oto I owo

Jak sobie pościelesz…

Posted in Uncategorized by hajton on 15 czerwca 2018

Wielu z nas ma kłopoty ze spaniem. Postanowiłem zbliżyć się do źródła problemu, a co za tym idzie, do jego rozwiązania.

Otóż my zbyt często śpimy nie u siebie. Nie na naszym. Dowody? Już sypię.

Co stoi w naszych domach? Na czym próbujemy się co najmniej zdrzemnąć? Na sofach, kanapach, otomanach, wersalkach, tapczanach, a nawet pryczach. Tymczasem oprzyjmy się (nie za mocno, żeby nie zasnąć) na definicjach ze Słownika Wyrazów Obcych PWN.

Sofa (tur. sof(f)a = kamienna ławka, arab. suffat): niska miękka kanapa zwykle z wałkami zastępującymi poręcze i oparcie.

To jak to tak? Kamieniem spać, owszem. Ale na kamieniu?!

Kanapa (fr. canape łac. conopeum) mebel służący do siedzenia, wyściełany, zwykle z oparciem i poręczami, mogący pomieścić kilka osób.

No właśnie, do siedzenia! A może do jedzenia? Kanapa, duża kanapka, trudna do jedzenia widelcem… Lepiej to zostawmy. Albo jedzenie albo spanie! A to łacińskie conopeum? Czy nie za bardzo z konopiami się kojarzy? Czyli z trawką? Jak tu spać, jak człowiekowi chce się śmiać, a potem jeść? I jeszcze ta sakramentalna fraza, ten żoniny wyrok, ta degradacja w małżeńskiej hierarchii: (od) dzisiaj śpisz na kanapie!…

Otomana (fr. ottomane) niska kanapa z bocznymi wałkami zamiast poręczy i miękkim oparciem.

Zaraz, jak to z francuskiego? Imperium ottomańskie to może francuskie było? Otóż nie! (Ottomańskie imperium, określenie państwa Turków osmańskich w Anatolii, Encyklopedia PWN). Pod kołderką francuskości bisurmańskie materace nam wciskają. To prawie jakby spać po multańskiej stronie. Nie da się!

Tapczan (tur. dosłownie podwyższenie, miękka ława, z chiń. tao-cang = miejsce sakralne), dawniej ława do spania, prycza, także: obicie podium lub tronu.

Mój Boże, jak tu spać na miejscu sakralnym, w dodatku chińskim. A chińskie wróble ćwierkają, że z Mongolii to przywędrowało, prosto od Czyngis-chana. Zaś Czyngis-chan kojarzy nam się z łupami, trupami, sabotażami i naszym ulubionym tatarem, ale przecież nie ze snem, chyba że wiecznym!

Wersalka — kanapa rozkładana mogąca służyć jako tapczan do spania.

Wersalka? A dlaczego nie wilanówka? W dodatku „kanapa” (patrz wyżej) „mogąca służyć jako tapczan” (patrz wyżej). Takie nagromadzenie obcości, że nie tylko spać się nie chce, ale wszystkiego w ogóle się odechciewa.

Prycza (niem. pritsche) prymitywne łóżko, rodzaj szerokiej ławy zbitej z desek. Nein, dziękuję, postoję… Niech ci na nim śpią, co je wymyślili.

A już taki barłóg.

1. posp. «nędzne, nieporządne posłanie» 2. «dzienne legowisko niedźwiedzia lub dzika» (Słownik Języka Polskiego PWN)

ad. 1 — Co z tego, że nędzne i nieporządne. Co z tego, że dzienne? A to w dzień spać nie można? Ważne, że nasze jest! Tylko czy na pewno? A co, gdy:

ad. 2 — właściciel barłogu (niedźwiedź, dzik) wróci nie w humorze? Co, jeśli zdradziecka morda nie okaże gościnności?

Dlatego właśnie pierwszym i jedynym wyborem pozostaje: łóżko (Słownik Języka Polskiego PWN) mebel przeznaczony do leżenia i spania.

Po prostu! Tylko tyle i aż tyle! W dodatku aż trzy — ł, ó, ż — z pięciu liter to polskie znaki diakrytyczne (jeszcze nie „zażółć gęślą jaźń”, ale kierunek słuszny!).

Koniec z kosmopolityzmem. Powyrzucajmy wszelkie pokraczne sprzęty. Zainstalujmy łóżko, może być ze skromnym baldachimem. Stójmy w stojakach. Chodźmy po chodnikach (a nie po trotuarach), najlepiej w chodakach. Siedźmy zadami na zydlach. Kładźmy się na kładce. Klęczmy na klęczniku. Leżmy na leżance. A śpijmy wyłącznie w śpiochach (broń Boże w piżamie!). A jeśli się mimo wszystko nie wyśpimy, to wstańmy mężnie i pod dyktando radia i telewizji uprawiajmy gimnastykę ciała i umysłu. Niech nam atletyka lekką będzie. A gdy już uda się wytępić resztki (obcych) cywilizacji, godnie pozwólmy się nieść w lektyce. Jak to, „lektyka nie nasza”?! Nasza. Swojska. I „lek” nasz. I „tyka” tyż. Żeby ino nosić było komu.

Reklamy

Koncert

Posted in Uncategorized by hajton on 19 kwietnia 2018

Ignatz Waghalter, Philipp Scharwenka, Kurt Weill, Erwin Schulhoff. Z ręką na sercu, kto słyszał o tych kompozytorach? No, może coś o Weillu (Weill — Brecht — Opera za trzy grosze…) I jeszcze o Schulhoffie. Ale pozostali? Tabula rasa.

Na początek Kwartet Smyczkowy D-dur op.3 Waghaltera. Muzyka zakorzeniona w kameralistyce Schuberta, tej weselszej, pstrągowej raczej niż śmierciodziewczynnej. Dodatkowo złagodzona (jak u Mahlera) czymś słodkim, czesko-morawskim, co znajduje najpełniejszy obraz w pięknym nostalgicznym Allegretto, stanowiącym drugą część cyklu.

I Kwartet Smyczkowy d-moll op.117 Philippa Scharwenki również odwołuje się do tradycji romantycznej, choć w tym przypadku raczej do ciemniejszej, burzliwej kameralistyki Beethovena. Co wcale nie znaczy, że w utworze zabraknie żartobliwych fragmentów. W szybkich częściach kompozytor przeprowadza solidne fugata, dając dowód nie tylko muzycznej inwencji, ale i solidnego warsztatu.

Oba kwartety wykonane w pierwszej części koncertu to utwory znakomite; bez wahania nazywam je perłami kameralistyki.

Po przerwie zabrzmiał I Kwartet Smyczkowy op.8 Kurta Weilla. Kolejny to przykład, że twórców często pamięta się nie z tego (Mackie Majcher), z czego oni sami chcieliby dać się zapamiętać. Kwartet Weilla to utwór odkrywczy, eksperymentujący, bliższy drugiej szkole wiedeńskiej niż Operze za trzy grosze, szostakowiczowski w motoryce, zahaczający o polimetryczne doświadczenia Bartóka, ze znacząca nutą sonoryzmu i zauważalną, impresjonizmu.  A przecież piszę o tym nie po to, aby zarzucić muzyce wtórność, a raczej by słowem przybliżyć to na wskroś oryginalne dzieło.

Jednak prawdziwym objawieniem okazał się zagrany na koniec wieczoru Sekstet Smyczkowy op.45 Erwina Schulhoffa. W tym przypadku nie przychodzą mi do głowy żadne porównania, bowiem jest to muzyka osobna. Gniewna, niepogodzona, wytykająca światu jego niedoskonałość, uporczywa, niepokojąca, już to rozbuchana w paroksyzmie buntu, już to zamierająca w najbardziej intymnych dźwiękach wiolonczeli, jakby w przeczuciu tragicznego losu, który stanie się udziałem kompozytora. Po tym poruszającym finale, któryś ze słuchaczy nie wytrzymał i eksplodował powstrzymywanym przez dłuższy czas kichnięciem. Z jakże daleka powróciliśmy w komfortowe zacisze sali koncertowej.

Losy trzech spośród czterech kompozytorów wieczoru zostały nieodwracalnie i tragicznie napiętnowane w latach trzydziestych XX stulecia. W okresie faszyzmu i nazizmu, który ludziom, z racji ich przynależności do określonej grupy rasowej lub etnicznej, odbierał głos artystyczny, ale również ludzki. I prawo do egzystencji.

Waghalter, urodzony w Warszawie, studiujący i budujący karierę w Berlinie, wzięty kompozytor, wschodząca gwiazda dyrygentury, w 1934 roku musi opuścić nazistowskie Niemcy. Umiera w roku 1948 w Ameryce, w biedzie i zapomnieniu.

Kurt Weill wyjeżdża z Niemiec — z powodów podobnych co Waghalter — w roku 1933. Ostatecznie trafia do Nowego Jorku, stając się kompozytorem muzyki rewiowej. Jak inne były jego ambicje, można osądzić słuchając Kwartetu Smyczkowego.

Urodzony w Pradze Erwin Schulhoff, zostaje aresztowany po wkroczeniu hitlerowskich Niemiec do Czechosłowacji. Umiera w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Wülzburgu.

Czy sztuka obroni się sama? Oczywiście, nie. Skazana, jak ludzie, na niebyt, zapomnienie, ma jednak szansę zostać ponownie odkryta. I przemówić głosem swojego twórcy. Ale ludzi, na których nastaje złowieszcza siła, muszą bronić inni ludzie. W przeciwnym razie na nic nam sztuka, uczucia wyższe i rozwój cywilizacji. Po wiek wieków zostaniemy barbarzyńcami.

Wykonawcom koncertu należą się wielkie, poczwórne i poszóstne brawa!

 

Ocalić od zapomnienia

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 17 kwietnia 2018 roku

Royal String Quartet, Paweł Czarny, Bartosz Koziak

Gra planszowa

Posted in Uncategorized by hajton on 10 kwietnia 2018

Udział biorą minimum dwie osoby (jedna też wystarczy, pod warunkiem, że ma zdrowo rozdwojoną osobowość). Zawodnicy tradycyjnie nie witają się, najwyżej rzucają ukradkowe spojrzenia, ale żadnego ściskania dłoni, przybijania piątek. To niegodne poważnych graczy. A kto reguł nie przestrzega… może grać, ale od razu widać, że słaby zawodnik. Na wstępie próbujemy ustalić, kto zaczyna. Mówię „próbujemy”, bo zazwyczaj się to nie udaje. Nawet rzut bilonem uchodzi za fałszywą monetę. Już lepiej rzucać bidonem, ale to w innej dyscyplinie. Rzut młotem jest lubiany, ale zbyt szybko rozstrzyga partię. Jednak czymś rzucić trzeba. Rzucamy więc (niby od niechcenia) tekst rozgrzewający: „z powodów, których łaskawie nie wymienię, nie masz moralnego prawa zaczynać”. Oczywiście, nadziewamy się na kontrę: „grać p o tobie? raczej po moim trupie!”. Nie używamy epitetów ad personam („jesteś głupi”, „a ty mądry inaczej”). Nie, nie, nie! To jest gra godnościowa, a nie jakieś tam słowne utarczki. Gra zaczyna się więc przypadkiem (koniecznie czystym, żeby nie było, że gramy brudno). Ostatecznie zaczyna ten, kto bardziej trafił niż chybił („trafiłeś nieczysto, a ja chybiłem z klasą”, zabrzmi najpewniej). Zaczynający (słusznie czy niesłusznie) przesuwa pionek o dowolną ilość pól, powiedzmy cztery. Przeciwnik natychmiast przesuwa swój w to samo miejsce i zbija przeciwnika. Na żartobliwą uwagę, że to nie chińczyk, zbijający z satysfakcją oznajmia: „słusznie, to raczej grzybobranie!”, po czym wycina przeciwnika w pień. Dopiero kiedy grającym uda się opuścić strefę startową, zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Z każdym ruchem plansza upodabnia się do pola szachowego, uzupełnionego o pole minowe. Stając na określonych polach należy robić miny odpowiadające szachowym figurom. Goniec (zasapanie), koń (dolna szczęka do przodu), wychodzą nam nieźle (skoczek też jest łatwy, wystarczy wybrać na czym lub z czego skaczemy (narty? trampolina?). Król i królowa, czy tam hetman, (duma i godność) to łatwizna, mamy to we krwi. Ale jak zmimifikować wieżę? A pion? Filuterne przekręcenie twarzy w poziom mało kogo dzisiaj śmieszy. Ten segment gry kończy się agresywnym patem, to znaczy przeciwnicy czują się już tak obrażeni, że wstają i patrzą na siebie groźnie, jednocześnie ciągle udając, że się nie widzą (nikt nie mówił, że będzie łatwo). Wyczerpani dotychczasową rozgrywką wzywamy posiłki. Może być pizza, albo chińczyk, a nie, chińczyk już był, i grzyby były… To może „nasze jadło online” czyli na linie. Zupa linowa (żeby tylko nie było kolejki) jest niezła, co chętnie potwierdzi każdy leszcz. Wraz z zupą przybywają biesiadnicy z karczmy, w której zamawialiśmy jedzenie. Bez namysłu dołączają do któregoś z grających. Rozgrzani zupą z lina (i herbatą z lipy) podskakujemy, zagrzewając swój zespół do walki. Na tym etapie dobrze jest podkreślić walory własne, i wyliczyć pobieżną choćby listę błędów i zaniechań przeciwników. W końcu ktoś tam gdzieś krzyknie retorycznie: „co to za palant!?” No właśnie, grać w palanta w mieszkaniu? Wybiegamy na zewnątrz. W palanta w czystej postaci grać nie będziemy, raczej w jego światową wersję, a co! Już tam ktoś zadzwonił po kolegów, już jadą z kijami. Roześmiani, uradowani biegniemy w kierunku placu zabaw. Dobrze wychowane dzieci zazwyczaj same odchodzą, gdy jednak któreś jest oporne, staramy się, aby zasiliło szeregi naszej drużyny (porzucone łopatki, grabki i foremki gromadzimy w kącie piaskownicy, mogą się potem przydać!)

Tutaj jednak muszę przerwać, bowiem forma naszej gry zmieniła się z planszowej w plenerową, względnie miejską. Aha, podobno kije bejsbolowe są zrobione z papier-mâché(?!) choć, dalibóg, nie wiem, co to jest.

Czas (z Niecodziennika)

Posted in Uncategorized by hajton on 26 marca 2018

Dlaczego lubimy czytać cudze wynurzenia? Po pierwsze, dotykamy codzienności i normalności. Po drugie jednak dostrzegamy, że pod niepozorem może kryć się myśl mądra, potężna, odkrywcza, krzepiąca. Obcowanie z myślą innego człowieka, wysublimowaną, tą, w której starał się przekazać najważniejsze przemyślenia, najistotniejsze cząstki siebie, może dać poczucie kompanii w chwilach samotności. Po co pisze się dzienniki? Aby nie być samemu. Teraz i kiedyś. Może nawet bardziej kiedyś. I aby dotrzymać towarzystwa komuś, kto będzie go potrzebował. To degraduje czas do roli pomocniczej, drugorzędnej. Przebywanie z ludźmi, między ludźmi, zawsze ma jakąś datę ważności. Kiedyś się kończy. Obecność myśli nie zna takich ograniczeń.

Czas. Relacja czasu. To mnie zajmuje. W pewnym wieku zaczyna się o czasie myśleć więcej, bo bardziej dostrzega się jego upływ. Coś, co było kiedyś prawie nieruchomą masą, staje się coraz bardziej rwącym strumykiem. Ale czy to nie dowodzi właśnie, że nie tylko nie oddalamy się od źródła, ale wręcz przeciwnie, zbliżamy do niego? Myśl zatrzymuje czas i utrwala go. W dziecku jest tylko dziecko. W człowieku dojrzałym jest i dziecko, i młodzieniec, i ten, którym się właśnie staje. Czas nie jest linearny. Jest sumą trwań. Co kiedykolwiek się wydarzyło, jest w cząstkach czasu zatrzymane na wieki. Linia życia jest niczym kreska symbolizująca upływ filmu na ekranie smartfona. Można ją przewijać w obu kierunkach. Trudno to udowodnić. Podobnie, jak kiełkującą, szaloną w rozmachu myśl, że nie tylko przeszłość, ale i przyszłość już się wydarzyła. Albo wydarza się ciągle na nowo. Gdyby to udowodnić, krąg czasu uznałbym za zamknięty.

Preludium piąte

Posted in Uncategorized by hajton on 24 marca 2018

Spaceruję wśród pól, a moje miarowe kroki z szybkością błyskawicy oplata jakiś ruch. Coś się perli, srebrzy i złoci. Mozaiczy. Próbuję złapać to wzrokiem, lecz jest za szybkie, zbyt zmienne, nie nadążam, dostrzegam tylko zmieniające się barwy i desenie… To salamandra jakaś, raczej kameleon, którego ubarwienie i wzory zmieniają się z zawrotną szybkością. Ucieka przede mną, czy zaprasza do zabawy? Wbiega na drewniany płot, wspina się na mur ze starej cegły, jest przede mną, za mną, nie wiem gdzie. Aż nagle sama już sobie nie wystarczy i z jednej robią się dwie. Rozbiegają się i zbiegają. Przystają na moment. Mam was, myślę. Ale ich już nie ma. Wskoczyły w fugę. Biegnę za nimi. Nie złapiesz nas, śmieją się. Ale próbuj. W nieskończoność.

Urodziny Bułhakowa

Posted in Uncategorized by hajton on 13 marca 2018

A gdyby tak, pomyślałem, każdy atom zawierał całą wiedzę o świecie? O przeszłości, o wszystkim co kiedykolwiek się wydarzyło. I wydarzy — bo dla wszechwiedzy nie ma ograniczeń. To znaczy, że z drobiny można by odtworzyć bezmiar trwania… Dlaczego nikt przede mną nie wpadł na myśl tak oczywistą? Odpowiedź nasunęła się sama. Nie byłem pierwszy. Atom fascynował ludzi od dawna. Czym jednak skończyło się jego rozbijanie przez najtęższe umysły? Największą katastrofą w dziejach ludzkości. Tajemnica — czymkolwiek lub kimkolwiek była — ustawiła na swej drodze zaporę nie do przejścia. Nikt nie odważy się pójść dalej, bojąc się, że tam już tylko unicestwienie i nicość. A w rzeczywistości — ostateczna odpowiedź… Już miałem brać się za łapanie jakiegoś wypasionego egzemplarza (przygotowałem nawet pudełeczko po tik-takach o smaku pomarańczowym, na wszelki wypadek, aby — jeśli coś się wydarzy — nadać wszechrzeczy pomarańczową aurę i aromat), gdy raptem facebook przypomniał mi o urodzinach. Nie, nie moich, ani moich znajomych. Chodziło o urodziny pisarza, którego książkę (najznamienitszą, według pani bibliotekarki) jakiś czas temu wypożyczyłem z biblioteki. Nie zacząłem jeszcze. Jednak stronę pisarza (fb) polubiłem, zanim zdążyłem polubić jego książkę. To teraz norma. Z lubieniem trzeba się spieszyć. Tak szybko znikają jego powody…

Jak urodziny, to urodziny. Zaprosiłem sam siebie, kota, który błąkał się  po okolicy tak obłąkańczo, że aż się do mnie przybłąkał. Wspólnie zaprosiliśmy to, co w lodówce. Obecność autora symbolizowała książka w okładce z szarego papieru, z numerem katalogowym.

O mnie już coś wiecie. Lubię wymyślać. Szukam rzeczy zakrytych. Kot (wielkie czarne kociszcze) otrzymał ode mnie imię Be (dlaczego? bo cacy z pewnością nie był). „To, co w lodówce” okazało się starym kefirem (wydawało mi się, że powinny być jeszcze jakieś grzybki, ale Be mnie chyba uprzedził). Aby nie płoszyć nastroju postanowiłem nie sprawdzać daty przydatności do spożycia. Be rozsiadł się w krześle i spoglądał na pojemnik z kefirem. Koniuszek jego ogona szybko poruszał się w lewo i prawo, zwiastując, że życie wewnętrzne kocura aż kipi. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Zaraz trafiłem na opis, który wprawił mnie w zachwyt. Morelowy napój wyprodukował obfitą żółtą pianę i w powietrzu zapachniało wodą fryzjerską. Postanowiłem uchylić wieko pojemnika z kefirem. Może wyprodukuje równie ponętną pianę i aromat? Rozniósł się zapach dość rześki. Be musiał uznać go za nadzwyczaj atrakcyjny. Wskoczył na stół, ale gładki blat nie dał jego pazurom żadnego oparcia. Zrzucił nie tylko kefir, ale i książkę, której pożółkłe stronice szybko bielały od nabiału. Kot w pasji jakiejś wbijał pazury i wpijał zęby w mieszaninę papieru i kefiru, szarpał, darł, rozrywał. Jakby mu było mało, wskoczył na kuchenne okno, strącając doniczkę blokującą okno z zepsutym zamkiem. Drzwi od mieszkania otworzyły się na oścież, a strumień powietrza porwał i wyrzucił na klatkę schodową strzępy papieru. Została tylko szara okładka z numerem katalogowym.

Powinienem być załamany. Tak obiecująco zaczynająca się książka przepadła, była zniszczona z kretesem. I wtedy pomyślałem o atomie, który zazdrośnie strzegł swojej tajemnicy. Skoro z drobiny można wygenerować świat, to ze zdania da się odtworzyć książkę. Zuchwałość tej myśli aż mnie rozbawiła. I nie tylko mnie. Be nie wyglądał na przejętego swym niecnym postępkiem. Stał na dwóch łapach, przyglądał mi się bezczelnie i zapalał papierosa.

Blada twarz pustych kalorii

Posted in Uncategorized by hajton on 10 marca 2018

Wiedzą, mówią, piszą, twierdzą. Mają rację. Zagłuszają. Zakrzyczą. Nie dopuszczą. Przekonują, ale nie dają się przekonać. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Niechęć do już nieobecnych przetrwała. Niechęć do jeszcze nieobecnych już się narodziła.

Nienawidzę obcych, szczycę się tym. Ale niech tylko ktoś śmie powiedzieć, że nienawidzę obcych! Ja? Najsprawiedliwszy wśród narodów świata?

Dlaczego golimy głowy? Otóż, był taki Samson, którego siła wynikała z włosów. Ale on był  starotestamentowy. My udowodnimy, że włosy nie są nam do niczego potrzebne. Skoro oni tak, to my odwrotnie. Oni w czapkach, my z gołą głową. Oni z plerezą, my na łyso. Jednak golenie głowy już nie wystarczy. Dziś bez kompromisu golimy całe ciało, a w szlachetnych zaułkach nieskalanie białych pach tatuujemy malutkie azjatyckie symbole szczęścia. Gdy tylko robi się cieplej, obnażamy wyrzeźbione na siłowni blade torsy, a podnosząc ramię w geście rzymskiego pozdrowienia (albo, jak kto woli, zamawiając z rozmachem pięć piw), demonstrujemy naszą mądrość i (białą, a nawet aryjską) siłę.

Przyzwoitość nakazuje ważyć słowa. Słowa mogą ranić, a nawet zabijać. Słowianie — co już w słowie się zawiera — powinni być na słowa szczególnie wyczuleni. Nie pozwól sobie w kaszkę dmuchać. Pamiętaj, że rude to wredne. Dziewczynki w rączkę całuj, ale niech wiedzą gdzie ich miejsce. Murzynka poklep, ale się z nim nie baw. Pieska pogłaszcz, ale jak warknie, to kopnij. Podmiot pomiotem się staje. Rację ma ten, kto jest przy głosie. Ponieważ jestem przy głosie (którego sam sobie udzieliłem), oświadczam, że prawda obiektywna nie istnieje. Tyle prawd, ile ludzi. Ale istnieją fakty.

Fakty zapomniane, skrywane i negowane, prędzej czy później powrócą w całej pełni. Nie dlatego, że tak chcą politycy, tylko dzięki cierpliwej pracy historyków. Zanim powrócą, będą jeszcze musiały przybrać cały szereg zdeformowanych postaci. Będą straszyć i tumanić.

Narody, podobnie jak jednostki i cała ludzkość, potrzebują katharsis. Kto myśli, że droga doń prowadzi na skróty, jest po prostu w błędzie. Filozofia: „nawet jeśli byli wśród nas źli, to wśród innych byli gorsi, nawet jeśli wśród innych byli dobrzy, to wśród nas byli lepsi”, jest myślą upajającą podobnie jak alkohol. Puste kalorie. Chwilowe nasycenie. Bezzasadna euforia. A potem ból głowy i niesmak.

Zapachy

Posted in Uncategorized by hajton on 8 lutego 2018

Jaki jest najpiękniejszy zapach na świecie? — kłócili się ze sobą ludzie.

— Chleba pieczonego o świcie — twierdził piekarz.

— Czekolady i wanilii, gdy się spotkają — przekonywał cukiernik.

— Piżma i jałowca w oparach zielonych pomarańczy — dowodził perfumiarz.

— Świeżo palonej kawy — nie miał wątpliwości barista.

— Konwalii skąpanych w porannej rosie — z wyższością uśmiechał się kwiaciarz.

— Tylko co ściętej sosny — ripostował drwal.

— Jaśminu! Lawendy! Piwa! Słońca na skórze! Wędzonej ryby! Rudych włosów na wietrze! Pieprzu świeżo zmielonego! Morskiego poranka! Górskiego wieczoru! — dorzucali przechodnie. Dorzucali w nieskończoność, więc zniecierpliwieni dyskutanci postanowili spytać o zdanie Najstarszego. Tak nazywano człowieka, o którym mówiono też „urodzony przed czasem”. Ponoć on nie tylko wszystko stworzył, ale jeszcze przedtem wymyślił.

— To wszystko głupstwa — ściągnął brwi Najstarszy. — Ładnych zapachów jest wiele. Ale powiadam wam, jeden jest smród, który trupim odorem zepsuje wszystkie, choćby połączone. Jeden wyziew tak pozbawiony sensu, jak urody. Jeden miazmat, którego strzeżcie się jak diabła, bo nie kto inny jak szatan nim rządzi. Imię jego rasizm. Tak długo jak się go nie pozbędziecie, na nic wasze aromaty.

— My?! — zakrzyknęli chórem ludzie.

Ale Najstarszy już zamknął oczy. Pewnie się zdrzemnął. Albo powiedział wszystko, co miał do powiedzenia.

Szczyt

Posted in Uncategorized by hajton on 28 stycznia 2018

Dziwna muzyka. Niepokojąca. Uwięziona między brakiem nadziei, a ironią bez wesołości. Czekolada bez słodyczy. Grymas uśmiechu. II Koncert Wiolonczelowy, jedno z ostatnich dzieł Dymitra Szostakowicza. Przejmujący finał utworu. Nie, nie pełen symfonicznego rozmachu, ale zanikający, podobnie jak ostatnie takty VI Symfonii Czajkowskiego. Tam — ustające bicie serca. Tu — westchnienia  wiolonczeli, które ustępują odgłosom szpitalnej aparatury. Prościutki tercjowy motyw ksylofonu. Beznamiętna praca kardiogramu.

Myśl biegnie tysiące kilometrów dalej, gdzie Śmiałek realizuje marzenie, płacąc za to cenę najwyższą. Będąc wyżej niż ktokolwiek z ludzi, osiąga swoją nirwanę.

My, muzycy, rozumiemy tych, którzy nieulękle gonią za marzeniami. Tria Brahmsa, Kwartety Beethovena, Sekstety Schönberga, to nasze sześcio-, siedmio-, ośmiotysięczniki. Muzyka to nasze pasma górskie, przełęcze, rozpadliny i szczyty. Ich zdobywanie jest trudem wspinaczki. Koncert — uroczystą chwilą zatknięcia proporca na szczycie.

Ostatni spazm wiolonczeli. Dźwięk urwany w połowie. Niech leci ku mroźnym i niedostępnym szczytom. Na spotkanie nieskończoności.

Oko wita

Posted in miniatury literackie, Uncategorized by hajton on 27 listopada 2017

Pierwszego dnia odczułem natarczywe spojrzenie. Następnego już go rozpoznałem. Za trzecim razem nie miałem wątpliwości. Był tam, bo ja tam byłem. Śledził mnie. Wsiadając do wagonu spojrzałem dyskretnie za siebie, ale został na peronie, odprowadzając mnie tylko spojrzeniem. Świdrującym, ponaglającym, zachęcającym. Do czego? Udawanie, że go nie dostrzegam było słabą opcją. Nie odczepi się. Będzie tak stał i się gapił, aż w końcu zacznie za mną łazić. A zanim mu się znudzi, ja dostanę fobii. Czwartego dnia odwzajemniłem więc spojrzenie, śmiało, może zbyt śmiało, bo gość jakby się speszył, i to do tego stopnia, że jedna z gałek wypadła z oczodołu. Zaczęła odbijać się od granitowego peronu niczym piłeczka pingpongowa. Instynktownie rzuciłem się, by złapać ją tuż przed nadjeżdżającym pociągiem. Sam, siłą rozpędu wpadłem do wagonu, którego drzwi tylko co się rozsunęły. Zanim się pozbierałem, pociąg ruszył. „Następna stacja…”, odezwał się spiker szlachetnym barytonem, ale naraz zamilkł, tak, jakby ktoś nieoczekiwanie podsunął mu do przeczytania nowy tekst. „Następna stacja…” — baryton zelżał w niedowierzaniu — „…Pięć pałaców”. Stacja Pięć Pałaców? W całym mieście tylu nie zliczysz, a tu nagle pięć, w jednym miejscu? Jak długo jeżdżę metrem nie słyszałem o takim przystanku. Ale był. Wysiadłem. Na środku peronu panoszyła się pentagonalna rozgwiazda ruchomych schodów. Wstąpiłem na pierwsze z brzegu. Po małym kwadransie wywiozły mnie na powierzchnię…

Moim oczom ukazał się imponujący zamek zbudowany z piasku. Misterny w szczegółach, niestety, górą już przesychał. Wieżyce obsypywały się, a gdy dotknąłem ściany, całość zapadła się do środka. Wiatr wzbił w powietrze nieskończoną mnogość ziaren, przez piaskową burzę z trudem i w ostatniej chwili odnalazłem częściowo już zasypane wejście do metra.

Następne schody prowadziły do Pałacu Lodowego. Dumnie lśnił w mroźnym powietrzu i wydawało się, że jest bez porównania trwalszy od swego piaskowego brata. Ale gdzież tam! Gdy z mocą zaświeciło słońce, iglica roztopiła się w mgnieniu oka, a po ścianach pociekły strużki wody. Dotyk mojej dłoni i tym razem dokończył dzieła. Z trudem umknąłem post-lodowemu tsunami.

Kolejne wyjście prowadziło do zamku zbudowanego z mniejszych i większych kul. Architekt i budowniczowie nieźle się nabiedzili, aby całość mogła się utrzymać. Efekt był zniewalający, jednak coś nieładnie pachniało. W końcu zrozumiałem. Kule utoczone były przez skarabeusze. Nie miałem ochoty dotykać obłych ścian.

Potem był zamek otynkowany i wyszlifowany. Piękny i gładki w dotyku, aż do nudności. Moja dłoń nie zostawiała na nim śladu, on też pozostawał dla niej obojętny. Pożegnałem go bez żalu.

Ostatni z pałaców był inny, nie brzydki, ale surowy, niewykluty, a może przekluty. Kiedy szedłem wzdłuż murów, spadło na mnie parę cegieł, a gdy nieopatrznie dotknąłem ściany, dłoń ugrzęzła w zdradliwej szczelinie. Musiałem się naszarpać, aby ją uwolnić. Nie obyło się bez obtarć i paru kropel krwi. Chropawa budowla miała moc przyciągania. Szykowałem się, by spędzić w niej więcej czasu. Chciałem brodzić po zasypanych pyłem korytarzach, uderzać głową w mur, by sprawdzić słuszność przysłowia. Miałem nawet zamiar spędzić noc w którejś z komnat, z wygwieżdżonym niebem zamiast sufitu i rdzawą cegłą pod głową.

Ale z oddali usłyszałem informację, że za chwilę odjeżdża ostatni w dniu dzisiejszym pociąg do centrum. A tam przecież gość czekał na swoje oko!

Wróciłem. Człowiek bez oka siedział na ławce. Hm, prawdę mówiąc nie byłem pewien czy to on, bo na nosie miał słoneczne okulary. „Oko za oko”, odezwałem się może nazbyt patetycznie. I on tak widać uznał, bo oparł niedbale: „Dąb zupa dębowa”. Ale oko wziął. I zniknął w bliżej niesprecyzowanych oko licznościach.