oto I owo

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!

Muzyczny Ex Libris

Posted in książki, literatura, muzyka by hajton on 9 lipca 2016

ex libris 1Któregoś nocy spłynęło na mnie olśnienie (olśnienia wolą noc). A gdyby tak zorganizować koncert składający się z utworów/bohaterów moich książek? Do realizacji pomysłu najbardziej nadawała się forma kwartetu smyczkowego. Tak w Altowioliście jak i w Ostatnim koncercie ważną rolę odgrywają koncerty kameralne, w których dobór programów jest dalece nieprzypadkowy. Lecz do tanga trzeba dwojga (do tanga?! tak, jeszcze się pojawi!). W naszym przypadku – czworga, i to tylko do jednej ze stron. Z drugiej potrzebny jest ktoś, kto owej czwórce udzieli artystycznej gościny. Tym „kimś” okazała się Filharmonia Szczecińska, która zdecydowała się przyjąć nas w progach swej nowej koncertowej siedziby, w sobotę, 30 lipca 2016 roku, o godzinie 17.00.

Zaczniemy od drugiej części przygód Altowiolisty, w której Bartek Czarnoleski wraz z przyjaciółmi zakłada zespół kameralny. Koncert otworzy – jakże właściwy na letni wieczór – Kwartet Skowronkowy op.64 nr 5 Josepha Haydna. Kolejny utwór określiłbym nie inaczej, jak mianem sensacji. Sześć bagatel op.9 Antona Weberna, to – według kompozytora – „być może najkrótsze utwory muzyczne jakie do tej pory skomponowano”. Ale niech nas nie zmyli ani nazwa ani rozmiar. Zaznaczając z chirurgiczną wręcz precyzją kilka punktów dźwiękowych kompozytor otwiera wyobraźnię słuchacza na świat porównywalny z brzmieniowym bogactwem symfonii Gustawa Mahlera. Czy jest to możliwe? Czy w ciągu niespełna czterech minut jesteśmy w stanie wchłonąć ogromną, choć naszkicowaną jedynie, porcję piękna? Warto się przekonać. Na koniec części pierwszej, niczym gorące sirocco przeleci jeszcze Serenada Włoska Hugo Wolfa. Słuchając muzyki jakby przywianej prosto z toskańskich pagórków trudno uwierzyć, że kompozytor stał się pierwowzorem jednej z najtragiczniejszych postaci literackich (Adrian Leverkühn, mannowski Doktor Faustus).

Druga część koncertu przeniesie nas w inny czas i miejsce. Do gmachu Filharmonii Krakowickiej im. Mieczysława Karłowicza (a jakże!). W jego zakamarkach bohater odnajduje program koncertu, który odbył się 3 grudnia 1939 roku. Chodzi o występ słynnego Kwartetu Gudelsteina. Niestety, los muzyków jest przesądzony: zaraz po koncercie mają zostać aresztowani, a ich instrumenty, arcydzieła lutnicze Lucci Silvariego trafią w niepowołane ręce. Ale zanim to się stanie, tak muzycy, jak i instrumenty znikają, dosłownie rozpływają się w powietrzu…

Finałem dramatycznego koncertu jest ostatni utwór Ludwiga van Beethovena, Kwartet smyczkowy F-dur op.135, obdarzony tajemniczą inskrypcją: Muss es sein? Es muss sein! Czy tak musi być? Tak, musi tak być. 

Czego dotyczyła? Co stało się z artystami i instrumentami? Czy Bartek wpadnie na ich trop, odkrywając przy okazji coś jeszcze; jedno z najsłynniejszych na świecie (jubilerskich) jajek? O tych i o wielu innych zagadkach, tajemnicach, sensacjach, powiązaniach muzyki, historii i kryminału dowiedzą się słuchacze lipcowego koncertu. A jeśli ktoś zechce pogłębić znajomość z Altowiolistą, będzie i taka możliwość. Wśród uczestników koncertu rozlosujemy po kilka egzemplarzy obu książek.

Aby wyjść trochę poza ich obszar, na koniec – niespodzianka. Co to za niespodzianka – powie ktoś – którą anonsuje się miesiąc przed faktem? A jednak będę się upierał, że twórczość Astora Piazzoli jest zaskakująca. Połączenie muzyki tanecznej (tango!) z koncertową, nostalgii z pasją, a także działające na wyobraźnię tytuły, czynią z nich doskonałe zwieńczenie koncertu muzyczno/literackiego. Ale te tytuły niech pozostaną niespodzianką do końca.

Bunt manekinów – słowniczek

Posted in literatura by hajton on 5 kwietnia 2016

Bunt manekinówaksamitny rozwód – akt prawny, na mocy którego nastąpił podział Polski na część zachodnią, należącą do Europejskiej Republiki Federalnej i wschodnią, która wraz z Litwą i częścią Ukrainy utworzyły Królestwo Trojga Narodów

alkobletki – rozpuszczalne tabletki alkoholowe

brunatnica – proces zachodzący wśród maneków, polegający na brązowieniu skóry przy jednoczesnym wzroście parametrów intelektualnych

drink zony – wydzielone miejsca w Zawie, w których dopuszczalne jest spożycie alkoholu

dżdżownicówka – potoczne określenie kolei poduszkowej łączącej Wilno i Lwów ze Wschową

enzet – niewidzialny zamek, siedziba dworu Kateny

epies – pies elektroniczny

Erfa – potoczna nazwa Europejskiej Republiki Federalnej

Erfek, Erfianka – mieszkańcy Europejskiej Republiki Federalnej

Erfiarz – pogardliwa nazwa mieszkańca Erfy używana przez mieszkańców Kateny

Europejska Republika Federalna – następczyni Unii Europejskiej

górnolot – pojazd służbowy przeznaczony do poruszania się na dużych wysokościach, poza ogólnie dostępną strefą komunikacji

IGRCE – Indywidualno-Gremialne Rozrywki Celem Edukacji – system mediów rozrywkowych w Katenie, odpowiednik playworldu z Erfy

Imperium Pansłowiańskie – państwo powstałe w wyniku połączenia Wszechrosji i Kateny

jeden odcień – wdrażany na terytorium Erfy program mający w dalekiej perspektywie doprowadzić do zatarcia różnic rasowych

karbonado – czarny diament, składnik niezbędny do produkcji pasture

Katena – Królestwo Trojga Narodów

Katenka, Kateńczyk – mieszkańcy Kateny

Królestwo Trojga Narodów – państwo składające się ze wschodniej części Polski, Litwy oraz zachodniej Ukrainy

labchem – urządzenie do skanowania składu chemicznego

lalka – maneczka świadcząca sługi seksualne

Liga Skandynawska – związek państw północnej Europy

MABiC – Manecka Armia Biała i Czerwona – siły zbrojne Imperium Pansłowiańskiego

manek – potoczna nazwa manekina

maneczka – manek płci żeńskiej

manekin – ogólnie przyjęta nazwa androida nowej generacji, w którym zrównoważeniu uległa ilość elementów technicznych i organicznych. Manekiny zero (bez nazw własnych) są automatami do wykonywania ludzkich poleceń. Manekiny jedynki, na przykład H196K (H – numer serii, 196 – numer fabryczny, K – kraj rejestracji, w tym przypadku Katena) nie kwestionują nadrzędnej roli człowieka. Manekiny dwójki, np. Kraciasty albo Salowy (biorą imiona od charakterystycznych cech wyglądu lub wykonywanej funkcji) czują się równe człowiekowi. Manekin trójka – gdyby istniał – traktowałby człowieka, jako niższego od siebie.

mudra – semuspa muzyki

olfatest – test demaskujący maneki próbujące przekroczyć granicę na prawach człowieka oraz wykrywający podskórny przemyt towarów

pagon – rodzaj czipu zawierającego dane osobowe oraz umożliwiającego transakcje finansowe

pajoko – sztuczny insekt (pajęczy manek) wykorzystywany do podsłuchu i podglądu, potrafiący manipulować zawartością pagonów

pasture – semuspa najnowszej generacji, pozwalająca docierać jaźnią w dowolnie wybrany moment życia

pasturka – pospolita nazwa pasture

playworld – system mediów rozrywkowych w Erfie

prawizja – interaktywny system informacyjny w Katenie

realwizja – interaktywny system informacyjny w Erfie

rockowisko – klub rockowy

rootrock – gatunek rocka popularny w czasach opisywanych w książce

sedra – semuspa seksu (szczególnie pożądana przez maneki)

semuspy – narkotyki pozwalające generować wizje w zależności od upodobań (seks, muzyka, podróże…)

taxułka – powietrzna taksówka

Turarabia – związek Turcji i państw Maghrebu

Unia Południowa – związek państw południa Europy

Wschowa – część Warszawy po wschodniej stronie Wisły należąca do Kateny

Wszechrosja – Cesarstwo Rosyjskie

Zadnia, Zapole – ironiczne terminy używane przez Katenian w odniesieniu do Zawy

Zawa – część Warszawy po zachodniej stronie Wisły należąca do Erfy

Tagged with:

Nasi na Księżycu

Posted in filmy, literatura, nierecenzje by hajton on 4 kwietnia 2016

Stanisław_Wyspiański_-_Portret_Jerzego_ŻuławskiegoLądowali Amerykanie na Księżycu czy nie lądowali? Czy jego ciemna strona skrywała (skrywa) bazy niemieckie, rosyjskie albo pozostałości nieznanych kultur? Zadziwiające, z jaką łatwością wirus wątpliwości przenika do nas w epoce (dez)informacji. I z jaką lubością w nas się zagnieżdża. Łatwo odrzucamy fakty, które ktoś poddaje w wątpliwość, z chęcią wierzymy w te, które się nie wydarzyły. W chaosie spekulacji i domniemań niezmienna jest jedynie rzeczywistość literacka. Opisywane przez autorów historie wydarzyły się na pewno. W kosmosach ich wyobraźni. I żyją własnym, utajonym, a dzięki czytelnikom, od czasu do czasu odkrywanym życiem. Powiedzmy więc bez ogródek: pierwszym człowiekiem, który postawił nogę na Księżycu nie był żaden amerykański astronauta Neil Armstrong, tylko nasz rodzimy uczony (trochę mag), mistrz Jan Twardowski. Nie wszyscy jednak wiedzą, że wiele lat później w jego ślady (już bez pomocy diabelskiej, za to z technologiczną) wyruszyła na Księżyc wyprawa, w której skład wchodził niewymieniony z imienia i nazwiska rodak. To on najdłużej ze wszystkich jej uczestników opierał się trudom księżycowej egzystencji, stając się kimś w rodzaju niańki nowego gatunku kosmicznego – rodu Księżyczan.

Unknown-2To, że Trylogia księżycowa Jerzego Żuławskiego nie jest dziełem powszechnie znanym, wynika  chyba z faktu, że literatura science-fiction długo nie była traktowana na równi z jej innymi gałęziami. Fakt istnienia dzieła kanonicznego wręcz dla gatunku, a zarazem powstałego ponad wiek temu, na długo przed książkami Stanisława Lema, jest z jednej strony zaskakujący, zaś z drugiej potwierdza intelektualny  i artystyczny potencjał twórców Młodej Polski.

Część pierwsza – Na srebrnym globie

Historia podboju Księżyca przez Ziemian. Podbój jest tu słowem dwuznacznym. Członkowie kilkuosobowej ekspedycji lądującej na Srebrnym Globie stają się jego więźniami. Droga powrotu nie istnieje. Gwiezdni podróżnicy wiedzieli o tym, ale wiedzieć o czymś, a tego doświadczyć, to zupełnie co innego. Być może ta część książki powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich ochotników rwących się z misją kolonizacji Marsa. Pomimo nieziemskich trudności, dotykających co krok tragedii, trójce wysłanników udaje się dotrzeć do niewidocznej z Ziemi części Księżyca, na której panują warunki umożliwiające życie. Na srebrnym globie to w dużej mierze literatura drogi, nietypowej, bo pozaziemskiej. Choć dzisiejsza wiedza o Księżycu pozwala uśmiechnąć się lekko nad wizjami snutymi przez autora, wystarczy dokonać prostego zabiegu – przemienić Księżyc w jakąkolwiek  mniej znaną planetę, i naraz okazuje się, że wydarzenia przedstawiane w książce nabierają rysów prawdopodobieństwa. Opisy dowodzą świetnej znajomości topografii, a zarazem przepełnione są niezwykle plastyczną urodą. Chyba najbardziej poruszające są wyznania niezmierzonej tęsknoty i nieprzeczuwanej kiedyś miłości do rodzinnego pyłku w kosmosie, zwanego Ziemią. Ta tęsknota jest tak prawdziwa, że przywodzi na myśl uczucia wygnańców, wspominających utraconą na zawsze ojczyznę. Podejrzewałem nawet, że autor zaznał losu zesłańca, ale byłem w błędzie. Choć może nie do końca; pisarz służący między innymi w Legionach Polskich zmarł w roku tysiąc dziewięćset piętnastym nie doczekując niepodległości kraju. Ale ta tęsknota i ta samotność ma też znaczenie bardziej uniwersalne; to los, ku któremu pielgrzymujemy wszyscy bez wyjątku.

Część druga – Zwycięzca

Po poetyckiej i metaforycznej części pierwszej, przenosimy się – niespodziewanie zgoła – w pełnokrwistą fantasy. Od misji kolonizacyjnej minęły wieki. Pomimo trudności, pionierom udało się położyć podwaliny pod księżycową cywilizację. Odnajdujemy ją w okresie zbliżonym do ziemskich czasów starożytnych. W niepokojącą mozaikę księżycowych ludzi, diabolicznych szernów – pierwotnych mieszkańców Księżyca (autor nie wspomina, czy do ich powstania przyczyniły się sztukmistrzowsko-genetyczne manipulacje mistrza Twardowskiego) i morców – wyklętych potomków szerno-ludzkich, trafia przybysz z Ziemi. To także nasz rodak, imieniem Marek. Brany przez miejscowych za nadczłowieka, a mówiąc ściślej – Boga, przeżywa wzlot i upadek, parabolę uwielbienia i nienawiści.

Zwycięzca to nie tylko kapitalny opis walk, obrony i podbojów, ludzkich namiętności, siły i głupoty, ale doskonałe studium socjologiczne. Kosmogonia, wiara i religia, spełnione, a potem rozsypujące się w proch, a pośród nich człowiek, który nie potrafi żyć bez iluzji, więc nawet jeśli będzie musiał przeczyć logice, zrobi to, aby ocalić sens istnienia. Przecież wszyscy znamy tęsknotę za lepszym światem, hołubimy w sobie nadzieję, że to, co tu i teraz, to tylko przygrywka do świetlanej nieskończoności, nasze cierpienia są walutą, za którą kupujemy nieśmiertelność. Zwycięzca jest również znakomitym szkicem o mechanizmach rządzących społeczeństwem, o politykach/graczach zawsze gotowych do żerowania na ludzkiej naturze, z jej dobrymi lecz głównie złymi stronami. I o ortodoksyjnych ideologach, tak święcie przekonanych o swych racjach, jak zagubionych w błędnej interpretacji faktów.

Część pierwsza była historią powstania księżycowej cywilizacji, a więc i księżycowej wiary. Stary Człowiek, przybysz, który przetrwał najdłużej, jest kimś na wzór Boga Ojca. Młody Ziemianin o imieniu Marek staje się dla miejscowych ziszczeniem mitu, odrodzonym Bogiem – nawiązania do przyjścia Chrystusa są tu zupełnie wyraźne. Podobnie jak i koniec obu postaci: Marek, głoszący prawdy zbyt dla zastanego świata radykalne, zginie śmiercią podobną męce Chrystusowej. I także w jego przypadku narodzi się mit zmartwychwstania. Nie przez przypadek pewne fragmenty Zwycięzcy wchodzą na nutę biblijną, bądź zgoła ewangeliczną.

Część trzecia – Stara Ziemia

Wracamy na starą dobrą Ziemię. Dobrą? Taką, jak zawsze. Jest to Ziemia przyszłości wobec piszącego; przywoływane w tomie Stany Zjednoczone Europy sytuują akcję gdzieś w okolicach naszych czasów. Trzecia część, to – po poemacie o ludzkiej samotności i środkowym ogniwie fantasy – literatura futurystyczna.

Jest to również rzecz o nieprzystawalności światów. Podczas gdy Marek Zwycięzca, typowy Ziemianin, brany jest na Księżycu za Boga omalże, Roda – księżyczański mędrzec, i jego utalentowany uczeń, Mataret są na Ziemi ledwie karzełkami do pokazywania na jarmarkach (przypomina się Guliwer). Ale niedługo. Roda, mędrzec pragmatyczny, który na swojej rodzinnej planecie głosił niemożliwość istnienia życia na Ziemi, szybko się do reguł owego życia przystosowuje, co z kolei Mataretowi – idealiście, przysparza nieprzezwyciężonych problemów. Ziemskim bohaterem tej części jest Jacek, uczony, dzięki któremu Marek dostał się na Księżyc. Obu łączyła niszcząca miłość do pięknej Azy, śpiewaczki i femme fatale, u której stóp łasi się cały niemal męski ród. Ona sama przeżywa fascynacje – kiedyś demonicznym skrzypkiem – teraz hinduistycznym świętym. Nyanantiloka próbuje odciągnąć Jacka od gwaru świata. Stany Zjednoczone Europy są kontynentem pozornej szczęśliwości. Ale pod jej powierzchnią pulsuje rewolucyjny nurt. Ta mieszanka jest dość wybuchowa; wybuchowa tym bardziej, że Jacek skonstruował broń mogącą obracać miasta w perzynę. Trwa wyścig o to, kto ją zdobędzie. Tym najsprytniejszym okazuje się Roda, a choć ani on, ani władze, którym ją przekazuje, nie wiedzą jak broń działa, sam fakt jej posiadania wystarczy do uśmierzenia społecznego buntu. Władze wyklinają naukowców, jako już niepotrzebnych ludzkości (jakaś daleki odblask platońskiej idei artystów wyklętych). Jacek i Nyanatiloka odchodzą w poszukiwaniu jedynie ważnych wartości duchowych. Aza, która nikomu nie daje szczęścia, sama też go nie zazna. Tylko Roda czerpie korzyści z nowej sytuacji – zostaje gubernatorem, ale jego uczeń z pogardą przyjmuje zdradę byłego mistrza. W dwóch zdaniach? Człowiek nie osiągnie szczęścia zawierzając sferze materialnej. Dobrobyt nie uspokaja ducha. Na przeszkodzie stoi nieustająca pogoń za polepszeniem swego losu. Brzmi całkiem aktualnie.

UnknownBezpośrednio po skończeniu książki postanowiłem obejrzeć nakręcony na jej podstawie film. Na srebrnym globie jest dziełem Andrzeja Żuławskiego – jeśli dobrze potrafię rozszyfrować rodzinne zależności – wujecznego wnuka pisarza. Po nakręceniu sporej części materiału produkcja filmu została przerwana. Powrót do jego realizacji po latach był praktycznie niemożliwy; nie zachowały się stroje, dekoracje, zerwanie ciągłości procesu twórczego stało się dla filmu wyrokiem. Sam autor (Żuławski-wywiad rzeka/Krytyka Polityczna) twierdzi, że produkcja filmu została wstrzymana nie z powodu nadmiernych kosztów („Na srebrnym globie to film robiony metodą chałupniczą. Nie ma w nim ani jednego tricku, ani jednego efektu specjalnego, nie ma nic, co by kosztowało krocie. Wszystko było wyrzezane kozikiem w gównie”). Właściwą przyczyną była niechęć ówczesnego ministra kultury i sztuki, który po obejrzeniu nakręconych fragmentów doszedł do wniosku, że jest to film „przeciwko ideologii, którą się rządzi PRL jako państwo i jako ustrój socjalistyczny. Że miało być za, miało być antyklerykalnie, a jest o wolności i jest o religii”.

Ocena filmu musi pozostać – tak, jak i sam film – niekompletna. Ekranizacja książki stawiała twórcom wymagania, którym – biorąc pod uwagę dzisiejsze rozumienie widowiska filmowego – zwłaszcza w PRL-u nie mogli podołać. Zamiast oszałamiającego rozmachem filmu otrzymaliśmy widowiskowy spektakl teatralny, kompilację Szajny z Hasiorem, obraz ekspresyjny, tekst zamglony, niczym bardzo późny Słowacki.

Pierwsza część wykazuje najwięcej spójności, jest rodzajem videoblogu, na którym jeden z przybyszów, późniejszy mityczny Stary Człowiek (Jerzy Trela) rejestruje księżycową rzeczywistość.

Marek Zwycięzca z części drugiej (Andrzej Seweryn) pląsa przed kadrem konwulsyjnie, wygłasza swoje kwestie zachłystując się słowami. Sceny ociekają seksem, przechodzą w orgię, by jeszcze potem nabrać wyrazu biblijnego okrucieństwa.

Część trzecia – z Azą i Jackiem – jest potraktowana epizodycznie, wtapia się w akcję księżycową.

Filmowi nie można odmówić pewnej plastycznej urody. To, że nie próbuje epatować nowoczesnością też zapiszmy na plus: byłby to pojedynek nie do wygrania. Dialogi, które są z pewnością dziełem reżysera, często wpadają w głębię prawd wieczystych (i nie do końca zrozumiałych), ale dwa zapadły mi w pamięć: jam jest ten, który wie wszystko, a nie rozumie niczego. A zwłaszcza kapitalne: wieczność jest stanem równoczesnego posiadania wszystkiego.

Dla wielu widzów film ma status kultowego, a dosłownie kilka dni temu jeden z portali filmowych uznał obraz Andrzeja Żuławskiego za najlepszą niehollywoodzką produkcję s-f w historii.

http://www.tasteofcinema.com/2015/the-15-best-non-hollywood-sci-fi-movies-of-all-time/2/

Archipelag Dziady

Posted in kultura, literatura, sztuka by hajton on 9 marca 2016

dziadyPonoć mężczyznom w pewnym wieku zdarzają się wypady na baby. Ja postanowiłem wybrać się na Dziady. Do Wrocławia, dwudziestego lutego AD 2016. Na pierwsze w historii wystawienie dzieła w całości i bez skrótów. Znalezienie się w odpowiednim miejscu i czasie może być kwestią przypadku. Ale może też być kwestią wyboru. Oto garść refleksji z tego niezwykłego wydarzenia.

Solidne śniadanie i intensywny spacer to minimum przygotowania do teatralnego maratonu. Wrocław tonie w słońcu. Im bliżej teatru tym bardziej materializuje się atmosfera niezwykłości. Może tworzy ją suma oczekiwań? Zbliża się południe. Kolejka do kasy, przed chwilą jeszcze przypominająca węża rodem z PRL-u, powoli się zmniejsza. Ostatni widzowie odbierają bilety. Wolnych miejsc nie ma od dawna. Atmosfera wyczekiwania przenosi się na salę główną. Daje się odczuć, że tu, w Teatrze Polskim dzieje się historia. Siadam w rzędzie siódmym, na miejscu czwartym; przez najbliższe pół doby ten fotel będzie mi kapsułą czasu, miejscem uniesień, małą kajutą na transatlantyku płynącym przez archipelag Dziadów.

Scena, ciemna, przyzywająca, jest blisko. Z jej obu boków duże ekrany, na czarnym tle biały napis Dziady.

Głos z taśmy odczytuje Artykuł 73 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej[…], a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Światło gaśnie, a ostry elektroniczny dźwięk niczym szczęk ostrza w ciemności rozpoczyna przedstawienie. Na ekranie pojawia się napis:

Dziady. Widowisko – Część I

Na środku sceny kanapa. Współczesna dziewczyna gasi świeczkę (lampę), wygłasza monolog w imieniu „niewinnych młodych czarodziejów” i zaczyna śnić…

…Ciemny las, uczestnicy obrządku przytwierdzają portrety przodków do pni drzew. Zapalają czerwone ogniki. Ten las, to nasz las. Tajemniczy i zaśmiecony. Łatwiej w nim znaleźć plastikową butelkę niż borowika. Las, który pociąga, ale do którego lepiej nie zapuszczać się po zmroku. Bo w nim strachy, upiory i młodzieńcy w tuningowanym maluchu, z którego dobiega ostre łupu-cupu. A potem w tym lesie Myśliwy, który napotyka Czarnego Myśliwego. Czarny Myśliwy skrywa mroczną tajemnicę. Skrywa ją… w dużym czarnym worku… Ku przerażeniu Myśliwego, z worka wydobywa się Upiór. Właśnie ma przemówić, wyjawić straszną tajemnicę: „Tutaj”… – zaczyna, a publiczności dreszcz biegnie po plecach – „…rękopis się urywa”.

Przerwa.

Już? Po paru minutach? W rzeczywistości minęła prawie godzina.

Pora na mandarynkę.

Gdy po kwadransie wracam na miejsce, dostrzegam ruch i zamieszanie. Grono podekscytowanych fanek najwyraźniej szykuje się do prośby o autograf. Jestem zaskoczony, ale przytomnie sprawdzam obecność długopisu w kieszeni marynarki. Nie sądziłem, że sława doścignie mnie w towarzystwie wieszcza. Nie dościgła. To poranny Myśliwy, popołudniowy Konrad i nocny Gustaw postanowił obejrzeć drugą część spektaklu, w której ani poeta, ani reżyser nie znaleźli dlań zatrudnienia. Czystym przypadkiem siadł na sąsiednim fotelu. Z urojonego autografodawcy staję się rzeczywistym autografobiorcą.

Ciemność. Dźwięk. Cisza.

Wiersz Upiór i Dziadów część II

Informacje o Upiorze (tym z czarnego worka, chyba) podane są w formie protokołu, odczytanego przez policjantkę koledze, który trochę tylko dziwi się językowi znacznie odbiegającemu od służbowych standardów (ten zabawny sposób podawania tekstu powróci w całej pełni w Ustępie części III). Mroczny wiersz jest dobrym wprowadzeniem w rytuał dziadów, który zacznie się za moment. Stajemy się uczestnikami wydarzenia łączącego atmosferę seansu spirytystycznego i andrzejkowego wieczoru.

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?”

Będą słowa usłyszane w szkolnej ławie i nigdy do końca nie zapomniane… Będzie ludowa wykładnia zależności między żywotem ziemskim a pośmiertnym.

„Kto nie doznał goryczy ni razu,  ten nie dozna słodyczy w niebie.”

O dzieciach chowanych w przesycie.

„Kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże.”

O złym dziedzicu.

„Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.”

O płochej Zosi.

Na koniec pojawia się jeszcze jedna mara, straszniejsza od innych, milcząca.

„Przebóg! Cóż to za szkarada? Nie odchodzi i nie gada!”

Mara nie reaguje.

„Gdy gardzisz mszą i pierogiem, idźże sobie z Panem Bogiem” –

mówi Guślarz, oburzony wzgardą wobec najwyższych dóbr duchowych i materialnych (ciekawe z czym był pieróg, skoro mara nim wzgardziła?).

Wydaje się, że szkarada jest duchem nieszczęśliwego kochanka, trupem z czarnego worka, upiorem z policyjnego raportu, późniejszym Gustawem. Ale zostawmy ją/go na razie, a wróćmy do Zosi, pełnej uroku nawet po śmierci.

„Na głowie ma kraśny wianek,  w ręku zielony badylek,

A przed nią bieży baranek, a nad nią leci motylek.”

Poeta pozwala również zwierzętom wychynąć z zaświatów, co świadczy, że nie pozbawia ich duszy. A może także wierzy w dusz wędrówkę? Scena z części IV, rój motyli i ciem, w które przemienione zostają ludzkie za życia postacie, zdaje się na to wskazywać. Czy zresztą cała ta – między ziemią a niebem rozpięta – pokuta niedookreślonych czasem dusz nie jest przyczynkiem do teorii reinkarnacji, do stopniowego wznoszenia się ku nirwanie, zespoleniu z boską doskonałością?

Jest i śmiesznie (Zosia huśtająca się na aż nazbyt widocznej linie, łapczywie paląca papierosa podanego jej przez jednego z niedoszłych kochanków, żałującą, że za życia nie zaznała trochę więcej… życia, kapitalny choć upiorny baranek wtórujący jej w śpiewie), i strasznie (kościotrupie ptaszydła dziobiące niemiłosiernie dziedzica, który zasłynął tym, że nie był człowiekiem ni razu; świetne, ekspresyjne lalki zwierząt). Uczestników ceremoniału widzimy w zbliżeniach dzięki obrazowi z kamery noktowizyjnej. Swojski ten ludek. Swojskie twarze i miny, swojskie ubrania i reakcje…

Koniec. Przerwa. Obiad!

Tłumy okupują okoliczne knajpki. Teatr Polski zadbał również o stronę kulinarną przedsięwzięcia. W ramach akcji „Nakarm Dziady” każdy widz otrzymał voucher uprawniający do zniżki w pobliskich lokalach. Przesmaczny falafel z frytkami i surówką powinien dostarczyć mi energii na pięciogodzinne teatralne danie główne.

Dziadów część III

W przytoczonym w programie fragmencie korespondencji między Michałem Zadarą a profesor Marią Prussak, ta ostatnia zwraca uwagę, że zgodnie z didaskaliami Mickiewicza, uwięzieni polscy patrioci mieli na sobie… szlafroki. W innym z listów reżyser dopytuje się, czy istnieją jakieś informacje mogące świadczyć, że Mickiewicz miał do czynienia z narkotykami, bowiem Wielka Improwizacja Konrada jako żywo przypomina „chemiczno-metafizyczną podróż”. Ostatecznie bohaterowie sceniczni nie są upupieni strojem nieprzystającym do narodowego cierpienia, zaś zarówno improwizacja Konrada jak i wizja księdza Piotra są podsycane za pomocą bardziej dostępnych i tradycyjnych środków (alkohol). Ta próba ziemskiego spojrzenia na pomnikowe postacie i sytuacje odbywa się wszakże bez „tłuczenia szkła”. Otrzymujemy całość w kostiumie historycznym, z malowanymi dekoracjami wykorzystującymi sztuczną perspektywę. Wielka Improwizacja Konrada zaczyna się jednak nietypowo. Bohater oddaje mocz do stojącego w kącie nocnika. („No i dobrze, a gdzie miał oddać?!” – usłyszę w przerwie fragment zapalczywej dyskusji. I przypomni mi się nagle sentencja oskarżenia przeciw jednemu z moich dawnych znajomych: „W dniu takim a takim, w mieście takim a takim, ob. taki a taki oddał mocz na ścianę komisariatu MO.” Moment proustowski omalże). Stale obecne w tej części dzieła napięcie między realnym a metafizycznym zaczyna się więc w sposób nader przyziemny, by nie rzec fizjologiczny. Zresztą Konrad zachowuje się niczym uczestnik programu Big Brother, jak gwiazda rocka, irytująco rozpieszczona, nienasycona w podbijaniu ludzkich wyobraźni,  marząca o „rządzie dusz”. Jego elektronicznie przetwarzany głos stwarza dźwiękową ilustrację artystycznych tęsknot, zżerającej go ambicji, „gwiazd sięgania”. Konrad porusza, ale nie budzi sympatii. Nie jest charyzmatycznym wybrańcem narodu. Jest narcystyczną osobowością, którą rządzi rozbuchane ego. Kto inny powiedziałby: „Nazywam się Milijon, bo za milijony kocham i cierpię katusze”? To słowa pychy doprowadzonej do ostateczności. Konrad nie jest człowiekiem prowokującym Boga, aby przekonać się o Jego istnieniu. On chce Boga poniżyć. To szatan przemawia ustami bohatera. Sekundują mu diabły i anioły w kostiumach zwykłych ludzi, zainteresowane, kto wyjdzie z pojedynku zwycięsko. Konrad jest opętany. Padnie jak rażony gromem dopiero w chwili gdy wykrzyczy największe bluźnierstwo przeciwko Bogu, nazywając Go carem ludzkości. Na szczęście w pobliżu jest ksiądz Piotr. On wie z jakim przeciwnikiem ma do czynienia. Nie obejdzie się bez egzorcyzmów. Ksiądz Piotr „widzi” także pod wpływem alkoholu. A może tylko alkoholem uśmierza wizje, które przerastają siły normalnego człowieka?

W przerwie espresso z sernikiem. Obok mnie młoda para, ich dorodne sylwetki świadczą, że nieobce są im uroki stołu. Chłopakowi zabłysło oko na widok mojego sernika. Uśmiecha się marzycielsko i mówi: „Jakie wspaniałe ciastko! Wygląda jak piękna kobieta na talerzu…”. Oto, jakie skutki przynosi obcowanie ze słowem wieszcza.

Więzienni towarzysze Konrada wzbudzają sympatię i współczucie. Choć śpiewając: „zemsta, zemsta, zemsta na wroga z Bogiem a choćby mimo Boga” – również grozę. Salon warszawski jest podzielony, jakżeby inaczej. Nowosilcow oburza i budzi gniew (ale wiemy co go czeka, on sam już to przeczuwa, dlatego, jak Piłat, na wszelki wypadek nie pobrudzi sobie rąk skazaniem księdza Piotra, którego boi się, skrywanym lecz panicznym strachem). Bal u senatora, zgodnie z sugestiami Mickiewicza przekształca się w rodzaj śpiewogry, efektownego lecz przewrotnego finału. Konrad i ksiądz Piotr miną się jeszcze, ale nie zdążą już porozmawiać. „Każdy w swoją drogę” – krzyknie żołnierz. Dla Konrada będzie to droga w głąb Rosji, na zesłanie.

Przerwa kolacyjna.

Wziąwszy pod uwagę, że dzisiaj spalam głównie kalorie emocjonalne, nie należy się przejadać. Bułka wieloziarnista z serem i warzywami, do tego herbata, dostarczą mi energii na kolejne godziny. Świat zewnętrzny w międzyczasie okrył się mrokiem, aż dziwne, jaką siłę ma świat wykreowany. Cieszę się z przerwy, ale jeszcze bardziej cieszę się, że to jeszcze nie koniec, że do końca daleko. Publiczność już się rozpoznaje. Jak pasażerowie transatlantyku, którzy spędzili ze sobą wiele dni.

Dziadów części III Ustęp

W pewnym sensie napięcie sięga zenitu, bowiem następująca teraz część (w odróżnieniu od poprzednich i ostatniej, które miały swoje premiery na przestrzeni ostatnich dwóch lat) jest premierą absolutną.

Początek niczym kontynuacja historii Konrada. Pierwszy z poematów nosi tytuł Droga do Rosji.

Poematów? Otóż, w tym rzecz. Jak tekst poetycki – ale nie teatralny – zainscenizować w sposób (z)nośny dla widza?

Scena (konsekwentnie, żadnych kurtyn) przypomina tym razem skrzyżowanie pracowni szkolnej z salą prób zespołu muzycznego. Przestrzeń jest zastawiona stołami (na nich lampy), pulpitami, instrumentami… Jak aktorzy będą się poruszać w tym mateczniku? A może poruszać się nie będą? Tylna ściana sceny jest żywą tapetą utworzoną z obrazu z sześciu kamer pokazujących zawartość stolików. Za chwilę wszystko się wyjaśnia. Aktorzy zasiadają przy instrumentach (nie tylko zasiadają, grają na nich i to z powodzeniem!) i stołach, na których znajdują się zdjęcia, figurki, cukier lub sól imitujące śnieg, a wszystko – poruszane zgrabnymi rękami – będzie rodzajem animowanej ilustracji do wygłaszanych poematów. Mamy więc warstwę tekstową, muzyczną (rodzaj jam session), plastyczną, ale również – tak, tak – aktorską! Pomysłowość reżysera znalazła tu szczególne pole do popisu. Przyjmując – słuszne – założenie, że (zwłaszcza po eksplozjach części III i przed paroksyzmami IV) poetycki, ale mało teatralny w wymiarze tekst, może widzów znużyć, reżyser wymościł go drugim dnem. Są nim mini-etiudy aktorów-muzyków, którzy przyjmując na swoje barki ciężar znudzenia – a właściwie odgrywając to umiejętnie – zdejmują go z naszych. I nagle niemożliwe staje się realne: nie tylko nie tracimy nic z mickiewiczowskich fraz i sensów, nie tylko zachwycamy się plastycznością, siłą i urodą języka, ale dodatkowo świetnie się bawimy. Muzycy tracący cierpliwość w trakcie przydługich tyrad kolegów, opuszczający w śmiertelnej desperacji scenę, zasypiający przy instrumentach, a nawet na nich (nie do przebicia jest tu perkusista, zasypiacz idealny)… Do tego muzyka, nieinwazyjna, transowo/jazzowa, milknąca kiedy opisywane sceny nabierają dramatyzmu czy tragizmu wręcz. Muzycy w mgnieniu oka muszą przedzierzgać się w aktorów lub odwrotnie. I robią to ze sprawnością godną podziwu.

Sześć poematów opisuje różne aspekty carskiej Rosji. Prawdopodobnie były to szkice do dalszego ciągu akcji dramatycznej, która nigdy jednak nie powstała (chyba że sensacyjnie odnajdzie się kiedyś w jakiś zapomnianych archiwach). Tę część kończy List do przyjaciół Moskali.  Ten list, to zdjęcie zbiorowej rosyjskiej odpowiedzialności za cierpienia naszego kraju. Znamienne, że tak – ze zrozumiałych względów – wymierzony w carską Rosję utwór kończy się symbolicznym wyciągnięciem dłoni w pojednawczym geście.

Kolejna przerwa. Banan, woda, herbatniki.

Objaśnienia

Próbę scenicznego przedstawienia Objaśnień można by uznać za reżyserską nadgorliwość. Objaśnienia nadają się do czytania przecież! Równie abstrakcyjnym pomysłem byłoby inscenizowanie didaskaliów. Ale jak całość, to całość! Raz jeszcze obejrzymy niektóre z wcześniejszych scen, te, które twórca postanowił dodatkowo skomentować. Po kilku sekundach akcja zamiera, jak za dotknięciem pauzy na telewizyjnym pilocie, a na scenie pojawia się objaśniająca aktorka. Prawie na samym początku zawiodła technika: na widowni zapaliło się światło, zaś ekrany rozkwitły informacjami ściśle technicznymi.

„Zacznijmy jeszcze raz!” – zakrzyknął reżyser, co publiczność nagrodziła owacyjką. „Kapitan jest na pokładzie!…” – usłyszałem sceniczny szept któregoś z widzów. Za chwilę widowisko rozpoczęło się od nowa. Krótkie scenki przedzielane są jeszcze krótszymi zaciemnieniami, w trakcie których aktorzy (jak oni to robią ciemnościach?!) odnajdują kolejne ustawienia. Wszystko toczy się szybko, ta część, niczym dopełnienie Ustępu jest formą wspólnej zabawy, w którą publiczność z ochotą daje się wciągnąć. A przecież również tutaj teksty mają swoją wagę. Jedno z objaśnień rzuca więcej światła na panujące wówczas w Rosji przekonania: „To pewna, iż Nowosilcow często powtarzał: „Nie będzie pokoju, póki nie zaprowadzimy w Europie takiego porządku, iżby nasz feldjeger mógł też same rozkazy w Wilnie, w Paryżu i w Stambule z tąż samą łatwością wykonywać””. I jeszcze: „Jenerał rosyjski równy jest co do stopnia królowi i mógłby nosić ten tytuł, jeżeliby taka była wola cesarska – Ob. pamiętniki jenerała Rapp.”

Ostatnia przerwa (espresso, już tylko espresso). Jest dobrze po północy, kawa leje się gęsto, wszak nie widać, aby ktoś był znużony. Ilość widzów z pewnością się nie zmniejsza. Ten i ów kupuje elipsoidalną pizzę, w pizzobusie parkującym u stóp teatru.

Dziadów część IV

Nasz Upiór sprzed południa (jeśli to on), nie tylko odzyskuje zdolność mówienia, ale staje się bardzo wymowny. To wychowany na romantycznej literaturze kochanek, niestety, kochanek zawiedziony, wręcz – powtórzę z uporem – upiór kochanka, dochodzący do jedynie słusznego (z jego punktu widzenia) wniosku, że kobieta jest „puchem marnym”. Pustelnik Gustaw jest upiorem bardzo energetycznym, performerem co się zowie. W obecności księdza i dwójki jego dzieci (ksiądz greckokatolicki, potomstwo dozwolone) dzieli się przemyśleniami na tematy różne. Jak sam mówi: „życie moje ścisnąłem  w krótkie trzy godziny”.

Apelując o przywrócenie – pogańskiego, więc wyklętego – rytuału dziadów, rzecze:

„Większym jest ciężarem łza jednego sługi, którą szczerze wyleje nad tobą u zgonu, niż kłamliwe po drukach rozgłaszana żale.”

Odnosząc się do tajemnej łączności świata żywych i umarłych, mówi:

„Gdyby z twych oczu ziemskie odpadło nakrycie, obaczyłbyś niejedno wkoło siebie życie.”

Tak złożona osobowość (Upiór, Pustelnik, Konrad, Gustaw) musi w końcu zgrzeszyć brakiem konsekwencji. Bo choć:

„Kto nie zna miłości ten żyje szczęśliwy”,

to przecież:

„Słuchajmy i zważmy u siebie, że według bożego rozkazu:

Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu.”

Tak kończy się dramat. Ale co to? Wszystko się rozwiewa, na scenie kanapa, na niej współczesna dziewczyna, ta sama, z którą wyruszaliśmy w podróż. Więc to był sen tylko? Już mija, już się rozwiewa, budzimy się z cudownego letargu…

Na scenie raz jeszcze pojawia się tłum postaci, które przewinęły się przed naszymi oczami przez ostatnie kilkanaście godzin. Świetne aktorsko dzieci, aktorzy-muzycy, postacie kobiece i męskie, odtwórcy podwójnych ról: Nowosilcow – Ksiądz, Guślarz – Ksiądz Piotr, oraz ten, który musiał unieść na swoich barkach najwięcej: Gustaw – Konrad. Zastępy pracowników technicznych, choć niewidocznych, to przecież odpowiedzialnych za bezbłędny przebieg spektaklu. Wszyscy mają swój udział w dzisiejszym wydarzeniu, a wszyscy – było to widać gołym okiem (bez szkiełka) – uczestniczyli w nim całym sercem. W końcu reżyser, który podjął się niemożliwego. Podchodząc z pietyzmem do każdego słowa wieszcza zrealizował spektakl na wskroś autorski. I dyrektor teatru, który w niemożliwe uwierzył. „Myślę, że trzeba bardzo szeroko rozumieć: patriotyzm, polskość, narodowość. Nie można z tego robić oręża przeciw drugiemu człowiekowi. To ma być pole do dyskusji a nie do walki” – brzmią (jakże aktualnie)  jego słowa przytoczone w programie.

Wniebowzięta publiczność wielominutowym entuzjastycznym aplauzem nagradza twórców i wykonawców spektaklu. Ci rewanżują się, bijąc brawo widowni i obrzucając ją kwiatami. Gdy opuszczam teatr zegar pokazuje godzinę drugą trzydzieści cztery nad ranem.

Na zwieńczenie tego niezwykłego dnia, zanim ogrom przeżyć zwali mnie z nóg lub wręcz przeciwnie, każe brodzić między snem a jawą, wypiję zimne piwo.

Dlaczego na prapremierę całości dzieła trzeba było czekać – bagatela – dwa wieki? W eseju Teatr na drodze przez matecznik Dziady (ebook Teatra polskie historie) Dariusz Kosiński pisze: „Części II i IV istniały wcześniej niż część III, ale zarazem logika numeryczna wskazuje, że należy nad tym faktem przejść do porządku dziennego i przyjąć układ niechronologiczny. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie inscenizator, zawsze będzie ona w sprzeczności z wewnętrznie niespójną decyzją Mickiewicza.” Autor zaznacza przynależność Dziadów do: „1) narodowego teatru metafizycznego, 2) teatru wspólnoty, 3) teatru przemiany, 4) teatru rytualnego, 5) teatru śmierci, 6) teatru muzyczności, 7) teatru rapsodycznego, 8) teatru politycznego”.

Nasuwa się pytanie: czy ta wielość jest chaosem, czy Dziady pozostały nigdy nie ukończonym projektem, który dopiero w pełnej wersji miał rozstrzygnąć wszystkie obecne w nim, jawne i niejawne wątpliwości? Jaka siła tkwi w tekście, który wydaje się poszarpany, tajemniczy i momentami trudno zrozumiały? Czy jest to ułomne arcydzieło, które w braku kompletnych spełnia rolę narodowej świętości?

A przecież wiemy, że Mickiewicz potrafił być konsekwentny i misterny aż do najdrobniejszego szczegółu, że w sposób mistrzowski panował nad formą i wypełniał ją do ostatnich granic, czego przykładem jest choćby Pan Tadeusz. Więc może chodziło jednak o coś innego? O pozostawienie przyszłym pokoleniom przesłania zapładniającego umysł i wyobraźnię, dającego się odczytywać ciągle na nowo? „Istnieje całkiem niemała szansa, że w Dziadach wciąż pozostają do odkrycia projekty, o których po prostu nam się nie śniło” – pisze jakby na potwierdzenie Dariusz Kosiński.

Przytoczmy teraz słowa samego poety (fragment Lekcyi XVI Wykładów o literaturze słowiańskiej, wygłoszonej 4 kwietnia 1843 roku w Paryżu).

„Żeby więc utworzyć dramat, któryby przez całą Słowiańszczyznę[…]mógł być uznany za swój własny, narodowy, trzeba przebiedz cały rozmiar poezyi, od piosnki aż do epopei, dotknąć najżywotniejszych uczuć i pojęć, brząknąć jednym ciągiem po wszystkich różnogłośnych strunach, odzywających się w piersi Słowianina. Takiego dramatu dotychczas jeszcze nie masz.”

Po tym wszystkim, co już teraz wiem o Dziadach, ostatniemu zdaniu poety ze spokojem mogę nadać czas przeszły.

Dziady dzisiaj to nasza łączność z pokoleniami minionymi, łączność przyszłych pokoleń z nami. Prócz tej pionowej, w trakcie spektaklu odczuwalna była jeszcze inna, pozioma. Doszło do zatarcia granic między sceną a widownią. Pojawiło się poczucie wspólnoty, dumy wynikającej z przynależności do kultury języka polskiego. Wyobraziłem sobie nagle, że na widowni siedzi Adam Mickiewicz. Na początku jest w szoku, potem się już tylko dziwi, a w końcu przyznaje: „No tak, to są moje słowa, słowo w słowo, daję słowo…”

Teraz, gdy mój statek oddalił się już nieco od archipelagu Dziady, oglądam się za siebie i widzę go właśnie jak piękną i tajemniczą wyspę. I taki powidok, zamkniętej, doskonałej i utęsknionej całości uniosę ze sobą.

Pan Hrabal i zwierzęta

Posted in literatura by hajton on 23 stycznia 2016

Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że błyskotliwą wypowiedzią wzbudziliście zdumienie w rozmówcy, który – oniemiały – pytał z podziwem: „Ale skąd to wiesz?!” albo „Jak na to wpadłeś?!”.

Jeśli na tak zadane pytanie nie odpowiemy równie błyskotliwie, nasz mit człowieka obdarzonego tajemną wiedzą pryska w mgnieniu oka. Na szczęście z pomocą przychodzi nam tu bohater książki Bohumila Hrabala, który w podobnej sytuacji ripostuje: „Obsługiwałem abisyńskiego cesarza”. Nieważne czy rozmówca uwierzył czy nie; siła argumentu jest tyle niestandardowa, co miażdżąca, tylko kiep by się jej przeciwstawił. Skąd taka mądrość u czeskiego kelnera? Jest to mądrość przez zapożyczenie: kelner Jan Hredeczke przejął ją od swojego mistrza, oberkelnera Skowronka, który z kolei obsługiwał angielskiego króla. Gdzie jednak leży siła tych – na pozór – wyssanych z palca argumentów? Otóż leży ona w prawdzie, bowiem zarówno jeden jak i drugi nie kłamał mówiąc o usługiwaniu możnym tego świata. I choć nie wszyscy jesteśmy kelnerami, z pewnością każdy z nas posiada w życiorysie zdarzenie, którego przewyższa chwałą inne. Grunt to wybrać to unikalne i posiadające podobną wielkość, co monteveresty panów Skowronka i Hredeczke.

Przychodzi mi do głowy parę przykładów, ale ich Wam oszczędzę, bo każdy ma swoje. Zwłaszcza, że miało być o zwierzętach.

Pierwsza część przeżyć zwierzęcych przeżyć pana Jana Hredeczke jest wyłącznie kulinarna. W głównej roli występuje tu wielbłąd, zaszlachtowany przez abisyńskich kucharzy przed hotelem Paryż (w Pradze, rzecz jasna). Ten wielbłąd został nafaszerowany dwiema antylopami, które nafaszerowane były indykami, wypełnionymi z kolei rybami, w których znajdowały się gotowane jajka. A wszystko zasypywane egzotycznymi przyprawami przywożonymi na taczkach.

Potrawa wzbudziła zachwyt. Radca rządowy (znany smakosz) tak był wstrząśnięty daniem, że wstał i zaczął krzyczeć. Inny łasuch (emerytowany generał) wydawał z siebie „błogie kwilenie, rosnące w kadencji z każdym nowym kęsem”. W końcu zakwilił tak, „że nawet czarni kucharze zrozumieli, o co chodzi, i zawołali radośnie: „Jes, jes, samba, jes.””.

Ale przejdźmy do żywych zwierząt. Po wojnie bohater trafia do obozu dla bogaczy. Oto scena, jaka mu się przydarza:

„Popędziłem przed siebie, zasłaniając rękami twarz i głowę, ale gołębie leciały za mną. Przewróciłem się, gołębie polatywały wokół, a potem mnie obsiadły. Usiadłem i ja i zobaczyłem wtedy, że te otaczające mnie gołąbki łaszą się, a ja jestem dla nich życiodajnym Bogiem. I spojrzałam wstecz na swoje życie, i teraz widziałem siebie otoczonego przez Bożych posłańców, gołębie i gołębice, jakbym był jakimś świętym, wybrańcem niebios, więc podczas gdy inni śmiali się ze mnie – słyszałem śmiech, krzyk i docinki – ja byłem przejęty posłannictwem gołębi, i wtedy uwierzyłem, że znów niewiarygodne faktem się stało i że nawet gdybym miał dziesięć milionów i trzy hotele, te pieszczoty i pocałunki dzióbków gołębi i gołębic są znakiem niebios, które sobie mnie upodobały, tak jak to widziałem na obrazach ołtarzy i malowidłach towarzyszących drodze krzyżowej, którą chadzaliśmy do swoich cel.”

Jeszcze później, były kelner, hotelarz i milioner trafia na leśne odludzie, gdzie ciężką pracą ma odpokutować swoje dawniejsze przewiny. Jego jedynymi towarzyszami stają się: konik, koza, wilczur i kotka. Po tygodniach, miesiącach samotności, Jan postanawia odwiedzić znajomą dziewczynę.

„Taka mnie za nią zżerała tęsknota, że spakowałem, co najpotrzebniejsze, i jeszcze przed brzaskiem ruszyłem do wsi. Czekałem tam na autobus i kiedy przyjechał, a ja stawiałem już nogę na pierwszym stopniu, wtedy zobaczyłem jak od strony mojej drogi biegnie konik, za nim pies, a na końcu dyrdała koza… Przytruchtały te zwierzęta i popatrzyły na mnie z niemą prośbą, żebym ich tam nie zostawiał. Obstąpiły mnie, a jak zjawiła się jeszcze ta dzika kotka i wskoczyła na ławkę, gdzie ustawia się bańki z mlekiem, pozwoliłem autobusowi pojechać beze mnie i wróciłem ze zwierzętami, które od tej pory oczu ze mnie nie spuszczały, za to starały się mnie jakoś rozweselić.”

Bohumil Hrabal zakończył ziemski żywot wypadając z okna na piątym piętrze praskiego szpitala, w trakcie karmienia gołębi.

Cytaty: Bohumil Hrabal, Obsługiwałem angielskiego króla (PIW 1990, tłumaczenie: Jan Stachowski)

Ciemna strona Księżyca

Posted in felieton literacki, literatura by hajton on 17 października 2015

Moon_Farside_LROCzy Polacy żyją na Księżycu? Czy diabeł jest Polakiem? Czy Hamlet spędzał wakacje na Helu? Odpowiedzi na tego rodzaju pytania przynosi literatura, i to literatura najwyższych – nawet księżycowych – lotów. Dowiadujemy się na przykład, że protoplastą rodu Księżyczan był nasz rodak, Jan Korecki. Co prawda, to nie on dał początek populacji Selenitów w sensie biologicznym, ale w roli opiekuna i przewodnika pierwszego pokolenia zapisał się w księżycowej kosmogonii, jako Stary Człowiek – Stwórca, Bóstwo – na którego ponowne przyjście Księżyczanie czekają przez wieki. Przybyły na Księżyc stulecia później kolejny z naszych pobratymców, Marek zwany Zwycięzcą, ze zdumieniem odkryje, że lud tu zamieszkały posługuje się językiem zakorzenionym w polszczyźnie.

Jeśli ktoś kręci nosem na przykład rodzimego pisarza (Jerzy Żuławski – Trylogia księżycowa) zaludniającego Księżyc rodakami, niech przeczyta poniższy cytat:

„Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Lat na oko miał ponad czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga. Słowem – cudzoziemiec(…) Niemiec… – pomyślał Berlioz. Anglik… – pomyślał Bezdomny(…) Nie, to raczej Francuz… – pomyślał Berlioz. Polak – pomyślał Bezdomny.”

O kim mowa? O Wolandzie oczywiście, jednym z najsłynniejszych biesów w historii literatury. W przytoczonym fragmencie rozmówcy jednym tchem zestawiają nas z trzema europejskimi nacjami, z którymi tak bardzo sami lubimy się porównywać. Jak to dobrze, że ktoś docenił naszego diabła! A co? Czego brakuje Borucie, Rokicie, Smętkowi lub Dusiołkowi? W czymże gorszy miałby być od czartów angielskich, francuskich, o niemieckich już nie wspominając? Zaprawdę, doceńmy klasę autora! Co prawda urok, jaki diabeł rzuca na moskiewskich literatów nie trwa długo:

„Panowie jesteście ateistami? – Tak, jesteśmy ateistami – uśmiechając się odpowiedział Berlioz, a Bezdomny rozeźlił się i pomyślał: „Ale się przyczepił, zagraniczny osioł!””, należy jednak przypuszczać, że pisząc „zagraniczny osioł” Bułhakow miał na myśli wyłącznie diabła angielskiego, francuskiego lub niemieckiego.

(Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata – tłum. Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski)

Ale i to nie wszystko! Przypatrzmy się następnemu dialogowi:

HAMLET

Czyje to wojska, rotmistrzu?

ROTMISTRZ

Norweskie.

HAMLET

Gdzie one idą?

ROTMISTRZ

Ku granicom Polski.

HAMLET

Kto ma nad nimi dowództwo?

ROTMISTRZ

Synowiec

Starego króla, Fortynbras.

HAMLET

Czy pochód

Ich ma na celu podbój całej Polski

Lub pewnej części tylko?

ROTMISTRZ

Prawdę mówiąc

I bez dodatków, idziemy zagarnąć

Marny kęs ziemi, z którego krom sławy

Żaden nam inny nie przyjdzie pożytek.

Za parę mendli dukatów nie chciałbym

Wziąć go w dzierżawę, i pewnie by więcej

Nie przyniósł ani nam, ani Polakom,

Gdyby był w czynsz puszczony.

HAMLET

W takim razie

Polacy pewnie bronić go nie będą.

ROTMISTRZ

Już tam są ze swym wojskiem.

HAMLET

Warto–ż tracić

Parę tysięcy dusz i dziesięć razy

Tyle dukatów za taki psi ogon?

(Wiliam Szekspir – Hamlet – tłum. Józef Paszkowski)

Sensacja! Dramaturg wszechczasów znał nie tylko nasz charakter narodowy, ale również geografię, bo czymże innym jak nie Półwyspem Helskim miałby być ów „psi ogon”?

No dobrze, powściągnijmy emocje. Czegóż ci literaci nie wymyślą! Czy słyszał kto kiedy o konflikcie polsko-norweskim? Jaki jest sens mówienia o narodowości diabła, skoro jego istnienie tak wielu kwestionuje? I w końcu – cóż to za księżycowe bzdury? Ludzie na Księżycu? Byli. Tylko że Amerykanie. W dodatku pobyli chwilę i polecieli w drogę powrotną.

A jednak… Trudno dać nam wiarę rzeczom i zjawiskom na pozór oczywistym. Tym więcej wątpliwości muszą budzić te oddalone w czasie i przestrzeni. Nie tylko Srebrny Glob ma swoją ciemną stronę.

Prócz tego, czy nie pora już zastąpić nieco zużyte cytaty, takie jak: „Rękopisy nie płoną” lub „Być albo nie być, oto jest pytanie” czymś świeższym? Na przykład: „Jedno oko czarne, drugie zielone. Słowem – cudzoziemiec”. Albo: „Polacy bronić go nie będą? Już tam są ze swym wojskiem”. Czy wręcz pokusić się o zgrabną syntezę w formie przysłowia: „Gdyby diabeł był Polakiem, wysłałby norweskie wojska na Księżyc”.

Jądro ciemności

Posted in książki, literatura by hajton on 18 lipca 2015

7053688.3Czytając tę książkę (ściągniętą na kindle’a z bookini.pl) miałem wrażenie, że nie jest mi obca, będąc zarazem pewnym, że nigdy wcześniej nie miałem jej w ręku. W zmroku zapadającym nad Tamizą, marynarz Charlie Marlowe snuje gawędę o rejsie odbytym kiedyś afrykańską rzeką. O podróży do serca Czarnego Lądu i najmroczniejszej strony człowieka.

Inspiracją dla autora stała się jego własna eskapada przez tereny Wolnego Państwa Kongo, będącego na przełomie XIX i XX wieku prywatną własnością[!] ówczesnego króla Belgów, Leopolda II.

W zetknięciu z „dziczą”, którą Joseph Conrad rozumie tu jako pierwotną naturę, u przybyszy z Europy nienaruszona pozostaje wyłącznie zewnętrzna warstwa cywilizacyjna. Mówiąc konkretnie, ubiór. Znajdują się na terenie, na którym obowiązują reguły, jakie sami ustalą. Zasadą najważniejszą jest… kość słoniowa, afrykańskie złoto, na którym wielu próbuje dorobić się fortuny.

To zadufanie we własną potęgę i bezkarność, solidnie osadzone w poczucie misji i wyższości kulturowej, prowadzi Europejczyków na manowce. Skrajnym przykładem jest tu niejaki Kurtz (Matka jego była na wpół Angielką, ojciec – na wpół Francuzem, cała Europa złożyła się na Kurtza), który z wrażliwego intelektualisty przeistacza się w krwiożerczą bestię, przyznającą samej sobie atrybuty boskości.

Szacuje się, że w wyniku działań „spółek handlowych” w dorzeczu Kongo śmierć poniosło około dziesięciu milionów[!] ludzi…

„Jądro ciemności” było próbą naświetlenia istoty kolonializmu. Dla nas, ludzi czytających książkę ponad sto lat później, brzmi również jak ostrzeżenie, które autor wystosował do świata (rzekomo) cywilizowanego u progu XX wieku. Ostrzeżenie, które nie zostało wysłuchane. Historia ludobójstw dokonywanych w imię tak zwanego „postępu cywilizacyjnego” nigdy szczególnie nie interesowała społeczeństw, które z takich ludobójstw czerpały korzyści. Czego nie widzimy, tego nie ma. Nikt nie dopuszczał myśli, że zmierzch człowieczeństwa może nastąpić także w Europie.

Kilkadziesiąt lat później, już po doświadczeniach obu wojen światowych, Marek Hłasko pisał w „Pięknych dwudziestoletnich”: Istnieją warunki, w których każdy człowiek zdolny jest do uczynienia każdej rzeczy w stosunku do innego człowieka.

Pod koniec lektury nie miałem już wątpliwości: książka Conrada stała się kanwą filmu Francisa Forda Coppoli, „Czas apokalipsy”. Reżyser przeniósł akcję do ogarniętego wojną Wietnamu, co samo w sobie nie jest szokujące. „Jądro ciemności” mogłoby dziać się – i dzieje się – w każdych czasach i pod każdą szerokością geograficzną. Conradowskie ostrzeżenie, tak lakonicznie skonkludowane przez Hłaskę jest – i pozostanie – aktualne. Negując je przybliżamy się do bieguna mroku obecnego w każdym z nas.

Jeszcze kilka cytatów, celnych i nośnych, a pod koniec także… smakowitych…

  • Dalibóg, coś w tym jest jednak, że jednemu świat pozwala ukraść konia, a drugiemu nie wolno nawet spojrzeć na postronek.
  • Żyjemy tak, jak śnimy – samotni…
  • Dusza ludzka jest zdolna do wszystkiego – ponieważ zawiera w sobie wszystko, zarówno przeszłość, jak przyszłość.
  • Twierdzę, iż żaden głupiec nie sprzedał nigdy diabłu swej duszy; może głupiec jest na to za głupi, a może diabeł zbyt diabelski…
  • Śmieszna to rzecz, życie – owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Co najwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym – która przychodzi za późno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. 

I dwie próbki czarnego (a jakże!), a nawet ludożerczego, humoru:

  • Za życia był sternikiem bardzo drugorzędnym, ale po śmierci mógł się stać pierwszorzędną pokusą…
  • Patrzyłem na nich ze wzrastającym szybko zajęciem, nie wywołanym bynajmniej myślą, że może zjedzą mnie wkrótce – choć przyznam się wam, iż właśnie wtedy spostrzegłem – niejako w nowym oświetleniu – jak niezdrowo wyglądają pielgrzymi, i miałem nadzieję, tak! doprawdy miałem nadzieję, że mój wygląd nie jest taki – jakby to powiedzieć? – taki – nieapetyczny…

 

Granica *

Posted in książki, literatura by hajton on 18 czerwca 2015

baner_bunt

– Przemysław Wars? – głos pytającego był pozbawiony emocji.

Skinął głową. Czy funkcjonariusz naprawdę oczekiwał słów: „nie, to nie ja”? Przez wąską szczelinę hełmu przenikało spojrzenie dalece mniej obojętne niż głos. Przepalało go prawie na wylot. Starał się traktować pogranicznika jak najbardziej po ludzku, jednak czuł, że tamten odbiera sztuczność takiej postawy. W opowieściach z przeszłości czytał: „Jak patrzyłeś na Czarnego, to było źle. Ale jak nie patrzyłeś, było jeszcze gorzej. Bo, właściwie, dlaczego nie patrzyłeś? Bałeś się, że wzrok coś zdradzi?”.

„Daj spokój, wszyscy jesteśmy na swój sposób manekami” – mógł powiedzieć, ale co, jeśli tamten wziąłby to za kpinę? Jak można wiedzieć, co taki naprawdę czuje i myśli, jeśli samemu nie jest się manekiem? Przez moment czuł znużenie. Granice to część mojej pracy, Znack płaci mi i za ryzyko, i za rutynę – pomyślał flegmatycznie. Ale tym razem trafił na osobnika wyjątkowo podejrzliwego.

– Panie Wars, proszę przejść do komory zapachów. Został pan wytypowany do próby olfaktorycznej.

Mógł się jej poddać bez obawy. Po pierwsze – nie był manekiem. Po drugie – niczego nie przemycał pod skórą. Nie w tę stronę. A jednak poczuł na szyi strużki potu. To był właściwy moment, aby sprawdzić skuteczność kodołamacza, w który wyposażył go Znack.

Położył dłoń na ramieniu maneka w niebieskim kostiumie. Przez chwilę wyglądali jak rzymscy patrycjusze w geście pozdrowienia. Po trzech sekundach rozległo się delikatne „bip”.

– Procedura normalna – zmienił klasyfikację manek, zielonym snopem światła wskazując drogę.

Przejście przez łącznik graniczny, kiedyś tunel metra, nie było szczególnie uciążliwe, wymagało jedynie cierpliwości. Dziesięć minut dreptania urozmaicały dźwięki; melodia, która w miarę zbliżania się do Królestwa wpadała w nutę coraz bardziej uroczystą.

Kateńskie maneki witające różniły się od żegnających. Prawdziwych cudzoziemców – nie te farbowane lisy z Zawy – należało przywitać godnie.

Dłoń uzbrojona w pawie piórko wskazała na hologram chleba posypywanego solą. Że też im się nie popieprzy, myślał Przemek. A jednak się zdarzało. Kiedyś, zamiast dorodnego bochna obsypywanego szczyptą soli, ujrzał trójwymiarowy obraz dziecka ssącego kobiecą pierś. Innym razem – i to już, prawdę mówiąc, zahaczało o ideologiczną dywersję – był świadkiem, jak sam król kicha w potężną chustkę w grochy. W obu przypadkach zachował zimną krew, wiedząc, że szwankujący manek może pomyłkę przypłacić zesłaniem na złom. Nie moja zabawa, myślał. Swoich mam pod dostatkiem.

Przy stanowisku taxuł panował chaos. To, że zamawiało się pojazd na konkretną godzinę, właściwie nic nie znaczyło, bo pulsujący tłum w cudowny sposób niwelował porządek. Przemek wiedział, że najbardziej pożądaną cechą w Królestwie jest zdecydowanie. Bez wahania przedzierał się przez grupę protestujących. Miał swojego taxułkarza, na którego punktualności mógł polegać.

„Od razu widać skąd przyjechał!”. „Myśli że wszystko mu wolno!”. „Pobedzie troche to sie kultury nauczy!”.

Nie reagował. Podobne teksty należały tu do powietrza, którym się oddycha.

H961K dobił do pomostu o czasie.

– Gorzelnia Białystok? – spytał proforma.

– Nie. – Przemek pokręcił głową. – Podlubelski Okręg Węglowy. Strefa mieszkalna.

– Się robi… – manek zgrabnie wzbił pojazd w powietrze.

Po złapaniu wolnego korytarza ruszyli ostro do przodu. Taxułkarz zabawiał go monologiem na temat wczorajszego meczu żużlowego. Słuchał nieuważnie, od czasu do czasu uprzejmie potakując. Po kwadransie taxuła zawisła w powietrzu, oczekując zgody na lądowanie. Smog spowijający Lublin mieszał się z deszczowymi chmurami. Szyby górnicze uwijały się dziarsko. Kominy wyznaczające granice Podlubelskiego Okręgu Węglowego dymiły na potęgę.

– Tu niedaleko jest strefa odpoczynku, zwana Miasteczkiem Węglowym.

– Oryginalna nazwa… – mruknął pasażer.

– To co, nada się?

– Zobaczymy, niech pan ląduje.

– Poczekać? – Taxułkarz znał reguły, upewniał się tylko.

– Nie tym razem. Nie wiem, ile to potrwa.

Z H961K przetransportowali już tyle zakazanego towaru, że miał do niego pełne zaufanie, ale i szacunek dla jego czasu. Na pocieszenie wręczył kierowcy zieloną tabletkę, którą ten przyjął z westchnieniem.

Wąska uliczka była gęsto usiana barami. Idealne miejsce odpoczynku dla ludzi pracy.

Długo zastanawiał się, jak zabrać się do misji. Uderzyć od razu do kogoś z pionu decyzyjnego? Ale za kogo ma się podać? Jeśli przedstawi się jako obywatel Erfy, rozmowa będzie skończona. Katenianie są chorobliwie nieufni wobec byłych rodaków, a jakiekolwiek zainteresowanie węglem – numerem jeden na światowej czarnej liście kopalin – potraktują jak prowokację. Mógłby udawać neofitę, ale jak długo? Prędzej czy później będzie musiał wyjawić prawdziwe zamiary. Ostrożność i cierpliwość, powtarzał sobie. To jedyna droga do sukcesu. Z tą myślą przekroczył próg jednego z barów, który zwabił go nazwą. Czarne Złoto. Stojący pod ścianą emitownik igrce w wersji barowej, zachęcał słynnym golem zdobytym na Wembley w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim.

 

* fragment Buntu manekinów

Tagged with:

Bunt manekinów – zapowiedź książki

Posted in książki, literatura by hajton on 20 Maj 2015

bunt750x150
Przyszłość. Linia Wisły stanowi granicę między Europejską Republiką Federalną a Królestwem Trojga Narodów. Gitarzysta Przemek Wars dorabia przygranicznym szmuglem. Tymczasem jego  zleceniodawca podbija stawkę: proponuje Przemkowi zorganizowanie linii przemytu czarnych diamentów, niezbędnych do produkcji narkotyku najnowszej generacji. W trakcie jednego z pobytów po drugiej stronie Wisły, Przemek Wars spotyka Sawę Winogradzką, niespełnioną miłość z czasów przed podziałem.

Oprócz ludzi ziemię zamieszkują humanoidalne manekiny – nowa klasa niewolnicza, określana pogardliwym mianem maneków. Człowiek konsekwentnie odmawia im przyznania choćby części własnych przywilejów.

Przejmujące political fiction. Antyutopia w scenerii podzielonej Warszawy.

Najnowsza książka autora bestsellerowej serii o przygodach muzyka-detektywa (Altowiolista, Ostatni koncert) oraz mistycznych Kręgów albo kolejności zdarzeń.

Nikogo nie pozostawi obojętnym.