oto I owo

Wiadomość

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2017

Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie zachęca do zjadania monstrualnych ilości karkówki z grilla, a następnie nie wyciąga pomocnej dłoni pełnej paramedykamentów, na zgagę, wzdęcia i wątrobę. Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie podaje co godzinę informacji, które pokaźną ilość ludzi pozostawiają z otwartą buzią i poczuciem bezradności. Mój (ciągle jeszcze) ulubiony program radiowy serwuje za to wiadomości kulturalne. Ostatnio wśród nich znalazła się perełka ze Szwecji. Gorąca perełka. Parząca perełka. O paleniu książek. I to książek dla dzieci. Otóż w jednej z bibliotek spalono stare egzemplarze jednej z części przygód Pippi Langstrumpf, aby uczynić miejsce nowym, w których „król murzynów” zastąpiony został „królem południowego Pacyfiku”. Zastanowiłem się. Książki biblioteczne ulegają zniszczeniu (zaczytaniu, jak głosi termin profesjonalny). Biblioteka musi je wycofać z obiegu, zastępując wydaniami dostępnymi na rynku. Jeśli wprowadzono w nich jakiekolwiek zmiany, to z pewnością nie bez wiedzy autora/wydawcy/spadkobiercy praw autorskich. Zniszczone, pozbawione wartości zabytkowej książki są utylizowane. A właściwie poddawane recyklingowi, ale trzeba przyznać, że sformułowanie „palenie książek” jest wyjątkowo nośne. Wróćmy jednak do określenia „murzyn”. Trzeba albo niewiedzy, albo złej woli, aby nie rozumieć, że było ono przez wieki określeniem nie tylko rasy, ale i statusu społecznego. Niewolniczego mianowicie. Pamiętam swój pierwszy pobyt w kraju naszego zaoceanicznego protektora i idola, którego do dzisiaj kochamy (przynajmniej niektórzy) miłością paciorkową. To wówczas czarnoskórzy koledzy muzycy wyjaśnili mi, dlaczego słowo negro uznane zostało za obraźliwe. „A tobie podoba się słowo polack?” – pytali. Nie podobało mi się. Ze względu na cały negatywny stereotyp, którym obrosło przez wieki. Próbowałem je wyeliminować z języka, a przede wszystkim ze świadomości ludzi, z którymi miałem do czynienia. Czy było w tym coś dziwnego? Albo niewłaściwego?

Dlaczego więc informacja o porządkowaniu pojęć i księgozbiorów pojawiła się w mojej (ciągle jeszcze) ulubionej stacji radiowej spowita dymem „palonych książek”?

„Spójrzcie tylko, co tam się dzieje! Gen samozagłady toczy chore społeczeństwa! Palą książki i to dziecięce! W imię zdegenerowanej poprawności politycznej wypierają się własnej historii, własnej tożsamości! Ale my czuwamy! Myśmy są przedmurzem i przedmurzynem!”

Lecz co właściwie złego jest w przywracaniu godności tym, którzy przez wieki byli jej pozbawieni? Jakaż to zbrodnia straszliwa, że próbuje się szukać tego, co ludzi łączy, a nie pielęgnować to, co ich dzieli? Więc w dobie powszechnej ewaluacji i feedbacków, i ja ci wystawię ocenę, mój ciągle jeszcze ulubiony programie radiowy. Z logiki dwójka. Z wrażliwości dwója. Zapomniałem, te oceny dzisiaj nic nie znaczą. Jeszcze tylko pała przemawia do wyobraźni.

Jaźń i myźń

Posted in Uncategorized by hajton on 10 lipca 2017

Egoizm. Pozwala przetrwać w sytuacji ekstremalnej. Każe zaspokajać popędy i zachcianki. Chętnie powiększa kręgi. Im silniejszy, tym więcej ich podbije. Egoizmy się przyciągają. Moment, w którym jeden usprawiedliwi drugiego, w imię własnego usprawiedliwienia. Chwila, kiedy nie wartość się liczy, a ilość, bo ilość staje się wartością. Magia, gdy jaźń zmienia się w myźń*, a w myźni wszystko wolno, bowiem vox populi vox dei. Egoizm nie ma innego celu niż własne dobro. Uważnie nasłuchuje skąd wieje wiatr. Bez wahania wykluczy jutro tych, których hołubi dzisiaj. Nie jest zainteresowany walorem moralnym, ani merytorycznym. Ważne jest to, co moje. Tę iskrę łatwo rozdmuchać. Pada na snopy wysuszonych myśli i zajmuje je żywym ogniem.

Egoizm jest cechą złą, ale żywotną jak chwast. Z altruizmem jest odwrotnie. Egoizm docenia altruizm, pod warunkiem, że jest to altruizm innych, który należy się egoizmowi jak psu zupa (tego powiedzonka nie rozumiem; kiedyś próbowałem wprowadzić je w czyn, ale mój własny pies spojrzał na mnie z wyrzutem). Naturalny zapach egoizmu nie jest ładny, zainteresowani czynią więc starania, aby go upiększyć. Dlatego egoizm może uwieść, a nawet dostarczyć momentów chwały: okrzyknięty cnotą – a nazwie go tak nie kto inny, jak egoista o wysokim poziomie ego – pozbędzie się resztek wstydu. Lecz tym samym się zdemaskuje. Dlatego altruizm będzie ostatecznym zwycięzcą. Dzięki niemu świat nie stoi w miejscu. Poza tym, altruiści częściej się uśmiechają.

 

*Z pojęciem „myźń” spotkałem się po raz pierwszy w Dziennikach gwiazdowych Stanisława Lema.

Urągalce

Posted in Uncategorized by hajton on 27 Maj 2017

„Gdy jestem zmęczony w efekcie sił braku, wygodnie się rozkładam na moim leżaku”. Zmęczony w efekcie sił braku?! Dlaczego reklamodawca traktuje mnie jak idiotę? Media – nawet jeśli próbuję je omijać szerokim łukiem – i tak mnie dopadają. Medialna papka czepia się mózgu jak Obcy, który chce zmusić do myślenia na swoją modłę.

„Europo, powstań z kolan!” – słychać krzyk donośny. „Mamy brać z Was przykład i wypiąć się na ludzi umierających z głodu, strachu i poniżenia?” – mogłaby odpowiedzieć Europa. Ale nie odpowiada, bo na pewnym pułapie rozmowa nie ma sensu. „Piękne rzeczy wypracować można dzięki długiej i uciążliwej nauce, złe natomiast owocują same bez trudu”, powiedział ojciec demokracji. „Kto?!” „Demokryt z Abdery.” „Z Abwehry, wszystko jasne…”.

Włączam telewizor. Mecz drużyn młodzieżowych Japonia – Włochy. Stan meczu 2:2. Ostatnie minuty. Będzie ciekawie! O, naiwny… Przy tym wyniku obie drużyny wychodzą z grupy. Ostatnie pięć minut Włosi wymieniają podania z bramkarzem. Japończycy nie atakują. Sędzia dolicza jeszcze trzy. Parodia trwa aż do końcowego gwiazdka. Piękno sportu.

Dzień Praw Zwierząt

Posted in Uncategorized by hajton on 22 Maj 2017

„Co żeś się pan tak tych zwierząt uczepił? Ludzkie prawa są łamane codziennie, a pan chcesz, żeby zwierzęcych przestrzegać?”. Tak, chcę. Miałem kiedyś sen i nie przestaję go śnić. „No jasne, lewak, który kwestionuje naturalny – czyli boski – porządek!” Czy na pewno? Otóż za chwilę udowodnię, że wcale nie. Ale po kolei. Człowiek może wiele nauczyć się od zwierząt (odpowiedzialności za rodzinę, funkcjonowania w grupie, szacunku wobec życia: zwierzęta nie zabijają dla przyjemności). Ludzie uczą zwierząt jedynie rzeczy, które służą człowiekowi. W istocie nie uczą ich niczego, a jedynie wykorzystują. Traktując zwierzęta w sposób wyłącznie użytkowy, sami kręcimy na siebie bicz, a może i szubienicę. Zachwyceni literacką metaforą motyla, który trzepotem skrzydeł w Andach doprowadza do trzęsienia ziemi na drugiej półkuli, nie potrafimy dostrzec zależności znacznie bardziej brzemiennej w skutki i dziejącej się na naszych oczach: od śmierci ostatniej pszczoły, nam, ludziom zostanie na Ziemi około stu lat. Ja też nie chcę w to wierzyć. Ludzkość nie jest mądra, ale z pewnością jest sprytna. Mobilizuje się w chwilach zagrożenia. Tylko, czy zawsze zdąży? Sto lat to perspektywa nie do ogarnięcia dla przeciętnego ludzkiego umysłu. „Panie, mnie interesuje tu i teraz…” Przypomina mi się scena z filmu Stanisława Barei (kontynuacja opowieści człowieka, który „miał dobrze” z racji genialnie skorelowanej komunikacji publicznej i niemniej mistrzowskiemu rozplanowaniu dnia). Bohaterowie stoją w olbrzymiej kolejce do kas na dworcu kolejowym. Wszystkie kasy są pozamykane. „Ciekawe, kiedy otworzą?”, interesuje się jeden z mężczyzn. „Co się będziemy martwić, niech oni się martwią!”, odpowiada ten, któremu tak dobrze.

Wytrawni piechurzy, chcąc, aby grupa dotarła do celu w składzie, w jakim wyruszyła, stawiają na czele najsłabszych. Wychodzą bowiem z założenia, że silniejszy dostosuje się do słabszego. Odwrotnie – nigdy. Przez co wcale nie sugeruję, aby na czele ludzkiego pochodu ku przyszłości postawić zwierzęta. Wystarczająco dużo baranów w ludzkiej skórze nas prowadzi (z całym szacunkiem dla baranów). Wystarczająco dużo byczych karków niecierpliwie posapuje w baranie głowy (z całym szacunkiem dla byków). Rzecz w tym, że jeśli pogubimy po drodze zwierzęta, to nasz ekosystem może tego nie wytrzymać (jeśli nie wierzycie, spytajcie biologów). A jeśli rozwój ekonomiczny i przyrost PKB będzie jedynym kryterium rozwoju ludzkości, to po co nam taka ludzkość? W połowie – a tam w połowie, w kilku procentach! – przeżarta, przepita i przesycona, a w ogromnej swej części walcząca o przetrwanie?

Wróćmy teraz do porządku świata. Jeśli istnieje jakiś pierwotny, to z pewnością w świecie zwierząt. My odeszliśmy już bardzo daleko. Tak daleko, że świat zwierzęcy organizujemy na nowo, traktując żywe istoty, jako pozbawione czucia (o uczuciach nie wspominając) maszyny do wytwarzania mleka, mięsa i skóry. W geście rekompensaty każdego dnia wrzucamy do sieci tysiące śmiesznych filmików z czworonogami w rolach głównych, byle tylko odsunąć od siebie grozę sposobu, w jaki naprawdę traktujemy zwierzęta (lub dajemy na to milczącą zgodę). A co z tym porządkiem bosko/ludzkim? W historii kościoła jest paru niewygodnych świętych, którzy starali się być bardzo blisko duchowi Biblii. Dla świętego Franciszka z Asyżu zwierzęta były mniejszymi, ale jednak braćmi. Jego kompan, święty Antoni z Padwy, odrzucony przez ludzi, przemawiał do ryb, a te słuchały go z uwagą.

Nie rzucajcie jeszcze we mnie zdechłym śledziem! Na początku był Eden – mówi Pismo Święte. A w rajskim Edenie ludzie i zwierzęta żyli na równych prawach. Eden ma być też na końcu, kiedy wypełnią się czasy. Aby tam wspólnie dotrzeć, musimy wyrównać krok. O co serdecznie proszę większych. W imieniu ich mniejszych braci.

Antymidas

Posted in Uncategorized by hajton on 8 marca 2017

Każdy mit ma swój antymit. Czasem mocny jak dynamit. Każda legenda – antylegendę. Bohater – antybohatera. Król Midas – na własne życzenie – obdarzony został mocą zamiany w złoto wszystkiego, czego się dotknął. Antymidas posiadł – na życzenie mniejszościowej większości lub odwrotnie – umiejętność zgoła odmienną. Wszystko, czego się dotknie, zamienia się w materię miękką, a podatną. Antymidas ma wiele pomysłów, więc namaścił swoim dotykiem całą armię antymidasków. Ci ochoczo ruszyli do pracy, żeby usatysfakcjonować szefa i zasłużyć na jego względy. I tak dotykają, dzień po dniu, aż już zdążyli zabryzgać ludziom oczy. „Król jest nagi” – krzyknęło dziecko w całkiem innej bajce, bo miało czyste oczy.

Ale kto zdejmie glinę z oczu zaślepionych?

Hakapolo

Posted in Uncategorized by hajton on 13 lutego 2017

029dcc4c474ca021e174c76b2248Czy znacie taniec haka? To dzięki niemu nowozelandzcy sportowcy święcą tryumfy na międzynarodowych arenach. Nowozelandzcy?! – zawołacie z niedowierzaniem. W jakiej dyscyplinie? Chyba w rugby! No, właśnie. W rugby. Pytani przez dziennikarzy o szanse w meczu z najtrudniejszym przeciwnikiem z niezmiennym spokojem odpowiadają: „mamy na nich haka”. Choć możemy tego nie wiedzieć – bo sami się w tej dyscyplinie nie liczymy – pasjonatów jajowatej piłki jest na świecie prawie tyle co fanów futbolówki. „To gra dla prawdziwych mężczyzn, nie dla panienek” (tak bezczelnie mówią o futbolistach nieamerykańskich, ale trochę racji mają, bowiem był kiedyś czeski zawodnik nazwiskiem Panenka). No więc o co właściwie chodzi? Otóż Nowozelandczycy wykonują przed meczem rytualny taniec, który tak onieśmiela przeciwników, że Maorysi mają zwycięstwo na wyciągnięcie języka. I teraz tak: nasza drużyna futbolowa jest już naprawdę niezła, ale przydałoby się postawić kropkę nad i. W jaki sposób? Właśnie w taki. Taneczny. Wyobraźcie sobie początek meczu na przykład z Islandią, hymny, zdjęcia, tralala, a tu nagle nasi krzeszą hołupce, porywają stadion żywiołowym polonezem, niszczą murawę energetycznym mazurem! Tamci mają dosyć! No bo czym odpowiedzą? Figurą taneczną Eyjafjallajökull? Już to widzę… A inni? Co nam przeciwstawią – jeśli w ogóle przeciwstawią? Menueta? Alemandę? Fandango? A może klompendans? Albo… walca?! Przecież ich kibice spalą się ze wstydu, a nasi umrą ze śmiechu. Jedni Argentyńczycy ze swoim tangiem byliby groźni. Ale z nimi aż tak często nie gramy. Ktoś jednak powie, że trochę to zbyt genderowe… Sami mężczyźni tańczą… No to niech dołączą ich żony i przyjaciółki. Naród kocha je miłością namiętną, niech więc dadzą coś z siebie. A w ogóle najlepiej żeby cały stadion tańczył. W rytmie discopolo. Bo wówczas może nawet telewizja misyjna będzie transmitować! I tym sposobem mamy w kieszeni tytuł. Arcymistrza!

Teksty dyżurne

Posted in Uncategorized by hajton on 12 grudnia 2016

imagesPosługujemy się nimi na co dzień. Nie krótsze niż słowo, nie dłuższe niż zdanie. Sytuacyjne wytrychy. Środowiskowe szablony.

Wynalazca w chwili olśnienia: „Przecież to oczywiste!”

Zapoznany prorok: „To musiało się tak skończyć!”.

Rozmówca, którzy niedosłyszy: „Jeszcze raz!” (tu wszakże zalecałbym ostrożność, aby nie skończyło się tak, jak w pewnej piosence Starszych Panów).

Kibic, rozdarty między: „Nic się nie stało!” a „Jeszcze jeden!”.

Muzyk schodzący z estrady, (tu w wersji czeskiej, którą kiedyś usłyszałem i do dzisiaj nie mogę ochłonąć z zachwytu): „Alem se posral kurantu!” (kurant – francuski taniec dworski, część suity barokowej), co można uniwersalnie przetłumaczyć: „Trochę mi nie wyszło”.

Literat. Kiedyś, w chwili frustracji robił kulkę z papieru, darł go lub wrzucał do ognia (ewentualnie wszystko po kolei). Dziś jest trudniej. Uderzanie ręką w komputer kończy się kontuzją ręki lub awarią komputera. Dlatego pisarze już w książkach używają tekstów dyżurnych. Uważny czytelnik zauważy ich tam całe mnóstwo.

Polityk. Tekstów dyżurnych ma pod dostatkiem. Bo musi je zmieniać wyjątkowo często. Czy rozmówca pyta wprost czy podchwytliwie? Jaką stację, gazetę, portal reprezentuje? Czy jesteśmy przed czy po wyborach? Jak bardzo przed, jak bardzo po? Jaka jest aktualna linia dyżurna? Czy można się więc dziwić, że przedstawicielom tej grupy społecznej zdarzają się czasem wpadki i lapsusy?

A na koniec zagadka: jak brzmi dyżurne określenie kogoś, kto mówi: „Jam nośnikiem wartości i przykładem! Ja dobry i piękny! Wy i oni – odrażający, brudni, źli.” Idyjota, pomyślicie może? A nie, bo patryjota!

A ten, który uznaje rasizm za największą hańbę ludzkości? No tak, ja też myślałem, że to chrześcijanin. A to tylko lewak.

Oda do radości

Posted in Uncategorized by hajton on 1 grudnia 2016

oda-do-radosci-hymn-unii-europejskiej-wersja-instrumentalnaAby udowodnić, jak bliska naszym sercom i umysłom jest idea europejska (i europejskie finanse) do wspólnego wykonania IX Symfonii Ludwiga van Beethovena zaprosiliśmy kolegów z całej Europy. Do partii solowych – jak już, to już! – najbliższych sąsiadów, czyli Rosjanina i Ukraińca. A także śpiewaczki z Chin (z tygrysem lepiej dobrze trzymać) i Nowej Zelandii (aby pokazać, że nieobca nam polityka globalna). Oraz Amerykanów, sąsiadów dalekich, za to przyjaciół bliskich.

W ostatnim przypadku sprawa była najprostsza; wizyta Marines Choir planowana była od lat. Przy obsadzaniu partii orkiestrowych uznaliśmy, że najlepszy będzie klucz narodowościowy: na rogi francuskie zaprosiliśmy Francuzów, rożek angielski przypadł Anglikowi  (jednemu, choć w świetle Brexitu to i tak dużo), harfa wpadła w ręce znakomitej harfistki z Dublina. Smyczki były bardziej wymieszane. Grupę skrzypiec tworzyli Niemcy, Austriacy, Chorwaci, Bułgarzy, Rumuni i Słoweńcy (i nasz koncertmistrz). W wiolonczelach Włosi przeplatali się z kolegami z krajów nadbałtyckich, w kontrabasach mieliśmy Skandynawów (wśród nich ciemnoskórego wirtuoza ze Szwecji), dwie Hiszpanki, oraz kawalera maltańskiego (w sensie, że nie był żonaty). W grupie altówek to my stanowiliśmy większość (wiadomo gdzie bije serce orkiestry!). Wytyczyliśmy też łańcuch łączący obie strony sceny; wraz z nami tworzyli go Słowacy, Węgrzy i Rumuni. Takie nasze małe międzykulisie. Z Danii z kolei (choć samolotem) przyleciał pierwszy klarnet, który okazał się Turkiem. Finlandia przysłała puzonistę, a Cypr tubistę, wyglądających na Arabów. Okazało się, że są rodzonymi braćmi. Jedną łodzią przybyli kiedyś do Europy, ale potem rozdzielono ich z klucza imigranckiego. „Jeszcze będą chcieli u nas zostać…”, zamartwiała się dyrekcja, „albo zaczną wznosić modły w trakcie koncertu”. Na szczęście okazało się, że obaj muzycy są chrześcijanami.

Przy podsumowaniu obsady wyszło na jaw, że pominęliśmy Portugalczyków i Greków. Ktoś zaproponował, aby zatrudnić ich jako technicznych, ale pomysł nie spotkał się z uznaniem. Ostatecznie udało nam się wcisnąć pikulinistę z Lizbony i perkusistę z Grecji, do epizodycznej partii trójkąta. „Niech się cieszy, że Beethoven nie przewidział krowich dzwonków”, spuentował dyrektor artystyczny. Nie wierzycie, że taki instrument istnieje? To posłuchajcie Symfonii Alpejskiej Richarda Straussa!

Sprawą kluczowej wagi było powierzenie batuty nad tym nadzwyczajnym koncertem. Zastanawialiśmy się, czy – mówiąc obrazowo – powinna ona przypominać marchewkę, czy raczej kij. A może bat? Komu oddać pałeczkę: dyrygentowi o osobowości żandarma, czy komuś obdarzonemu artystyczną charyzmą? Ostatecznie szefem projektu został maestro Kumys Makirzyje.

Pierwsze próby przepełnione były, powiedziałbym, ostrożnością. Muzycy nasłuchiwali się spod ucha. Jak na tak mieszane towarzystwo, nie było źle. Trochę nierówności w dętych, kilka problemów intonacyjnych w smyczkach, wzięto na karb zdenerwowania lub różnic w tzw. szkołach narodowych (dla abstrakcyjnego przykładu: Hiszpan zanim pomyśli to dmuchnie, czyli jest zawsze za wcześnie, a znów Estończyk zanim dmuchnie – pomyśli, czyli jest zawsze za późno). Na szczęście był czas, aby wszystko ujednolicić i udoskonalić.

Po dwóch próbach utwór był ogarnięty. Teraz należało nadać mu artystyczne oblicze. I włączyć w całość śpiewaków, których zapowiedziano na środę. Ale właśnie następny dzień zaczął się od zgrzytu. Chór marines, z którym próba zaplanowana była dopiero po południu, pojawił się w Filharmonii już rano. A jako, że chórzyści nie mieli nic lepszego do roboty, rozsiedli się na sali. Gdyby tylko siedzieli, nic by się jeszcze nie stało. Ale oni zaczęli głośno rozmawiać, śmiać się, robić zdjęcia, krótko mówiąc, nie zwracali uwagi, że w sali odbywa się próba. Wśród muzyków zaczęło się szemranie. Maestro widząc, co się święci, zarządził przerwę i zażądał rozmowy z szefem chóru. Ze spotkania wyszedł jeszcze bardziej wzburzony. Ponoć chórmistrz powiedział mu, że na spontaniczność swoich chłopców nic nie może poradzić, bo „oni wszędzie czują się jak u siebie”. „Nie może, czy nie chce?!” – pieklił się maestro. Dyrekcja postanowiła wkroczyć do akcji, proponując marinesom drugie śniadanie. Chętnie zgodzili się, prosząc tylko, aby zamiast drożdżówek podano im befsztyki (średnio wypieczone). Orkiestra wróciła do grania, ale zaczęła jej się udzielać frustracja maestro. Atmosfera pruła się jak oczka w pończochach. Po pierwszej części symfonii przyszła pora na krótką przerwę, w trakcie której doszło do zawiązania rokoszu bałkańskiego. Koledzy z południowo-wschodniej Europy twierdzili, że pierwsze pulpity – a zwłaszcza liderzy sekcji – przejawiają za mało inicjatywy. I że skandalem jest niepowierzenie choć jednemu spośród rokoszan pozycji koncertmistrza grupy. Stara Europa odpowiedziała: „Z waszym stylem cofamy się do dziewiętnastego wieku. Gracie, jakby poziom wiedzy wykonawczej nie zmienił się od Toscaniniego i Stokowskiego. A Harnoncourt? A Gardiner? Mówią wam coś te nazwiska?” Mediacji podjął się Beneluks, z charyzmatycznym altowiolistą luksemburskim na czele. Ostatecznie zawarto kompromis: w taktach parzystych wibracja była dozwolona, a wręcz wskazana, zaś w nieparzystych – surowo zabroniona. W dodatku austriacki skrzypek prowadzący drugie skrzypce powiedział, że „on się chętnie zamieni z kolegą Bułgarem, i przynajmniej na czas! (tu spojrzał na wszystkich znacząco) będzie przewracał strony”. Ten już chciał się obrazić, ale mile połechtany niespodziewanym awansem, dał spokój. Burza została zażegnana. Nie na długo. Na początku Scherza grecki perkusista tak nieszczęśliwie uderzył w kotły, że pałka wyleciała w powietrze, wytrącając klarnet duńskiemu Turkowi (lub tureckiemu Duńczykowi). Ten podniósł go spokojnie, obejrzał (żaden muskuł nie drgnął w jego smagłej twarzy), by gwałtownym ruchem wbić instrument w membranę kotła. „Ojej! Wyleciał mi z ręki!” – krzyknął nieszczerze. W orkiestrze zawrzało. Rozpoczęła się wielojęzykowa pyskówka. W babelskim hałasie trudno było zrozumieć, co kto mówi. Kiedy argumenty werbalne z wolna się wyczerpywały, na środek podium wystąpił potężny Fin puzonista. Na jego znak, koledzy z sekcji – wszystko chłopy na schwał – zaczęli rozdzielać zbyt zagorzałych dyskutantów. Ich zdecydowana interwencja przywróciła spokój, ale cały projekt zaczął się nagle chwiać w posadach. I wtedy właśnie okazało się jak słuszne było zaangażowanie dyrygenta z barwną osobowością. Maestro, ni stąd, ni zowąd, stanął na głowie i zaczął dyrygować Adagiem. Muzycy ujęci niezwykłym poświęceniem i ekwilibrystycznymi umiejętnościami szefa, i zapewne zawstydzeni własną małostkowością, zaczęli grać. Kilkoro z nich, jakby zauroczonych postawą dyrygenta, również próbowało stanąć na głowie. Zwłaszcza kobiety, niestety wszystkie w spodniach. Dyrygencka pałeczka działała na nie niczym fujarka zaklinacza węgorzy. Po ostatnim akordzie, maestro sprawnie wybił się w powietrze i powrócił do pozycji stojącej. „Bardzo ładnie, moi państwo, bardzo ładnie”, oznajmił jakby nigdy nic. „Po południu spotykamy się z chórem i solistami”. Orkiestra nagrodziła go szczerym aplauzem.

W przerwie ktoś rozpuścił plotkę, że Francuzi dogadali się z Rosjanami i na boku sprzedali im dwie harfy za symboliczną kopiejkę. Prawda czy nie, u nas zawrzało. Od razu poszło pismo do Francuzów, że skoro tak, to my nie chcemy ich czelesty nawet za darmo. A co!

Wspólny lunch był tym razem wyjątkowo wystawny (o co zadbało Ministerstwo). Dla rozładowania atmosfery pojawiły się butelki z winem. Jednak gdy muzycy raczyli się w najlepsze, w kulisach trwały konsultacje, pisano listy i maile, szukano punktów stycznych, eliminowano sporne. Popołudniowa próba rozpoczęła się od symbolicznego uścisku dłoni, który Grek i Duńczyk (Turek) wymienili na środku sceny. Obaj otrzymali też nowe instrumenty, w rekordowym czasie sprowadzone z Berlina, zaś sponsorzy mieli pokryć koszty reperacji zniszczonego klarnetu i kotła.

Chór okazał się rewelacyjny. Właściwie można mu było zarzucić tylko nieznośnie jankeski akcent. Soliści również zachwycili, choć każdy interpretował Beethovena po swojemu. Rosjanin śpiewał rozlewnie, w meandrach jego wibracji nietrudno było zgubić linię melodyczną. Ukrainiec imponował ładną (choć nieco kozią) barwą głosu. Chińska mezzosopranistka nie wibrowała w ogóle; szły zakłady, czy na co dzień specjalizuje się w interpretacjach muzyki baroku, czy raczej tradycyjnej chińskiej opery Kun. Niewielka posturą sopranistka z Nowej Zelandii zagłuszyła wszystkich; była stworzona wręcz do śpiewania partii wagnerowskich, choć jej wygląd nie pozostawiał wątpliwości, że jest Maoryską.

Katastrofa nadciągała wolno lecz nieuchronnie. Wszyscy ją przeczuwali, ale cóż człowiek przeciwstawić może siłom natury? Zwłaszcza ludzkiej. Rosyjski śpiewak zaczął przejawiać nadmierne zainteresowanie łotewską wiolonczelistką (bardzo ładną, to prawda). Łotyszka udawała, że tego nie dostrzega, gdy jednak zamiary barytona stały się nazbyt czytelne, posłała błagalne spojrzenie w kierunku Marines Choir. Gdy zmotywowani Amerykanie przy słowach: „Śpiewa nasz natchniony chór”, jak jeden mąż uderzyli się w piersi i tupnęli, Rosjanin, tudzież paru jego akolitów parsknęli śmiechem. Drugi flet (Włoch) zrobił samolot z kartki z nutami i trafił nim w oko naszego koncertmistrza, choć nie wiadomo czy celował właśnie w niego. Z kolei wezwanie: „Kto przyjaciel, ten niech zaraz stanie tutaj pośród nas”, część muzyków potraktowała dosłownie, spychając pozostałych do roli jakby nieprzyjaciół. Przy słowach: „Wstańcie ludzie, wstańcie wszędzie”, powstali dotychczas siedzący, zaś poprzednia grupa usiadła, uważając, że już swoje odstali. Przy kolejnych powtórzeniach każdy zaczął rozumieć słowa po swojemu, nie omieszkując wytknąć kolegom, że wstają nie wtedy, kiedy trzeba, nierytmicznie i nielogicznie, nie rozumieją idei Schillera i Beethovena (a także Roberta Schumanna, ale nie tego od Marzenia, tylko tego od Europy, która była jego marzeniem), a w ogóle grają do dupy i z góry było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Dyrygent próbował ratować sytuację ponownie stając na głowie, lecz ten numer był już zgrany; w dodatku, w pewnej chwili stracił równowagę i z głośnym „bum!” wpadł do kanału, w którym trzymano fortepian. Jego rola się skończyła. Bez głównodowodzącego zaczęły się tworzyć koalicje i frondy, wyrzucano z siebie historyczne żale, muzycy zamieniali się miejscami, byle tylko znaleźć się bliżej tego, komu chcieli przyłożyć. Kwestionowano Kongres Wiedeński, postponowano Traktat Wersalski, część skandowała: „Jałta!”, inni krzyczeli „Poczdam!”, Czesi ryczeli: „Monachium!”. Któryś z naszych krzyknął: „Solidarność!”, ale podchwyciło niewielu. Ktoś krzyknął: „hańba!”, ale zakrztusił się przy tym i wypadł z gry. Korzystając z międzykulisia nawoływaliśmy, aby to nas słuchano, bo my mamy politykę historyczną w małym palcu, o manipulacji faktami wiemy wszystko, i nikt tak, jak my nie obala mitów fałszywych, tworząc w ich miejsce prawdziwe. Ale słuchali nas podejrzliwie, w końcu nawet łańcuch nam się rozsypał. Każdy zajęty był swoimi fobiami, wszyscy wszystkich znielubili, przy czym nas, jako organizatorów tej spektakularnej porażki znielubili szczególnie. W powietrzu latały papierowe kule; nuty stały się amunicją. W ruch poszły smyczki, tłoki i pałki. Zdesperowany Rosjanin, który przecież chciał sobie tylko poflirtować z dziewczyną, a rozpętał piekło, ryknął: „Nu, pagaditie!” i wydzwonił posiłki, mówiąc konkretnie Chór im. Rasputina, który gościł na festiwalu muzyki sakralnej i – „czystym przypadkiem”!? – znalazł się właśnie w pobliżu Filharmonii. W odpowiedzi ściągnęliśmy muzyków z orkiestry młodzieżowej, ćwiczącej w małej sali. Ale tej odsieczy nikt nie zauważył. Wtedy jednak ruszyli Amerykanie, rzucając się między walczących, niby w roli rozjemców, ale z wyraźną uciechą, czym tylko rozjuszali ich jeszcze bardziej. Cieszyliśmy się, że chociaż powściągliwa Chinka nie wezwała na pomoc reprezentacji ChRL w karate. Przedwczesna radość. Któż mógł przypuszczać, że w gmachu pojawi się reprezentacja rugbystów Nowej Zelandii (bawiących u nas na pokazowym meczu Europa – Polinezja), ściągnięta przez sopranistkę za pomocą messengera? Barczyści sportowcy na wejście wykonali taniec „haka”, który tak wszystkich wystraszył, że walki straciły impet i wkrótce ustały. Zwycięzcy nie było, jednak najmniej poobijani byli Maorysi. Oni też najwyżej trzymali głowy (i z dumą wystawiali języki).

Zniszczenia były ogromne. Nie mówię o materialnych; te da się usunąć. Ale moralne. I polityczne. Znowu wyszło na to, że od idei do klęski wiedzie droga na skróty. A nas jak zwykle nikt nie rozumie. Zresztą, być może problem leżał w zbyt upolitycznionym repertuarze? Za rok spróbujemy znowu. Bardziej neutralnie. Oratorium Mesjasz będzie w sam raz.

Warzywnik polski

Posted in Uncategorized by hajton on 16 września 2016

wasowicz-rafal-martwa

Sezon ogórkowy ma się ku końcowi. Słoje pęcznieją od ukiszenia do rozpuku. Rzeczywistość broczy powidłami intelektu. Przyjrzyjmy się pokrótce rodzimym warzywom. Lista (ułożona alfabetycznie) może podlegać sezonowym zmianom.

Burak

Burak jest nieatrakcyjny tylko z zewnątrz. Jego wygląd to nic innego jak test na pochopne sądy, ilustracja powiedzenia o szacie, która nie zdobi człowieka (buraka w tym przypadku). Po rozkrojeniu burak rozpromienia się najpiękniejszym kolorem. Niczym własną krwią barwi i dosmacza jedną z najbardziej ekscytujących zup świata – barszcz. Buraczki zasmażane zachwycają słodyczą i aksamitnym dotykiem na podniebieniu. Burak ućwiklony wchodzi w bliskie związki z chrzanem, stając się niezbędnym dodatkiem do mięsiw na świątecznych stołach. Ostatnimi czasy burak sam odgrywa rolę mięsa, wcielając się z dużym powodzeniem w rolę wegetariańskiego carpaccio.

Chrzan

Chrzan jest warzywem niepokornym. Ma niezłego kopa, w czym utwierdza jego angielska nazwa: horseradish czyli końska rzodkiew. Wspominaliśmy już o aliansie chrzanu z burakiem o pseudonimie ćwikła. Tym samym dotknęliśmy chyba najistotniejszej chrzanowej właściwości: otóż chrzan jest warzywem socjalnym, najlepiej komponuje się w duetach i większych ensemblach. Solo wypada gorzej, prawdopodobnie przez skłonności do zbyt ostrej jazdy. Chrzanowi zawdzięczamy niezastąpiony czasownik „chrzanić”. Ponieważ bliski kontakt z chrzanem powoduje ronienie łez, chrzanienie oznacza czynność/wypowiedź, która doprowadza uczestników/słuchaczy do rozpaczy/płaczu. Na oko (szczególnie załzawione), korzeń chrzanu można pomylić z korzeniem pietruszki, stąd ochrzanić równa się opietruszyć.

Dynia

Z natury, wyglądu i formy warzywo dość zabawne. W rzeczywistości bezwzględny dominant, który opanowuje i wysysa witalność gleby w szerokim promieniu zachłannego jestestwa. Spopiela zaanektowany grunt i wyjaławia go na długo. To rozdmuchane, rozbuchane, napompowane ego nadaje się głównie do wydrążenia. Opustoszały z beztreści czerep ciągle straszy. Zupa niezła.

Marchewka

Nie dała nam natura pomarańczy, ale w zamian obdarzyła warzywem o pomarańczowym kolorze. Historia napisała marchewce rolę specyficzną: jest przeciwieństwem kija. W niektórych korporacjach rozważa się wypłacanie wynagrodzeń w marchewkach. Całkiem możliwe, że będzie to również waluta naszych emerytur.

Z marchewki można wyprodukować bardzo udany tatar wegetariański. To nie jest prawdziwy tatar, zakwestionuje ktoś zapewne. Wziąwszy jednak pod uwagę, że do produkcji prawdziwego tatara należy użyć mięsa prawdziwej krowy, która jeszcze chwilę temu patrzyła na świat prawdziwym okiem, może taki nieprawdziwy tatar ma wartość nie wyłącznie kulinarną? Może nawet większą niż prawdziwy?

Rzepa

Rzepa to warzywo królewskie bez mała i arcypolskie, o ile bowiem większość warzyw kiedyś skądś do nas przywędrowało, o tyle Rzepa, żona Piasta Kołodzieja – zdrobniale zwana Rzepichą – była naszą antenatką i protoplastką, a takoż prekursorką, kursantką, kursywą, plantatorką, prerogatywą, plenipotentką, pijawką, planistką, pianistką i pianolą, lecz przede wszystkim pramacią. Mimo zalewu warzyw egzotycznych, nie rzucim warzywa skąd nasz ród. Choć jej znaczenie kulinarne wydaje się dziś pomniejsze, rzepa pozostaje symbolem zdrowia i siły, krzepy, dobrego samopoczucia i właściwej postawy moralnej oraz pewnej przyczepności (czepił się jak rzep psiego ogona; co ciekawe, w tym nieco pejoratywnym powiedzeniu rzepa przyjęła rodzaj męski). Rzepa ma również zastosowanie w kosmetyce: szampon z czarnej rzepy stanowi tkliwy, swojski kontrapunkt na półkach drogeryjnych, owładniętych szaleństwem globalizacji.

Ziemniak

Warzywo pospolite, ale o zadęciu planetarnym. Które inne wywodzi swoje imię od nazwy ciała niebieskiego? Przychodzi na świat w ziemiankach. Cerę ma ziemistą, a z powodu silnie skrytego charakteru trudno ocenić czy się śmieje czy płacze. Podobnie ze stanem uzębienia. Posiada zacięcie lekko wojskowe, stąd upodobanie do mundurków (najczęściej polowych). Lubi udawać ostrą amunicję. Dostarczyciel skrobi. Pełnię możliwości osiąga w przestrzeni kulinarnej. Przybiera formy bezkształtne (purée), jak go Pan Bóg stworzył (z wody), lub kwieciste (smażone kartofelki, frytki). Bez niego nie powstaną kluski śląskie, pyzy, ani placki ziemniaczane. Bez czipsów smak stracą rozgrywki futbolowe. Z niego krochmal, z krochmalu sztywna pościel (brr!), ale też kisiel (mniam!). Dba o sferę ducha: sfermentowany i skroplony w postaci bimbru leczy traumy i przywraca wiarę we własne siły.

Warzywo o dużym znaczeniu społecznym. W trakcie tak zwanych wykopków zawiązuje się mnóstwo znajomości. Na pęczki. Zasłużony historycznie i politycznie, jako cichy bohater zwycięskiej wojny z imperialistyczną stonką.

Ziemniak, choć podobny do Księżyca, jest powinowatym Słońca: i na jedno i na drugie chadza się z motyką. Jego kosmiczne tęsknoty znane są literaturze. Puszczony samopas w gwiezdną przestrzeń dziczeje, drapieżnieje i drapichruścieje, by w końcu podjąć próbę wybicia się na niepodległość, a nawet stworzenia gwiezdnego imperium (patrz: Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Podróż dwudziesta piąta).

Less is more

Posted in Uncategorized by hajton on 1 września 2016

Język potrafi relatywizować. Zajada się paradoksem. Polityczna poprawność, która w sferze słowa nakazuje, aby nie obrażać i nie antagonizować bliźnich, została okrzyknięta frajerstwem. Manewry samochodowe, która narażają na śmierć nie tylko ich sprawcę, ale też innych uczestników ruchu drogowego nazywa się ułańską fantazją.

Ale język może więcej. Potrafi się przebiegunować. „Less is more” (mniej to więcej) odnosi się do wcale pokaźnych sfer mody, wzornictwa, a nawet sztuki. Paradoks na górze absurdu. Tu polszczyzna oddała pole angielszczyźnie, pomyślałem, i myślałbym tak do dzisiaj, gdyby nie zasłyszany w radiu refren piosenki: „im więcej ciebie, tym mniej”. Wyobraźnia zaczęła mi podsuwać bon m(ł)oty, które całkiem niedługo wejdą do słownika codziennego. A może już w nim są?

Gorzej to lepiej. Drożej to taniej. Głupiej to mądrzej. Brzydziej to ładniej. Nic to wszystko. Nienawiść to miłość. 

Zaprawdę, nieograniczone możliwości.

Przez te zasieki przeinaczanych sensów, słów, które próbują uczyć nas nowoczesnego patrzenia na sprawy, jak powiew świeżego powietrza, jak ożywcza rosa przebijają słowa proste, nie udające nic ponad pierwotny sens. Pośród szalejącej „Dżumy”, w samym środku śmierci i cierpienia, bohater książki Alberta Camus mówi, że jedyną drogą do osiągnięcia spokoju wewnętrznego jest współczucie. Ale nie rezerwujmy go tylko na czas zarazy. Jeśli nie chcemy, by „dżuma obudziła swe szczury i posłała je, by umierały w szczęśliwym mieście”.