresztą nie było ich znów tak wiele. Gucio szczęśliwie trafił na statek wiozący spory zapas ptasiego mleczka. Żeby nie przesłodzić przeskoczmy do kolejnego rozdziału. Oto widzimy, jak zemdlony od nadmiaru słodyczy chłopiec przewiesza się przez reling, oddając morzu to, co nie jego. Czując, że dłużej już nie zniesie słodkiego wypasu postanawia zmustrować. I naraz akcja doznaje przyspieszenia, bowiem okazuje się, że portem, w którym Gucia naszły mdłości wcale nie była Ryga, tylko Hawana. Jesteśmy na Kubie, w złotych latach Fidela Castro. Młodzieniec wie, że z reżimem nie ma żartów. Na powitanie nowego lądu odziewa się starannie w odświętne giezło, komżę symbolicznie zawieszając na maszcie „Obieżyświata”. 

„Płyń, komżo, płyń”, szepcze Gucio nostalgicznie, odprowadzając „Obieżyświata” wzrokiem. „Morze przydasz się jeszcze jakimś ludożercom?”… (tego ostatniego wprawdzie nie rozumiem, ale kto mówi, że literatura musi być łatwa?)

Ale nic po ostrożności! Życie pisze własne scenariusze. Miejscowi, nieobeznani z nadwiślańskim dresscodem, mylnie biorą odświętne giezło za… komżę właśnie! Młodzieniec, któremu w głowie raczej użycie i romanse niż konfesjonały i zakrystie, wbrew własnej woli zostaje wzięty za misjonarza i głosiciela dobrej nowiny. Carlita, miejscowa piękność, bezprzytomnie zakochana w egzotycznym przybyszu, wybierze raczej śmierć w szczękach rekina niż cielesne zbrukanie świętego młodzianka. Zrozpaczony Gucio, którego intencje pozostają nieodkryte, rejtanowskim gestem drze odświętne giezło w strzępy, by po wypiciu beczki Cuba libre wstąpić do tajnej policji dyktatora. 

W finałowej scenie…

Ale nie, nie mam prawa jej opisać, to trzeba po prostu przeczytać!

Smakowity majstersztyk (filet z rekina), ale jak literacko przyrządzony! Palce lizać.

Czytając zastanawiałem się, czy można „Giezło i komżę” postawić w jednym rzędzie z „Czerwonym i czarnym” Stendhala. Zaryzykowałem i postawiłem. I co? Na półce doskonale prezentują się obok siebie!

A teraz… No właśnie. Po literackiej orgii, jaką zapewniła nam lektura pierwszej książki, chciałoby się już raczej zamilknąć, pominąć nieszczęsny „Płócienny woreczek”, który przy rozpasaniu „Giezła i komży” jest powieścią wątłą, nijaką, bladą, chorą na zanik i niedostatek.

Gerwazy, główny bohater, przez całą książkę łazi od domu do domu, próbując wypełnić swój pusty woreczek miedziakami, cukierkami, czy co mu tam wrzucą. „Święty człowiek”, szepczą jedni. „Pomyleniec”, pukają się w głowę drudzy. Nie przychylam się do żadnej z opinii. Tragizm jednostki jest aż nadto wymowny i męczący. Bowiem woreczek Gerwazego jest dziurawy. Czy nie lepiej (i krócej) wyraził to swego czasu twórca znanego poematu „Szedł Grześ przez wieś”?.. Czego do środka nie wrzucić – znika w rosie traw i pyle drogi. Trud Gerwazego do tego stopnia nie ma końca, że Czytelnik z trudem uwierzy w jego początek. No, jest tam parę scen pysznych, obserwacji soczystych i uwag pierwszorzędnych, w rodzaju: „kamień kamieniowi kamieniem”, zaś uporczywe nieinformowanie bohatera o dziurawości jego worka można uznać za krytykę społeczeństwa konsupcyjnego (a przynajmniej marnego poziomu okulistyki w tymże), ale trochę to mało jak na z górą trzysta stron prozy.

Najkrócej?

„Giezło i komża” górą. „Płócienny woreczek” doliną.

Lecz pamiętajmy, że bez dolin nie byłoby gór.