oto I owo

Bajka

Posted in Uncategorized by hajton on 4 października 2018

Natchnienie trzeba rwać jak świeże wiśnie – pomyślał autor i usiadł przy czystej kartce papieru. Była sobie kiedyś republika zwierząt… – zaczął, a duch Orwella z uciechy wywinął kozła.

…Była sobie kiedyś republika zwierząt. W republice, jak to w republice; obowiązywały ustalone normy współżycia społecznego: jedni je tworzyli, drudzy wcielali w życie, zaś jeszcze inni badali ich rozciągliwość, która w niejednym przypadku okazywała się wcale spora. Pozostałym, czyli większości, pozostawało ich respektowanie lub próby prześlizgiwania się między nimi.  Zwierzęta organizowały się w kupy; jak powszechnie wiadomo „w kupie siła”, a więc „kupą mości zwierzęta”. Kupy owe głosiły, że ich najwyższym – w niektórych przypadkach również najświętszym – celem, jest zapewnienie mieszkańcom republiki szczęścia i dostatku. Do sprawowania władzy wybierano najczęściej tę spośród kup, która obiecywała więcej owych zawsze deficytowych towarów. Wzajemna licytacja doprowadziła do nieuchronnej dewaluacji; powszechnie wiadomo było, że obietnice mają charakter publicznej gry o krotochwilnej nazwie „wybory”. 

Zdarzenia losowe, zarówno dobre, jak i te (znacznie częściej) złe, nie omijały republiki, mimo pokus co poniektórych kup, aby zadekretować całkowity i powszechny zakaz nieszczęść. W braku racjonalnych, jedna z kup opozycyjnych wymyśliła argument nie do przelicytowania. 

Tak rządzicie, że zwierzęta umierają, mówili. Gdybyśmy to my sprawowali władzę, nasze zaawansowane prace nad szczepionką nieśmiertelności już dawno byłyby zakończone. Każdy dzień waszych rządów, to kolejne śmierci, które obciążają wasze sumienia. Nie w sensie prawnym oczywiście – bo takiego prawa jeszcze nie ma, ale i na to przyjdzie czas, gdy przyjdzie pora – ale moralnym. Moralni mordercy! 

Kupa rządząca zaripostowała, że w zgodzie z powyższym sposobem myślenia, za całość nieszczęść – w tym śmiertelność rodzaju zwierzęcego – odpowiada naczelny Kreator, zwany Wielkim Animalem. 

A to już im się zupełnie we łbach poprzewracało – grzmiała kupa opozycyjna. Ze Stwórcą się porównują!

W tym momencie autor zauważył, że z jego piórem dzieje się coś dziwnego. Zaczęło giąć się i kruszyć, a w końcu rozsypywać, jakby było z popiołu. Tajemnicza zaraza przeszła na rękę; skóra z palców zaczęła obłazić, obnażając szkielet dłoni. Wątłe kostki łamały się i spadały na biurko niczym upiorny deszcz. Autor wrzasnął i… obudził się.

Świeże wiśnie okazały się wilczymi jagodami.

Reklamy

Poszukiwanie strumienia…

Posted in Uncategorized by hajton on 29 września 2018

 …świadomości. Grunt to się wszczelić w strzelinę. Trzmieliną strzechę pozamiatać. Ale, albo. Aligator, albatros, abberacja. Aberdeen. Abligator. Całym ciałem. Ciałym całem. Ja czytam, zatem coś pisze (Calvino). Ja piszę, zatem coś myśli. Zapowiada się niezły nonsens. A może nie ma żadnego strumienia? Nie ma świadomości. I mnie nie ma, mniemam? Oto zapis szukania nieodnajdowalnego. Nieodnajdowywalnego. Nieodnajdowywalonego. Nie musi być smutny. Pleciesz, co ci ślina na język przyniesie. Więc to ślina jest strumieniem świadomości? Strumyczkiem? W dzisiejszym wartkim potoku opluwania można odnieść wrażenie, że właśnie tak. Drzewo obrośnięte bluszczem. Kamienie, ujadające psy. Nastaw wodę. Nastaw budzik. Nastaw się. Nadstaw dłonie. Zaczerpnij. Zgrzyt żwiru i pole ściętej kukurydzy. Atakująca horyzont strefa żółcieni. Z niej las.

Jeśli nie wyłączysz myślenia, nie wpadniesz w strumień. Jest nim sen. Ukryta logika, która poraża nawet po przebudzeniu. Ogień i ziemia. Kto potrafi zatrzymać obraz, może malować. O ile łatwiej malować niż pisać, powie ten, który nie maluje. O ile łatwiej pisać niż malować, powie ten, który maluje. Z uporem będą robić to, co trudniejsze. Dajcie mi kawałek wolnej przestrzeni. Równej, łatwej do zaorania. Hej, sensie! A może sam do mnie przemówisz? Dlaczego zawsze trzeba cię szukać? Nauka musi. A sztuka? Może to jej grzech pierworodny? Ślimak nie dojdzie na drugą stronę. Słońce wysuszy go w pół drogi. Znieruchomieje w pół ruchu. Zamrze w pół do skorupy. Czy to będzie jego sens? Źrebak się spłoszył. Na wszelki wypadek schował się za ma(ka)tkę. I ten ślimak, i ten źrebak są na zewnątrz. Nie należą do strumienia. Malarskie arcydzieła minionych stuleci wymagały niezwykłego kunsztu, mozolnej, pieczołowitej pracy. Co w nich podziwiamy bardziej: warsztat czy przekaz? Przekaz dzięki kunsztowi? Oszołomieni faktem bliskości, dotykalności, przebiegamy luwry, watykany, gemaldegalerie. U impresjonistów (d’Orsay) mrużymy oczy, aby zobaczyć to, co oni widzieli. Na próbie symfonii Beethovena słyszę nagle wyodrębnioną frazę wiolonczel. Jest piękna sama z siebie. W całości niesłyszalna. Ale jej brak naruszyłby całość kompozycji. Wokół nas też mnóstwo detali. Ich brak odczuwamy dopiero po stracie. Nieprawda. Nie zauważamy nic. Świat toczy się jak piłka. Albo żelazna kula. Rozgniata to, co słabe. Piękne — również. Piękno jest kruche. Czarne baranie dziecię wpada mi w oko i w ucho. Gdzieżeś ty bywał czarny baranie, pytam, ale malec spłoszony pragnie tylko białego mleka. Pojawiłem się w jego świecie nie wiadomo po co. On w moim — po chwilę zachwytu. Do niczego się nie zmuszam. Niczego nie nakazuję. Pode mną kamienie. Pod kamieniami pamiątki uzbierane przez miliony lat. Tuż obok przecięty kabel wysokiego napięcia. Zabezpieczony wiadrem. Ktoś uciął, ktoś zabezpieczył. W tym wiaderku spotykają się odwieczna bezmyślność i wyobraźnia. Głupota i roztropność. Oto ludzkość, która między dwoma żarnami próbuje poruszać się do przodu. Mielące szczęki co i rusz biorą kogoś na ząb. Dobiegłem do strumienia, ale sądząc po zapachu nie jest to strumień świadomości. Czynienie zła: czy naprawdę sprawia nam przyjemność? Kat nie uśmierca ofiary w swoim imieniu. Rzeźnik zabija zwierzę nie dla siebie. Nie wiemy, jakim cierpieniem okupują swoją profesję. Fatalizm. Uznajemy, że sprawy toczą się w sposób jedynie możliwy. Za mało w nas wiary w indywidualny sprzeciw. Koło strumienia stoi para kaloszy. Wskakuję w nie, by przejść na drugą stronę. Ale one przenoszą mnie na tłumną ulicę, od człowieka do człowieka. Te buty są szczególne. Czytałem już o takich, u Andersena. Pozwalają zaglądać w ludzkie serca i dusze. A tam głównie obawy. Lęk przed niepewnym jutrem, troska o najbliższych. Szara, smutna rzeka. Lecz nagle z  tej koleiny codzienności wynurza się człowiek. Najzwyklejszy wśród zwykłych. Odbija się od podłoża i lekko wzbija w powietrze. Leci.

Co może słowo?

Posted in Uncategorized by hajton on 10 września 2018

Informować, wyjaśniać, przekazywać. Przekonywać i naświetlać. Zaprzeczać i potwierdzać. Zapowiadać i odpowiadać. Uściślać. Wiązać i rozwiązywać. Być dane i być cofnięte.

Słowo nadaje treść pieśniom i piosenkom, choć i samo może być melodyjne. Lub bełkotliwe. Można nim szkicować, malować, a nawet rzeźbić. Ociosywać i drążyć. Pogrubiać i wysubtelniać.

Słowem można grzechotać i terkotać. Gruchotać. Mamrotać. Gruchać i głaskać. Łaskotać i szczypać, dotykać, kłuć, gnębić, ranić, obrażać. Zabić. Ale też przywrócić do życia.

Można nim rozkochać lub wzbudzić nienawiść. Rozbawić, rozładować atmosferę, przyciągnąć uwagę. Ośmieszyć i wzruszyć. Zmiażdżyć i utłuc. Przysolić i przypieprzyć. Dać wiarę. Dać odpór. Rozbić układ. Dobić targu. Dotrzeć, gdzie wzrok nie sięga. Mówić o rzeczach, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało.

Można je przenieść na papier. Przeczytać. Można na nim zarobić, ale też stracić. Ucieszyć nim można, ukoić, udzielić błogosławieństwa, podnieść ciśnienie lub przekląć. Podnieść poprzeczkę. Zaniżyć poziom. Ofiarować się lub coś. Przysiąc, zastrzec, nadać bieg. Przyspieszyć, odwrócić. Ogacić chałupę albo i gacie zacerować (skoro może być wszystkim, to również słomą i nicią).

Można nim nie potwierdzać i nie zaprzeczać. Dawać do zrozumienia. Dookreślać nieokreślone. Śmiało kreślić. Nieśmiało sugerować. Kopać. Podkopywać. Wykopywać. Zasypywać.

Słowem spuszczamy powietrze lub pompujemy balonik. Zaklinamy rzeczywistość lub odczyniamy uroki. Słowem można uzbroić lub rozbroić. Usidlić lub uwolnić. Uwznioślić tudzież spłycić.

Słowem można rozcieńczyć albo zagęścić. Przyciąć lub rozciągnąć. Nagłośnić. Wyciszyć. Można nim obudzić albo uśpić. Zaciekawić, zainspirować, ale też zanudzić. Utrwalić i unieważnić. Dać i zabrać. Zasięgnąć i dosięgnąć. Dostrzec lub zlekceważyć. Zabrudzić i oczyścić. Wykształcić i ogłupić. Oponować (słowo jako wulkanizator) i postponować. Opiłować lub postrzępić. Rozgrzewać i chłodzić. Rozżarzyć i zamrozić. Zamienić w słup lodu albo w krzak gorejący. Masować. Miksować. Malwersować (bulwersować malwę). Bulwersować (malwersować bulwę).

Słowem, słowem można wszystko.

I tylko pamiętać warto, że słowo wyleci wróblem, a wróci wołem. Albo ptakiem wyleci, a wróci kamieniem.

Sklep z nutami

Posted in Uncategorized by hajton on 27 sierpnia 2018

Kiedyś był tu warzywniak. Potem sklep wielobranżowy. Przez kolejne lata lokal odstręczał napisem „remont”. Ponieważ jednak w środku nic się nie działo, przejęła go młodzież starsza. W końcu telefonia komórkowa dała mu nowe życie. A jeszcze później odkupił bank, kolejny bank i jeszcze jeden. Jak wiadomo, pierwsze niepisane prawo bankowości brzmi: „co wpada w ręce banku, już z nich nie wypada”. Już choćby z tego powodu nowy szyld zaintrygował mnie. Sklep z nutami był w tym miejscu równie nieoczekiwanym wykwitem, co lodziarnia na pustyni. Nacisnąłem klamkę. W sklepie zabrzmiał fragment Nocy na Łysej Górze Musorgskiego.

— Czym mogę służyć? — zadudnił sprzedawca głosem godnym Borysa Godunowa.

Po uprzednim wzdrygnięciu teraz mnie zatchnęło. Jeszcze wczoraj mógłbym tu pobrać gotówkę z bankomatu (z naciskiem na „mógłbym”). Dziś wszedłem powodowany ciekawością, ale bez gotowej koncepcji.

— Czy ma pan jakieś… nuty? — wydusiłem w końcu. Po tak idiotycznym pytaniu spodziewałem się gromów ze strony Godunowa. Tymczasem ten rozpromienił się.

— No, nareszcie. Pierwszy klient, który nie pyta gdzie przenieśli bankomat. Nuty, mówi pan? Mam ich pod dostatkiem, w doskonałym wyborze.

— Ale gdzie?… — szepnąłem rozglądając się, a nie widząc.

— Tu, wszędzie — wskazał stojące na podłodze skrzynki, szuflady postbankowych biurek i witryny półek pamiętających czasy wielobranżowe. Pod szybami dostrzegłem stosy jakby porzeczek, jagód, albo ciemnych winogron.

— Chodziło mi o takie na papierze… — próbowałem ratować zdrowy rozsądek.

— Drogi panie — odezwał się tonem pouczającym. — Na papierze są partytury albo partie instrumentalne. A ja sprzedaję nuty w czystej postaci.

Ponieważ jego głos był coraz niższy, pospiesznie zapewniłem:

— Takie mnie również interesują!

Sprzedawca zamarł w pozie wyczekującej.

— A więc poproszę… pół kilo ćwierćnutek… świeże?

— U nas towar tylko świeży, co się nie sprzeda idzie na pulpę… Których ćwierćnutek?

— A jakie są?

— Jakie pan sobie życzy. Barokowe, kameralne, jazzowe, bluegrassowe, ludowe, nutki à la Mozart, nutki à la Chopin, długo by wymieniać… — Ale chyba nie sądzi pan, że sprzedajemy nuty na wagę?…

— A nie?

— No nie, proszę pana. Na sztuki.

— Trzydziestodwójki też na sztuki? — zaryzykowałem.

— Nie, powyżej szesnastek na opakowania.

Otworzył szufladę pełną kartonowych pudełek, w których coś wiło się i podskakiwało.

Noc na Łysej Górze zabrzmiała ponownie. W progu sklepu stanęły mama z córką. Dziewczę trzymało w dłoniach futerał.

— To ile tych ćwierćnut? — przynaglił sprzedawca.

Byłem zdezorientowany. Cokolwiek powiem, kobiety wezmą mnie za idiotę. Tymczasem wzrok sprzedającego świdrował mnie coraz bardziej. „Nie o nuty ci chodziło, tyko o bankomat, oszuście!”, zdawał się mówić.

A co tam, pomyślałem. I płynnie, niczym wyuczony tekst złożyłem zamówienie.

— Poproszę osiem całych nut, tylko dojrzałych, ma pan gatunek cantus firmus? Tuzin półnutek, nie, nie tych, tamtych, z zielonymi ogonkami. Pan mi da ze dwa mendle ćwierćnut folkowych i kopę solowych ósemek. Do tego sto pięćdziesiąt szesnastek bluesowych i cztery opakowania trzydziestodwójek Berlioz, po pięćdziesiąt sztuk każde.

— Pan weźmie jeszcze setkę sześcdziesięcioczwórek Włoski barok, na ozdobniki. Tym sposobem spełni pan wymagania 500+, i dorzucę fermatę i repetycję gratis.

Skinąłem głową, a sprzedawca wyciągnął spod lady(!) obiecane towary, podobne w kształcie do połówek cytryn z czereśnią i bananów z dwoma wisienkami po bokach.

Wydawało mi się, że mama z córką przyglądają mi się z podziwem. Zaszarżowałem więc:

— Jakie pan ma pięciolinie?

— Pięciolinie? — sprzedawca pierwszy raz dał się zaskoczyć.

— A co, w powietrzu będę nizał?…

— Słusznie — w jego głosie dało się wyczuć szacunek. — Mam wełniane, ale łatwo się prują. Są bawełniane, miłe w dotyku, lecz nietrwałe. Na stalówki jest oferta w tym miesiącu, ale ciężkie. Silikonu nie proponuję, bo ponoć kompozycje jakieś sztuczne wychodzą.

— Poproszę ze trzy metry z nici jedwabnej — zaszalałem.

— Pan muzyk? — spytał sprzedawca domyślnie.

Skinąłem głową.

— To proszę, jeszcze klucz wiolinowy i basowy, od firmy.

Borys Godunow pieczołowicie pakował towar w mniejsze i większe torebki. W końcu wręczył mi dwa pakunki.

— Całe nuty są w osobnym worku, bo ciężkie jak kartofle.

Obawiałem się kompromitacji. Mój portfel mógł nie wytrzymać spodziewanego obciążenia. Pięciolinia z jedwabiu, też wymyśliłem…

— Czy w ramach zapłaty mógłbym panu zaśpiewać? — spytałem z nadzieją.

— Teraz nie — odparł mężczyzna. — „Ni pieśń, ni kabza” — zacytował, choć nie wiem z jakiego źródła. — Ma pan miesiąc na ułożenie utworu. Z gotową kompozycją przyjdzie pan do mnie. Jeśli mi się spodoba, nie tylko pan nie zapłaci, ale dostanie w prezencie podwojenie pierwszego zamówienia.

— A jak nie?…

— Wtedy liczę we frankach szwajcarskich. Taryfy ulgowej nie będzie. Dziś wszędzie drożyzna.

Torba z całymi nutami omal nie przygięła mnie do ziemi. Na szczęście pozostałe sprawunki były lekkie jak balon z helem, który podciągnął mnie do pionu. W pozycji wyprostowanej przekroczyłem próg drzwi otwartych przez dziewczę z futerałem. Gdy jedną nogą stałem już na chodniku, usłyszałem głos kobiety:

— Nie wie pan przypadkiem, gdzie przenieśli bankomat? Jeszcze wczoraj tu był…

Wracałem zatroskany. Jak właściwie wykorzystać nieoczekiwane zakupy? Ale wkrótce przestałem się martwić. Jeśli nic innego mi nie wyjdzie, wysmażę sobie wieloskładnikowy dżem session.

Nie ma żartów z filozofią…

Posted in Uncategorized by hajton on 26 lipca 2018

…moja ty Pietrowna Zofio — twierdzi ustami swojego bohatera Fiodor Dostojewski. A z czym są? — chciałoby się zapytać pisarza. Jeśli toczyły go — a z pewnością toczyły — jakieś demony, nie było wśród nich demona humoru (wczoraj przeczytałem o egzorcyście, który wypędza z opętanych demona wegetarianizmu za pomocą salcesonu, ale to zupełnie inna historia). Na jego brak (mówię o humorze, o salcesonie nie wiem) nie uskarżał się natomiast  Jaroslav Hašek, którego Dzielny wojak Szwejk ze swoim śmiertelnie żartobliwym podejściem do świata jest wcielonym przykładem życiowego mędrca.

Jednak to sama historia najwięcej zakpiła sobie z filozofii. Cóż bowiem potocznie rozumiemy pod słowami: cynik, stoik, epikurejczyk, sceptyk? Cynik to zimny drań. Stoik — człowiek, który zachowuje zimną krew bez względu na okoliczności (w PRL-u stoicyzm wzbogacony został leżycyzmem: czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy, zaś w czasach obecnych warszawska szkoła filozoficzna wprowadziła pojęcie słoicyzmu). Epikurejczyk jest kimś bez opamiętania używającym życia. Sceptyk z kolei krzywi się na wszystko.

A jak było naprawdę? Wszystko zaczęło się dawno, dawno (jakieś dwadzieścia trzy wieki) temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, czyli w starożytnej Grecji.

Cynizm. Pierwsi z omawianej grupy byli cynicy. Proletariusze. Nie posiadając wiele, tworzyli teorię mającą zagwarantować szczęście ludziom podobnie ubogim. Według nich, droga do wewnętrznej wolności i niezależności prowadzi przez obojętność wobec dóbr doczesnych. Fundamentem szczęścia jest cnota, jedyna wartość, o którą należy zabiegać. Wyłania się obraz filozofa idealnego, ale i człowieka, który uświadamia sobie, że nie straci tego, czego nie posiada, a zabierze ze sobą tylko (aż) tyle, co w nim. Cynicy byli kosmopolitami, a wszystkich ludzi – bez względu na pochodzenie – mieli za równych. Do uczniów Antystenesa, założyciela szkoły należał Diogenes z Synopy, który cynickie poglądy doprowadził do ekstremum. Schronieniem była mu beczka, zaś ogólne lekceważenie norm dyktowanych kulturą i obyczajem przyniosło mu sławę pierwszego abnegata. Jednym z uczniów Diogenesa był natomiast Krates z Teb, człowiek zamożny – bogacz wśród cyników – który przekonany do ich teorii porzucił majątek. W tym przypadku podobieństwo do pierwszych uczniów Chrystusa staje się uderzające. I to ma być cynizm?!

Stoicyzm. Zenon z Kition był cynikiem, który wybił się na samodzielność zakładając własną szkołę w ateńskiej Bramie Malowanej — Stoa Poikile —  i od słowa „stoa”, a nie od ostentacyjnego stania w bramie z rękami w kieszeni (stoik osiedlowy), wywodzi się nazwa kierunku. Bogactwo, siła, uroda, zaszczyty, zdrowie, nie są potrzebne do szczęścia. Są to wartości obojętne (mój Boże, kto się dziś z tym zgodzi oprócz… filozofów). Wartości ciała są wtórne wobec wartości duszy. Najgorszy z afektów (stanów negatywnych) to smutek. Mędrzec powinien być jak lekarz, unikać emocji, które mogą być szkodliwe dla pacjenta. Rozum, mądrość, cnota — oto wartości indywidualne i społeczne. Również stoicy odrzucali podział na Hellenów i barbarzyńców, byli za zniesieniem granic państwowych, co zresztą w Imperium Rzymskim stawało się ciałem. Jednym z najbardziej znanych stoików był cesarz Marek Aureliusz. „Należy odrzucić od siebie, co niepotrzebne, by osiągnąć pogodę ducha”, twierdził. Brak danych, czy mu się to udało.

Epikureizm. Kierunek zrównywany powszechnie z hedonizmem, podczas gdy ten ostatni stworzony został wcześniej, przez Arystypa, założyciela szkoły cyrenaików. Hedonistyczna etyka została przez nową szkołę przejęta, jednak oryginalna myśl Epikura jest bardziej zróżnicowana. Epikur zafascynowany Sokratesem przybył do Aten w wieku lat osiemnastu. Ten — jak mówili współcześni — szlachetny człowiek o prostym trybie życia, był słuchaczem zarówno Akademii (Platon) jak i Likejonu (Arystoteles). Szczęście jest największym dobrem — to punkt wyjścia epikureizmu. Ale: przyjemność to brak potrzeb do zaspokajania. Bowiem groźba ich niezaspokojenia to przykrość. Pozbywanie się potrzeb to unikanie cierpień. Najprostsze przyjemności — grono przyjaciół, kwiaty w ogrodzie, dobre jedzenie — to zarazem przyjemności największe. Jednak większą wartość mają przyjemności duchowe, rozciągnięte w czasie. Przyjemności nie podlegają mierze etycznej, byle nie zagrażały człowiekowi i jego bliźnim. Cnota i trzeźwy rozum — oto droga do szczęścia. Ponieważ nie istnieje nieśmiertelność, nie powinna nas zajmować śmierć. Nielogicznym jest obawa przed tym, czego nie ma. (No tak, że napomknę coś osobiście, to właśnie o ten lęk przed niebytem chodzi. Z drugiej strony, przy ogromie cierpień ludzi i zwierząt jakąś pociechą jest właśnie myśl, że ze śmiercią ustaje również ich/nasze cierpienie. Czy czeka na nich/na nas jakieś zadośćuczynienie? To zadanie dla innych filozofów.) Póki jesteśmy nie ma śmierci. Kiedy jest śmierć, nie ma nas. Za życia sam człowiek jest odpowiedzialny za swoje szczęście. Epikur stał się patronem hedonistów, jednak życie przyjemne (hedone — z gr.: przyjemność/rozkosz) nie wyczerpuje w moim pojęciu wariantów życia szczęśliwego, do którego wiedzie droga rozumu i cnoty. W czasach chrześcijańskich hedonizm — a przez to epikureizm — stał się symbolem ateizmu. Ojcowie Kościoła uznali doktrynę za przewrotną i gorszącą. Prawda leży we wrażeniach zmysłowych — twierdzili epikurejczycy. A przecież pojęcie „zmysłowości” jest w odchrześcijańskiej kulturze kojarzone prawie natychmiast z Erosem.

Sceptycyzm. Zajęciem sceptyków było kontestowanie. To — w dużym skrócie — ich program. Ojcem założycielem szkoły był Pirron. Ten uczestnik wypraw Aleksandra Macedońskiego do Azji, do czysto helleńskiej dotąd filozofii wprowadził mądrość indyjskich braminów i jej dystans wobec życia. „W pirronizmie najtrudniej jest zrozumieć samego Pirrona” — po tym zdaniu Władysława Tatarkiewicza nie będę (p)irronizował. Ograniczę się do podania głównej tezy. Nie wiemy jakie są własności rzeczy, powstrzymajmy się więc od sądów, a wstrzemięźliwość w ocenie da nam spokój (szczęście). W żadnej dziedzinie, w żadnym jej dziale pełna wiedza nie jest możliwa. Każdy dogmat może być podważony, bowiem dotychczasowe szkoły filozoficzne stworzyły pojęcia wzajemnie się wykluczające. Z powodu braku parytetu (na razie w tekście pojawiła się tylko jedna kobieta, Zofia Pietrowna), proponuję nazwać doktrynę sceptyków „filozofią Ani”. A nawet dwóch Ań (filozofia Ani tak, Ani siak). Niewykluczone, że Pirron w trakcie swoich wędrówek odwiedził również Śląsk, bowiem powiedzenie „a niech to Pirron trzaśnie” jest tam ciągle w użyciu. Czy stojąc na stanowisku antydogmatycznym (co wydaje mi się postawą ze wszech miar filozoficzną) sceptycy dają coś w zamian? Nic oprócz zwątpienia. Tego wymaga jednak konsekwencja wobec własnej postawy. Moja wątpliwość: czy dogmatyczne zbijanie każdego dogmatu nie jest dogmatem samym w sobie? (Jak mówił mój znajomy: „moja zasada to brak zasad” — a więc jednak jakaś zasada). Przyjmując postawę krytyczną wobec wszelkich znanych dotąd prądów filozoficznych sceptycy ustawili się niejako ponad nimi. Ich krytycyzm zmusił jednak konkurencję do wzmożonego wysiłku i choćby przez to wpłynął na rozwój filozofii, ale też nauk wszelakich.

Na zdjęciu Epi-kury, które ze stoickim spokojem używają sobie na torach kolejowych. Na cyniczną uwagę, że długo nie poużywają zareaguję sceptycznie: ani one z pierza, ani pociąg tędy nie jeździ.

Z ptasiego na nasze

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2018

Ptak popularnie zwany synogarlicą turecką (o mój Boże!…), ma też bardziej swojską nazwę, sierpówka (thanks God!). Rolnicy zbyt dosłownie ją traktując, chcieli przyuczyć sierpówki, aby wraz z kosami pomagały w sianokosach, ale szło to jakoś po skosach, więc dano ptakom spokój. Największy gołąb europejski nosi natomiast miano grzywacza, choć jakąś szczególną plerezą nie dysponuje. Jak rozpoznać ptaszęta po głosie? Pierwszy z nich z upodobaniem powtarza: „hu-huu-hu” (z akcentem na drugą sylabę), zaś drugi zagruchuje się: „hu-huu-huu-hu-hu” (z przedłużonymi sylabami drugą i trzecią). Ale gdy się wsłuchać… To nie żadne „huhuhu”, tylko wyraźne: „chcę-cu-kru”. Paralelnie: nie „huhuhuhuhu”, tylko: „ja-też-chcę-cu-kru”. Ptaki, inteligentne stworzenia, mówią po naszemu! Jednak, co ciekawe, zaśpiew grzywacza po kilku powtórzeniach urywa się na pierwszej sylabie: „ja-też-chcę-cu-kru, ja…” „Ja?”. „Ja!”. Ptaka zadziwia nagle i upaja własna podmiotowość. Ornitologia ontologią się staje. Trywialne i wtórne (po)żądanie słodyczy, ulega zachwianiu w epistemologicznym paratyglu klucia się ptasiej samoświadomości. A że ptaki lubią filozofię, potwierdzają również kury. Iść spać z epi-kurami, to nic innego jak wcielać w życie podstawowe założenia epikureizmu (co koguty upraszczają na „róbta co chceta”).

Jak sobie pościelesz…

Posted in Uncategorized by hajton on 15 czerwca 2018

Wielu z nas ma kłopoty ze spaniem. Postanowiłem zbliżyć się do źródła problemu, a co za tym idzie, do jego rozwiązania.

Otóż my zbyt często śpimy nie u siebie. Nie na naszym. Dowody? Już sypię.

Co stoi w naszych domach? Na czym próbujemy się co najmniej zdrzemnąć? Na sofach, kanapach, otomanach, wersalkach, tapczanach, a nawet pryczach. Tymczasem oprzyjmy się (nie za mocno, żeby nie zasnąć) na definicjach ze Słownika Wyrazów Obcych PWN.

Sofa (tur. sof(f)a = kamienna ławka, arab. suffat): niska miękka kanapa zwykle z wałkami zastępującymi poręcze i oparcie.

To jak to tak? Kamieniem spać, owszem. Ale na kamieniu?!

Kanapa (fr. canape łac. conopeum) mebel służący do siedzenia, wyściełany, zwykle z oparciem i poręczami, mogący pomieścić kilka osób.

No właśnie, do siedzenia! A może do jedzenia? Kanapa, duża kanapka, trudna do jedzenia widelcem… Lepiej to zostawmy. Albo jedzenie albo spanie! A to łacińskie conopeum? Czy nie za bardzo z konopiami się kojarzy? Czyli z trawką? Jak tu spać, jak człowiekowi chce się śmiać, a potem jeść? I jeszcze ta sakramentalna fraza, ten żoniny wyrok, ta degradacja w małżeńskiej hierarchii: (od) dzisiaj śpisz na kanapie!…

Otomana (fr. ottomane) niska kanapa z bocznymi wałkami zamiast poręczy i miękkim oparciem.

Zaraz, jak to z francuskiego? Imperium ottomańskie to może francuskie było? Otóż nie! (Ottomańskie imperium, określenie państwa Turków osmańskich w Anatolii, Encyklopedia PWN). Pod kołderką francuskości bisurmańskie materace nam wciskają. To prawie jakby spać po multańskiej stronie. Nie da się!

Tapczan (tur. dosłownie podwyższenie, miękka ława, z chiń. tao-cang = miejsce sakralne), dawniej ława do spania, prycza, także: obicie podium lub tronu.

Mój Boże, jak tu spać na miejscu sakralnym, w dodatku chińskim. A chińskie wróble ćwierkają, że z Mongolii to przywędrowało, prosto od Czyngis-chana. Zaś Czyngis-chan kojarzy nam się z łupami, trupami, sabotażami i naszym ulubionym tatarem, ale przecież nie ze snem, chyba że wiecznym!

Wersalka — kanapa rozkładana mogąca służyć jako tapczan do spania.

Wersalka? A dlaczego nie wilanówka? W dodatku „kanapa” (patrz wyżej) „mogąca służyć jako tapczan” (patrz wyżej). Takie nagromadzenie obcości, że nie tylko spać się nie chce, ale wszystkiego w ogóle się odechciewa.

Prycza (niem. pritsche) prymitywne łóżko, rodzaj szerokiej ławy zbitej z desek. Nein, dziękuję, postoję… Niech ci na nim śpią, co je wymyślili.

A już taki barłóg.

1. posp. «nędzne, nieporządne posłanie» 2. «dzienne legowisko niedźwiedzia lub dzika» (Słownik Języka Polskiego PWN)

ad. 1 — Co z tego, że nędzne i nieporządne. Co z tego, że dzienne? A to w dzień spać nie można? Ważne, że nasze jest! Tylko czy na pewno? A co, gdy:

ad. 2 — właściciel barłogu (niedźwiedź, dzik) wróci nie w humorze? Co, jeśli zdradziecka morda nie okaże gościnności?

Dlatego właśnie pierwszym i jedynym wyborem pozostaje: łóżko (Słownik Języka Polskiego PWN) mebel przeznaczony do leżenia i spania.

Po prostu! Tylko tyle i aż tyle! W dodatku aż trzy — ł, ó, ż — z pięciu liter to polskie znaki diakrytyczne (jeszcze nie „zażółć gęślą jaźń”, ale kierunek słuszny!).

Koniec z kosmopolityzmem. Powyrzucajmy wszelkie pokraczne sprzęty. Zainstalujmy łóżko, może być ze skromnym baldachimem. Stójmy w stojakach. Chodźmy po chodnikach (a nie po trotuarach), najlepiej w chodakach. Siedźmy zadami na zydlach. Kładźmy się na kładce. Klęczmy na klęczniku. Leżmy na leżance. A śpijmy wyłącznie w śpiochach (broń Boże w piżamie!). A jeśli się mimo wszystko nie wyśpimy, to wstańmy mężnie i pod dyktando radia i telewizji uprawiajmy gimnastykę ciała i umysłu. Niech nam atletyka lekką będzie. A gdy już uda się wytępić resztki (obcych) cywilizacji, godnie pozwólmy się nieść w lektyce. Jak to, „lektyka nie nasza”?! Nasza. Swojska. I „lek” nasz. I „tyka” tyż. Żeby ino nosić było komu.

Koncert

Posted in Uncategorized by hajton on 19 kwietnia 2018

Ignatz Waghalter, Philipp Scharwenka, Kurt Weill, Erwin Schulhoff. Z ręką na sercu, kto słyszał o tych kompozytorach? No, może coś o Weillu (Weill — Brecht — Opera za trzy grosze…) I jeszcze o Schulhoffie. Ale pozostali? Tabula rasa.

Na początek Kwartet Smyczkowy D-dur op.3 Waghaltera. Muzyka zakorzeniona w kameralistyce Schuberta, tej weselszej, pstrągowej raczej niż śmierciodziewczynnej. Dodatkowo złagodzona (jak u Mahlera) czymś słodkim, czesko-morawskim, co znajduje najpełniejszy obraz w pięknym nostalgicznym Allegretto, stanowiącym drugą część cyklu.

I Kwartet Smyczkowy d-moll op.117 Philippa Scharwenki również odwołuje się do tradycji romantycznej, choć w tym przypadku raczej do ciemniejszej, burzliwej kameralistyki Beethovena. Co wcale nie znaczy, że w utworze zabraknie żartobliwych fragmentów. W szybkich częściach kompozytor przeprowadza solidne fugata, dając dowód nie tylko muzycznej inwencji, ale i solidnego warsztatu.

Oba kwartety wykonane w pierwszej części koncertu to utwory znakomite; bez wahania nazywam je perłami kameralistyki.

Po przerwie zabrzmiał I Kwartet Smyczkowy op.8 Kurta Weilla. Kolejny to przykład, że twórców często pamięta się nie z tego (Mackie Majcher), z czego oni sami chcieliby dać się zapamiętać. Kwartet Weilla to utwór odkrywczy, eksperymentujący, bliższy drugiej szkole wiedeńskiej niż Operze za trzy grosze, szostakowiczowski w motoryce, zahaczający o polimetryczne doświadczenia Bartóka, ze znacząca nutą sonoryzmu i zauważalną, impresjonizmu.  A przecież piszę o tym nie po to, aby zarzucić muzyce wtórność, a raczej by słowem przybliżyć to na wskroś oryginalne dzieło.

Jednak prawdziwym objawieniem okazał się zagrany na koniec wieczoru Sekstet Smyczkowy op.45 Erwina Schulhoffa. W tym przypadku nie przychodzą mi do głowy żadne porównania, bowiem jest to muzyka osobna. Gniewna, niepogodzona, wytykająca światu jego niedoskonałość, uporczywa, niepokojąca, już to rozbuchana w paroksyzmie buntu, już to zamierająca w najbardziej intymnych dźwiękach wiolonczeli, jakby w przeczuciu tragicznego losu, który stanie się udziałem kompozytora. Po tym poruszającym finale, któryś ze słuchaczy nie wytrzymał i eksplodował powstrzymywanym przez dłuższy czas kichnięciem. Z jakże daleka powróciliśmy w komfortowe zacisze sali koncertowej.

Losy trzech spośród czterech kompozytorów wieczoru zostały nieodwracalnie i tragicznie napiętnowane w latach trzydziestych XX stulecia. W okresie faszyzmu i nazizmu, który ludziom, z racji ich przynależności do określonej grupy rasowej lub etnicznej, odbierał głos artystyczny, ale również ludzki. I prawo do egzystencji.

Waghalter, urodzony w Warszawie, studiujący i budujący karierę w Berlinie, wzięty kompozytor, wschodząca gwiazda dyrygentury, w 1934 roku musi opuścić nazistowskie Niemcy. Umiera w roku 1948 w Ameryce, w biedzie i zapomnieniu.

Kurt Weill wyjeżdża z Niemiec — z powodów podobnych co Waghalter — w roku 1933. Ostatecznie trafia do Nowego Jorku, stając się kompozytorem muzyki rewiowej. Jak inne były jego ambicje, można osądzić słuchając Kwartetu Smyczkowego.

Urodzony w Pradze Erwin Schulhoff, zostaje aresztowany po wkroczeniu hitlerowskich Niemiec do Czechosłowacji. Umiera w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Wülzburgu.

Czy sztuka obroni się sama? Oczywiście, nie. Skazana, jak ludzie, na niebyt, zapomnienie, ma jednak szansę zostać ponownie odkryta. I przemówić głosem swojego twórcy. Ale ludzi, na których nastaje złowieszcza siła, muszą bronić inni ludzie. W przeciwnym razie na nic nam sztuka, uczucia wyższe i rozwój cywilizacji. Po wiek wieków zostaniemy barbarzyńcami.

Wykonawcom koncertu należą się wielkie, poczwórne i poszóstne brawa!

 

Ocalić od zapomnienia

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 17 kwietnia 2018 roku

Royal String Quartet, Paweł Czarny, Bartosz Koziak

Gra planszowa

Posted in Uncategorized by hajton on 10 kwietnia 2018

Udział biorą minimum dwie osoby (jedna też wystarczy, pod warunkiem, że ma zdrowo rozdwojoną osobowość). Zawodnicy tradycyjnie nie witają się, najwyżej rzucają ukradkowe spojrzenia, ale żadnego ściskania dłoni, przybijania piątek. To niegodne poważnych graczy. A kto reguł nie przestrzega… może grać, ale od razu widać, że słaby zawodnik. Na wstępie próbujemy ustalić, kto zaczyna. Mówię „próbujemy”, bo zazwyczaj się to nie udaje. Nawet rzut bilonem uchodzi za fałszywą monetę. Już lepiej rzucać bidonem, ale to w innej dyscyplinie. Rzut młotem jest lubiany, ale zbyt szybko rozstrzyga partię. Jednak czymś rzucić trzeba. Rzucamy więc (niby od niechcenia) tekst rozgrzewający: „z powodów, których łaskawie nie wymienię, nie masz moralnego prawa zaczynać”. Oczywiście, nadziewamy się na kontrę: „grać p o tobie? raczej po moim trupie!”. Nie używamy epitetów ad personam („jesteś głupi”, „a ty mądry inaczej”). Nie, nie, nie! To jest gra godnościowa, a nie jakieś tam słowne utarczki. Gra zaczyna się więc przypadkiem (koniecznie czystym, żeby nie było, że gramy brudno). Ostatecznie zaczyna ten, kto bardziej trafił niż chybił („trafiłeś nieczysto, a ja chybiłem z klasą”, zabrzmi najpewniej). Zaczynający (słusznie czy niesłusznie) przesuwa pionek o dowolną ilość pól, powiedzmy cztery. Przeciwnik natychmiast przesuwa swój w to samo miejsce i zbija przeciwnika. Na żartobliwą uwagę, że to nie chińczyk, zbijający z satysfakcją oznajmia: „słusznie, to raczej grzybobranie!”, po czym wycina przeciwnika w pień. Dopiero kiedy grającym uda się opuścić strefę startową, zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Z każdym ruchem plansza upodabnia się do pola szachowego, uzupełnionego o pole minowe. Stając na określonych polach należy robić miny odpowiadające szachowym figurom. Goniec (zasapanie), koń (dolna szczęka do przodu), wychodzą nam nieźle (skoczek też jest łatwy, wystarczy wybrać na czym lub z czego skaczemy (narty? trampolina?). Król i królowa, czy tam hetman, (duma i godność) to łatwizna, mamy to we krwi. Ale jak zmimifikować wieżę? A pion? Filuterne przekręcenie twarzy w poziom mało kogo dzisiaj śmieszy. Ten segment gry kończy się agresywnym patem, to znaczy przeciwnicy czują się już tak obrażeni, że wstają i patrzą na siebie groźnie, jednocześnie ciągle udając, że się nie widzą (nikt nie mówił, że będzie łatwo). Wyczerpani dotychczasową rozgrywką wzywamy posiłki. Może być pizza, albo chińczyk, a nie, chińczyk już był, i grzyby były… To może „nasze jadło online” czyli na linie. Zupa linowa (żeby tylko nie było kolejki) jest niezła, co chętnie potwierdzi każdy leszcz. Wraz z zupą przybywają biesiadnicy z karczmy, w której zamawialiśmy jedzenie. Bez namysłu dołączają do któregoś z grających. Rozgrzani zupą z lina (i herbatą z lipy) podskakujemy, zagrzewając swój zespół do walki. Na tym etapie dobrze jest podkreślić walory własne, i wyliczyć pobieżną choćby listę błędów i zaniechań przeciwników. W końcu ktoś tam gdzieś krzyknie retorycznie: „co to za palant!?” No właśnie, grać w palanta w mieszkaniu? Wybiegamy na zewnątrz. W palanta w czystej postaci grać nie będziemy, raczej w jego światową wersję, a co! Już tam ktoś zadzwonił po kolegów, już jadą z kijami. Roześmiani, uradowani biegniemy w kierunku placu zabaw. Dobrze wychowane dzieci zazwyczaj same odchodzą, gdy jednak któreś jest oporne, staramy się, aby zasiliło szeregi naszej drużyny (porzucone łopatki, grabki i foremki gromadzimy w kącie piaskownicy, mogą się potem przydać!)

Tutaj jednak muszę przerwać, bowiem forma naszej gry zmieniła się z planszowej w plenerową, względnie miejską. Aha, podobno kije bejsbolowe są zrobione z papier-mâché(?!) choć, dalibóg, nie wiem, co to jest.

Czas (z Niecodziennika)

Posted in Uncategorized by hajton on 26 marca 2018

Dlaczego lubimy czytać cudze wynurzenia? Po pierwsze, dotykamy codzienności i normalności. Po drugie jednak dostrzegamy, że pod niepozorem może kryć się myśl mądra, potężna, odkrywcza, krzepiąca. Obcowanie z myślą innego człowieka, wysublimowaną, tą, w której starał się przekazać najważniejsze przemyślenia, najistotniejsze cząstki siebie, może dać poczucie kompanii w chwilach samotności. Po co pisze się dzienniki? Aby nie być samemu. Teraz i kiedyś. Może nawet bardziej kiedyś. I aby dotrzymać towarzystwa komuś, kto będzie go potrzebował. To degraduje czas do roli pomocniczej, drugorzędnej. Przebywanie z ludźmi, między ludźmi, zawsze ma jakąś datę ważności. Kiedyś się kończy. Obecność myśli nie zna takich ograniczeń.

Czas. Relacja czasu. To mnie zajmuje. W pewnym wieku zaczyna się o czasie myśleć więcej, bo bardziej dostrzega się jego upływ. Coś, co było kiedyś prawie nieruchomą masą, staje się coraz bardziej rwącym strumykiem. Ale czy to nie dowodzi właśnie, że nie tylko nie oddalamy się od źródła, ale wręcz przeciwnie, zbliżamy do niego? Myśl zatrzymuje czas i utrwala go. W dziecku jest tylko dziecko. W człowieku dojrzałym jest i dziecko, i młodzieniec, i ten, którym się właśnie staje. Czas nie jest linearny. Jest sumą trwań. Co kiedykolwiek się wydarzyło, jest w cząstkach czasu zatrzymane na wieki. Linia życia jest niczym kreska symbolizująca upływ filmu na ekranie smartfona. Można ją przewijać w obu kierunkach. Trudno to udowodnić. Podobnie, jak kiełkującą, szaloną w rozmachu myśl, że nie tylko przeszłość, ale i przyszłość już się wydarzyła. Albo wydarza się ciągle na nowo. Gdyby to udowodnić, krąg czasu uznałbym za zamknięty.