oto I owo

Przepaść

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 Maj 2018

Mała nie mogła pogodzić się, że królików już nie ma. Były z nią od kiedy pamiętała, a potem nagle odeszły. Wieczorem narwała liści mleczu i jak kiedyś, jak zawsze, zaniosła je zwierzątkom, a właściwie kamieniom, pod którymi spoczywały. Niecierpliwie czekała na ranek. W końcu zmęczona czuwaniem, usnęła. Śniło się jej, że idzie nad przepaścią. Lichy mostek kołysał się coraz bardziej. I kiedy już, już bała się, że spadnie, zobaczyła je. Po obu stronach urwiska siedziały jej ukochane króliki. Trzymały w zębach końce linowego mostku i ani myślały go puścić. Rano pobiegła do ogrodu. Mlecz był nieruszony. No jasne! Króliki miały w nocy inne zajęcia.

Reklamy

Oko wita

Posted in miniatury literackie, Uncategorized by hajton on 27 listopada 2017

Pierwszego dnia odczułem natarczywe spojrzenie. Następnego już go rozpoznałem. Za trzecim razem nie miałem wątpliwości. Był tam, bo ja tam byłem. Śledził mnie. Wsiadając do wagonu spojrzałem dyskretnie za siebie, ale został na peronie, odprowadzając mnie tylko spojrzeniem. Świdrującym, ponaglającym, zachęcającym. Do czego? Udawanie, że go nie dostrzegam było słabą opcją. Nie odczepi się. Będzie tak stał i się gapił, aż w końcu zacznie za mną łazić. A zanim mu się znudzi, ja dostanę fobii. Czwartego dnia odwzajemniłem więc spojrzenie, śmiało, może zbyt śmiało, bo gość jakby się speszył, i to do tego stopnia, że jedna z gałek wypadła z oczodołu. Zaczęła odbijać się od granitowego peronu niczym piłeczka pingpongowa. Instynktownie rzuciłem się, by złapać ją tuż przed nadjeżdżającym pociągiem. Sam, siłą rozpędu wpadłem do wagonu, którego drzwi tylko co się rozsunęły. Zanim się pozbierałem, pociąg ruszył. „Następna stacja…”, odezwał się spiker szlachetnym barytonem, ale naraz zamilkł, tak, jakby ktoś nieoczekiwanie podsunął mu do przeczytania nowy tekst. „Następna stacja…” — baryton zelżał w niedowierzaniu — „…Pięć pałaców”. Stacja Pięć Pałaców? W całym mieście tylu nie zliczysz, a tu nagle pięć, w jednym miejscu? Jak długo jeżdżę metrem nie słyszałem o takim przystanku. Ale był. Wysiadłem. Na środku peronu panoszyła się pentagonalna rozgwiazda ruchomych schodów. Wstąpiłem na pierwsze z brzegu. Po małym kwadransie wywiozły mnie na powierzchnię…

Moim oczom ukazał się imponujący zamek zbudowany z piasku. Misterny w szczegółach, niestety, górą już przesychał. Wieżyce obsypywały się, a gdy dotknąłem ściany, całość zapadła się do środka. Wiatr wzbił w powietrze nieskończoną mnogość ziaren, przez piaskową burzę z trudem i w ostatniej chwili odnalazłem częściowo już zasypane wejście do metra.

Następne schody prowadziły do Pałacu Lodowego. Dumnie lśnił w mroźnym powietrzu i wydawało się, że jest bez porównania trwalszy od swego piaskowego brata. Ale gdzież tam! Gdy z mocą zaświeciło słońce, iglica roztopiła się w mgnieniu oka, a po ścianach pociekły strużki wody. Dotyk mojej dłoni i tym razem dokończył dzieła. Z trudem umknąłem post-lodowemu tsunami.

Kolejne wyjście prowadziło do zamku zbudowanego z mniejszych i większych kul. Architekt i budowniczowie nieźle się nabiedzili, aby całość mogła się utrzymać. Efekt był zniewalający, jednak coś nieładnie pachniało. W końcu zrozumiałem. Kule utoczone były przez skarabeusze. Nie miałem ochoty dotykać obłych ścian.

Potem był zamek otynkowany i wyszlifowany. Piękny i gładki w dotyku, aż do nudności. Moja dłoń nie zostawiała na nim śladu, on też pozostawał dla niej obojętny. Pożegnałem go bez żalu.

Ostatni z pałaców był inny, nie brzydki, ale surowy, niewykluty, a może przekluty. Kiedy szedłem wzdłuż murów, spadło na mnie parę cegieł, a gdy nieopatrznie dotknąłem ściany, dłoń ugrzęzła w zdradliwej szczelinie. Musiałem się naszarpać, aby ją uwolnić. Nie obyło się bez obtarć i paru kropel krwi. Chropawa budowla miała moc przyciągania. Szykowałem się, by spędzić w niej więcej czasu. Chciałem brodzić po zasypanych pyłem korytarzach, uderzać głową w mur, by sprawdzić słuszność przysłowia. Miałem nawet zamiar spędzić noc w którejś z komnat, z wygwieżdżonym niebem zamiast sufitu i rdzawą cegłą pod głową.

Ale z oddali usłyszałem informację, że za chwilę odjeżdża ostatni w dniu dzisiejszym pociąg do centrum. A tam przecież gość czekał na swoje oko!

Wróciłem. Człowiek bez oka siedział na ławce. Hm, prawdę mówiąc nie byłem pewien czy to on, bo na nosie miał słoneczne okulary. „Oko za oko”, odezwałem się może nazbyt patetycznie. I on tak widać uznał, bo oparł niedbale: „Dąb zupa dębowa”. Ale oko wziął. I zniknął w bliżej niesprecyzowanych oko licznościach.

Na biegunach

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 kwietnia 2017

Efekt cieplarniany skutkuje zmianami. Na samą myśl zimno się robi. Gdzie nie spojrzeć, coś nie tak. Komary markotne, czymś się gryzą. Pszczoły zapylają jak małe samochodziki, ale bezskutecznie. Szerszenie chudną w oczach, za to rosną w uszach, zmieniając się w kłapouche dłuższenie o otępiałych żądłach. „Żeń-szeń”, mówi ojciec Żeni, i Żenia się żeni, że aż huczy. Krowy dają kwaśne mleko. Szczy pior na trawę. „Bryndza!” – beczą owce. W abstrakcie antrakt. Abso luty ciągle aktualne, ale dopiero w marcu. W garncu pusto. W skarbcu jak w korcu maku. iMac się zawiesza. Goryczą napełnia absencja absyntu (absyntencja). Nawet Andromeda plecie androny zamiast kometom warkocze. Staw się wstawił, więc ryby go spławiły. Płatnerze klepią pacierze po ramionach, ale odmawiają zbroi, bo im się nie opłaca tłuszcza, a nawet chudopachołki. Tylko pączki w maśle. Mówią, że Ziemia dostaje zeza. Antark tyka Antarktydę. Konik by się uśmiał.

Prawda odczuwalna

Posted in miniatury literackie by hajton on 20 marca 2017

Nadeszła zima. A z nią chłód i długie noce. Aż się żyć nie chciało. „Termometry będą naprawiać!” — gruchnęła wieść gminna. „Jak, gdzie?!” — interesowali się ludziska.

„Trzeba wyregulować, bo ludzkie odczucia są mylne” — tłumaczył specjalista w mediach. „A u nas władze dbają o obywatela. Człowiek już taką ma naturę, że sam nie wie, co dla niego dobre” — objaśniał. „Podobnie jest z prawdą” — szedł za ciosem. Ludziska się cieszyli, bo dobrze, jak czasem ktoś mądrze mówi, a jeszcze lepiej, jak się o nich troszczy. No więc dali te swoje termometry ponaprawiać. Od tej chwili zawsze pokazywały 30 stopni. I choć ludziom było zimno, to jakoś fajniej się żyło, gdy za oknami tropik. Ale ludzie, jak to ludzie; nieufni są. Oglądali, słuchali i czytali, żeby czegoś się dowiedzieć, no i rzeczywiście, to i owo się wyjaśniało, kto swój, a kto obcy, kogo szanować, a kim pogardzać. Nawet fajnie było usłyszeć, że jako jedyni na świecie przenigdy nie zhańbili się niczym złym. I przeciwnie, wszyscy wokół okryci niesławą, więc to normalne, że sypnęli trochę kasy, bo się nam słusznie należy. I całkiem też normalne, że postanowiliśmy trochę naszych wartości pokazać tym niedoukom i moralnym karłom, bo w końcu albo się ma wspaniałomyślność w genach, szlachectwo we krwi, albo nie. No i jeszcze mówiono, dlaczego należy odmawiać pomocy potrzebującym. Bo to nie żadni potrzebujący są, tylko wrogowie czyhający na naszą wiarę, tradycję i szczęście. I odwracając się do nich plecami ratujemy cywilizację. Ale im więcej słów było, tym bardziej zgrzytało. Zgrzytało, jakby ktoś piasek sypał w tryby. Aż zęby bolały. I szczękały z zimna. Bo w jednym rację miał ten specjalista, że ta zwykła, ludzka prawda była inna. Podobnie jak temperatura.

Aż przyszła wiosna. Ludzie powyrzucali termometry, bo zrobiło się ciepło. I żyli długo i szczęśliwie. Aż do czasu kolejnych naprawiaczy.

Brak zasięgu

Posted in miniatury literackie by hajton on 13 marca 2017

Halo! Halo? Ha-lo! No, co jest?! Popukałem w telefon, potrząsnąłem nim, uderzyłem dwa razy o blat. Głupi sprzęt. Ledwie parę dni w użyciu i już problemy. Tak to jest z tymi promocjami. Chociaż, oferta wydawała się korzystna. Wiodąca sieć, uznana marka, model z wyższej półki. No, ale zaraz. Zamiast dewastować telefon lepiej się zastanowić. Może problem z zasięgiem? Zdarza się. Przez mieszkanie przechodzi jakiś cholerny południk zero, martwa strefa ujawniająca się raz na jakiś czas. Spróbuję w kuchni. Nie ma. W łazience. Nic, choć tu zawsze było w porządku. No, bo bateria jeszcze mocna, 78 procent (nawiasem mówiąc, jakoś dziwnie szybko zeżarło te 22). A może limit wyczerpałem? Możliwe to? E, w ciągu paru dni? Przy rozmowach gratis w sieci macierzystej? Cuda, panie, cuda i dziwy. Chiński badziew, ot co.

„Chcesz zasięgu, próbuj wyżej” – głosi niepisane prawo komórkowe. Stanąłem na taborecie prawie dotykając telefonem sufitu. Nic i z tego (nici z tego). Wyszedłem na klatkę schodową, piętro, potem dwa piętra wyżej. Pudło. Wróciłem do siebie. Co teraz? Może balkon? Żadnych ścian i przeszkód. Tylko ja i zasięg. I to maleństwo przy moim uchu. Nic. Jak ja tego nie lubię! Zaczynam czuć się jak małpa, cofam się w rozwoju, wracam na drzewo!

Na ulicach jakoś pusto. No tak, niedziela. Na balkonach, tu i ówdzie posobotni zombi, ze spojrzeniem wbitym w ekranik. Ulicą przemyka pusty tramwaj. Nie zatrzymuje się na przystanku, nawet nie zwalnia. Nikogo na nim nie ma. Zza rogu wybiega grupka młodych, jakby ścigających się, albo uciekających, bo co chwila któryś spogląda nerwowo za siebie. Gdy znikają w pasażu między blokami, zza zakrętu wypada samochód. Zatrzymuje się z piskiem opon, ze środka wyskakuje dwóch facetów z pistoletami w dłoniach. Ja cię nie mogę! Gangsterka w biały dzień. Do czego doszło?! Gdzieś daleko odzywa się seria karabinowa, a zaraz potem huk eksplozji. Aż zombi na balkonach podnoszą głowy. Co się dzieje?! – krzyczę do najbliższego, którego znam z widzenia. Patrzy na mnie, wytrącony z letargu. Coś się dzieje, nie ma zasięgu – mówi bardziej z rezygnacją niż wściekłością. Wracam do środka, zamykam drzwi od świata i oddycham z ulgą. Z moją komórką wszystko w porządku.

13.13

Posted in miniatury literackie by hajton on 18 grudnia 2016

unknownSkąd się wzięła zła sława trzynastki? Nie wiem, ale podobnie jak czarne koty ta liczba ma w sobie coś diabelskiego. Nie bez powodu w cywilizowanych krajach budują domy bez trzynastego piętra. Na własne oczy widziałem: czternaste sąsiaduje z dwunastym. Jeśli jednak spojrzeć na trzynastkę, jak na ukryte lub jawne ostrzeżenie, można ją nawet polubić. Polubić na odległość. „Omijaj mnie, a będziesz bezpieczny. Obchodź szerokim łukiem, a nic ci się nie stanie.” 

Godzina 13.13 przejmowała mnie grozą od kiedy uświadomiłem sobie jej złowieszcze znaczenie. Starałem się jej nie dostrzegać, topić w nieuwadze, lekceważyć na całego. Ale znacie ludzką naturę; im bliżej fatalnej godziny, tym częściej wzrok mój lądował na wskazówkach zegara. Już od trzynastej uprawiałem psychologicznego zeza rozbieżnego. Jedno oko kierowałem ku chmurom, podczas gdy drugie, niezależnie od mej woli lub wręcz przeciw niej, wgapiało się w zegarek. Zazwyczaj trafiało na wskazówki lub wyświetlacz dokładnie o feralnej porze. Dopiero gdy mijała, następował okres (prawie) dwudziestoczterogodzinnego spokoju.

Z czasem dopadła mnie złowróżbna myśl: przecież ta godzina posiada swoją zwierciadlaną siostrę nocną, 1.13, może mniej trzynastkowatą, ale otoczoną ciemnością i milczeniem. Na zegarze mojego strachu przybył kolejny punkt. Czuwałem, aby nie przespać groźnego momentu. Mimo starań, czasem zdarzało mi się zasnąć. Przerażony, nastawiałem budzik na 1.10. Ale już wkrótce nie był mi potrzebny. Tryb oczekiwania stawał się moją drugą naturą. Choć nie wiem jak zmęczony, nie zasnąłbym przed krytyczną godziną.

Coś mi jednak mówiło, że ten dwuogniskowy system jest zbyt prosty, że musi czaić się w nim jakaś przykra niespodzianka, która rąbnie mnie obuchem w głowę w zbyt długich okresach rozprężenia. Nie mogłem na to pozwolić. Na mojej „liście podejrzanych godzin” pojawiły się wszystkie pochodne godziny trzynastej, a potem pierwszej. Jeszcze później stwierdziłem, że niestety, każda godzina skażona jest trzynastką, od strony minut mianowicie (sekund nie brałem pod uwagę, nie jestem szaleńcem). Moje życie przeistaczało się w jeden wielki tryb czuwania. Nie była to zmiana na gorsze. Ostatecznie ten, który wie, że coś mu grozi, ma szansę uniknąć niebezpieczeństwa. „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny.” Nieustający alert ducha i ciała powodował, że widziałem świat w barwach jaskrawych, jego dźwięki docierały do mnie wyraziście. Żyłem, żyłem całą gębą, całą pełnią życia. Czy jestem zmęczony? Oczywiście! Ale jako jedyny, a z całą pewnością jeden z niewielu, pozostaję gotowy na nieznane. I tym się różnię od otaczających mnie – tak, nie boję się tego powiedzieć! – głupców, którzy nie wiedzą, co im grozi. Przecież każda minuta, każda godzina jest jakąś trzynastą. Każdy dzień i tydzień, i miesiąc. I rok, i wiek. I nawet każda wieczność…

***

– Czy oprócz notesu coś jeszcze przy nim znaleziono?

– Zegarek. Zatrzymał się w momencie zdarzenia. Zgadnie pan o której?…

Tańczący z węgorzami

Posted in miniatury literackie by hajton on 14 listopada 2016

imagesUrlop dobiegał końca. Nie wydarzyło się nic szczególnego. Wypocząłem, to prawda, ale do pełni szczęścia zabrakło mi odrobiny zachwytu, tej przyprawy dnia powszedniego. Jak co wieczór, spacerowałem wzdłuż jeziora. Zapadał zmierzch. Słońce gasło. Za to gwiazdy zaczynały lśnić jak oczy w gorączce. A księżyc – niczym czoło mędrca. I wtedy go dostrzegłem.

Siedział na rozchybotanym pomoście. Jego nogi prawie dotykały tafli jeziora. Spokojnej z pozoru. Ale bulgoty, kląśnięcia, bańki powietrza wyskakujące tu i ówdzie, kręgi rozchodzące się koncentrycznie i pochłaniające nawzajem świadczyły, że wodne bractwo szykuje się do świętowania nadchodzącej nocy, do podwodnych obchodów, świteziankowych misteriów. Siedzący uniósł do ust butelkę. Usłyszałem melodię. Nie żadne tam „gul, gul”, ani pohukiwanie w szyjkę, nie świst, ani gwizd. Frazę niepodobną do niczego, co znałem. Tęskną i ujmującą.

– Piękne – zagadałem.

– W taki wieczór dobrze się gra. Jest szansa, że dzisiaj przypłyną.

– Kto… przypłynie? – poczułem mimowolny dreszcz.

– Węgorze – odparł.

– Pan gra dla… węgorzy? – spytałem ostrożnie.

– Długo studiowałem sztukę bliskowschodnich zaklinaczy węży – odpowiedział nie wprost. – Ale u nas pustyni jak na lekarstwo. Za to wody pod dostatkiem. Dlatego gram na lokalnym instrumencie i zaklinam rodzimy gatunek.

Chciałem już iść, gdy nagle wariat – bo kimże innym mógł być – zagrał figlarnie, poruszając butelką w prawo i w lewo. Wydawało mi się, że pod powierzchnią wody dostrzegam jakiś ruch.

– Niech pan zaczeka. Dziś na pewno przypłyną.

Usiadłem obok.

– A jak już… przypłyną, to w co pan je łapie? I co dalej: wędzi ja pan, sprzedaje?

Wolno obrócił głowę i spojrzał na mnie, jakbym powiedział coś bardzo dziwnego. Niestosownego wręcz.

– Ja dla nich gram, one dla mnie tańczą, a potem idziemy albo płyniemy w swoją stronę. Czy każdy kontakt musi kończyć się konsumpcją?

Dziwak – już nie nazywałem go wariatem – nie był agresywny. Przeciwnie, miał w sobie spokój, który zaczął mi się udzielać. Właściwie dokąd miałem się spieszyć?

Pomiędzy frazami jego muzycznej butelki zamienialiśmy kilka słów, które niczym właściwe karty z talii ukazywały naraz porządek świata, na co dzień zakryty i niewyrażalny, nawet za pomocą opasłych tomów.

I pewnie sądzicie, że tak się to skończyło? Otóż, nie. W pewnej chwili mężczyzna podał mi butelkę.

– Ty spróbuj. Może ciebie posłuchają.

Dąłem w szyjkę delikatnie, palce wgłębiały się w szkło, które było jak żywa materia. I tak! naprawdę! grałem na butelce, choć jeszcze chwilę temu uznałbym to za niemożliwe. Dźwięki wzbijały się i wpadały do wody, inne niosły się daleko, wpadały na łąki i odbijały od ścian sitowia. Z wody, tuż koło nas, zaczęły wyłaniać się węgorze pyski. Po chwili cała powierzchnia lśniła grzbietami tych dziwnych wężoryb. Wyglądały jak armada podwodnych łodzi, które wynurzyły się na chwilę, by zaczerpnąć powietrza.

Mężczyzna dał gestem znać, abym nie przestawał. Sam wstał i uniósł ręce w górę. Zaczął kręcić się i wirować, jak jakiś trzcinowy Grek Zorba albo Tewje Wodziarz. Węgorze również powstały. Sprytnymi ruchami ogona jakimś cudem utrzymywały się w pionie i pląsały wraz z tańczącym mężczyzną.

Zwariowałem! – dotarło do mnie w końcu.

Gdy się ocknąłem, jezioro było spokojne. Blizny na jego powierzchni zasklepiły się, jak pod działaniem cudownego lekarstwa. Po mężczyźnie nie było śladu. Obok mnie leżała butelka. Po winie krajowym, owocowym. Nazwy nie zdradzę.

Zemsta – dogrywka

Posted in miniatury literackie by hajton on 23 października 2016

Posłuszeństwa, wytrwałości i śmiałości żądam próby

images

Ani słowo nie wypowie, ani ucho nie da wiary temu, co oko me widziało. A wszystko z powodu kobiety. Choć na początku sądziłem, że stawia mi warunki nazbyt ciężkie, nieludzkie zgoła, to przecież natura ludzka przekorną jest. A już moja szczególnie.

Dwie pierwsze próby – Milczeć sześć miesięcy, O chlebie i o wodzie rok i dni sześć – nie były aż tak trudne. Wymagały tylko odpowiedniej taktyki. A strategiem byłem przecież urodzonym. Z trzecim zadaniem sprawa przedstawiała się znacznie gorzej. W oddalonej stąd krainie jadowity potwór słynie… Niech go schwyci i przystawi… Jakby to była pijawka. Łatwo powiedzieć. Sprzymierzeńcem (na razie jedynym) był mi czas. Przez rok i sześć dni niejeden pomysł mógł się urodzić w mej płodnej wyobraźni.

Już na początku siła wyższa przyszła mi z pomocą. Zaniemówiłem. W sensie dosłownym. Zapalenie gardła sprawiało, że wymówienie jednego choćby słowa stawało się torturą szpilek raniących krtań. Przełykanie sprawiało taki ból, że przestałem jeść. Pogłoski o gruntownej zmianie przyzwyczajeń zapewne dotarły do zainteresowanej osoby, bo po kilku dniach otrzymałem od niej liścik, w którym prosiła, abym „nie przesadzał”. Oczywiście, nie odpowiedziałem. Bo co, jeśli zakaz obejmował również słowo pisane? To mogła być pułapka! Po tygodniu katorgi gardło wydobrzało, a ja – uznając, że taka próba sił pod okiem samej zainteresowanej byłoby za bardzo na pokaz – ruszyłem w podróż. Milczeć i głodować mogłem wszędzie. Natomiast po jadowitą bestię tak czy inaczej musiałem udać się do odległej krainy, więc moje zniknięcie było jak najbardziej uzasadnione. Odwiedzałem najpierw okolicznych, a potem coraz bardziej odległych krewnych i znajomych. „Jako pielgrzym do was przychodzę, o chleb i wodę jeno proszę” – kartkę z takim napisem podtykałem im w progu pod nos. A oni, wzruszeni skromnymi wymaganiami, dosłownie prześcigali się, aby serwować mi co smaczniejsze kąski. Nauczyłem się wówczas, że chleb z niejednej mąki powstaje i niejedna formę może przyjąć. Z Niderlandów na przykład pochodziła nowinka kulinarna o nazwie „vleesbrood”, co znaczy, ni mniej nie więcej, tylko „mięsny chleb”. Chleb? Chleb. A w zasadzie przepyszny pasztet. Na domiar dobrego okazało się, że znakomita gorzałka, popularna w stronach, w które zawędrowałem, nosi nazwę akwawit, co nawet przy mojej miernej znajomości łaciny aż prosiło się o przetłumaczenie jako „woda życia”. Woda? Woda. Na takiej diecie mogłem długo (i głęboko) pociągnąć.

Przez pół roku stosowałem niezłomną regułę milczenia: od zapadnięcia w sen, aż do rozbudzenia. W ciągu dnia mówiłem tylko tyle, ile wymagała kurtuazja wobec gospodarzy. Gdy minął wyznaczony termin, mogłem dać upust naturalnej skłonności do gadulstwa. Rozkręcałem się zwłaszcza wieczorem, w towarzystwie słuchaczy, zawsze żądnych moich gawęd. I tylko brak pomysłu, jak zabrać się do trzeciej próby uprzykrzał mi życie.

Któregoś wieczoru siedziałem w gospodzie obok szlachcica, znanego podróżnika, który podobno był nawet w Piotrkowie Trybunalskim. Z szacunkiem należnym takiej personie, podzieliłem się swoim problemem. Podróżnik zamyślił się, długo kręcił wąsa, popijając suto akwawitą. W końcu przemówił: „Otóż, drogi mój Józeczku, w miejscowości Kozi Ogon co jakiś czas odbywa się jarmark dziwów. Jeśli jest na świecie coś, czego nie widziałeś, o czym nie słyszałeś, albo słyszałeś, a nie wiesz jak wygląda, powinieneś tam się wybrać.”

Nie trzeba mi tego było dwa razy powtarzać. W rzeczywistości jednak trzeba było, i to nawet kilkakrotnie, bo choć po każdorazowym objaśnieniu natychmiast wyruszałem w podróż, to następnego ranka budziłem się wśród okolicznych pól, nie wiedząc, co tam robię, ani dokąd się wybierałem (skutki nadużycia wody życia). W końcu szlachetny ten człowiek musiał ruszyć w swoją stronę, ale przed odjazdem zostawił mi list, opisujący drogę, jaką mam do pokonania. A ta okazała się łatwa tylko na początku. Szerokie i uczęszczane gościńce, wygodne trakty pełne przydrożnych karczm i oberż wkrótce zmieniły się w mylące albo i ślepe ścieżki, pełne rozpadlisk i pułapek, a w końcu w całkowite bezdroża porośnięte chaszczami, przez które torowałem sobie drogę z pomocą ostrza mojej Artemizy. Tam nie mogłem już liczyć na ludzką życzliwość, bo nie było ani domów, ani ludzi. Czasem tylko dostrzegałem jakiegoś podejrzanego typa, na widok którego rozsądniej było wziąć nogi za pas. On zresztą robił to samo, najwyraźniej uznając, że podejrzanym typem jestem ja. W ciągu miesiąca takiej błąkaniny, z nawiązką odrobiłem wszelkie niedociągnięcia dwóch pierwszych zadań; nie odzywałem się, bo nie było do kogo, jadłem okruchy, bo tylko tyle zostało w moim chlebaku. Jedynie wody – w rzeczkach, jeziorach i kałużach – miałem pod dostatkiem. Na szczęście w chwili skrajnego wyczerpania przypomniałem sobie, że borowik, najszlachetniejszy z grzybów, w języku niderlandzkim nosi nazwę „eekhoorntjesbrood”, czyli – Dzięki Ci, dobry Boże! – „wiewiórczy chlebek”. Przynajmniej tej strawy miałem pod dostatkiem.

W końcu dotarłem do jarmarku dziwów. Wytyczone na rozleglej przestrzeni – bardziej polu niż miejskim placu – alejki usiane były straganami oferującymi towary z całego świata. Kupcy o różnych odcieniach skóry i rysach twarzy, w egzotycznych strojach, nakryciach głowy tak fantazyjnych, że same zdawały się dziwami, sprzedawali owoce i przyprawy, kamienie i kruszce, ubrania i ozdoby. Mnie najbardziej interesował inwentarz żywy. Napatrzyłem się na węże nakrapiane i paskowane, tańczące do prostych dźwięków fujarek. Karmiłem kolorowe ptaki, które zagadywały do mnie w różnych językach. Grałem w karty z małpą; niestety, i tym razem przegrałem, a ponieważ nie miałem czym się wypłacić, musiałem przez pół dnia usługiwać jej właścicielowi. I tylko, jak na ironię, o krokodylu nikt nie słyszał. Choć schodziłem wszystkie alejki, przepatrzyłem wszystkie stragany, przepytałem wszystkich sprzedawców, nilowego gada nie udało mi się odnaleźć. W końcu zmęczony do granic wytrzymałości, oszołomiony barwami, zapachami i gwarem, i przygnębiony niepowodzeniem misji położyłem się na ziemi, koło namiotu właściciela małpy, który litościwie poczęstował mnie jakimś naparem o nieznanym smaku. W tłumie, szumie i zamęcie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie wiem, kiedy zasnąłem…

…Obudziłem się skulony w kłębek i zesztywniały z zimna. Wokół mnie nie było żywego ducha. Tylko trawa, pognieciona w nienaturalny sposób i walające się tu i ówdzie resztki nieznanych owoców dowodziły, że nie wszystko było snem. W odróżnieniu od reszty ciała, moje dłonie nie straciły czucia. Obejmowały coś obłego i ciepłego; było to jajko. Większe niż kurze, a nawet gęsie lub kacze. Pewnie litościwy właściciel małpy zostawił mi śniadanie. Przyznam, że pierwszą pokusą było wyssanie jego zawartości. Jednak byłoby to nazbyt jawne złamanie warunków umowy: jakiejkolwiek figury stylistycznej by nie zastosować, jajko nie stawało się chlebem. Z największą ostrożnością otuliłem je szalem i schowałem do chlebaka.

W drodze powrotnej cierpiałem permanentny głód. Nieraz wyciągałem jajko, przyglądałem mu się i bliski byłem zjedzenia go razem ze skorupką, ale coś mnie zawsze powstrzymywało. Co dziwne, każda taka sytuacja dodawała mi siły. Już nie czułem się gadułą mocnym w gębie i tylko w gębie. Zacząłem panować nad sobą, swoim losem, zachciankami i słabościami. Ciało, podobnie jak duch, zahartowało się i wzmocniło. Widząc kiedyś swoje odbicie w lustrze wody nie poznałem sam siebie. I tylko świadomość, że wracam z pustymi rękami była mi cierniem.

Piętnastego dnia drogi powrotnej poczułem w chlebaku jakiś ruch. Prawdę mówiąc już wcześniej miałem wrażenia, że jajko nie jest martwe, ale tym razem nie było wątpliwości. Coś się zeń kluło. W kilka chwil później pokrywa chlebaka uniosła się, a ze środka wychynęła niewielka, ciekawska, jaszczurcza jakby głowa. Ale nie całkiem jaszczurcza, bo uzbrojona w imponującą ilość zębów. Mały stwór łypnął na mnie. Odwzajemniłem się badawczym spojrzeniem. Jeśli nie bałem się jajka, dlaczego miałbym przestraszyć się jego mieszkańca? Położyłem chlebak na ziemi. Zwierzę czmychnęło w trawy. Było tak niewielkie, że natychmiast straciłem je z oczu. Pomyślałem, że to koniec naszej znajomości. Jednak po chwili gad powrócił. Miałem wrażenie, że coś przeżuwa, i że… urósł prawie dwukrotnie. Pokazałem mu chlebak, ale nie skorzystał. Nie chciał być traktowany jak dziecko. Szybko dorastał. Od tej pory towarzyszył mi dzielnie i wiernie, jak pies. Zjadał wszystko, co wpadło mu w paszczę. Lepiej było nie znaleźć się na trasie jego przemarszu. Najpierw osiągnął rozmiar jamnika, potem baseta, jeszcze później wieprzka, a w końcu potężnego byka na spłaszczonych nogach. Pokonaliśmy lasy i rzeki, dotarliśmy do siół i miasteczek, a on rósł, i im był większy, tym większą budził grozę. Sława zaczęła nas wyprzedzać. Kilka razy kazano mi pozbyć się Kroka (takie dałem mu imię, bo chodził za mną krok w krok), lecz tych absurdalnych żądań nie traktowałem poważnie. Zaczęto więc nas ścigać i prześladować, ale wystarczyło, aby Krok otworzył paszczę, a całe towarzystwo, począwszy od psów, a na strzelcach skończywszy, czmychało w popłochu. Wobec mnie Krok nie przejawiał żadnych wrogich zamiarów, choć na wszelki wypadek nie głaskałem go po pysku.

Aż któregoś dnia widnokrąg ułożył się w formę znajomych pagórków. Zagajniki i pola w znaną oku i sercu szachownicę. W końcu dojrzałem zamek, którego kształt i wiecznie osypująca się ściana przekonały mnie ostatecznie, że wróciłem do domu. Witały nas wzrokiem grupki włościan, służby i czeladzi. Musieli mnie poznawać, bo z daleka machali rękami. W ich zachowaniu wyczuwałem jakąś nową nutę, coś jakby szacunek. Jakie to proste, pomyślałem: wystarczy zaprzyjaźnić się z kimś silnym, i już cię cenią. Stanęliśmy pod zamkowym murem. Chwila prawdy nadeszła.

– Zawołajcie pannę Klarę! – krzyknąłem do robotników, jak zwykle zajętych budową (albo rozbiórką) muru.

– Pannę?… – Popatrzyli po sobie z ironią, ale Krok machnął ogonem, rozrzucając cegły w promieniu kilku metrów, więc zniknęli w popłochu.

Po chwili pokazała się Ona… Poczułem, jak serce trzepocze mi w piersi.

JA

Droga Klaro, piękna Klaro,

Twych warunków dochowałem

chociaż ciężkie; z lekkim sercem

głodowałem i milczałem… 

Krokodyla nilowego…

Klara

Nilowego? Wolne żarty!

Ja mu mówię: „Przynieś łyżwy”,

a ten mi przynosi narty!

Drogi panie, z bólem serca

widzę myśli twoich zator, 

gad, którego chciałam ujrzeć

ma na imię „aligator”!

WACŁAW

Hola, któż to tyle gada?

Proszę, proszę!… Mój Papkinie, 

żeś sprowadził tego gada 

suta kiesa cię nie minie, 

torebeczkę i trzewiczki 

sporządzimy dla żonusi, 

Który pierwszy z krokodyla

zedrzeć skórę się pokusi?

Obecność tego bęcwała u boku Klary wyjaśniała wszystko. W głębi duszy nie byłem nawet zdziwiony. Wacław rozglądał się za chętnymi do oprawienia potwora, ale służbę jakby wymiotło. Krokowi natomiast nie spodobała się jego przemowa, bo otworzył paszczę prawie pod kątem prostym. Bubek zniknął, jak zdmuchnięty gwałtownym powiewem. Zaśmiałem się gorzko.

– Więc to tak…

– Stój, zaczekaj! – Klara nawet nie obejrzała się za mężem. Wpatrywała się we mnie. Jeszcze nigdy t a k na mnie nie patrzyła. Nagle wszyscy wypadliśmy z ról.

– To nie tak miało być. Ja… – chciała coś dodać.

Ale my odwróciliśmy się bez słowa i ruszyliśmy gdzie nas oczy poniosą.

Tagged with: , , ,

Słoń

Posted in miniatury literackie by hajton on 14 sierpnia 2016

W krzakach coś zaszumiało. Wstrzymałem oddech. Zapadła głucha cisza. Nagle z zarośli wyłoniła się trąba. Trąba peryskop, trąba tancerka, kołysząca się krzyżowym ruchem. Nie miałem przy sobie gałązki oliwnej, ale kilka oliwek mam zawsze na podorędziu, pod orędziem, które planowałem wygłosić skądinąd, ale miałem przy sobie, w okolicach osierdzia; miło! Trąba chwyciła zieloną kulkę, wycofała się w krzaki, mlasnęła, po czym wychynęła oczekiwawczo. Zapas oliwek szybko się wyczerpał. Oliwą z oliwek (noszę  zawsze w termosie) trąba nie była zainteresowana.

– Wyjdź, jeśliś prawdziwy! – zaryzykowałem.

Wyszedł. Olbrzymi, najprawdziwszy. Z długimi rzęsami, wzruszającą szczeciną na głowie, i jednym tylko, do tego niekompletnym, kłem.

– Bądź pozdrowiony, przybyszu! – zagaiłem, choć zarośla trudno było nazwać gajem.

– Bądź pozdrowiony! – odezwał się tubalnie, choć jego trąba na pewno nie była tubą.

– Ty mówisz?! – zdziwiłem się, ale nie tak mocno, jak powinienem.

– Ty też! – stwierdził słoń bez żadnego zdziwienia.

Postanowiłem poznać jego historię.

– Opowiesz mi o sobie?

Potakująco zawachlował uszami.

– Ale przedtem podstaw mi coś pod tylną łapę, żebym się tak nie kiwał.

Złożyłem na czworo gazetę (nie powiem jaką, na szczęście obfite wydanie weekendowe). Słoń, gdy tylko poczuł pewny grunt pod nogami, zaczął opowieść.

– Należę do gatunku ginącego. Sto lat temu było nas dziesięć milionów, dziś zostało kilkadziesiąt tysięcy. Im nas mniej, tym polują na nas z większą zawziętością. Nie skarżę się, nosorożce mają jeszcze gorzej. Ktoś wmówił prawdziwym mężczyznom, że proszek z ich rogu dodaje męskości. Czego dodają im nasze kły? Nie wiem. Może przeciwdziałają łysieniu? Tak czy inaczej, kłusownicy i ich klienci nieźle dają nam w kość.

Czułem się nieswojo. Duży zwierz nie oskarżał mnie bezpośrednio. Nigdy nie skalałem się brzydkim postępkiem przeciwko słoniom, ale czy kiedykolwiek uczyniłem coś dla ich dobra?

– I ja natknąłem się na kłusowników – wskazał trąbą kilka blizn po kulach – ale miałem szczęście. Ocknąłem się gdy odrzynali mi drugi kieł. Jeden z drani pewnie do dzisiaj myśli, że padł ofiarą trąby powietrznej. Uciekłem zanim się pozbierał. Ale kolejnego spotkania z kłusownikami bym nie przeżył. Wiesz, jak nazywają takich, jak ja? Niedoróbki. A wiedząc, że mamy dobrą pamięć i wściekłość nie tkną nas, zanim nie będziemy na sto procent martwe. Mając takie perspektywy postanowiłem ruszyć w odległe strony. Myślisz, że do nas nie docierają wieści o przyjaznych słoniom krajach Północy? Ale jak się do nich dostać? Podróżowałem przez sawannę, co jeszcze było proste, bo to moje naturalne środowisko. Zresztą bardzo pomagały mi żyrafy, one dużo widzą. Pustyni nie pokonałbym nigdy, gdyby nie pomoc wielbłądów. Dawały mi cień za dnia i trochę ciepła w nocy. Po drugiej stronie wielkiego piasku patrzono na mnie ze zdziwieniem, ale bez niechęci. Dzięki temu bezpiecznie dotarłem aż do Casablanki, gdzie udało mi się zaokrętować…

– No nie, teraz to już przesadzasz. Dżungla, pustynia, Casablanca, a teraz statek? Kim ty jesteś, słoniem morskim?!

– A nie słyszałeś nigdy o niedźwiedziu Wojtku? Nie tylko zamustrował, ale miał nawet stopień wojskowy. I palił papierosy… – tu słoń łypnął na mnie łapczywie.

– Sory, nie palę…

– Nie szkodzi, ja się odzwyczajam… W czasie rejsu pomagałem w dźwiganiu największych ciężarów, a wieczorami grałem w jazzbandzie. Z marynarzami byłem za pan brat, ale gdy tylko dobiliśmy do portu przeznaczenia, zmustrowałem i spytałem o drogę do najbliższego ogrodu zoologicznego. Przyjęli mnie tam życzliwie. Na szczęście nie zdradziłem się ze znajomością ludzkiego języka, dzięki czemu któregoś dnia usłyszałem niepokojącą rozmowę opiekunów. Wynikało z niej, że zoo nie stać na utrzymanie jeszcze jednego kolosa, więc postanowiono mnie odstrzelić, i – w obecności dzieci – nakarmić mną lwy. Uciekłem w ostatniej chwili. Najkrótszą drogą wróciłem do portu. Szczęście mi sprzyjało. Z otwartymi ramionami przyjęła mnie trupa cyrkowa, która powracała na drugą stronę zimnego morza. W porcie docelowym przesiedliśmy się na wozy i… Kolejne rozczarowanie. Otóż dzikim zwierzętom zakazano występów w cyrkach. Aż taki dziki nie jestem, ale cóż było robić? Dyrektor trupy nie miał zamiaru utrzymywać darmozjada. Gdy trupa zalała się w trupa zostawił mnie w pół drogi między miastami. W szczerym polu. Kręciłem się trochę po okolicy, ale miejscowi nie byli mi przychylni. „Idź sobie, skądeś przybył!” – krzyczeli, a niektórzy rzucali kamieniami. A choć mam grubą skórę, przecież tak słowo jak i kamień potrafią zranić. Najwięcej sympatii zaznawałem od dzieci, dopóki rodzice nie zobaczyli, z kim się przyjaźnią. „Do domu mi zaraz!” – krzyczeli. „Nie patrzeć, nie słuchać, nie podchodzić, nie dotykać, jeszcze mi się czymś zarazicie!” – krzyczeli. A mnie próbowali odgonić znakiem krzyża. Gdy go odwzajemniałem, robili wielkie oczy, wrzeszczeli „diabeł!”, pluli i uciekali w popłochu. Więc schroniłem się w tym lasku. Jesteś pierwszym, który chciał ze mną pogadać…

Zastanawiałem się, jak pomóc nieszczęsnemu zwierzęciu. W końcu wpadłem na pewien pomysł.

– Jeśli pójdziesz w tym kierunku natrafisz na duży las, potem na jeszcze większy las, a w końcu na pralas. Tam mieszkają żubry…

– Żubry? Kim są żubry? – spytał z zaciekawieniem.

– To takie nasze słonie.

– Wspaniale! – ucieszył się.

– Tylko pamiętaj, jak już do nich dotrzesz, musisz się koniecznie trochę zżubrzyć. Może uda ci się nawet podbić serce jakiejś uroczej żubrzycy?

– No to lecę! – widziałem jak w olbrzyma wstępują nowe siły. – Dzięki!

I zniknął z szybkością, o jaką nigdy bym go nie podejrzewał.

Zostałem sam, zastanawiając się czy przypadkiem nie zrobiłem go w trąbę.

Najkrótsze opowiadanie świata,

Posted in miniatury literackie by hajton on 21 Maj 2016

Unknownnapisane w przekonaniu, że nadmiar słów jest szkodliwy. Czy jednak nie podobnie jest z ich niedomiarem? Jak ocenić czy ilość użytych słów jest proporcjonalna do ich sensu i nośności? Wyobraźmy sobie kierowcę pędzącego samochodu, który właśnie stwierdził, że nie działają hamulce, a wie, że przed nim znajduje się przepaść. „Ile zostało?” – pyta pasażera, nie precyzując czy chodzi o odległość, czas, długość życia… W odpowiedzi słyszy: „Nie chciałbym być nieprecyzyjny, a tym bardziej wprowadzić cię w błąd. Ponieważ znajdujemy się w ruchu, każda moja odpowiedź będzie spóźniona i przez to myląca…” W tym momencie auto dociera na skraj przepaści i kierowca sam poznaje odpowiedź. W innym wariancie słyszy natomiast: „Nie wiem”. Co ciekawe, skutek pozostaje identyczny. Powiedzmy szczerze: w zaistniałej sytuacji żadna odpowiedź nie byłaby satysfakcjonująca. I tu, być może, dochodzimy do sedna sprawy. Słowa nie posiadają siły sprawczej, a więc nie mają znaczenia. Ale jak wyobrazić sobie świat bez słów? Czy ktoś policzył kiedyś, ile słów dziennie wypowiadają ludzie? Powiedzmy, że milczek (lub zakonnik objęty klauzurą milczenia) nie odzywa się wcale. Ale są gaduły, dla których i dwa tysiące to mało. Niech ostrożna średnia wyniesie tysiąc słów na dobę. Razy siedem miliardów ludzi (aktualna populacja) daje nam gigantyczną wartość siedmiu bilionów! Otwartym pozostaje pytanie, ile z nich to słowa zbędne.

Pora przejść do tekstu zasadniczego. Tylko że… No właśnie, nie da rady. Właśnie wyczerpałem zapas słów na dzisiaj. Przynajmniej dotrzymam słowa; moje opowiadanie będzie rzeczywiście najkrótsze. Co prawda wstęp może przydługi, ale nie słyszałem, aby ktoś mówił: „wstęp wzbroniony”.