oto I owo

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!

Czas barbarzyńców

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 4 Maj 2017

Najnowsza premiera w Teatrze Współczesnym przenosi nas w Czas barbarzyńców, którego autorem jest angielski dramaturg Don Taylor. Historia kołem się toczy. Różnym czasom i odmiennym krainom towarzyszy lęk przed nadejściem nieokrzesańców, który zmiotą zastany porządek i wprowadzą swój, oparty na terrorze i pierwotnych instynktach. Zanim rozpanoszą się na dobre, trzeba snuć wizje przewrotów i spisków, dniem i nocą, nawet we śnie. Bo jak to, tyle lat walki o postęp, humanizm, tolerancję, i wszystko na nic? Wracamy do epoki kamienia łupanego i rozłupywanych czaszek? A przecież „oni już nie wrócą”, „w tych czasach to niemożliwe”, uspokajali jedni drugich. A jednak przyszli. Więc teraz trzeba zrobić wszystko, by przywrócić demokrację: najlepszy system w najlepszym ze światów. Najlepszy? Barbarzyńcy mogą nastać w wyniku demokratycznych wyborów, a jeśli demokracja wynosi do władzy tych, którzy aż palą się, aby ją podeptać, to pogratulować ludzkości takiego „najlepszego”. Co jednak, gdy barbarzyńcy okazują się nie tacy straszni jak ich malują? Ba, potrafią być dowcipni, czarujący i szczodrzy. Uff, co za ulga! Skąd brały się te nieuzasadnione lęki? Ci starzy/nowi są całkiem sympatyczni. Wyciągają rękę z zachętą. Dają szansę. I przy okazji – szybko i skutecznie – rozwiązują problemy nierozwiązywalne od lat. Brakuje pieniędzy? Dodrukujemy! Bezdomni? Stworzy się dla nich specjalne ośrodki, co z tego, że otoczone drutem kolczastym? To dla ich bezpieczeństwa. Podbici dają się uwieść. Będą żyć, i to nieźle. Jeden po drugim zmieniają ekstrawaganckie stroje na liberie nowych panów. Przeszłość była zaskorupiona i potrzebowała nowej energii. Dziennikarze, wojskowi, poeci przechodzą na stronę zwycięzców. Dyrektor teatru, byle tylko zdobyć przychylność ludzkich panów, decyduje się wystawić Króla Edypa, w którym aktor naprawdę wydłubuje sobie oczy. Dziennikarka przyjmuje w prezencie naszyjnik z diamentów, bo przecież „to nic nie znaczy, ona nie jest na sprzedaż, a już na pewno nie za taką cenę”. Skoro tak zachowują się elity, to może nadzieja w zwykłych ludziach? Ale przecież suweren sam wywołał barbarzyńców, w buncie przeciwko elitom właśnie!

Publiczność początkowo odbierała spektakl, jako satyrę na tu i teraz. Eksplozje śmiechu. Radość z bezpośrednich skojarzeń. Ale do czasu. Bo jak tu się śmiać, gdy scena ustępuje rzeczywistości? Ulicami maszerują nacjonaliści, osłaniani przez autorytet państwa, a my się podniecamy teatralnymi aluzjami?! Ktoś hoduje straszaka, monstrum, wydaje mu się, że ma go na krótkiej lince. Ale linka może się urwać. I co wtedy? Barbarzyńca to nie Frankenstein, tyko ten, kto go stworzył. Frankensteina nikt nie nauczył, że duma to nie to samo, co buta, chamstwo nie jest dzielnością, a przemoc nie równoważy braku wykształcenia. A jednak nic tak nie podnieca, jak upokarzanie rozumu przez siłę.

W każdym z nas mieszka barbarzyńca, który w chwili dla siebie sprzyjającej odrzuci maskę cywilizacji. Nie byłem zaskoczony, że taki jest końcowy wydźwięk przedstawienia. Jednak nurtuje mnie coś jeszcze. Barbarzyńcy mogą okazać się cywilizowani i sprytni. Ale co, jeśli są głupcami?

Aktorzy fajni, zwłaszcza role wiodące, scenografia/kostiumy/oprawa muzyczna – ciekawe, reżyseria czytelna (w dobrym sensie). Lubię Teatr Współczesny. Nigdy mnie nie zawodzi.

Wspiąłem się na Czarodziejską górę

Posted in książki, muzyka, nierecenzje, teatr by hajton on 26 lutego 2017

unknownIleż to razy po wykonaniu skomplikowanego utworu towarzyszyło mi uczucie zdobycia szczytu, szczyciku choćby, ale takiego, z którego widać kawałek świata. Podobnie rzecz ma się z przyswajaniem wymagających dzieł sztuki. Im góra wyższa, tym większa satysfakcja. A jeśli na dodatek jest to góra czarodziejska…

Międzynarodowe Sanatorium Berghof jest enklawą wyłączoną z codzienności. Każdy śni tu swój sen. Te sny nachodzą na siebie albo się mijają, akcja rwie się i rozciąga w czasie, a rozwiązania – jeśli już jakieś następują – są zazwyczaj dalekie od naszych oczekiwań. To zaskakujące, ale jej podstawowy przebieg daje się streścić w jednym zdaniu:

Do uzdrowiska przyjeżdża młody hamburski inżynier Hans Castorp; odwiedza chorego kuzyna, jednak w trakcie wizyty okazuje się, że sam jest nosicielem „mokrej plamki”, w związku z czym pozostaje na górze nie dwa tygodnie, a siedem lat.

Autor rozciąga dzieło na osiemset stronic druku, i to tak drobnego, że czytanie staje się trudne dla oczu, pomijając już fakt, że gdy taka książka/cegła wyleci z dłoni, może złamać nogę, uszkodzić kota lub psa rasy pomniejszej zaś po wpadnięciu do wody – ostrzegam czytelników waniennych – spowoduje małą powódź. Mówiąc całkiem poważnie, lepszym rozwiązaniem byłoby dostarczenie dzieła w dwóch tomach, ale przypuszczam, że nad decyzją o wydaniu jednotomowym zaważyły względy ekonomiczne (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2016, tłumaczenie: tom I Józef Kramsztyk, tom II Jan Łukowski).

Uczestniczymy w codziennym i odświętnym życiu uzdrowiska, jadamy, spacerujemy, werandujemy (to znaczy leżakujemy owinięci w koce), chorujemy i umieramy wraz z jego pensjonariuszami. Obserwujemy korowód postaci, ciekawych i bezbarwnych, szalonych i irytujących. Poznajemy ich rytuały, fobie i obsesje, stan duszy, stan kiesy i stan płuc.

Pensjonariuszy toczy gorączka, więc – wbrew sanatoryjnemu charakterowi miejsca – żyją gorączkowo, łapczywie, bez opamiętania. Czarodziejska góra jest miejscem dla ludzi zamożnych; byle biedak może sobie chorować w domu. Więc jedzą i piją, używają ponad miarę, ponad zdrowy rozsądek, bo ta ich góra ma w sobie też coś z Titanica; czego uszczknę, to moje, potem może być za późno. Będzie za późno. Na wszystko.

Jest też miłość, dużo miłości, spełnionej, niespełnionej, dekadenckiej i metafizycznej. W rosyjskiej piękności, Kławdii Chauchaut, mimo jej złych manier (trzaskanie drzwiami) i tatarskich oczu (a może z ich powodu?) kocha się pół uzdrowiska (niczym w pannie Krysi, w rodzimym pensjonacie Orzeł: Ta panna Krysia, panna Krysia, królowała na turnusach nie od dzisiaj…).

Ale choć ciągle obecna w sercach i myślach pensjonariuszy, sama opuszcza luksusowe więzienie, bo jej wolna stepowa natura nie może znieść długotrwałego zamknięcia. Czy jest to przeszkodą w miłości? Oczywiście, nie! Pod jej nieobecność Hans Castorp analizuje każdy nieomal centymetr kwadratowy jej portretu, zaś jego największą relikwią jest zdjęcie: zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej madame Chauchaut. Kławdia powraca. Co z tego, kiedy u jej boku pojawia się król życia, Holender Mynheer Pepperkorn. Autor niezrównanie dziwnych fraz słownych, w stylu: Dzieci – nonsens – nie jest się naturalnie wcale – gdyby w tej chwili – zobaczylibyście – śmieszne. Człowiek, który osobowością i szerokim gestem zdominuje na pewien czas życie towarzyskie uzdrowiska.

Choć wokół Hansa Castorpa kręci się sporo osób bardziej wyrazistych, to właśnie jego uczynił autor osią magicznego świata. Młody inżynier przechodzi w Berghofie niejedną inicjację. Oprócz miłosnej – intelektualną: staje się adresatem niekończących się sporów ideologicznych włoskiego humanisty – Lodovico Settembriniego: Zdobyczą Odrodzenia i Oświecenia, mój panie, jest osobowość ludzka, prawo człowieka, wolność! – i fanatycznego wychowanka jezuitów, Leo Naphty: To nie wyzwolenie i rozwój jednostki stanowią tajemnicę i nakaz naszych czasów. Tym, czego one potrzebują, czego pragną, tym, co stworzą, jest – terror. Ich ustami przeprowadza autor wcale nie pobieżną analizę aktualnej myśli europejskiej, która już niedługo doprowadzi do przełomowych wydarzeń historycznych. Światopoglądowy spór zakończy się zresztą całkiem fizycznym pojedynkiem, którego finał również zaskoczy.

Człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami. Uzbrojony w wykutą w trudzie maksymę Castorp będzie musiał pogodzić się z odejściem tego, którego przyjechał odwiedzić. Choć Joachim Ziemssen, młody oficer, znosił swój los z dyscypliną wojskowego, musiał ustąpić przeważającej sile śmiertelnego wroga. Jednak Joachim pojawi się na kartach Czarodziejskiej góry raz jeszcze, za sprawą Ellen Brand, Dunki (nawet nie z Kopenhagi tylko z Odense) i jej mediumicznych zdolności, a mówiąc konkretnie(!) – jej niewidzialnego przyjaciela, Holgera. Ale ta magia nie mogłaby się obejść bez muzyki, która pojawia się w sanatorium za sprawą cudownego wynalazku zwanego gramofonem. Aparat marki Polihymnia. Dusza niemiecka we współczesnej postaci – jak określa go radca Behrens. Z miłością i znawstwem pisze Mann o operach Mozarta, Verdiego i Pucciniego, o Wagnerze, Debussym, Bizecie i Offenbachu. Jednak kluczem otwierającym łącznik między światem żywych i umarłych okazuje się dopiero skromna pieśń Schuberta.

Nad całością zakładu pieczę sprawują naczelny lekarz i dyrektor uzdrowiska, wspomniany przed chwilą radca Behrens zwany przez Settembriniego Radamantysem (sędzia zmarłych w Hadesie). Jego prawa ręka – dr Krokowski, naukowiec o wyglądzie i zacięciu szamana, uprawia freudowską „analizę duszy”.

Jako tropiciel polskich śladów w literaturze światowej nie mogę nie wspomnieć o takowym w dziele Manna. Otóż Polacy pojawiają się w nim jako symbol rycerskości i honoru. Z powodu (rzekomego) wyrażenia (rzekomo) niepochlebnej opinii przez jednego z panów o żonie innego, doszło do budzących grozę wydarzeń. Zacytuję fragment protokołu:

Pan Stanisław Żuławski (…) dowiedziawszy się za pośrednictwem osób trzecich, że pan Kazimierz Japołł ma zamiar nazajutrz wyjechać, parokrotnie spoliczkował pana Kazimierza Japołła w barze tutejszego Kurhausu dnia 2 kwietnia 19.. między godziną 7.30 a 7.45 wieczór, w obecności swej małżonki Jadwigi oraz panów Michała Łodygowskiego i Ignacego Mellina, podczas gdy pan Japołł raczył się przy stoliku napojami wyskokowymi w towarzystwie pana Janusza Teofila Lenarta i dwu nieznanych bliżej dam z „American Bar”. Bezpośrednio potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Kazimierza Japołła, podając jako przyczynę swego postępowania obrazę, której dopuścił się pan Japołł wobec niego samego i wobec panny Kryłow. Niezwłocznie potem pan Michał Łodygowski spoliczkował pana Janusza Teofila Lenarta za kwalifikować się niedającą krzywdę wyrządzoną państwu Żuławskim, a wreszcie pan Stanisław Żuławski bezzwłocznie spoliczkował też wielokrotnie pana Janusza Teofila Lenarta za oszczercze zniesławienie jego małżonki oraz panny Kryłow. Panowie Kazimierz Japołł i Janusz Teofil Lenart zachowali się podczas całego tego zajścia zupełnie biernie.

Z Czarodziejską górą jest jak z górą w ogóle: niby da się ogarnąć jednym spojrzeniem, ale jej ogromu opisać nie sposób. Więc jeszcze tylko słowa zaskakującego finału, kiedy to góra pęka jak bańka mydlana, rozpierzcha się jak chmura, a Hans Castorp, śpioch obudzony z pięknego snu, ląduje w okopach I wojny światowej. Magia znika. Tu umieranie nie ma w sobie nic wzniosłego. Śmierć odarta zostaje z godności. I pozbawiona sensu.

Przygody cielesne i duchowe wzbogaciły twą prostoduszność i pozwoliły ci duchem przetrwać czas, którego zapewne nie przetrwasz ciałem. Miałeś chwile wieszczego królowania, w których ze śmierci i wyuzdania cielesnego wyrasta twój sen o miłości. Czy z tych śmiertelnych zapasów, z gorączkowej orgii, która wokół ciebie zapala teraz dżdżyste niebo wieczorne, zrodzi się również kiedyś miłość?

Ale ale… To wcale nie koniec.  W trakcie lektury docierało do mnie na jak karkołomne zadanie porwali się twórcy opery bazującej na powieści. „Weź pan górę, albo rzekę, albo połowę nieba, i zrób z nich operę.”

Przedsięwzięcie niewykonalne!

Czyżby?

Oto moje zapiski z 17 września 2016 roku. Tego dnia w ramach Festiwalu Warszawska Jesień odbywa się warszawska premiera opery.

Czarodziejska góra jest wysoką górą. Żeby się na nią wspiąć, musiałem pokonać kilka poziomów, jak w grze komputerowej. Od dwóch tygodni słyszałem wyraźnie: „Biletów nie ma, rozeszły się jak gorące bułeczki. Liczenie na zwroty jest wiarą naiwną. A wejściówek nie przewidujemy, no może kilka.”

Ale cóż warta inna wiara? Jeśli oparta na przekonaniu – czy jest jeszcze wiarą?!

Postawiłem poprzeczkę wysoko; w kolejce po wejściówki ustawiłem się już o godzinie 14.30. Jednocześnie dementuję, jakobym to ja był twórcą komitetu kolejkowego; jego inicjator pojawił się w teatrze kilka godzin później, kiedy karty były już rozdane.

Miałem sporo czasu, aby przyjrzeć się Nowemu Teatrowi – Starej Zajezdni Autobusowej. Przestrzeń zachęcająca, przestronna, przewietrzna, każdy tu może wejść i poczuć się dobrze. Przez wielkie dzielone okna widać przytulone przyuliczne drzewa. Jest to warszawskie do szpiku kości, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Gdyby wyjrzeć przez te okna, może dostrzegłoby się widok z całkiem innego czasu, jakieś strzępy zdarzeń, często przygnębiających, ale tak mocno zaznaczających jego tożsamość, jego trwanie. W czasie wojny w pobliżu odbywały się publiczne egzekucje. W jednej z nich rozstrzelany został altowiolista Henryk Trzonek, członek orkiestry radiowej p/d Grzegorza Fitelberga i muzyk Kwartetu Polskiego Radia.

Minęło parę godzin, dochodzi 19.00. Jest tłumek, nie, prawdziwy tłum oczekujących. Coraz więcej znanych twarzy, wśród nich Janusz Głowacki. Gdy o 20.00 zasiadam w końcu na upragnionym miejscu, na salę wchodzi majestatycznie Jerzy Skolimowski, tylko co uhonorowany nagrodą Festiwalu Filmowego w Wenecji.

„Jest Pan jednym z niewielu polskich kompozytorów, którzy jeszcze piszą na orkiestrę” – stwierdza w rozmowie z Pawłem Mykietynem Dorota Kozińska.

„Owszem, ale coraz bardziej do mnie dociera, że to już byt trochę przebrzmiały” – odpowiada kompozytor. I dodaje: „W konwencji operowej, gdzie mamy śpiewaków na scenie i muzyków w kanale orkiestrowym (…) jest da mnie coś archaicznego”. W innym z wywiadów Paweł Mykietyn mówił, że romans muzyki współczesnej z filharmonią (w rozumieniu orkiestry symfonicznej) nie bardzo się udał. To stwierdzenia mocno dyskusyjne, ale wyjaśniają, dlaczego kompozytor zabrał się do rzeczy w taki, a nie inny sposób.

O ile warstwa śpiewaczo/sceniczna mieści się całkowicie w kanonach tradycji, to muzyczna/kanałowa uległa dramatycznemu jak na operę przeobrażeniu. Choć poszczególne elementy muzyki są grane również na instrumentach (np fortepianie), to jednak całość jest nagrana, przetworzona i odtwarzana z taśmy. Czysta elektronika. Ten zabieg zaskakuje tylko na początku. Nieobecność orkiestrowego organizmu, zastąpiona przestrzennym, dobywającym się z ośmiu głośników dźwiękiem, stanowi kanwę dla śpiewaków wykonujących swoje partie jak najbardziej na żywo i z pełnią operowej ekspresji. Choć… Być może po to, aby przebić się przez dźwięki masywne niekiedy jak bloki skalne, śpiewacy używają mikrofonów. A śpiewanie w operowej manierze do mikrofonu zawsze przypomina mi pewne zdarzenie. W trakcie próby José Carreras najwyraźniej oszczędzał głos, co jednego z moich kolegów sprowokowała do pytania: „Maestro, czy na koncercie maestro będzie śpiewał do mikrofonu?” Sądząc po reakcji maestro, nie było to pytanie taktowne. Z drugiej jednak strony, także w teatrze nieoperowym aktorzy coraz częściej posiłkują się mikrofonami, ku – nazwijmy to – wygodzie swojej i publiczności. Mnie to nie przekonuje. Struktura pomysłów Mykietyna jest dość czytelna, zresztą kompozytor wcale jej nie ukrywa. To system stopniowo rozpędzanych i wyhamowywanych motywów (dźwiękowych pociągów), czasem bardzo prostych, czasami bardzo złożonych rytmicznie. Te motywy potrafią nakładać się na siebie, żyć własnym życiem, tworząc niekiedy niesamowite konglomeraty dźwięków. W partyturze pojawiają się też dźwięki konkretne, nomen omen, odtwarzające odgłos pociągu. Śpiewacy odnajdują się w tym elektronicznym spektrum bez problemów, a nad całością czuwa dyrygent, dyskretnie pokazujący im wejścia.

Warstwa dramatyczna spektaklu pozostaje średnio czytelna. Autorzy adaptacji nie próbują oddać ogromu treści zawartych w mannowskim oryginale; jakby uciekając od nich wprowadzają na scenę postać pojawiającą się w książce tylko we wspomnieniu (zmarła Amerykanka, po której pokój przejmuje Hans Castorp). Na scenie mamy do czynienia nie tyle z akcją, ile z projekcją z pogranicza snu i jawy. Całość odbywa się w scenerii surowej, masywnej, ale jakby nieistniejącej. Pomiędzy dwoma aktami potrzebna jest prawie godzinna przerwa na zmianę dekoracji (przeniesienie jej z pionu w poziom). Ten trud jest właściwie niezauważalny. Podobnie z reżyserią.

Daleki jestem od lekceważenia w teatrze operowym warstwy literackiej, a także reżyserskiej i scenograficznej, ale obejrzana inscenizacja Czarodziejskiej góry obroniła się w moich oczach wyłącznie dzięki muzyce.

Dziady warszawskie 2016 / Plac Bohaterów

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 22 kwietnia 2016

Unknown-7Dramaturgia, jako swego rodzaju artystyczny półprodukt potrzebuje ciągle nowych odczytań. Niezbędnych, jak świeże powietrze do życia. Myślę, że nie każdy z uznanych reżyserów teatralnych świata podjąłby się interpretacji Dziadów, dramatu bardzo polskiego i słowiańskiego. Eimuntas Nekrošius sam zadeklarował kiedyś gotowość wyreżyserowania dzieła Mickiewicza, a ponieważ jest twórcą teatralnym o międzynarodowej reputacji, jego słowa nie trafiły w próżnię.

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” – zadawali sobie pytanie widzowie.

Odpowiedzi udzielił sam reżyser: „nic nie będzie” (dosłownie tak uzupełnił tekst Mickiewicza).

No, bez przesady, trochę jednak było. Na przykład walc Nad pięknym modrym Dunajem, tańczony znienacka przez uczestników dziadowego obrzędu. Albo fragment z Don Giovanniego Mozarta, w trakcie którego sporej wielkości figura Mickiewicza, niczym pomnik Komandora w (chyba) proteście opuszcza scenę. Z tą figurą wiąże się zresztą ciekawa historia. W tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku odsłonięto w Wilnie pomnik poety. Drewniany, pokryty smołą projekt tymczasowy, postawiony bez zgody władz miasta i akceptacji jego mieszkańców, nigdy nie doczekał się formy stałej (planowanej w żelazobetonie). Co dowodzi, że stawianie pomników za wszelką cenę może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Obrys tej monumentalnej, ale średnio urokliwej sylwety zdobi scenę w warszawskim przedstawieniu Dziadów. Sama scena podziurawiona jest kraterami, niczym powierzchnia księżycowa, co – być może – ma nadać przedstawieniu wymiar kosmiczny. Nadaje komiczny, bowiem aktorzy wpadają w dziury (w sposób mniej lub bardziej zamierzony) niczym w filmowej burlesce. Zjawisko nasila się w scenie, w której Guślarz kieruje ruchem żywych i umarłych, niczym policjant na skrzyżowaniu.

Dziady Nekroviusa są kompilacją części II i IV (przed przerwą) oraz całością III (po przerwie). Oprócz skrótów mamy również dodania, nie tylko autorstwa samego reżysera, ale także z innych dzieł Mickiewicza. Na przykład, młodzieńczy wiersz Komar, recytowany przez senatora Nowosilcowa. Jego końcowa strofa brzmi jak następuje:

Kiedyś tak małe licho, nie rób tyle krzyku, 

A kiedy chcesz ukąsić, kąsajże bez bzyku. 

Jeśli ci krwi potrzeba, gdzie chcesz nos mi wtykaj, 

Tylko, kiedyś tak mały, kąsaj, a nie bzykaj. 

Pogardliwy stosunek, jaki senator żywi wobec podległego mu kraju nadwiślańskiego i jego mieszkańców jest w tekście dramatu uwydatniony aż nadto. Czyżby więc reżyser tym wyrafinowanym chwytem próbował wyrazić swój stosunek do polskiej tromtadracji? Jeden z elementów dekoracji, kanka na mleko zdaje się zrównywać stan ducha polskich patriotów z dziecięcą niedojrzałością. Są przedstawieni, niczym rozbisurmaniony zespół rockowy na gościnnych występach. Jeden z nich, ilustrując dramatyczną opowieść strzela z… nogi.  Kolejny pomysł rodem z filmowej farsy.

Wielka improwizacja Konrada zaczyna się poszumem zdartej płyty, zaś kończy obudowaniem bohatera sarkofagiem z mickiewiczowskich książek. Dzięki reżyserowi dowiadujemy się więc, że improwizacja nie jest żadną improwizacją, a wystudiowanym do ostatniego gestu aktem autorskiej pychy. Jakże przenikliwe… Spomiędzy książek wystaje ręka autora, ciągle skorego do rozdawania autografów. Reżyser miesza porządek sztuki i życia. Jeśli chciałbym dowiedzieć się czegoś na temat ludzkiej natury Mickiewicza, z pewnością sięgnąłbym do jego biografii. W teatrze wolę autorskie niedopowiedzenie, niźli reżyserską nadinterpretację.

Najważniejszym rekwizytem przedstawienia jest wszakże nie kanka na mleko, ale sporych rozmiarów makówka (a nawet kilka makówek). W tekście Mickiewicza mak pojawia się tylko raz (gdy diabły sypią jego ziarenka na oczy Nowosilcowa), jednak tej sceny w przedstawieniu Nekrošiusa w ogóle nie ma. Może chodzi więc o to, że teatr jest jak sen narkotyczny (bo chyba nie o głowę [czyją?] pustą jak makówka)? Sądząc jednak po jakości wizji księdza Piotra, mak w owych makówkach musiał być mocno zwietrzały. Jeden z najważniejszych bohaterów mickiewiczowskiego dramatu zakłada czerwone rajtuzki (do kolan), w dłoń bierze czerwoną fujarkę, a sposób, w jaki wygłasza kwestię przypomina gaworzenie chłopczyka. Swój występ kończy założeniem na plecy kawałka blachy. Machając nią, niczym ptasimi skrzydłami opuszcza scenę. Polska bocianem narodów?

Nekrošius podważa nie tyle historyczny mit, ile jego konieczność. „Chcieliście, to wam pokazałem”. Pełna zgoda. Robi to bez sympatii do Mickiewicza i jego bohaterów, czyli – w pewnym sensie – do nas. I tego prawa reżyserowi nie odbieram. To przecież przedstawiciel Salonu Warszawskiego z ironią zauważa: ”Pan z Litwy, i po polsku? Nie pojmuję wcale – Ja myśliłem, że w Litwie to wszystko Moskale. O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach”. Rzecz w czym innym. Zaproszenie do współpracy wybitnego reżysera daje nadzieję na wybitny spektakl. Na pierwszej scenie kraju chciałbym obejrzeć widowisko wstrząsające, poruszające do głębi, niechby i wbijające się cierniem w myśl i duszę. Zamiast tego byłem świadkiem przedstawienia zrobionego jakby na siłę i wbrew sobie (ni bzyku, ni kąsu, najwyżej przekąs). A o tym, że – i jak – Dziady mogą porywać, pisałem całkiem niedawno.

https://hajton.wordpress.com/2016/03/09/archipelag-dziady/

W trakcie spektaklu nie mogłem pozbyć się uczucia empatii wobec aktorów. Ciężki to zawód, gdy musisz grać wbrew sobie. Znają ten ból muzycy, realizujący niezrozumiałe, albo – co gorsza – nierozumne wskazówki dyrygenta. A skoro już przy muzyce jesteśmy… Piękna, wrażliwa,  rozwieszona gdzieś między dźwiękowymi światami Gustava Mahlera i Samuela Barbera ilustracja dźwiękowa Pawła Szymańskiego jest z pewnością silną stroną przedstawienia.

Dzień wcześniej obejrzałem spektakl będący odwróceniem sytuacji z Narodowego; w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych w hali EXPO XXI wystąpił Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny, który przedstawił Plac Bohaterów Thomasa Bernharda, wyreżyserowany przez Krystiana Lupę. Ten ascetyczny i bolesny spektakl jest właściwie o jednym: o rodzeniu się faszyzmu, którego nie chcemy widzieć, któremu mało kto, zajęty własnymi sprawami i problemami, własnym życiem, pragnie się przeciwstawić. Ale zamykanie oczu kończy się tak, jak skończyć się musi: czasami otwieramy je w ostatnim momencie, gdy już za późno jest, aby zapobiec katastrofie.

Nasi na Księżycu

Posted in filmy, literatura, nierecenzje by hajton on 4 kwietnia 2016

Stanisław_Wyspiański_-_Portret_Jerzego_ŻuławskiegoLądowali Amerykanie na Księżycu czy nie lądowali? Czy jego ciemna strona skrywała (skrywa) bazy niemieckie, rosyjskie albo pozostałości nieznanych kultur? Zadziwiające, z jaką łatwością wirus wątpliwości przenika do nas w epoce (dez)informacji. I z jaką lubością w nas się zagnieżdża. Łatwo odrzucamy fakty, które ktoś poddaje w wątpliwość, z chęcią wierzymy w te, które się nie wydarzyły. W chaosie spekulacji i domniemań niezmienna jest jedynie rzeczywistość literacka. Opisywane przez autorów historie wydarzyły się na pewno. W kosmosach ich wyobraźni. I żyją własnym, utajonym, a dzięki czytelnikom, od czasu do czasu odkrywanym życiem. Powiedzmy więc bez ogródek: pierwszym człowiekiem, który postawił nogę na Księżycu nie był żaden amerykański astronauta Neil Armstrong, tylko nasz rodzimy uczony (trochę mag), mistrz Jan Twardowski. Nie wszyscy jednak wiedzą, że wiele lat później w jego ślady (już bez pomocy diabelskiej, za to z technologiczną) wyruszyła na Księżyc wyprawa, w której skład wchodził niewymieniony z imienia i nazwiska rodak. To on najdłużej ze wszystkich jej uczestników opierał się trudom księżycowej egzystencji, stając się kimś w rodzaju niańki nowego gatunku kosmicznego – rodu Księżyczan.

Unknown-2To, że Trylogia księżycowa Jerzego Żuławskiego nie jest dziełem powszechnie znanym, wynika  chyba z faktu, że literatura science-fiction długo nie była traktowana na równi z jej innymi gałęziami. Fakt istnienia dzieła kanonicznego wręcz dla gatunku, a zarazem powstałego ponad wiek temu, na długo przed książkami Stanisława Lema, jest z jednej strony zaskakujący, zaś z drugiej potwierdza intelektualny  i artystyczny potencjał twórców Młodej Polski.

Część pierwsza – Na srebrnym globie

Historia podboju Księżyca przez Ziemian. Podbój jest tu słowem dwuznacznym. Członkowie kilkuosobowej ekspedycji lądującej na Srebrnym Globie stają się jego więźniami. Droga powrotu nie istnieje. Gwiezdni podróżnicy wiedzieli o tym, ale wiedzieć o czymś, a tego doświadczyć, to zupełnie co innego. Być może ta część książki powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich ochotników rwących się z misją kolonizacji Marsa. Pomimo nieziemskich trudności, dotykających co krok tragedii, trójce wysłanników udaje się dotrzeć do niewidocznej z Ziemi części Księżyca, na której panują warunki umożliwiające życie. Na srebrnym globie to w dużej mierze literatura drogi, nietypowej, bo pozaziemskiej. Choć dzisiejsza wiedza o Księżycu pozwala uśmiechnąć się lekko nad wizjami snutymi przez autora, wystarczy dokonać prostego zabiegu – przemienić Księżyc w jakąkolwiek  mniej znaną planetę, i naraz okazuje się, że wydarzenia przedstawiane w książce nabierają rysów prawdopodobieństwa. Opisy dowodzą świetnej znajomości topografii, a zarazem przepełnione są niezwykle plastyczną urodą. Chyba najbardziej poruszające są wyznania niezmierzonej tęsknoty i nieprzeczuwanej kiedyś miłości do rodzinnego pyłku w kosmosie, zwanego Ziemią. Ta tęsknota jest tak prawdziwa, że przywodzi na myśl uczucia wygnańców, wspominających utraconą na zawsze ojczyznę. Podejrzewałem nawet, że autor zaznał losu zesłańca, ale byłem w błędzie. Choć może nie do końca; pisarz służący między innymi w Legionach Polskich zmarł w roku tysiąc dziewięćset piętnastym nie doczekując niepodległości kraju. Ale ta tęsknota i ta samotność ma też znaczenie bardziej uniwersalne; to los, ku któremu pielgrzymujemy wszyscy bez wyjątku.

Część druga – Zwycięzca

Po poetyckiej i metaforycznej części pierwszej, przenosimy się – niespodziewanie zgoła – w pełnokrwistą fantasy. Od misji kolonizacyjnej minęły wieki. Pomimo trudności, pionierom udało się położyć podwaliny pod księżycową cywilizację. Odnajdujemy ją w okresie zbliżonym do ziemskich czasów starożytnych. W niepokojącą mozaikę księżycowych ludzi, diabolicznych szernów – pierwotnych mieszkańców Księżyca (autor nie wspomina, czy do ich powstania przyczyniły się sztukmistrzowsko-genetyczne manipulacje mistrza Twardowskiego) i morców – wyklętych potomków szerno-ludzkich, trafia przybysz z Ziemi. To także nasz rodak, imieniem Marek. Brany przez miejscowych za nadczłowieka, a mówiąc ściślej – Boga, przeżywa wzlot i upadek, parabolę uwielbienia i nienawiści.

Zwycięzca to nie tylko kapitalny opis walk, obrony i podbojów, ludzkich namiętności, siły i głupoty, ale doskonałe studium socjologiczne. Kosmogonia, wiara i religia, spełnione, a potem rozsypujące się w proch, a pośród nich człowiek, który nie potrafi żyć bez iluzji, więc nawet jeśli będzie musiał przeczyć logice, zrobi to, aby ocalić sens istnienia. Przecież wszyscy znamy tęsknotę za lepszym światem, hołubimy w sobie nadzieję, że to, co tu i teraz, to tylko przygrywka do świetlanej nieskończoności, nasze cierpienia są walutą, za którą kupujemy nieśmiertelność. Zwycięzca jest również znakomitym szkicem o mechanizmach rządzących społeczeństwem, o politykach/graczach zawsze gotowych do żerowania na ludzkiej naturze, z jej dobrymi lecz głównie złymi stronami. I o ortodoksyjnych ideologach, tak święcie przekonanych o swych racjach, jak zagubionych w błędnej interpretacji faktów.

Część pierwsza była historią powstania księżycowej cywilizacji, a więc i księżycowej wiary. Stary Człowiek, przybysz, który przetrwał najdłużej, jest kimś na wzór Boga Ojca. Młody Ziemianin o imieniu Marek staje się dla miejscowych ziszczeniem mitu, odrodzonym Bogiem – nawiązania do przyjścia Chrystusa są tu zupełnie wyraźne. Podobnie jak i koniec obu postaci: Marek, głoszący prawdy zbyt dla zastanego świata radykalne, zginie śmiercią podobną męce Chrystusowej. I także w jego przypadku narodzi się mit zmartwychwstania. Nie przez przypadek pewne fragmenty Zwycięzcy wchodzą na nutę biblijną, bądź zgoła ewangeliczną.

Część trzecia – Stara Ziemia

Wracamy na starą dobrą Ziemię. Dobrą? Taką, jak zawsze. Jest to Ziemia przyszłości wobec piszącego; przywoływane w tomie Stany Zjednoczone Europy sytuują akcję gdzieś w okolicach naszych czasów. Trzecia część, to – po poemacie o ludzkiej samotności i środkowym ogniwie fantasy – literatura futurystyczna.

Jest to również rzecz o nieprzystawalności światów. Podczas gdy Marek Zwycięzca, typowy Ziemianin, brany jest na Księżycu za Boga omalże, Roda – księżyczański mędrzec, i jego utalentowany uczeń, Mataret są na Ziemi ledwie karzełkami do pokazywania na jarmarkach (przypomina się Guliwer). Ale niedługo. Roda, mędrzec pragmatyczny, który na swojej rodzinnej planecie głosił niemożliwość istnienia życia na Ziemi, szybko się do reguł owego życia przystosowuje, co z kolei Mataretowi – idealiście, przysparza nieprzezwyciężonych problemów. Ziemskim bohaterem tej części jest Jacek, uczony, dzięki któremu Marek dostał się na Księżyc. Obu łączyła niszcząca miłość do pięknej Azy, śpiewaczki i femme fatale, u której stóp łasi się cały niemal męski ród. Ona sama przeżywa fascynacje – kiedyś demonicznym skrzypkiem – teraz hinduistycznym świętym. Nyanantiloka próbuje odciągnąć Jacka od gwaru świata. Stany Zjednoczone Europy są kontynentem pozornej szczęśliwości. Ale pod jej powierzchnią pulsuje rewolucyjny nurt. Ta mieszanka jest dość wybuchowa; wybuchowa tym bardziej, że Jacek skonstruował broń mogącą obracać miasta w perzynę. Trwa wyścig o to, kto ją zdobędzie. Tym najsprytniejszym okazuje się Roda, a choć ani on, ani władze, którym ją przekazuje, nie wiedzą jak broń działa, sam fakt jej posiadania wystarczy do uśmierzenia społecznego buntu. Władze wyklinają naukowców, jako już niepotrzebnych ludzkości (jakaś daleki odblask platońskiej idei artystów wyklętych). Jacek i Nyanatiloka odchodzą w poszukiwaniu jedynie ważnych wartości duchowych. Aza, która nikomu nie daje szczęścia, sama też go nie zazna. Tylko Roda czerpie korzyści z nowej sytuacji – zostaje gubernatorem, ale jego uczeń z pogardą przyjmuje zdradę byłego mistrza. W dwóch zdaniach? Człowiek nie osiągnie szczęścia zawierzając sferze materialnej. Dobrobyt nie uspokaja ducha. Na przeszkodzie stoi nieustająca pogoń za polepszeniem swego losu. Brzmi całkiem aktualnie.

UnknownBezpośrednio po skończeniu książki postanowiłem obejrzeć nakręcony na jej podstawie film. Na srebrnym globie jest dziełem Andrzeja Żuławskiego – jeśli dobrze potrafię rozszyfrować rodzinne zależności – wujecznego wnuka pisarza. Po nakręceniu sporej części materiału produkcja filmu została przerwana. Powrót do jego realizacji po latach był praktycznie niemożliwy; nie zachowały się stroje, dekoracje, zerwanie ciągłości procesu twórczego stało się dla filmu wyrokiem. Sam autor (Żuławski-wywiad rzeka/Krytyka Polityczna) twierdzi, że produkcja filmu została wstrzymana nie z powodu nadmiernych kosztów („Na srebrnym globie to film robiony metodą chałupniczą. Nie ma w nim ani jednego tricku, ani jednego efektu specjalnego, nie ma nic, co by kosztowało krocie. Wszystko było wyrzezane kozikiem w gównie”). Właściwą przyczyną była niechęć ówczesnego ministra kultury i sztuki, który po obejrzeniu nakręconych fragmentów doszedł do wniosku, że jest to film „przeciwko ideologii, którą się rządzi PRL jako państwo i jako ustrój socjalistyczny. Że miało być za, miało być antyklerykalnie, a jest o wolności i jest o religii”.

Ocena filmu musi pozostać – tak, jak i sam film – niekompletna. Ekranizacja książki stawiała twórcom wymagania, którym – biorąc pod uwagę dzisiejsze rozumienie widowiska filmowego – zwłaszcza w PRL-u nie mogli podołać. Zamiast oszałamiającego rozmachem filmu otrzymaliśmy widowiskowy spektakl teatralny, kompilację Szajny z Hasiorem, obraz ekspresyjny, tekst zamglony, niczym bardzo późny Słowacki.

Pierwsza część wykazuje najwięcej spójności, jest rodzajem videoblogu, na którym jeden z przybyszów, późniejszy mityczny Stary Człowiek (Jerzy Trela) rejestruje księżycową rzeczywistość.

Marek Zwycięzca z części drugiej (Andrzej Seweryn) pląsa przed kadrem konwulsyjnie, wygłasza swoje kwestie zachłystując się słowami. Sceny ociekają seksem, przechodzą w orgię, by jeszcze potem nabrać wyrazu biblijnego okrucieństwa.

Część trzecia – z Azą i Jackiem – jest potraktowana epizodycznie, wtapia się w akcję księżycową.

Filmowi nie można odmówić pewnej plastycznej urody. To, że nie próbuje epatować nowoczesnością też zapiszmy na plus: byłby to pojedynek nie do wygrania. Dialogi, które są z pewnością dziełem reżysera, często wpadają w głębię prawd wieczystych (i nie do końca zrozumiałych), ale dwa zapadły mi w pamięć: jam jest ten, który wie wszystko, a nie rozumie niczego. A zwłaszcza kapitalne: wieczność jest stanem równoczesnego posiadania wszystkiego.

Dla wielu widzów film ma status kultowego, a dosłownie kilka dni temu jeden z portali filmowych uznał obraz Andrzeja Żuławskiego za najlepszą niehollywoodzką produkcję s-f w historii.

http://www.tasteofcinema.com/2015/the-15-best-non-hollywood-sci-fi-movies-of-all-time/2/

Szanghaj – Traviata – Szczecin

Posted in muzyka, nierecenzje by hajton on 28 marca 2016

Zalety architektoniczne i akustyczne nowego gmachu Filharmonii Szczecińskiej opisano już wielokrotnie. Zamieniając przymiotniki na „muzyczne” i „artystyczne”, to samo można by powiedzieć o kameralistach z Szanghaju. Ale niekoniecznie u nas. Shanghai Quartet koncertuje przede wszystkim na rynku azjatyckim (Chiny, Japonia, Korea Płd.) i amerykańskim. Na szczęście kwartet jest bytem wędrującym, istnieje więc szansa, że któregoś dnia zawita tam, gdzie się właśnie znajdujemy. A co dopiero, gdy będzie to miejsce, w którym jego walory mogą zabrzmieć w całej pełni! Taka szczęśliwa okoliczność wydarzyła się w Filharmonii Szczecińskiej 21 marca 2016 roku, w ramach XX Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Dla zdecydowanej większości słuchaczy (łącznie z niżej podpisanym), była to pierwsza szansa na bezpośrednie zapoznanie się z kunsztem wykonawczym azjatyckiego zespołu. Program koncertu zawierał dwa arcydzieła muzyki kameralnej: Pierwszy Kwartet smyczkowy a-moll op. 7 Béli Bartóka i Kwartet smyczkowy nr 15 a-moll op.132 Ludwiga van Beethovena. Nie mogłem przepuścić takiej okazji.

Nie będę rozpisywał się o krystalicznej intonacji czy organicznej wręcz prezentacji materiału muzycznego. Dla zespołu takiej – jak się okazało – klasy, są to elementy oczywiste. Nie mam także zamiaru rozwodzić się na temat indywidualnych i zespołowych trudności wykonawczych obu utworów (ich skalę w Kwartecie Bartóka poznałem osobiście). Chciałbym natomiast poświęcić słów kilka pewnemu elementowi, który wyróżnia zespół z Szanghaju na tle plejady najwybitniejszych kwartetów smyczkowych XXI wieku. To niezwykły, panteistyczny rzekłbym, stosunek do dźwięku. Jego brzmienie jest jak ruch chmur, które zmieniają formy w sposób niezauważalny dla oka, jak woda przelewająca się w górskim strumieniu, bez początku i bez końca, jak powietrze, którym oddychamy, niby wciąż takie samo, a przecież ciągle inne. Owszem, jeśli trzeba, początki fraz są wyraźnie zarysowane, ale nigdy brutalne. Podobnie jak ich końcówki – zdecydowane, gdy żąda tego kompozytor, ale nie gwałtowne, nigdy nie więżą dźwięków, nie zamykają im drogi powrotu do świata, z którego przybyły. Ten dźwięk przemawia barwą i dynamiką – diapazon możliwości od pianissimo do fortissimo jest tu ogromny – jednak nigdy nie staje się ostry. Jego genezy doszukiwałbym się w brzmieniu chińskich skrzypiec erhu, na których gra agresywna po prostu nie jest możliwa. Mamy więc sytuację, w której muzyka szeroko rozumianego Zachodu spotyka się z wrażliwością szeroko rozumianego Wschodu, co owocuje interpretację odkrywczą, przynosi efekt odmienny, wzbogacający nasze rozumienie sztuki i sytuujący wybitne dzieła muzyczne w nowych przestrzeniach. Niezwykle plastyczna narracja nabiera momentami znamion wyświetlanych w przestrzeni hologramów. Szczególnie poruszający wydał mi się fragment wolnej części kwartetu Beethovena, który brzmiał jak wyimek z Genesis – wyłanianie się lądów spośród morza ognia i lawy, potem jakiś rys powstawania gotyckich katedr, w końcu – no dobrze, niech będzie! – upadek Konzerthausu i pnące się w jego miejsce wieże lodowego pałacu – Filharmonii Szczecińskiej… Występ kameralistów z Szanghaju opatrzył komentarzem Piotr Urbański, stały prelegent cyklu koncertów kameralnych. A sposób w jaki to czynił – dzięki odpowiedniej proporcji między informacjami merytorycznymi, a ciekawostkami – wydatnie zaostrzał apetyt na wysłuchanie omawianych dzieł.

Następnego ranka świat obiegła wiadomość o zamachach terrorystycznych w Brukseli. Tegoż wieczoru, w przepięknie odnowionej, nieodległej od Filharmonii, Operze na Zamku, miała zabrzmieć La Traviata Giuseppe Verdiego.

This will be our reply to violence: to make music more intensely, more beautifully, more devotedly than ever before – Naszą odpowiedzią na przemoc będzie granie muzyki intensywniejsze, piękniejsze, pełniejsze oddania niż kiedykolwiek przedtem – można by przetłumaczyć słowa Leonarda Bernsteina.

Spektakl został poprzedzony minutą ciszy. Było to właściwe wprowadzenie w jego atmosferę, która – choć początkowo pełna życia i użycia – wiedzie w rejony samotności, cierpienia i umierania. Wykonawcy sprostali niełatwemu zadaniu. Od z zaangażowaniem grającej orkiestry, przez sprawny chór i balet, do dyrygenta, który pewnie koordynował działania sceniczne z orkiestrowymi. Od różnorodnej, choć nie przytłaczającej scenografii, do interesujących pomysłów reżyserskich, na przykład multiplikowania postaci umierającej bohaterki. W końcu zespół śpiewaków, pośród których blaskiem pierwszej wielkości świeci tytułowa Traviata – Marcelina Beucher. Artystka zachwyciła mnie już w finale Konkursu Wokalnego IVC w holenderskim ’s-Hertogenbosch (50th International Vocal Competition) we wrześniu 2014 roku, w trakcie którego wspaniale wykonała arię z Halki Stanisława Moniuszki (Halka Pani Marceliny). Powiedzieć, że w roli Violetty spełniła nadzieje, z którymi wybrałem się na spektakl, to powiedzieć za mało. Śpiewaczka to urzekała kantyleną, to znów bez wysiłku mierzyła się z najtrudniejszymi pasażami. Jeśli dodamy do tego zadania aktorskie, które wymuszały śpiew w bardzo nienaturalnych pozycjach (gdy leżąc zwija się z bólu), otrzymamy pełniejszy obraz tego poruszającego występu. Jej wykonanie rozbudowanej partii Violetty (prawie dwie godziny czystego śpiewu) wzbudziłoby aplauz na najbardziej prestiżowych scenach operowych świata. Jej głos – srebro, mosiądz i złoto – wydaje się predestynować artystkę do zmierzenia się także z repertuarem wagnerowskim. Chciałoby się, aby po anonsowanym na rok 2019 debiucie reżyserskim Mariusza Trelińskiego w Bayreuth (Tannhäuser), w niedalekiej przyszłości w Teatrze na Wzgórzu wystąpiła także polska śpiewaczka.

Dodam jeszcze, że dzielną współsłuchaczką opisywanych koncertów była moja Mama, która generalnie podpisuje się pod powyższymi słowami, choć akcentuje większy jeszcze zachwyt dla Wykonawców.

WP_20160322_010