oto I owo

W sensie ścisłym

Posted in książki, literatura, nierecenzje by hajton on 20 Maj 2018

Kilka ostatnich dni upłynęło mi w towarzystwie Dziennika Jerzego Pilcha. Powiedzieć, że była to przyjemność, to nic nie powiedzieć. Była to bowiem — że powiem coś od siebie — literacka przyjemność w sensie ścisłym. A w sensie jeszcze ściślejszym, przyjemność audioliteracka, ponieważ Dziennika wysłuchałem (w sensie najściślejszym dodam tylko, że dysponuję także materialną formą książki, do której raz po raz zerkałem). Czytał nie kto jak inny, jak Krzysztof Gosztyła. Mój dawny kolega z Liceum Muzycznego, przy czym z klasy wyższej, więc może mnie nie pamiętać. Gdyby jego kariera potoczyła się inaczej, gdyby stał się równie dobrym muzykiem, co jest lektorem/aktorem (ostatnio widzianym przeze mnie w Teatrze Ateneum, w Transatlantyku i Kandydzie), to polska, a może i międzynarodowa wiolonczelistyka ma czego żałować.

Jerzy Pilch śmieszy (w sensie rozśmiesza), tumani (w sensie wzniecania tumanów skojarzeń i erudycyjnych odniesień), przestrasza (w sensie ukazywania grozy przełomu istnienia i nieistnienia, a także daremności ludzkich starań o jej złagodzenie). Jest więc — można powiedzieć —  panem Twardowskim polskiej literatury (w sensie czaruje). Z równą łatwością — i nie mniejszą swadą — uderza w tematy poważne, a nawet najpoważniejsze, typu śmierć, co błahe, a nawet najbłahsze, typu futbol, choć stwierdzeniem, że futbol jest rzeczą błahą naraziłbym się na pogardliwe machnięcie autorskiej ręki. Prowadzi nas — chybotliwą niekiedy —  kładką między morzem katolicyzmu, a jeziorkiem luteranizmu. Od rodzinnej Wisły, poprzez Kraków, miasto z nadreprezentacją poetów (kapitalna opowieść o twórcy czarnej poezji, który wybrał niewłaściwą Muzę), do Warszawy, prowincjalnego miasta, będącego centrum wszechświata. Cierpliwie i bez zacietrzewienia wykazuje niedociągnięcia logiczne w wywodach literatów i intelektualistów. Kpi z nieuzasadnionego patosu w sztuce i polityce. Polityków rozkłada zresztą na łopatki; nie, właściwie pozwala im rozłożyć się samodzielnie. W zamian przywraca postacie zapomnianych artystów, na przykład kompozytora Jana Sztwiertni („talent tej skali w Europie się nie zmieści”, mówili jego nauczyciele), który zakończył młode życie w obozie koncentracyjnym w Gusen.

Trochę skarży się na świat, ale też nie pozostawia wątpliwości, że jest to mimo wszystko najlepszy ze światów. Trochę narzeka na niedostatki zdrowia i psikusy pamięci (opowieść o wyjściu do miasta w dwóch różnych butach; chciałbym pocieszyć Autora, że pewna wybitna skrzypaczka permanentnie występuje w dwóch różnych trzewikach, co ma zapewne podkreślić złożoność jej osobowości; na argument, że co innego dwa różne buty z wyboru, a co innego z niewyjaśnionych przyczyn odpowiem, że w drugim przypadku odpada przynajmniej koszmar wybierania).

Daje też popalić Panu Bogu, poddając w wątpliwość Jego byt, koniec końców jednak przyznając, że Stwórca istnieje, gdyż bez Niego literatura utraciłaby sens. Dobra literatura to próba odpowiedzi na pytania elementarne, a cóż bardziej elementarnego niż roztrząsanie skąd (ewentualnie w jakim celu) przychodzimy i dokąd (ewentualnie w jakim celu) zmierzamy. Wyeliminowanie z tego obszaru dociekliwości postaci Głównego Architekta, byłoby dla człowieka aktem prawdziwie samobójczym. Z podobnych zapewne powodów ubolewa Autor nad wyparowaniem diabła z literatury i świadomości („wygumkowaliście Szatana i myślicie, że ujdzie wam to na sucho?”). Otóż na ten temat (jak zresztą i na wiele innych) chętnie porozmawiałbym, bo ja nie tylko wspomnianego osobnika nie wygumkowałem, ale wręcz przeciwnie, napisałem o nim co nieco, choć (prawie) nikt o tym nie wie.

Największą miłością autora jest klub piłkarski Cracovia. Co prawda, w chwili wzburzenia kibicowskiego także jej byt zanegował, a raczej postanowił go zlekceważyć, ale, wolne żarty. Bez kogo i czego, jak bez kogo i czego, ale bez Cracovii życie na pewno nie ma sensu. Podobnym — choć może nie aż tak płomiennym — uczuciem darzę Pogoń. Podobnie jak Autor uważam, że największy sens futbolu zawiera się w wymiarze lokalnym (bo i wstyd na lokalnym pułapie się kończy, a przecież tu w ogóle nie o poziom sportowy idzie). I tu mam dla Autora smutną wiadomość. Wczoraj odbył się ostatni mecz sezonu 2017/18, w którym Cracovia podejmowała Pogoń. Ujmując rzecz łagodnie, to nie gospodarze wygrali mecz w stosunku 4:1. Na otarcie łez dodam, że Cracovia mimo porażki wygrała grupę spadkową, została więc jakby małym mistrzem Polski. Z całego serca życzę Autorowi, aby jego ukochany klub zdobył kiedyś prawdziwy tytuł mistrzowski. Najlepiej wtedy, kiedy Pogoń wygra Champions League, a Polska zostanie mistrzem świata.

Reklamy

Kilka refleksji na marginesie Lalki…

Posted in książki by hajton on 11 września 2017

 

 

…czytanej wielokrotnie, tym razem obejrzanej w spokoju i całości, jako serial telewizyjny.

Bogatsi o życiowe doświadczenia obserwujemy dzieła klasyczne z innej perspektywy. Lalka jest gęsta od znaczeń.

Bohaterowie.

Izabela Łęcka. Bez trudu mogę ją sobie wyobrazić jako dzisiejszą celebrytkę, gwiazdę instagrama, która – prócz przeżywania realnych przygód miłosnych – z lubością obserwuje rosnącą rzeszę wirtualnych fanów. Jednak pod koniec książki pojawia się informacja zaskakująca: Izabela wstępuje do klasztoru.

Ignacy Rzecki. Szlachetność wiecznie przegranej sprawy. Błędne lokowanie nadziei. Poczciwość i niepraktyczność. Wielka rola Bronisława Pawlika.

Stanisław Wokulski. Romantywista. Tyleż racjonalny, co nieprzewidywalny. Wobec innych bohaterów książki – bez względu na sferę, z której pochodzą – wydaje się gigantem ducha i intelektu. Jednak – choć rodzimy naukowiec/eksperymentator (Ochocki) twierdzi, że prawdziwe maszyny latające muszą być cięższe od powietrza –  Wokulski jak dziecko fascynuje się wynalazkiem prof. Geista, metalem od powietrza lżejszym. Wokulski wie, że jego uczucie do Izabeli Łęckiej jest destrukcyjne. Ale wiedza jest dla uczucia nikłym rywalem. Zresztą czy bez wielkiej, nieszczęśliwej, tragicznej, występnej, lub w jakikolwiek sposób skazanej na niespełnienie miłości, istniałaby wielka literatura? Stach nie wierzy w pieniądze, gardzi nimi, potrafi stracić je tak łatwo, jak je zyskał. Wie, że przyniosą mu szacunek i poważania, ale nie zbliżą do szczęścia.

Suzin. Rosyjski biznesmen/lobbysta, traktujący Polskę, jako schodek (no tak, Polski nie było) w drodze do robienia interesów w Europie.

Doktor Szuman. Lekarz podśmiewający się tak z polskiego marzycielstwa, jak i z żydowskiego praktycyzmu.

Henryk Szlangbaum, przedsiębiorca. Jedno zdanie oddaje charakter wzajemnych stosunków w tamtych czasach. „Jako meches (ochrzczony Żyd) byłbym znienawidzony przez Polaków i Żydów. Jako Żyda nienawidzą mnie tylko Polacy.”

Antysemityzm łączy wszystkie stany. Odmienność Żydów przy ich jednoczesnej kompetencji biznesowej i rosnącym znaczeniu/zamożności jest mieszanką nie do strawienia. „Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami…”, wieści Rzecki.

Arystokracja. Klasa mająca samą siebie za zbawców narodu (będącego pod obcą administracją), a wszczynająca swary o byle co, o każde słowo. Gardząca właścicielami pieniędzy, ale nie ich pieniędzmi. Megalomańska. Utracjuszowska. Krótkowzroczna. Pozbawiona wizji.

Ziemiaństwo. Ach, te dworki, letnie miesiące, leśne zabawy…

Lud. Sól ziemi. Słodki, gorzki i kwaśny. Pieprzny. Cierpiący. Cierpliwy.

Kapitalnie pokazana Warszawa, barwna i różnorodna, jak w kalejdoskopie. Mam nadzieję, że film zostanie poddany cyfrowej rekonstrukcji, bo bardzo mu się to należy. Na ciemnej taśmie niknie wiele szczegółów, ale wyobrażam sobie jak ożyją ulice, parki, przechodnie, stroje, wnętrza pałaców i zwykłych mieszkań, cały asortyment sklepu Wokulskiego. Te wszystkie zwoje materiałów, lalki, broszki, parasolki, baletniczki tańczące w kółko, żołnierzyki maszerujące nie wiadomo dokąd…

Całość spowita smakowitą muzyką Andrzeja Kurylewicza.

Tagged with: ,

Wspiąłem się na Czarodziejską górę

Posted in książki, muzyka, nierecenzje, teatr by hajton on 26 lutego 2017

unknownIleż to razy po wykonaniu skomplikowanego utworu towarzyszyło mi uczucie zdobycia szczytu, szczyciku choćby, ale takiego, z którego widać kawałek świata. Podobnie rzecz ma się z przyswajaniem wymagających dzieł sztuki. Im góra wyższa, tym większa satysfakcja. A jeśli na dodatek jest to góra czarodziejska…

Międzynarodowe Sanatorium Berghof jest enklawą wyłączoną z codzienności. Każdy śni tu swój sen. Te sny nachodzą na siebie albo się mijają, akcja rwie się i rozciąga w czasie, a rozwiązania – jeśli już jakieś następują – są zazwyczaj dalekie od naszych oczekiwań. To zaskakujące, ale jej podstawowy przebieg daje się streścić w jednym zdaniu:

Do uzdrowiska przyjeżdża młody hamburski inżynier Hans Castorp; odwiedza chorego kuzyna, jednak w trakcie wizyty okazuje się, że sam jest nosicielem „mokrej plamki”, w związku z czym pozostaje na górze nie dwa tygodnie, a siedem lat.

Autor rozciąga dzieło na osiemset stronic druku, i to tak drobnego, że czytanie staje się trudne dla oczu, pomijając już fakt, że gdy taka książka/cegła wyleci z dłoni, może złamać nogę, uszkodzić kota lub psa rasy pomniejszej zaś po wpadnięciu do wody – ostrzegam czytelników waniennych – spowoduje małą powódź. Mówiąc całkiem poważnie, lepszym rozwiązaniem byłoby dostarczenie dzieła w dwóch tomach, ale przypuszczam, że nad decyzją o wydaniu jednotomowym zaważyły względy ekonomiczne (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2016, tłumaczenie: tom I Józef Kramsztyk, tom II Jan Łukowski).

Uczestniczymy w codziennym i odświętnym życiu uzdrowiska, jadamy, spacerujemy, werandujemy (to znaczy leżakujemy owinięci w koce), chorujemy i umieramy wraz z jego pensjonariuszami. Obserwujemy korowód postaci, ciekawych i bezbarwnych, szalonych i irytujących. Poznajemy ich rytuały, fobie i obsesje, stan duszy, stan kiesy i stan płuc.

Pensjonariuszy toczy gorączka, więc – wbrew sanatoryjnemu charakterowi miejsca – żyją gorączkowo, łapczywie, bez opamiętania. Czarodziejska góra jest miejscem dla ludzi zamożnych; byle biedak może sobie chorować w domu. Więc jedzą i piją, używają ponad miarę, ponad zdrowy rozsądek, bo ta ich góra ma w sobie też coś z Titanica; czego uszczknę, to moje, potem może być za późno. Będzie za późno. Na wszystko.

Jest też miłość, dużo miłości, spełnionej, niespełnionej, dekadenckiej i metafizycznej. W rosyjskiej piękności, Kławdii Chauchaut, mimo jej złych manier (trzaskanie drzwiami) i tatarskich oczu (a może z ich powodu?) kocha się pół uzdrowiska (niczym w pannie Krysi, w rodzimym pensjonacie Orzeł: Ta panna Krysia, panna Krysia, królowała na turnusach nie od dzisiaj…).

Ale choć ciągle obecna w sercach i myślach pensjonariuszy, sama opuszcza luksusowe więzienie, bo jej wolna stepowa natura nie może znieść długotrwałego zamknięcia. Czy jest to przeszkodą w miłości? Oczywiście, nie! Pod jej nieobecność Hans Castorp analizuje każdy nieomal centymetr kwadratowy jej portretu, zaś jego największą relikwią jest zdjęcie: zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej madame Chauchaut. Kławdia powraca. Co z tego, kiedy u jej boku pojawia się król życia, Holender Mynheer Pepperkorn. Autor niezrównanie dziwnych fraz słownych, w stylu: Dzieci – nonsens – nie jest się naturalnie wcale – gdyby w tej chwili – zobaczylibyście – śmieszne. Człowiek, który osobowością i szerokim gestem zdominuje na pewien czas życie towarzyskie uzdrowiska.

Choć wokół Hansa Castorpa kręci się sporo osób bardziej wyrazistych, to właśnie jego uczynił autor osią magicznego świata. Młody inżynier przechodzi w Berghofie niejedną inicjację. Oprócz miłosnej – intelektualną: staje się adresatem niekończących się sporów ideologicznych włoskiego humanisty – Lodovico Settembriniego: Zdobyczą Odrodzenia i Oświecenia, mój panie, jest osobowość ludzka, prawo człowieka, wolność! – i fanatycznego wychowanka jezuitów, Leo Naphty: To nie wyzwolenie i rozwój jednostki stanowią tajemnicę i nakaz naszych czasów. Tym, czego one potrzebują, czego pragną, tym, co stworzą, jest – terror. Ich ustami przeprowadza autor wcale nie pobieżną analizę aktualnej myśli europejskiej, która już niedługo doprowadzi do przełomowych wydarzeń historycznych. Światopoglądowy spór zakończy się zresztą całkiem fizycznym pojedynkiem, którego finał również zaskoczy.

Człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami. Uzbrojony w wykutą w trudzie maksymę Castorp będzie musiał pogodzić się z odejściem tego, którego przyjechał odwiedzić. Choć Joachim Ziemssen, młody oficer, znosił swój los z dyscypliną wojskowego, musiał ustąpić przeważającej sile śmiertelnego wroga. Jednak Joachim pojawi się na kartach Czarodziejskiej góry raz jeszcze, za sprawą Ellen Brand, Dunki (nawet nie z Kopenhagi tylko z Odense) i jej mediumicznych zdolności, a mówiąc konkretnie(!) – jej niewidzialnego przyjaciela, Holgera. Ale ta magia nie mogłaby się obejść bez muzyki, która pojawia się w sanatorium za sprawą cudownego wynalazku zwanego gramofonem. Aparat marki Polihymnia. Dusza niemiecka we współczesnej postaci – jak określa go radca Behrens. Z miłością i znawstwem pisze Mann o operach Mozarta, Verdiego i Pucciniego, o Wagnerze, Debussym, Bizecie i Offenbachu. Jednak kluczem otwierającym łącznik między światem żywych i umarłych okazuje się dopiero skromna pieśń Schuberta.

Nad całością zakładu pieczę sprawują naczelny lekarz i dyrektor uzdrowiska, wspomniany przed chwilą radca Behrens zwany przez Settembriniego Radamantysem (sędzia zmarłych w Hadesie). Jego prawa ręka – dr Krokowski, naukowiec o wyglądzie i zacięciu szamana, uprawia freudowską „analizę duszy”.

Jako tropiciel polskich śladów w literaturze światowej nie mogę nie wspomnieć o takowym w dziele Manna. Otóż Polacy pojawiają się w nim jako symbol rycerskości i honoru. Z powodu (rzekomego) wyrażenia (rzekomo) niepochlebnej opinii przez jednego z panów o żonie innego, doszło do budzących grozę wydarzeń. Zacytuję fragment protokołu:

Pan Stanisław Żuławski (…) dowiedziawszy się za pośrednictwem osób trzecich, że pan Kazimierz Japołł ma zamiar nazajutrz wyjechać, parokrotnie spoliczkował pana Kazimierza Japołła w barze tutejszego Kurhausu dnia 2 kwietnia 19.. między godziną 7.30 a 7.45 wieczór, w obecności swej małżonki Jadwigi oraz panów Michała Łodygowskiego i Ignacego Mellina, podczas gdy pan Japołł raczył się przy stoliku napojami wyskokowymi w towarzystwie pana Janusza Teofila Lenarta i dwu nieznanych bliżej dam z „American Bar”. Bezpośrednio potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Kazimierza Japołła, podając jako przyczynę swego postępowania obrazę, której dopuścił się pan Japołł wobec niego samego i wobec panny Kryłow. Niezwłocznie potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Janusza Teofila Lenarta za kwalifikować się niedającą krzywdę wyrządzoną państwu Żuławskim, a wreszcie pan Stanisław Żuławski bezzwłocznie spoliczkował też wielokrotnie pana Janusza Teofila Lenarta za oszczercze zniesławienie jego małżonki oraz panny Kryłow. Panowie Kazimierz Japołł i Janusz Teofil Lenart zachowali się podczas całego tego zajścia zupełnie biernie.

Z Czarodziejską górą jest jak z górą w ogóle: niby da się ogarnąć jednym spojrzeniem, ale jej ogromu opisać nie sposób. Więc jeszcze tylko słowa zaskakującego finału, kiedy to góra pęka jak bańka mydlana, rozpierzcha się jak chmura, a Hans Castorp, śpioch obudzony z pięknego snu, ląduje w okopach I wojny światowej. Magia znika. Tu umieranie nie ma w sobie nic wzniosłego. Śmierć odarta zostaje z godności. I pozbawiona sensu.

Przygody cielesne i duchowe wzbogaciły twą prostoduszność i pozwoliły ci duchem przetrwać czas, którego zapewne nie przetrwasz ciałem. Miałeś chwile wieszczego królowania, w których ze śmierci i wyuzdania cielesnego wyrasta twój sen o miłości. Czy z tych śmiertelnych zapasów, z gorączkowej orgii, która wokół ciebie zapala teraz dżdżyste niebo wieczorne, zrodzi się również kiedyś miłość?

Ale ale… To wcale nie koniec.  W trakcie lektury docierało do mnie na jak karkołomne zadanie porwali się twórcy opery bazującej na powieści. „Weź pan górę, albo rzekę, albo połowę nieba, i zrób z nich operę.”

Przedsięwzięcie niewykonalne!

Czyżby?

Oto moje zapiski z 17 września 2016 roku. Tego dnia w ramach Festiwalu Warszawska Jesień odbywa się warszawska premiera opery.

Czarodziejska góra jest wysoką górą. Żeby się na nią wspiąć, musiałem pokonać kilka poziomów, jak w grze komputerowej. Od dwóch tygodni słyszałem wyraźnie: „Biletów nie ma, rozeszły się jak gorące bułeczki. Liczenie na zwroty jest wiarą naiwną. A wejściówek nie przewidujemy, no może kilka.”

Ale cóż warta inna wiara? Jeśli oparta na przekonaniu – czy jest jeszcze wiarą?!

Postawiłem poprzeczkę wysoko; w kolejce po wejściówki ustawiłem się już o godzinie 14.30. Jednocześnie dementuję, jakobym to ja był twórcą komitetu kolejkowego; jego inicjator pojawił się w teatrze kilka godzin później, kiedy karty były już rozdane.

Miałem sporo czasu, aby przyjrzeć się Nowemu Teatrowi – Starej Zajezdni Autobusowej. Przestrzeń zachęcająca, przestronna, przewietrzna, każdy tu może wejść i poczuć się dobrze. Przez wielkie dzielone okna widać przytulone przyuliczne drzewa. Jest to warszawskie do szpiku kości, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Gdyby wyjrzeć przez te okna, może dostrzegłoby się widok z całkiem innego czasu, jakieś strzępy zdarzeń, często przygnębiających, ale tak mocno zaznaczających jego tożsamość, jego trwanie. W czasie wojny w pobliżu odbywały się publiczne egzekucje. W jednej z nich rozstrzelany został altowiolista Henryk Trzonek, członek orkiestry radiowej p/d Grzegorza Fitelberga i muzyk Kwartetu Polskiego Radia.

Minęło parę godzin, dochodzi 19.00. Jest tłumek, nie, prawdziwy tłum oczekujących. Coraz więcej znanych twarzy, wśród nich Janusz Głowacki. Gdy o 20.00 zasiadam w końcu na upragnionym miejscu, na salę wchodzi majestatycznie Jerzy Skolimowski, tylko co uhonorowany nagrodą Festiwalu Filmowego w Wenecji.

„Jest Pan jednym z niewielu polskich kompozytorów, którzy jeszcze piszą na orkiestrę” – stwierdza w rozmowie z Pawłem Mykietynem Dorota Kozińska.

„Owszem, ale coraz bardziej do mnie dociera, że to już byt trochę przebrzmiały” – odpowiada kompozytor. I dodaje: „W konwencji operowej, gdzie mamy śpiewaków na scenie i muzyków w kanale orkiestrowym (…) jest da mnie coś archaicznego”. W innym z wywiadów Paweł Mykietyn mówił, że romans muzyki współczesnej z filharmonią (w rozumieniu orkiestry symfonicznej) nie bardzo się udał. To stwierdzenia mocno dyskusyjne, ale wyjaśniają, dlaczego kompozytor zabrał się do rzeczy w taki, a nie inny sposób.

O ile warstwa śpiewaczo/sceniczna mieści się całkowicie w kanonach tradycji, to muzyczna/kanałowa uległa dramatycznemu jak na operę przeobrażeniu. Choć poszczególne elementy muzyki są grane również na instrumentach (np fortepianie), to jednak całość jest nagrana, przetworzona i odtwarzana z taśmy. Czysta elektronika. Ten zabieg zaskakuje tylko na początku. Nieobecność orkiestrowego organizmu, zastąpiona przestrzennym, dobywającym się z ośmiu głośników dźwiękiem, stanowi kanwę dla śpiewaków wykonujących swoje partie jak najbardziej na żywo i z pełnią operowej ekspresji. Choć… Być może po to, aby przebić się przez dźwięki masywne niekiedy jak bloki skalne, śpiewacy używają mikrofonów. A śpiewanie w operowej manierze do mikrofonu zawsze przypomina mi pewne zdarzenie. W trakcie próby José Carreras najwyraźniej oszczędzał głos, co jednego z moich kolegów sprowokowała do pytania: „Maestro, czy na koncercie maestro będzie śpiewał do mikrofonu?” Sądząc po reakcji maestro, nie było to pytanie taktowne. Z drugiej jednak strony, także w teatrze nieoperowym aktorzy coraz częściej posiłkują się mikrofonami, ku – nazwijmy to – wygodzie swojej i publiczności. Mnie to nie przekonuje. Struktura pomysłów Mykietyna jest dość czytelna, zresztą kompozytor wcale jej nie ukrywa. To system stopniowo rozpędzanych i wyhamowywanych motywów (dźwiękowych pociągów), czasem bardzo prostych, czasami bardzo złożonych rytmicznie. Te motywy potrafią nakładać się na siebie, żyć własnym życiem, tworząc niekiedy niesamowite konglomeraty dźwięków. W partyturze pojawiają się też dźwięki konkretne, nomen omen, odtwarzające odgłos pociągu. Śpiewacy odnajdują się w tym elektronicznym spektrum bez problemów, a nad całością czuwa dyrygent, dyskretnie pokazujący im wejścia.

Warstwa dramatyczna spektaklu pozostaje średnio czytelna. Autorzy adaptacji nie próbują oddać ogromu treści zawartych w mannowskim oryginale; jakby uciekając od nich wprowadzają na scenę postać pojawiającą się w książce tylko we wspomnieniu (zmarła Amerykanka, po której pokój przejmuje Hans Castorp). Na scenie mamy do czynienia nie tyle z akcją, ile z projekcją z pogranicza snu i jawy. Całość odbywa się w scenerii surowej, masywnej, ale jakby nieistniejącej. Pomiędzy dwoma aktami potrzebna jest prawie godzinna przerwa na zmianę dekoracji (przeniesienie jej z pionu w poziom). Ten trud jest właściwie niezauważalny. Podobnie z reżyserią.

Daleki jestem od lekceważenia w teatrze operowym warstwy literackiej, a także reżyserskiej i scenograficznej, ale obejrzana inscenizacja Czarodziejskiej góry obroniła się w moich oczach wyłącznie dzięki muzyce.

Muzyczny Ex Libris

Posted in książki, literatura, muzyka by hajton on 9 lipca 2016

ex libris 1Któregoś nocy spłynęło na mnie olśnienie (olśnienia wolą noc). A gdyby tak zorganizować koncert składający się z utworów/bohaterów moich książek? Do realizacji pomysłu najbardziej nadawała się forma kwartetu smyczkowego. Tak w Altowioliście jak i w Ostatnim koncercie ważną rolę odgrywają koncerty kameralne, w których dobór programów jest dalece nieprzypadkowy. Lecz do tanga trzeba dwojga (do tanga?! tak, jeszcze się pojawi!). W naszym przypadku – czworga, i to tylko do jednej ze stron. Z drugiej potrzebny jest ktoś, kto owej czwórce udzieli artystycznej gościny. Tym „kimś” okazała się Filharmonia Szczecińska, która zdecydowała się przyjąć nas w progach swej nowej koncertowej siedziby, w sobotę, 30 lipca 2016 roku, o godzinie 17.00.

Zaczniemy od drugiej części przygód Altowiolisty, w której Bartek Czarnoleski wraz z przyjaciółmi zakłada zespół kameralny. Koncert otworzy – jakże właściwy na letni wieczór – Kwartet Skowronkowy op.64 nr 5 Josepha Haydna. Kolejny utwór określiłbym nie inaczej, jak mianem sensacji. Sześć bagatel op.9 Antona Weberna, to – według kompozytora – „być może najkrótsze utwory muzyczne jakie do tej pory skomponowano”. Ale niech nas nie zmyli ani nazwa ani rozmiar. Zaznaczając z chirurgiczną wręcz precyzją kilka punktów dźwiękowych kompozytor otwiera wyobraźnię słuchacza na świat porównywalny z brzmieniowym bogactwem symfonii Gustawa Mahlera. Czy jest to możliwe? Czy w ciągu niespełna czterech minut jesteśmy w stanie wchłonąć ogromną, choć naszkicowaną jedynie, porcję piękna? Warto się przekonać. Na koniec części pierwszej, niczym gorące sirocco przeleci jeszcze Serenada Włoska Hugo Wolfa. Słuchając muzyki jakby przywianej prosto z toskańskich pagórków trudno uwierzyć, że kompozytor stał się pierwowzorem jednej z najtragiczniejszych postaci literackich (Adrian Leverkühn, mannowski Doktor Faustus).

Druga część koncertu przeniesie nas w inny czas i miejsce. Do gmachu Filharmonii Krakowickiej im. Mieczysława Karłowicza (a jakże!). W jego zakamarkach bohater odnajduje program koncertu, który odbył się 3 grudnia 1939 roku. Chodzi o występ słynnego Kwartetu Gudelsteina. Niestety, los muzyków jest przesądzony: zaraz po koncercie mają zostać aresztowani, a ich instrumenty, arcydzieła lutnicze Lucci Silvariego trafią w niepowołane ręce. Ale zanim to się stanie, tak muzycy, jak i instrumenty znikają, dosłownie rozpływają się w powietrzu…

Finałem dramatycznego koncertu jest ostatni utwór Ludwiga van Beethovena, Kwartet smyczkowy F-dur op.135, obdarzony tajemniczą inskrypcją: Muss es sein? Es muss sein! Czy tak musi być? Tak, musi tak być. 

Czego dotyczyła? Co stało się z artystami i instrumentami? Czy Bartek wpadnie na ich trop, odkrywając przy okazji coś jeszcze; jedno z najsłynniejszych na świecie (jubilerskich) jajek? O tych i o wielu innych zagadkach, tajemnicach, sensacjach, powiązaniach muzyki, historii i kryminału dowiedzą się słuchacze lipcowego koncertu. A jeśli ktoś zechce pogłębić znajomość z Altowiolistą, będzie i taka możliwość. Wśród uczestników koncertu rozlosujemy po kilka egzemplarzy obu książek.

Aby wyjść trochę poza ich obszar, na koniec – niespodzianka. Co to za niespodzianka – powie ktoś – którą anonsuje się miesiąc przed faktem? A jednak będę się upierał, że twórczość Astora Piazzoli jest zaskakująca. Połączenie muzyki tanecznej (tango!) z koncertową, nostalgii z pasją, a także działające na wyobraźnię tytuły, czynią z nich doskonałe zwieńczenie koncertu muzyczno/literackiego. Ale te tytuły niech pozostaną niespodzianką do końca.

Jądro ciemności

Posted in książki, literatura by hajton on 18 lipca 2015

7053688.3Czytając tę książkę (ściągniętą na kindle’a z bookini.pl) miałem wrażenie, że nie jest mi obca, będąc zarazem pewnym, że nigdy wcześniej nie miałem jej w ręku. W zmroku zapadającym nad Tamizą, marynarz Charlie Marlowe snuje gawędę o rejsie odbytym kiedyś afrykańską rzeką. O podróży do serca Czarnego Lądu i najmroczniejszej strony człowieka.

Inspiracją dla autora stała się jego własna eskapada przez tereny Wolnego Państwa Kongo, będącego na przełomie XIX i XX wieku prywatną własnością[!] ówczesnego króla Belgów, Leopolda II.

W zetknięciu z „dziczą”, którą Joseph Conrad rozumie tu jako pierwotną naturę, u przybyszy z Europy nienaruszona pozostaje wyłącznie zewnętrzna warstwa cywilizacyjna. Mówiąc konkretnie, ubiór. Znajdują się na terenie, na którym obowiązują reguły, jakie sami ustalą. Zasadą najważniejszą jest… kość słoniowa, afrykańskie złoto, na którym wielu próbuje dorobić się fortuny.

To zadufanie we własną potęgę i bezkarność, solidnie osadzone w poczucie misji i wyższości kulturowej, prowadzi Europejczyków na manowce. Skrajnym przykładem jest tu niejaki Kurtz (Matka jego była na wpół Angielką, ojciec – na wpół Francuzem, cała Europa złożyła się na Kurtza), który z wrażliwego intelektualisty przeistacza się w krwiożerczą bestię, przyznającą samej sobie atrybuty boskości.

Szacuje się, że w wyniku działań „spółek handlowych” w dorzeczu Kongo śmierć poniosło około dziesięciu milionów[!] ludzi…

„Jądro ciemności” było próbą naświetlenia istoty kolonializmu. Dla nas, ludzi czytających książkę ponad sto lat później, brzmi również jak ostrzeżenie, które autor wystosował do świata (rzekomo) cywilizowanego u progu XX wieku. Ostrzeżenie, które nie zostało wysłuchane. Historia ludobójstw dokonywanych w imię tak zwanego „postępu cywilizacyjnego” nigdy szczególnie nie interesowała społeczeństw, które z takich ludobójstw czerpały korzyści. Czego nie widzimy, tego nie ma. Nikt nie dopuszczał myśli, że zmierzch człowieczeństwa może nastąpić także w Europie.

Kilkadziesiąt lat później, już po doświadczeniach obu wojen światowych, Marek Hłasko pisał w „Pięknych dwudziestoletnich”: Istnieją warunki, w których każdy człowiek zdolny jest do uczynienia każdej rzeczy w stosunku do innego człowieka.

Pod koniec lektury nie miałem już wątpliwości: książka Conrada stała się kanwą filmu Francisa Forda Coppoli, „Czas apokalipsy”. Reżyser przeniósł akcję do ogarniętego wojną Wietnamu, co samo w sobie nie jest szokujące. „Jądro ciemności” mogłoby dziać się – i dzieje się – w każdych czasach i pod każdą szerokością geograficzną. Conradowskie ostrzeżenie, tak lakonicznie skonkludowane przez Hłaskę jest – i pozostanie – aktualne. Negując je przybliżamy się do bieguna mroku obecnego w każdym z nas.

Jeszcze kilka cytatów, celnych i nośnych, a pod koniec także… smakowitych…

  • Dalibóg, coś w tym jest jednak, że jednemu świat pozwala ukraść konia, a drugiemu nie wolno nawet spojrzeć na postronek.
  • Żyjemy tak, jak śnimy – samotni…
  • Dusza ludzka jest zdolna do wszystkiego – ponieważ zawiera w sobie wszystko, zarówno przeszłość, jak przyszłość.
  • Twierdzę, iż żaden głupiec nie sprzedał nigdy diabłu swej duszy; może głupiec jest na to za głupi, a może diabeł zbyt diabelski…
  • Śmieszna to rzecz, życie – owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Co najwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym – która przychodzi za późno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. 

I dwie próbki czarnego (a jakże!), a nawet ludożerczego, humoru:

  • Za życia był sternikiem bardzo drugorzędnym, ale po śmierci mógł się stać pierwszorzędną pokusą…
  • Patrzyłem na nich ze wzrastającym szybko zajęciem, nie wywołanym bynajmniej myślą, że może zjedzą mnie wkrótce – choć przyznam się wam, iż właśnie wtedy spostrzegłem – niejako w nowym oświetleniu – jak niezdrowo wyglądają pielgrzymi, i miałem nadzieję, tak! doprawdy miałem nadzieję, że mój wygląd nie jest taki – jakby to powiedzieć? – taki – nieapetyczny…

 

Granica *

Posted in książki, literatura by hajton on 18 czerwca 2015

baner_bunt

– Przemysław Wars? – głos pytającego był pozbawiony emocji.

Skinął głową. Czy funkcjonariusz naprawdę oczekiwał słów: „nie, to nie ja”? Przez wąską szczelinę hełmu przenikało spojrzenie dalece mniej obojętne niż głos. Przepalało go prawie na wylot. Starał się traktować pogranicznika jak najbardziej po ludzku, jednak czuł, że tamten odbiera sztuczność takiej postawy. W opowieściach z przeszłości czytał: „Jak patrzyłeś na Czarnego, to było źle. Ale jak nie patrzyłeś, było jeszcze gorzej. Bo, właściwie, dlaczego nie patrzyłeś? Bałeś się, że wzrok coś zdradzi?”.

„Daj spokój, wszyscy jesteśmy na swój sposób manekami” – mógł powiedzieć, ale co, jeśli tamten wziąłby to za kpinę? Jak można wiedzieć, co taki naprawdę czuje i myśli, jeśli samemu nie jest się manekiem? Przez moment czuł znużenie. Granice to część mojej pracy, Znack płaci mi i za ryzyko, i za rutynę – pomyślał flegmatycznie. Ale tym razem trafił na osobnika wyjątkowo podejrzliwego.

– Panie Wars, proszę przejść do komory zapachów. Został pan wytypowany do próby olfaktorycznej.

Mógł się jej poddać bez obawy. Po pierwsze – nie był manekiem. Po drugie – niczego nie przemycał pod skórą. Nie w tę stronę. A jednak poczuł na szyi strużki potu. To był właściwy moment, aby sprawdzić skuteczność kodołamacza, w który wyposażył go Znack.

Położył dłoń na ramieniu maneka w niebieskim kostiumie. Przez chwilę wyglądali jak rzymscy patrycjusze w geście pozdrowienia. Po trzech sekundach rozległo się delikatne „bip”.

– Procedura normalna – zmienił klasyfikację manek, zielonym snopem światła wskazując drogę.

Przejście przez łącznik graniczny, kiedyś tunel metra, nie było szczególnie uciążliwe, wymagało jedynie cierpliwości. Dziesięć minut dreptania urozmaicały dźwięki; melodia, która w miarę zbliżania się do Królestwa wpadała w nutę coraz bardziej uroczystą.

Kateńskie maneki witające różniły się od żegnających. Prawdziwych cudzoziemców – nie te farbowane lisy z Zawy – należało przywitać godnie.

Dłoń uzbrojona w pawie piórko wskazała na hologram chleba posypywanego solą. Że też im się nie popieprzy, myślał Przemek. A jednak się zdarzało. Kiedyś, zamiast dorodnego bochna obsypywanego szczyptą soli, ujrzał trójwymiarowy obraz dziecka ssącego kobiecą pierś. Innym razem – i to już, prawdę mówiąc, zahaczało o ideologiczną dywersję – był świadkiem, jak sam król kicha w potężną chustkę w grochy. W obu przypadkach zachował zimną krew, wiedząc, że szwankujący manek może pomyłkę przypłacić zesłaniem na złom. Nie moja zabawa, myślał. Swoich mam pod dostatkiem.

Przy stanowisku taxuł panował chaos. To, że zamawiało się pojazd na konkretną godzinę, właściwie nic nie znaczyło, bo pulsujący tłum w cudowny sposób niwelował porządek. Przemek wiedział, że najbardziej pożądaną cechą w Królestwie jest zdecydowanie. Bez wahania przedzierał się przez grupę protestujących. Miał swojego taxułkarza, na którego punktualności mógł polegać.

„Od razu widać skąd przyjechał!”. „Myśli że wszystko mu wolno!”. „Pobedzie troche to sie kultury nauczy!”.

Nie reagował. Podobne teksty należały tu do powietrza, którym się oddycha.

H961K dobił do pomostu o czasie.

– Gorzelnia Białystok? – spytał proforma.

– Nie. – Przemek pokręcił głową. – Podlubelski Okręg Węglowy. Strefa mieszkalna.

– Się robi… – manek zgrabnie wzbił pojazd w powietrze.

Po złapaniu wolnego korytarza ruszyli ostro do przodu. Taxułkarz zabawiał go monologiem na temat wczorajszego meczu żużlowego. Słuchał nieuważnie, od czasu do czasu uprzejmie potakując. Po kwadransie taxuła zawisła w powietrzu, oczekując zgody na lądowanie. Smog spowijający Lublin mieszał się z deszczowymi chmurami. Szyby górnicze uwijały się dziarsko. Kominy wyznaczające granice Podlubelskiego Okręgu Węglowego dymiły na potęgę.

– Tu niedaleko jest strefa odpoczynku, zwana Miasteczkiem Węglowym.

– Oryginalna nazwa… – mruknął pasażer.

– To co, nada się?

– Zobaczymy, niech pan ląduje.

– Poczekać? – Taxułkarz znał reguły, upewniał się tylko.

– Nie tym razem. Nie wiem, ile to potrwa.

Z H961K przetransportowali już tyle zakazanego towaru, że miał do niego pełne zaufanie, ale i szacunek dla jego czasu. Na pocieszenie wręczył kierowcy zieloną tabletkę, którą ten przyjął z westchnieniem.

Wąska uliczka była gęsto usiana barami. Idealne miejsce odpoczynku dla ludzi pracy.

Długo zastanawiał się, jak zabrać się do misji. Uderzyć od razu do kogoś z pionu decyzyjnego? Ale za kogo ma się podać? Jeśli przedstawi się jako obywatel Erfy, rozmowa będzie skończona. Katenianie są chorobliwie nieufni wobec byłych rodaków, a jakiekolwiek zainteresowanie węglem – numerem jeden na światowej czarnej liście kopalin – potraktują jak prowokację. Mógłby udawać neofitę, ale jak długo? Prędzej czy później będzie musiał wyjawić prawdziwe zamiary. Ostrożność i cierpliwość, powtarzał sobie. To jedyna droga do sukcesu. Z tą myślą przekroczył próg jednego z barów, który zwabił go nazwą. Czarne Złoto. Stojący pod ścianą emitownik igrce w wersji barowej, zachęcał słynnym golem zdobytym na Wembley w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim.

 

* fragment Buntu manekinów

Tagged with:

Bunt manekinów – zapowiedź książki

Posted in książki, literatura by hajton on 20 Maj 2015

bunt750x150
Przyszłość. Linia Wisły stanowi granicę między Europejską Republiką Federalną a Królestwem Trojga Narodów. Gitarzysta Przemek Wars dorabia przygranicznym szmuglem. Tymczasem jego  zleceniodawca podbija stawkę: proponuje Przemkowi zorganizowanie linii przemytu czarnych diamentów, niezbędnych do produkcji narkotyku najnowszej generacji. W trakcie jednego z pobytów po drugiej stronie Wisły, Przemek Wars spotyka Sawę Winogradzką, niespełnioną miłość z czasów przed podziałem.

Oprócz ludzi ziemię zamieszkują humanoidalne manekiny – nowa klasa niewolnicza, określana pogardliwym mianem maneków. Człowiek konsekwentnie odmawia im przyznania choćby części własnych przywilejów.

Przejmujące political fiction. Antyutopia w scenerii podzielonej Warszawy.

Najnowsza książka autora bestsellerowej serii o przygodach muzyka-detektywa (Altowiolista, Ostatni koncert) oraz mistycznych Kręgów albo kolejności zdarzeń.

Nikogo nie pozostawi obojętnym.

Przepis na bestseller

Posted in książki, literatura, żarty literackie by hajton on 14 listopada 2014

top20Słyszeliście już? Jakiś magik sporządził listę bestsellerów, od Starożytności po dzień dzisiejszy. Treść wszystkich utworów z listy została wrzucona do – mówiąc obrazowo – jednego kotła. Następnie magik ustanowił dziesięć kategorii, pod kątem których jego program zaczął przeczesywać bestsellery. Suche i beznamiętne wyniki obliczeń przekształcił w listę postulatów o charakterze słownym. Tak powstał dekalog prozy, eliksir pisarskiego życia, literacki kamień filozoficzny.
Dla czysto naukowej satysfakcji – wiedza to tryumf nauki, niepotrzebne jej dalsze podniety – chciał magik ujawnić wyniki swoich badań, jednak w porę doszedł do zatrważającego wniosku. Z pomocą jego przepisu każdy średnio utalentowany składacz zdań będzie w stanie sprokurować bestseller. A co się stanie, gdy na rynku pojawi się ich nadmiar? Nastąpi dewaluacja. Kropla wody na pustyni jest na wagę życia. Kropli wody w morzu nikt nie zauważa. Przepis na bestseller mógł stać się zabójcą bestsellerów, sprawić, że już nigdy żadna książka nim się nie stanie. A co za tym idzie, resztki czytelnictwa legną w gruzach. Magik poczuł się jak Oppenheimer. Reakcja łańcuchowa wywołana jego bombą spopieli mózgi tych, którzy kochali literaturę. Przerażony, czym prędzej wykasował przepis. Znalazł się jednak – jak to zwykle bywa – nie w ciemię bity uczeń czarnoksiężnika, asystent, który zwietrzył krociowy interes. Jak to mówią, w przyrodzie i w komputerze nic nie ginie. Bystry adiunkt bez trudu odzyskał zapis.
Sprawa zrobiła się głośna, przynajmniej w środowisku literackim. Tajemnicą Poliszynela jest, że autorzy bestsellerów są autorami bestsellerów właśnie dlatego, że korzystali z przepisu magika. Pogłówkowałem trochę, pogadałem z tym i owym, i po starej znajomości wydębiłem telefon do adiunkta. Ten wyznaczył mi spotkanie w parku (kapelusz, ciemne okulary, istny film szpiegowski!); ja wręczyłem mu zwitek, on przekazał mi kartkę z przepisem.
Sprzedaje go po słonej cenie. A chętnych nie brakuje; w parkowej alejce dostrzegłem dwójkę znanych literatów i jedną nie mniej znaną literatkę. Nikt mnie nie przekona, że to był przypadek.
Prosto z parku udałem się do ustronnej knajpki, miejsca spotkań plastyków i muzyków (przynajmniej nie natknę się na literatów). O tej porze jest tu cicho i pusto. Nad filiżanką kawy w spokoju zapoznam się z tezami przepisu.
Kartka niepozorna, jakby niewyraźne ksero. Czuję jak mi drżą łydki… Zaczynamy.

1. Pamiętaj, że twoje sny są interesujące tylko dla ciebie.
Pod jedną ze ścian znajduje się instalacja plastyczna: drewniana kołyska, której łagodnemu kołysaniu towarzyszy szum morza i głosy Syren (nie okrętowych, odyseuszowych).
2. Nie okazuj słabości. Uśmiercaj i szatkuj swoich bohaterów. Niech strony twej prozy spłyną krwią. Ciebie to nic nie kosztuje, a czytelnicy będą zachwyceni.
Kelner włącza taśmę z muzyką hinduską. Dźwięki ragi zagłuszają Syreny.
3. Deformuj. Piękno nie wszystkich zadowala.
Przy sąsiednim stoliku siada człowiek z nutami. Coś tam nuci pod nosem. Chyba na kogoś czeka.
4. Chciałbyś przeorać świat, a czytelnicy oczekują od ciebie, że zaorzesz swoją, albo jeszcze lepiej ich, działkę.
Miałem rację, do mruczącego przysiada się facet z ważną miną.
5. Pisz z lotu ptaka. Ale nie leć za wysoko, bo przeoczysz szczegóły.
Z rozmowy prowadzonej przez mężczyzn postawionymi głosami wnioskuję, że ten ważny jest węgierskim śpiewakiem, który będzie uczył holenderskiego chórzystę prawidłowej wymowy w pieśniach Bartóka.
6. Najpierwotniejszym zadaniem człowieka jest przetrwanie. Najpierwotniejsze funkcje przetrwania to jedzenie i seks.
Do kawiarni wchodzi wesoła gromada, która w kaskadach śmiechu próbuje korzystać z zestawu „kołyska – Syreny”.
7. Nie lekceważ roli przypadku, tak w życiu, jak i w procesie twórczym. Jeśli wolisz, nazwij go przeznaczeniem.
Węgier powoli traci cierpliwość. Zaczyna rytmicznie krzyczeć.
8. Nie zadzieraj nosa, bo się potkniesz.
Holender, sądząc najpewniej, że na tym polega wymowa węgierska, także krzyczy. Gromada pokłada się ze śmiechu.
9. Nie rób takiej miny, bo pękniesz.
Kelner pogłaśnia muzykę, aby przebiła się przez hałasujących Węgra, Holendra i gromadę.
10. Nie udawaj Greka. Ostatnie greckie bestsellery liczą sobie parę tysięcy lat.

Drę kartkę na drobne kawałki. Moim zdaniem, adiunkt zakpił sobie z nas. A może cała sprawa była mistyfikacją już na etapie magika? Ktoś puścił plotę, ktoś inny zabawił się kosztem naiwnych. Jednak zwrotu pieniędzy nie będę się domagał. Adiunkt stwierdzi z poważną miną, że jeśli nie umiem skorzystać z przepisu to mój problem. A sprawy nagłośnić się nie da. Nikt rozsądny nie przyzna się, że kupił przepis na bestseller.
Wychodzę.

Tagged with:

Jeśli zimową nocą podróżny

Posted in felieton literacki, książki, O KSIAŻKACH by hajton on 1 marca 2013

jesli-zimowa_nocaWejście z marszu w prozę Italo Calvino przypomina skok do basenu, na dnie którego znajduje się odbicie wody. Albo dziesiątki odbić.

„Giorgio Manganelli, wybitny włoski pisarz, teoretyk literatury i krytyk, zauważył, iż idealnym wyobrażeniem pisarskiej metody Calvina jest lustro: powierzchnia pozornie gładka i spoista, zdolna pomieścić wiele obrazów, które poddają się nazwaniu, lecz umykają przed dotykiem. Calvino przyswoił sobie przewrotne przykazanie Hofmannsthala: „Głębia pozostaje ukryta. Gdzie? Na powierzchni rzeczy.”**

„Powierzchnia rzeczy jest niewyczerpana.”***

Autor „Jeśli zimową nocą…” stosuje zabieg formalny, który wydaje się uosobieniem czytelniczych tęsknot. Otóż, nikt inny jak sam czytelnik zostaje obsadzony w roli głównego bohatera – podróżnika zagubionego w labiryncie książek…

Właśnie, jakich? Nieistniejących? Niedokończonych? Rozpoczętych? Nie ma trafnego okreśelnia, żadne nie wyrazi prostej myśli: każde zdanie jest zaczynem nowej opowieści, a ich nieskończona kombinatoryczność pozostaje poza zasięgiem rozumienia, oferując nam – w najlepszym wypadku – rolę przekaźnika/narzędzia.

Dziesięć rozpoczętych tekstów, to dziesięć oddzielnych światów. Od kolejowego dworca do indiańskiej wioski,  od Malborka (Czytelnikowi wydaje się, że złapał autora na szkolnym błędzie: Brigd, Zwida, Ponko, Gritzvi, Kauderer, Ozkart, to mają być polskie imiona i nazwiska?! Kudigwa, Pëtkwo – rodzime nazwy geograficzne?!.. Już widzę uśmiech na twarzy pisarza, który parę stronic później ze stoickim spokojem wyjaśnia, że w istocie chodziło o Kimeryjczyków, wymarły naród, który posługiwał się językiem z grupy botnicko-ugryjskich…) do brutalnych porachunków gangsterskich. Od więzienia usytuowanego na skalistym wybrzeżu do japońskich ogrodów pełnych erotyki…. 

No cóż, powie ktoś – i pierwszy się z nim zgodzę – łatwiej jest zacząć sto obiecujących tekstów niż choć jeden doprowadzić do przekonującego końca. Taki zarzut możnaby postawić autorowi, gdyby nie fakt, że książka również jako całość posiada wewnętrzną akcję i logiczną, choć karkołomną konstrukcję.

„Jeśli zimową nocą podróżny, poza osadą Malbork, wychylając się nad brzegiem urwiska, nie lękając się wichury ani zawrotu głowy, patrząc w dół, gdzie zagęszczają się cienie, w sieci zbiegających się linii, w sieci przecinających się linii, na dywan z liści w poświacie księżyca, wokół pustego grobu … –  jakaż historia tam w tle czeka na zakończenie? –  pyta, ciekawy dalszego ciągu opowieści” – same tylko tytuły zagubionych książek tworzą własną opowieść.

„Jeśli zimową nocą…” jest literackim paradoksem. Mówiąc o książkach możliwych, sama istnieje w sensie najzupełniej dosłownym.

„Książka powinna być ekwiwalentem świata nienapisanego, ale przekładalnego na słowo pisane”.*

 „Gdyby pomiędzy białą kartką papieru a wrzeniem słów i opowieści, które przybierają formę i ulatniają się, zanim ktoś zdoła przelać je na papier, nie istniała ta krępująca przesłona, jaką jest moja osoba! Styl, smak, własna filozofia, subiektywizm, kultura literacka, nabyte doświadczenie, psychologia, talent, triki zawodowe (…) wydają mi się klatką ograniczającą możliwości (…) Chciałbym jedynie przekazać to, co da się przekazać i czeka, by ktoś to napisał” …*

Czyżby Calvino przyznawał tym samym rację dość rozpowszechnionemu dziś poglądowi, że pisać każdy może?

„Autor jest „sztukmistrzem lub iluzjonistą, który na jarmarcznym stoliku wykłada zasób figur i mieszając je, łącząc ze sobą i podmieniając, otrzymuje pewien zasób efektów”, lecz także św. Hieronimem oswajającym – za sprawą wiedzy i słowa pisanego – lwa, a więc siły natury, odnajdującym harmonię z „nieludzkim charakterem wszechświata”.***

Czy na pewno każdy piszący spełnia powyższe kryteria?

„Tylko wówczas, gdy zdołam w sposób naturalny użyć czasownika „pisać” w formie bezosobowej, będę mógł mieć nadzieję, że przeze mnie samego wyraża się coś mniej ograniczonego niż odrębność jednostki. A jak rzecz się ma z czasownikiem „czytać”? Czy można by powiedzieć „dzisiaj czyta się”, tak jak się mówi „dzisiaj pada”?”*

We własnej książce, w komentarzu dotyczącym „Doktora Faustusa” użyłem słów:

Dziś tak się już nie pisze. Dziś tak się już nie czyta. Ale posmakować warto.

Tę uwagę z całym przekonaniem rozciągam na prozę Italo Calvino, według którego: 

„Wszechświat będzie wyrażał siebie tak długo, aż ktoś wreszcie powie: „Ja czytam, zatem coś pisze”*.

 

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”* (PIW 1989) w tłumaczeniu Anny Wasilewskiej (również fragment Od tłumacza**), a także z cyklu esejów o literaturze włoskiej „Podróżować, pisać”*** Joanny Ugniewskiej (Zeszyty literackie 2011).

Tagged with:

Giezło i komża – Płóciennny woreczek

Posted in książki, książki nieistniejące, recenzje, zabawy literackie by hajton on 1 lutego 2013

giezłaIlekroć w moje ręce wpadnie książka nieprzewidywalna, sławię literaturę. Cóż nam po setkach powtórzeń, tysiącach kopii, łaźniach wampirzej krwi, dowodzeniu, że literatura kobieca jest w istocie męską i odwrotnie, ekscytowaniu buduarową erotyką, ustanawianiu rekordu w trupominucie (ilości trupów na minutę) czy wymachiwaniu pałeczką czarodzieja.  „Giezło i komża” jest pozycją, przy której zamieramy (względnie piejemy) z zachwytu. Autor wzbił się wyobraźnią aż pod niebo. Co tym ciekawsze, że książkę oparł na faktach.

Gucio to z pozoru przeciętny chłopiec, mieszkaniec przeciętnego miasteczka. Jak wielu młodzieńców i jego nie omija epizod ministrancki. Scena w zakrystii przybliża nam po raz pierwszy jego ciekawską naturę. W braku dostępu do poważniejszych używek Gucio postanawia zapalić kadzidło. Przyłapany na kradzieży, ani przez chwilę nie próbuje sztubackich wykrętów. Kościelny, któremu taka postawa imponuje, nie tylko puszcza chłopaka, ale daje mu nawet kilka bibułek, pod jednym wszakże warunkiem: Gucio musi rytmiczniej uderzać w dzwonki mszalne. 

Już wkrótce ciekawość świata okaże się w Guciu tak silna, że spakuje do plecaka cały swój dobytek (odświętne giezło i ministrancką komżę) i porzuci miasteczko. Pociągiem na gapę udaje się do Gdyni. Tam melinuje się w ładowni drobnicowca M/S „Obieżyświat” i rozpoczyna rejs w nieznane. Nie jest moją rolą opisywanie przygód w podróży, zresztą nie było ich znów tak wiele. Gucio szczęśliwie trafił na statek wiozący spory zapas ptasiego mleczka. Żeby nie przesłodzić przeskoczmy do kolejnego rozdziału. Oto widzimy, jak zemdlony od nadmiaru słodyczy chłopiec przewiesza się przez reling, oddając morzu to, co nie jego. Czując, że dłużej już nie zniesie słodkiego wypasu postanawia zmustrować. I naraz akcja doznaje przyspieszenia, bowiem okazuje się, że portem, w którym Gucia naszły mdłości wcale nie była Ryga, tylko Hawana. Jesteśmy na Kubie, w złotych latach Fidela Castro. Młodzieniec wie, że z reżimem nie ma żartów. Na powitanie nowego lądu odziewa się starannie w odświętne giezło, komżę symbolicznie zawieszając na maszcie „Obieżyświata”. 

„Płyń, komżo, płyń”, szepcze Gucio nostalgicznie, odprowadzając „Obieżyświata” wzrokiem. „Morze przydasz się jeszcze jakimś ludożercom?”… (tego ostatniego wprawdzie nie rozumiem, ale kto mówi, że literatura musi być łatwa?)

Ale nic po ostrożności! Życie pisze własne scenariusze. Miejscowi, nieobeznani z nadwiślańskim dresscodem, mylnie biorą odświętne giezło za… komżę właśnie! Młodzieniec, któremu w głowie raczej użycie i romanse niż konfesjonały i zakrystie, wbrew własnej woli zostaje wzięty za misjonarza i głosiciela dobrej nowiny. Carlita, miejscowa piękność, bezprzytomnie zakochana w egzotycznym przybyszu, wybierze raczej śmierć w szczękach rekina niż cielesne zbrukanie świętego młodzianka. Zrozpaczony Gucio, którego intencje pozostają nieodkryte, rejtanowskim gestem drze odświętne giezło w strzępy, by po wypiciu beczki Cuba libre wstąpić do tajnej policji dyktatora. 

W finałowej scenie…

Ale nie, nie mam prawa jej opisać, to trzeba po prostu przeczytać!

Smakowity majstersztyk (filet z rekina), ale jak literacko przyrządzony! Palce lizać.

Czytając zastanawiałem się, czy można „Giezło i komżę” postawić w jednym rzędzie z „Czerwonym i czarnym” Stendhala. Zaryzykowałem i postawiłem. I co? Na półce doskonale prezentują się obok siebie!

A teraz… No właśnie. Po literackiej orgii, jaką zapewniła nam lektura pierwszej książki, chciałoby się już raczej zamilknąć, pominąć nieszczęsny „Płócienny woreczek”, który przy rozpasaniu „Giezła i komży” jest powieścią wątłą, nijaką, bladą, chorą na zanik i niedostatek.

Gerwazy, główny bohater, przez całą książkę łazi od domu do domu, próbując wypełnić swój pusty woreczek miedziakami, cukierkami, czy co mu tam wrzucą. „Święty człowiek”, szepczą jedni. „Pomyleniec”, pukają się w głowę drudzy. Nie przychylam się do żadnej z opinii. Tragizm jednostki jest aż nadto wymowny i męczący. Bowiem woreczek Gerwazego jest dziurawy. Czy nie lepiej (i krócej) wyraził to swego czasu twórca znanego poematu „Szedł Grześ przez wieś”?.. Czego do środka nie wrzucić – znika w rosie traw i pyle drogi. Trud Gerwazego do tego stopnia nie ma końca, że Czytelnik z trudem uwierzy w jego początek. No, jest tam parę scen pysznych, obserwacji soczystych i uwag pierwszorzędnych, w rodzaju: „kamień kamieniowi kamieniem”, zaś uporczywe nieinformowanie bohatera o dziurawości jego worka można uznać za krytykę społeczeństwa konsupcyjnego (a przynajmniej marnego poziomu okulistyki w tymże), ale trochę to mało jak na z górą trzysta stron prozy.

Najkrócej?

„Giezło i komża” górą. „Płócienny woreczek” doliną.

Lecz pamiętajmy, że bez dolin nie byłoby gór.