oto I owo

Zapachy

Posted in Uncategorized by hajton on 8 lutego 2018

Jaki jest najpiękniejszy zapach na świecie? — kłócili się ze sobą ludzie.

— Chleba pieczonego o świcie — twierdził piekarz.

— Czekolady i wanilii, gdy się spotkają — przekonywał cukiernik.

— Piżma i jałowca w oparach zielonych pomarańczy — dowodził perfumiarz.

— Świeżo palonej kawy — nie miał wątpliwości barista.

— Konwalii skąpanych w porannej rosie — z wyższością uśmiechał się kwiaciarz.

— Tylko co ściętej sosny — ripostował drwal.

— Jaśminu! Lawendy! Piwa! Słońca na skórze! Wędzonej ryby! Rudych włosów na wietrze! Pieprzu świeżo zmielonego! Morskiego poranka! Górskiego wieczoru! — dorzucali przechodnie. Dorzucali w nieskończoność, więc zniecierpliwieni dyskutanci postanowili spytać o zdanie Najstarszego. Tak nazywano człowieka, o którym mówiono też „urodzony przed czasem”. Ponoć on nie tylko wszystko stworzył, ale jeszcze przedtem wymyślił.

— To wszystko głupstwa — ściągnął brwi Najstarszy. — Ładnych zapachów jest wiele. Ale powiadam wam, jeden jest smród, który trupim odorem zepsuje wszystkie, choćby połączone. Jeden wyziew tak pozbawiony sensu, jak urody. Jeden miazmat, którego strzeżcie się jak diabła, bo nie kto inny jak szatan nim rządzi. Imię jego rasizm. Tak długo jak się go nie pozbędziecie, na nic wasze aromaty.

— My?! — zakrzyknęli chórem ludzie.

Ale Najstarszy już zamknął oczy. Pewnie się zdrzemnął. Albo powiedział wszystko, co miał do powiedzenia.

Reklamy

Szczyt

Posted in Uncategorized by hajton on 28 stycznia 2018

Dziwna muzyka. Niepokojąca. Uwięziona między brakiem nadziei, a ironią bez wesołości. Czekolada bez słodyczy. Grymas uśmiechu. II Koncert Wiolonczelowy, jedno z ostatnich dzieł Dymitra Szostakowicza. Przejmujący finał utworu. Nie, nie pełen symfonicznego rozmachu, ale zanikający, podobnie jak ostatnie takty VI Symfonii Czajkowskiego. Tam — ustające bicie serca. Tu — westchnienia  wiolonczeli, które ustępują odgłosom szpitalnej aparatury. Prościutki tercjowy motyw ksylofonu. Beznamiętna praca kardiogramu.

Myśl biegnie tysiące kilometrów dalej, gdzie Śmiałek realizuje marzenie, płacąc za to cenę najwyższą. Będąc wyżej niż ktokolwiek z ludzi, osiąga swoją nirwanę.

My, muzycy, rozumiemy tych, którzy nieulękle gonią za marzeniami. Tria Brahmsa, Kwartety Beethovena, Sekstety Schönberga, to nasze sześcio-, siedmio-, ośmiotysięczniki. Muzyka to nasze pasma górskie, przełęcze, rozpadliny i szczyty. Ich zdobywanie jest trudem wspinaczki. Koncert — uroczystą chwilą zatknięcia proporca na szczycie.

Ostatni spazm wiolonczeli. Dźwięk urwany w połowie. Niech leci ku mroźnym i niedostępnym szczytom. Na spotkanie nieskończoności.

Oko wita

Posted in miniatury literackie, Uncategorized by hajton on 27 listopada 2017

Pierwszego dnia odczułem natarczywe spojrzenie. Następnego już go rozpoznałem. Za trzecim razem nie miałem wątpliwości. Był tam, bo ja tam byłem. Śledził mnie. Wsiadając do wagonu spojrzałem dyskretnie za siebie, ale został na peronie, odprowadzając mnie tylko spojrzeniem. Świdrującym, ponaglającym, zachęcającym. Do czego? Udawanie, że go nie dostrzegam było słabą opcją. Nie odczepi się. Będzie tak stał i się gapił, aż w końcu zacznie za mną łazić. A zanim mu się znudzi, ja dostanę fobii. Czwartego dnia odwzajemniłem więc spojrzenie, śmiało, może zbyt śmiało, bo gość jakby się speszył, i to do tego stopnia, że jedna z gałek wypadła z oczodołu. Zaczęła odbijać się od granitowego peronu niczym piłeczka pingpongowa. Instynktownie rzuciłem się, by złapać ją tuż przed nadjeżdżającym pociągiem. Sam, siłą rozpędu wpadłem do wagonu, którego drzwi tylko co się rozsunęły. Zanim się pozbierałem, pociąg ruszył. „Następna stacja…”, odezwał się spiker szlachetnym barytonem, ale naraz zamilkł, tak, jakby ktoś nieoczekiwanie podsunął mu do przeczytania nowy tekst. „Następna stacja…” — baryton zelżał w niedowierzaniu — „…Pięć pałaców”. Stacja Pięć Pałaców? W całym mieście tylu nie zliczysz, a tu nagle pięć, w jednym miejscu? Jak długo jeżdżę metrem nie słyszałem o takim przystanku. Ale był. Wysiadłem. Na środku peronu panoszyła się pentagonalna rozgwiazda ruchomych schodów. Wstąpiłem na pierwsze z brzegu. Po małym kwadransie wywiozły mnie na powierzchnię…

Moim oczom ukazał się imponujący zamek zbudowany z piasku. Misterny w szczegółach, niestety, górą już przesychał. Wieżyce obsypywały się, a gdy dotknąłem ściany, całość zapadła się do środka. Wiatr wzbił w powietrze nieskończoną mnogość ziaren, przez piaskową burzę z trudem i w ostatniej chwili odnalazłem częściowo już zasypane wejście do metra.

Następne schody prowadziły do Pałacu Lodowego. Dumnie lśnił w mroźnym powietrzu i wydawało się, że jest bez porównania trwalszy od swego piaskowego brata. Ale gdzież tam! Gdy z mocą zaświeciło słońce, iglica roztopiła się w mgnieniu oka, a po ścianach pociekły strużki wody. Dotyk mojej dłoni i tym razem dokończył dzieła. Z trudem umknąłem post-lodowemu tsunami.

Kolejne wyjście prowadziło do zamku zbudowanego z mniejszych i większych kul. Architekt i budowniczowie nieźle się nabiedzili, aby całość mogła się utrzymać. Efekt był zniewalający, jednak coś nieładnie pachniało. W końcu zrozumiałem. Kule utoczone były przez skarabeusze. Nie miałem ochoty dotykać obłych ścian.

Potem był zamek otynkowany i wyszlifowany. Piękny i gładki w dotyku, aż do nudności. Moja dłoń nie zostawiała na nim śladu, on też pozostawał dla niej obojętny. Pożegnałem go bez żalu.

Ostatni z pałaców był inny, nie brzydki, ale surowy, niewykluty, a może przekluty. Kiedy szedłem wzdłuż murów, spadło na mnie parę cegieł, a gdy nieopatrznie dotknąłem ściany, dłoń ugrzęzła w zdradliwej szczelinie. Musiałem się naszarpać, aby ją uwolnić. Nie obyło się bez obtarć i paru kropel krwi. Chropawa budowla miała moc przyciągania. Szykowałem się, by spędzić w niej więcej czasu. Chciałem brodzić po zasypanych pyłem korytarzach, uderzać głową w mur, by sprawdzić słuszność przysłowia. Miałem nawet zamiar spędzić noc w którejś z komnat, z wygwieżdżonym niebem zamiast sufitu i rdzawą cegłą pod głową.

Ale z oddali usłyszałem informację, że za chwilę odjeżdża ostatni w dniu dzisiejszym pociąg do centrum. A tam przecież gość czekał na swoje oko!

Wróciłem. Człowiek bez oka siedział na ławce. Hm, prawdę mówiąc nie byłem pewien czy to on, bo na nosie miał słoneczne okulary. „Oko za oko”, odezwałem się może nazbyt patetycznie. I on tak widać uznał, bo oparł niedbale: „Dąb zupa dębowa”. Ale oko wziął. I zniknął w bliżej niesprecyzowanych oko licznościach.

Historycznie poinformowany

Posted in Uncategorized by hajton on 6 listopada 2017

Postanowiłem dołączyć do wykonawców historycznie poinformowanych. Dlaczego? Właściwe pytanie powinno brzmieć: dlaczego tak późno? Czy Velázquez, Rembrandt, El Greco, namalowaliby swoje obrazy w ten sam sposób, dysponując współczesnymi pędzlami i farbami? Z pewnością nie. Może byłyby lepsze, może gorsze, ale z pewnością inne. Z muzyką jest podobnie, z tym że utwór muzyczny jest takim dźwiękowym obrazem malowanym w trakcie każdego wykonania. Używając nieoryginalnego instrumentarium, w pewien sposób go fałszujemy.

Takie myśli towarzyszyły mi, gdy zająłem się sonatami włoskich mistrzów. Tartini, Veracini, Geminiani, Corelli, Locatelli, by wymienić najsławniejszych. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach (na przykład tryl w Sonacie z trylem diabelskim Tartiniego). Nie oznacza to automatycznie, że anioł znajduje się w całej reszcie. W traktacie prof. Rottweilera-Zweinsteina (How „how”? Oxford 1927), natknąłem się na następujące stwierdzenie: „niektóre problemy przypisane są do czasów, w których powstały, i tylko w oparciu o wiedzę z epoki mogą zostać rozwiązane”. Skoro tak, jedynym wyjściem była wyprawa w przeszłość.

Zacząłem od obniżenia stroju do barokowego (a razkreślne = 415Hz). Metalowe struny utraciły sprężystość, a dźwięk się rozflaczył, co podpowiedziało zmianę na jelitowe właśnie (uczyniłem to nie bez współczucia dla baranów, które poświęciły swoje kiszki dla celów wyższych). Było lepiej, ale czegoś brakowało. No jasne, skrzypce! Przypomniałem sobie o egzemplarzu nabytym kiedyś na pchlim targu, ale szybko porzuconym, gdy okazało się, że ma za krótki gryf. Taki gryf charakteryzuje właśnie skrzypce barokowe. Parę zabiegów konserwatorskich przywróciło instrumentowi wartość użytkową. Kiedy udało mi się osiągnąć brzmienie zbliżone do kozich pipek, wiedziałem już, że jestem na właściwym tropie. Ale jak mogłem zapomnieć o smyczku?! U szanowanego lutnika zamówiłem kopię modelu Tartiniego z roku 1740, jednak ugiął się pod naporem mojej wirtuozerii. W związku z czym wybrałem się do lasu i wyciąłem kozikiem ładną leszczynową gałązkę. W drodze powrotnej zahaczyłem o małe zoo, by z zaskoczenia obciąć kucyk zaprzyjaźnionemu kucykowi. Od tej pory się nie przyjaźnimy, ale tak sklecony smyczek brzmi cudownie, jakby ktoś darł parciany worek. Na moje ewoluujące brzmienia rodzina reagowała dziwnymi spojrzeniami, za to sąsiedzi zaczęli mi się kłaniać; podejrzewam, że dźwięki nie przebijały się już przez wielką płytę. Zaszedłszy tak daleko (a w istocie zstąpiwszy tak głęboko), nie miałem zamiaru ustawać w poszukiwaniach. Bowiem, co z tego, że sprzęt zbliżony do oryginału, kiedy grający — czyli ja — takim nie był. W jednym z serwisów internetowych zakupiłem piękny surdut z guzami, koszulę z żabotem, a nawet kapotę. W sklepie z artykułami karnawałowymi udało mi się nabyć spodnie do pół łydki, trzewiki z zadartymi noskami i kokardami jak ta lala (lub tamta dama), trójgraniasty kapelusz, a nawet lokowaną perukę. Dzięki niej nie musiałem już tak często myć włosów. Zresztą wszelkie działania ablucyjne ograniczyłem do częstotliwości barokowej. I cóż z tego, że rodzina na mój widok krzywiła się i pociągała nosem, a sąsiedzi robili jakieś dziwne znaki w okolicach głowy? Byłem coraz bliżej tajemnicy autentycznego brzmienia! Upodobniwszy się z wyglądu do dawnych mistrzów, zacząłem naśladować ich menu. Naśladować śladowo; gdzie by mnie tam było stać na te wszystkie pasztety, bażanty i madery… Sztandarowym posiłkiem stała się jajecznica z gęsich jajek z brukwią, a ponieważ rodzina stwierdziła, że nie interesują jej moje kulinarne eksperymenty, zainstalowałem w pokoju małe palenisko. Ileż przyjemności czerpałem z krzesania iskier krzesiwem i hubką. O ileż radosnych łez przyprawiał mnie dym snujący się po ścianach, niczym w kurnej chacie. Zrezygnowałem z elektryczności. Świeczki wystarczały mi w pełni. Nabyłem inkaust i parę gęsich piór (kupowane razem z gęsimi jajami były w ofercie), i na samodzielnie poliniowanym papierze nutowym zacząłem przepisywać utwory. Kiedy były już zupełnie nieczytelne, znów wziąłem się do grania. Był postęp!

W zasadzie przestałem wychodzić z domu, nie licząc kilku nocnych wypraw na polowanie, kiedy to smyczek służył mi jako łuk. Ale z mizernymi rezultatami. Raz tylko o mało nie ustrzeliłem szczura, jednak okazało się, że był to szczeniak mopsa, którego szczęśliwie chybiłem, za to pan strzelił mnie niechybnie, a celnie. Chciałem się pojedynkować, jeno jegomość nie miał rapieru.

Mój pokój powoli się zmieniał, pojawiły się stiuki, żyrandole i kandelabry, sufit wypełniły freski (kiedy grałem Frescobaldiego), a na ścianach zafalowały tkaniny. Podłoga pokryła się mozaiką, po której — kiedy grałem skocznie — moi nowi znajomi tańczyli kuranty i menuety.

Któregoś ranka obudziło mnie rytmiczne gruchotanie, jakby ktoś przejeżdżał kluczem francuskim po żeberkach kaloryfera. Dziwne, grzejnik wyrzuciłem z pokoju już dawno… Naraz drzwi od mojej komnaty otworzyły się. Owionął mnie zapach damskich perfum, kawy i świeżego pieczywa. „Wstawaj, bo spóźnisz się na próbę!”, usłyszałem. Z kuchennego radia dobiegały dźwięki Dance macabre Saint-Saënsa. Ktoś tu zdrowo pomylił epoki!

Sposób na bezsenność

Posted in Uncategorized by hajton on 31 października 2017

Nie znają jej tylko nałogowi i wytrawni spacze. Jednak ci, którzy zaznali insomnii, wiedzą, że jest to siła destrukcyjna. Jak sobie z nią radzić? Najbardziej rozpowszechnionym sposobem jest liczenie baranów. Metoda niezła, ale jak na mój gust zbyt kędzierzawa. Alternatywą jest liczenie osłów, tylko że jak jeden z drugim się zaweźmie, nijak nie da się policzyć. Są to bowiem zwierzęta nieobliczalne. W grę wchodzą jeszcze bubr i żóbr, lecz… No właśnie, dywagacje ortograficzne nie są przyjacielem snu. Logiczniejszą wydaje się ucieczka w krainę liczb. Kiedyś próbowałem policzyć ilość miejsc po przecinku liczby π, ale mierzy się ją w bilionach, a i to nie koniec. Nieskończoności policzyć się nie da. Tamtej nocy nie zmrużyłem oka.

W literaturze opisywano, a w filmie pokazywano różne sposoby oszukiwania bezsenności. Od sprzątania i prasowania, przez pisanie i komponowanie, aż do wymyślania perpetuum mobile lub kamienia filozoficznego. Są to jednak metody zastępcze, które w dłuższej perspektywie jedynie utrwalają problem.

Te wszystkie nasenne herbatki z mchu i paproci też włóżmy między bajki. Nie polecam również przedsennego nadużywania używek, bo i to są patenty na krótka metę. A co, jeśli przysłowiowej mety nie ma w pobliżu (niezorientowanym wyjaśniam, że meta oznacza miejsce zaopatrywania się w używki o charakterze płynnym, w godzinach nocnych lub w czasach prohibicji)?

Na tym zakończmy pobieżny przegląd sposobów tradycyjnych, a zawodnych. Czas na metodę autorską, skuteczną w stu procentach. Mało kto o niej wie, choć w większości przypadków znajduje się pod ręką, a ściślej mówiąc, pod głową. To… poduszka! Gdy ogarnia nas pierwsza fala myśli typu „no tak, to będzie jedna z  t y c h nocy…”, wyjmujemy poduszkę spod głowy i przewracamy ją na drugą stronę. Pod wpływem świeżego, niewymiętego dotyku z lubością zamykamy oczy i z błogim półuśmiechem oczekujemy rychłego nadejścia Morfeusza. Czasami skubaniec nie chce przyjść od razu. Ale to nic. Odwrotna strona poduszki zdążyła się w międzyczasie schłodzić, więc powtarzamy operację. Jeśli jednak nie zaśniemy po trzecim przełożeniu, problem musi być poważniejszy. Zacznijmy od poszewki. Kiedy była prana, czy była prasowana i — last but not least — czy była krochmalona? Jeśli którekolwiek z ogniw nie zostało wykonane w terminie (do tygodnia wstecz), musimy się tym zająć. I nie zwlekajmy, bo czas płynie. Odradzam pralkę; najkrótszy program trwa pół godziny, poza tym sprzęt hałasuje i budzi uczciwie śpiących członków rodziny. Pierzemy ręcznie. Suszymy suszarką lub na grzejniku (zimą), tylko nie przesuszmy, żeby się dobrze prasowało. Prasujemy dokładnie, bez pośpiechu, aby nie dotknęła nas klątwa niewyprasowanej fałdki. Teraz krochmalimy. To znaczy, nie jestem pewien… Proszę sprawdzić, jaka kolejność jest właściwa. Następnie trzeszczącą ze sztywności poszewką oblekamy poduszkę. Nie jest to łatwe, ale nasze wysiłki już wkrótce zostaną nagrodzone! Zaśniemy snem kamiennym. Chyba że… Chyba że problem leży jeszcze głębiej, to znaczy w wypełnieniu poduszki. Litościwie pominę temat pająków zamieszkujących w pierzu, nie rozwinę też zagadnienia chochlików zwanych insomniaczkami, które uwielbiają się w nim zagnieżdżać. Niestety, również wypełnienia syntetyczne mają swoje słabości. Są mało przewiewne, alergizują, i w ogóle potrafią denerwować. Jeśli więc wskazówki zegarka przekroczyły godzinę piątą, nie wahajmy się dłużej. To ostatni moment, aby ratować resztki nocy. Zdecydowanym ruchem rozpruwamy ropuchę, to znaczy poduchę pod uchem, a zawartość wygarniamy z pokoju silnym podmuchem. Do opróżnionego środka sypiemy: okruszki, łupinki od orzechów, małe śrubki, pocięte skarpetki, sierść kota, moher (może gryźć), płatki kosmetyczne, czy co tam mamy pod ręką. Jednak najlepszy efekt dają książki. I to nie ebooki, bo pokażcie mi takiego, który wyspał się na kindle’u. W grę wchodzą wyłącznie papierowe wydania (odradzam twarde oprawy). Ale ostrzegam: czym poduszkę wypełnisz, tym się naśnisz. Niedawno wypchałem jaśka Ulissesem Joyce’a i przyśnił mi się Dublin smalony. Układamy tomy starannie, jeden obok drugiego, bez zbędnych szczelin i nadmiernych mieszanek gatunkowych, bo z nich biorą się koszmary.

A teraz już dobranoc. A właściwie, dzień dobry!

Sikacz

Posted in Uncategorized by hajton on 14 października 2017

„Wódka Wyb! 47%! 10% gratis!” — zachęcało hasło w witrynie sklepu monopolowego.

— Cóż to za dziwna wódka? — zainteresowałem się. — Ile kosztuje?

— Cena jest tu, nie widzi pan? — odparł sprzedawca, wręczając mi butelkę.

— Widzę, ale jeśli dziesięć procent gratis, to powinna kosztować…

— Dziesięć procent mocy, a nie ceny — nie dał mi skończyć.

— Aha, czyli płacę za trzydzieści siedem, a dostaję o dziesięć więcej?

— No, coś pan? — zdziwił się sprzedawca. — O dziesięć mniej!

— To dlaczego jest napisane, że czterdzieści siedem? I gdzie ten gratis?!

— Dla zachęty! A dziesięć procent gratis, to dziesięć procent na rzecz pańskiego zdrowia! Słabsze pan pijesz, zdrowszy będziesz, logiczne chyba?

— Panie, ale to już nie wódka!

— A tam, czepiasz się pan! Możesz pan pić, a jeszcze zdrowia od tego przybywa! Genialne przecież, nie?! Perpetuum mobile.

— Ale skoro pan tak łatwo szasta procentami, to może i dwudziestu siedmiu tu nie ma?

— Przyjdź pan z alkoholomierzem. Ale żeby zmierzyć, musisz pan otworzyć, a otwarte równa się kupione, rozumiemy się?

Przed sklepem kłębił się tłumek próbujących zrozumieć ofertę. Na razie nie wchodzili.

— Chodź pan tu na chwilę… — przyzwał mnie gestem i zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu. — W zaufaniu powiem panu, że są naciski, aby zawartość alkoholu nie przekraczała dwudziestu procent.

— Czyje naciski? — byłem coraz bardziej zdziwiony.

— Departamentu dobrego samopoczucia, bo mniej chorób — zaczął wyliczanie. — Departamentu wytwórstwa — bo więcej się sprzedaje. Departamentu przyjaznego przyrodzie — bo trzeźwiejszy konsument oddaje więcej surowców wtórnych, chroniąc nasze drzewa, lasy, puszcze, a nawet żubry — wskazał na półkę z żubrówką. — Departamentu potrzeb wyższych — bo twórcy mniej pijani, to twórcy bardziej odpowiedzialni. I departamentu rozwiązań siłowych, bo więcej pustych butelek, to więcej potencjalnych koktajli mołotowa… No i pasterz też swoje dokłada.

— Jaki pasterz?!

— Jak to, nie wie pan, kto jest pasterzem?

— Nie wiem —  odparłem. — Taki ze mnie baran.

— Pan to powiedziałeś. Owieczka brzmi lepiej, ale w pana przypadku… — spojrzał krytycznie.

— No dobrze, ale z tego, co pan mówi wynika, że mogą być i butelki z zawartością alkoholu poniżej dwudziestu procent?

— Nie tylko mogą, ale i są. I słusznie! Umiarkowane spożycie wzmacnia nastroje patriotyczne.

— A nieumiarkowane?

— Ugargantuicznia je. Golemi i spiętrza.

Przez moment w jego spojrzeniu dostrzegłem coś znajomego. Ale on już wycofywał się w cień półek, a chwilowo tylko pobudzona twarz przybrała wyraz obojętny.

— Czyli wchodzimy w kategorię wina…

— Jak „wina”, to zaraz powstaje pytanie: „czyja?” A wódka, męska rzecz, zgodzisz się pan? Wino niech piją ci, co je wymyślili…

— Czyli kto? — spytałem.

— Oj, coś pan dziwnie niezorientowany… Kto wymyślił wino, też coś… — prychnął z niesmakiem. — Oni — dodał po chwili.

— Oni?

— No oni, oni! Nie udawaj pan, że nie rozumiesz.

I bez żadnych procentów mąciło mi się w głowie.

— To może są i butelki o mocy piwa?

— Piwa, tak — odparł z przekonaniem, piwo nasze.

— To ja się rozmyśliłem. — Chciałem odstawić butelkę na kontuar, ale ruchem zbyt zdecydowanym; wyśliznęła mi się i rozbiła o ziemię. Zawartość rzeczywiście była zwietrzała, bo ani zapach się nie rozniósł, ani jego przeciwieństwo.

— Rozmyślić się pan możesz — łaskawie odparł sprzedawca — ale zapłacić trzeba. I posprzątać po sobie — wręczył mi ścierę i kubeł.

 

Czas szakali

Posted in Uncategorized by hajton on 31 sierpnia 2017

Dzięki miłościwie panującemu naszym lasom, dowiedziałem się o istnieniu w nich zwierzyny egzotycznej. Szakala złocistego mianowicie (ponoć naliczono już siedem osobników krwiożerczego gatunku). Prawie w tej samej chwili przeczytałem, że gatunek przeznaczony jest do odstrzału. Konia z rządem temu, kto z odległości kilkudziesięciu metrów odróżni szakala złocistego od psa burego albo szarego wilka. Myśliwi, sól naszych pól, niejednokrotnie dawali dowód słabego wzroku, biorąc na przykład człowieka za dzika. Niektórzy sz(a)kalują ich, że strzelali pod muchą, ale to tylko oczy zmęczone nadmiarem sielskich widoków zawodziły. Zresztą, gdzie drwa rąbią… Najważniejszy jest cel; ochrona gatunków rodzimych przed napływowym. Dlaczego jakiś tam szakal (nawet złocisty) ma mordować nasze zające i bażanty, skoro sami możemy to uczynić, prowadzeni dzielną lufą miłościwie panującego naszym lasom?

Te szakale, co to niby są, a ich nie ma, podobne są uchodźcom, przed którymi chronią nas miłościwie panujący. Jeden z nich skwitował ostrzał łodzi z bezbronnymi ludźmi radosnym „nareszcie!”. Tylko rasowy (i to odpowiednio) polityk wie, że w poważnych sprawach nie należy ulegać odruchom serca. Taki rasowy (i to odpowiednio) polityk może i powinien być wizjonerem. Bo i ci uchodźcy, i te szakale, niby takie biedne i złociste, ale tylko czyhają, żeby się rozpanoszyć i nas zjeść.

Dzięki miłościwie panującym nad naszymi gustami literackimi, dowiedziałem się z kolei, jak podstępnie jadowite jest „Jądro ciemności”. Z tą książką zawsze było coś nie tak. Niby Polak ją napisał, ale po angielsku. W dodatku pluła (mówiąc delikatnie) w białe gniazdo. Jak tak można?

Teraz znów słyszę, że wizyta w obozie koncentracyjnym w Auschwitz powinna zniknąć z proponowanych zagranicznym gościom tras turystycznych, ponieważ opowiada historię innego narodu. Do tej pory myślałem, że II Rzeczpospolita była ojczyzną wszystkich obywateli, ale i tu się myliłem.

I tak, od dziedziny do dziedziny, przekonuję się, jak bardzo tkwiłem w błędach. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną porcję Wiadomości. Niech wyrugują moją niewiedzę, zdejmą bielmo z oczu i napełnią poczuciem dumy, że nie tylko wstaliśmy z kolan, ale już coś rozdajemy. Prztyczki w nos na razie, ale i na coś większego przyjdzie pora.

Na naszej polanie

Posted in Uncategorized by hajton on 25 lipca 2017

Krasnale zastanawiają się czasem, czy te spośród nich, które wstępują do krasnokółek, robią to z powodów ideowych, czy też z czystego wyrachowania. Krasnolud ideowiec może żyć w krasnokółku (na przykład w Prawdziwkach) długo i szczęśliwie, pod warunkiem, że krasnokółko dochowuje wierności ideałom. Jeśli jednak zaczyna podejrzewać, że Prawdziwki to co najwyżej Podgrzybki (bo jeszcze nie było w historii krasnokółka, które jest dokładnie tym, za co się podaje), należy potraktować go odpowiednio skomponowanym roztworem prawdy i fałszu. Ale może być i tak, że któregoś dnia krasnolud ideowiec całkiem przejrzy na oczy. Podgrzybki okazały się Muchomorkami. Wówczas – z bólem, bo komu łatwo przyznać się do pomyłki – pożegna się z trującym środowiskiem. Chyba, że się boi. A bać się ma czego. Już ich kucharze potrafią wypichcić takie napary, że mucha nie siada (a jak siądzie to spada). Spotkanie kapelusz w kapelusz z naczelnym Muchomorkiem (o którym, gdy raz na jakiś czas, z czystej statystyki zrobi coś normalnego, mówi się, że pokazał krasnoludzką twarz) mało kto przeżywa.

Krasnalowi koniunkturaliście jest obojętne komu służy, byle służył z korzyścią (własną). Równie chętnie zapisze się do Prawdziwków, co do Bezwstydników. Pod krasną czapeczką kryje się duża elastyczność w rozumieniu pojęć. I dobrze. Przecież okazywanie życzliwości wobec innych krasnali – o wiewiórkach już nie mówiąc – bywa poczytywane za słabość i swego rodzaju psychologiczny niedorozwój. A danie komuś w mordkę, przeciwnie, może okazać się czynem chwalebnym.

Krasnal ideowiec porzuci swoje krasnokółko nawet w chwili największego tryumfu, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że jego idee zostały zdradzone. Krasnal koniunkturalista stanie się nerwowy i zacznie puszczać oko do innych krasnokółek (których z owego oka nie spuszcza), dopiero w chwili gdy jego własne osłabnie, a krasnalowi naczelnikowi zacznie palić się pod siedzonkiem. Ale jeśli przez nieuwagę poszedł a daleko, i na inne krasnokółka już nie ma szans, będzie brnął do końca, bo wie, że walczy o życie.

Zwykłe krasnale (hej, chwileczkę, czy istnieje ktoś taki jak zwykły krasnal?!) cieszą się lub martwią, w zależności, które krasnokółko zarządza polaną.  Ale większość ma to w noskach. Generalnie nie jest przecież źle. Przez polanę niesie się wesoła (crasno disco) wersja kultowego przeboju „My jesteśmy krasnoludki”. Żubra w różnej postaci pod dostatkiem. Reprezentacja polany dobrze radzi sobie w szyszki, a i liga polanowa zaraz rusza (już agrest dojrzewa, najlepsze piłki z niego). Unia krasnoludzka patrzy z podziwem i zazdrością, że tak w kaszkę mannę nie pozwalamy sobie dmuchać. Zresztą, co tam unia. Nas sam superkrasnal zza jeziora odwiedził! A że nie wszystkim się podoba, jak jest? Trudno! Niezadowoleni zawsze będą. Mieli swój czas, żeby miodzik i konfiturkę pojeść, soczku sfermentowanego popić. Teraz, furka, my!

I tylko szkoda, że puszczę tną… Stare przysłowie krasnoludzkie mówi „nie będzie drzew, nie będzie krasnali”. Zaraz, jak to „nie będzie krasnali”?! O, konewka…

Wiadomość

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2017

Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie zachęca do zjadania monstrualnych ilości karkówki z grilla, a następnie nie wyciąga pomocnej dłoni pełnej paramedykamentów, na zgagę, wzdęcia i wątrobę. Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie podaje co godzinę informacji, które pokaźną ilość ludzi pozostawiają z otwartą buzią i poczuciem bezradności. Mój (ciągle jeszcze) ulubiony program radiowy serwuje za to wiadomości kulturalne. Ostatnio wśród nich znalazła się perełka ze Szwecji. Gorąca perełka. Parząca perełka. O paleniu książek. I to książek dla dzieci. Otóż w jednej z bibliotek spalono stare egzemplarze jednej z części przygód Pippi Langstrumpf, aby uczynić miejsce nowym, w których „król murzynów” zastąpiony został „królem południowego Pacyfiku”. Zastanowiłem się. Książki biblioteczne ulegają zniszczeniu (zaczytaniu, jak głosi termin profesjonalny). Biblioteka musi je wycofać z obiegu, zastępując wydaniami dostępnymi na rynku. Jeśli wprowadzono w nich jakiekolwiek zmiany, to z pewnością nie bez wiedzy autora/wydawcy/spadkobiercy praw autorskich. Zniszczone, pozbawione wartości zabytkowej książki są utylizowane. A właściwie poddawane recyklingowi, ale trzeba przyznać, że sformułowanie „palenie książek” jest wyjątkowo nośne. Wróćmy jednak do określenia „murzyn”. Trzeba albo niewiedzy, albo złej woli, aby nie rozumieć, że było ono przez wieki określeniem nie tylko rasy, ale i statusu społecznego. Niewolniczego mianowicie. Pamiętam swój pierwszy pobyt w kraju naszego zaoceanicznego protektora i idola, którego do dzisiaj kochamy (przynajmniej niektórzy) miłością paciorkową. To wówczas czarnoskórzy koledzy muzycy wyjaśnili mi, dlaczego słowo negro uznane zostało za obraźliwe. „A tobie podoba się słowo polack?” – pytali. Nie podobało mi się. Ze względu na cały negatywny stereotyp, którym obrosło przez wieki. Próbowałem je wyeliminować z języka, a przede wszystkim ze świadomości ludzi, z którymi miałem do czynienia. Czy było w tym coś dziwnego? Albo niewłaściwego?

Dlaczego więc informacja o porządkowaniu pojęć i księgozbiorów pojawiła się w mojej (ciągle jeszcze) ulubionej stacji radiowej spowita dymem „palonych książek”?

„Spójrzcie tylko, co tam się dzieje! Gen samozagłady toczy chore społeczeństwa! Palą książki i to dziecięce! W imię zdegenerowanej poprawności politycznej wypierają się własnej historii, własnej tożsamości! Ale my czuwamy! Myśmy są przedmurzem i przedmurzynem!”

Lecz co właściwie złego jest w przywracaniu godności tym, którzy przez wieki byli jej pozbawieni? Jakaż to zbrodnia straszliwa, że próbuje się szukać tego, co ludzi łączy, a nie pielęgnować to, co ich dzieli? Więc w dobie powszechnej ewaluacji i feedbacków, i ja ci wystawię ocenę, mój ciągle jeszcze ulubiony programie radiowy. Z logiki dwójka. Z wrażliwości dwója. Zapomniałem, te oceny dzisiaj nic nie znaczą. Jeszcze tylko pała przemawia do wyobraźni.

Jaźń i myźń

Posted in Uncategorized by hajton on 10 lipca 2017

Egoizm. Pozwala przetrwać w sytuacji ekstremalnej. Każe zaspokajać popędy i zachcianki. Chętnie powiększa kręgi. Im silniejszy, tym więcej ich podbije. Egoizmy się przyciągają. Moment, w którym jeden usprawiedliwi drugiego, w imię własnego usprawiedliwienia. Chwila, kiedy nie wartość się liczy, a ilość, bo ilość staje się wartością. Magia, gdy jaźń zmienia się w myźń*, a w myźni wszystko wolno, bowiem vox populi vox dei. Egoizm nie ma innego celu niż własne dobro. Uważnie nasłuchuje skąd wieje wiatr. Bez wahania wykluczy jutro tych, których hołubi dzisiaj. Nie jest zainteresowany walorem moralnym, ani merytorycznym. Ważne jest to, co moje. Tę iskrę łatwo rozdmuchać. Pada na snopy wysuszonych myśli i zajmuje je żywym ogniem.

Egoizm jest cechą złą, ale żywotną jak chwast. Z altruizmem jest odwrotnie. Egoizm docenia altruizm, pod warunkiem, że jest to altruizm innych, który należy się egoizmowi jak psu zupa (tego powiedzonka nie rozumiem; kiedyś próbowałem wprowadzić je w czyn, ale mój własny pies spojrzał na mnie z wyrzutem). Naturalny zapach egoizmu nie jest ładny, zainteresowani czynią więc starania, aby go upiększyć. Dlatego egoizm może uwieść, a nawet dostarczyć momentów chwały: okrzyknięty cnotą – a nazwie go tak nie kto inny, jak egoista o wysokim poziomie ego – pozbędzie się resztek wstydu. Lecz tym samym się zdemaskuje. Dlatego altruizm będzie ostatecznym zwycięzcą. Dzięki niemu świat nie stoi w miejscu. Poza tym, altruiści częściej się uśmiechają.

 

*Z pojęciem „myźń” spotkałem się po raz pierwszy w Dziennikach gwiazdowych Stanisława Lema.