oto I owo

Na biegunach

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 kwietnia 2017

Efekt cieplarniany skutkuje zmianami. Na samą myśl zimno się robi. Gdzie nie spojrzeć, coś nie tak. Komary markotne, czymś się gryzą. Pszczoły zapylają jak małe samochodziki, ale bezskutecznie. Szerszenie chudną w oczach, za to rosną w uszach, zmieniając się w kłapouche dłuższenie o otępiałych żądłach. „Żeń-szeń”, mówi ojciec Żeni, i Żenia się żeni, że aż huczy. Krowy dają kwaśne mleko. Szczy pior na trawę. „Bryndza!” – beczą owce. W abstrakcie antrakt. Abso luty ciągle aktualne, ale dopiero w marcu. W garncu pusto. W skarbcu jak w korcu maku. iMac się zawiesza. Goryczą napełnia absencja absyntu (absyntencja). Nawet Andromeda plecie androny zamiast kometom warkocze. Staw się wstawił, więc ryby go spławiły. Płatnerze klepią pacierze po ramionach, ale odmawiają zbroi, bo im się nie opłaca tłuszcza, a nawet chudopachołki. Tylko pączki w maśle. Mówią, że Ziemia dostaje zeza. Antark tyka Antarktydę. Konik by się uśmiał.

Reklamy

Prawda odczuwalna

Posted in miniatury literackie by hajton on 20 marca 2017

Nadeszła zima. A z nią chłód i długie noce. Aż się żyć nie chciało. „Termometry będą naprawiać!” – gruchnęła wieść gminna. „Jak, gdzie, dlaczego?!” – zainteresowali się ludziska.

„Trzeba wyregulować, bo ludzkie odczucia są subiektywne” – objaśniał specjalista w mediach. „A u nas władze dbają o obywatela. Człowiek już taką ma naturę, że sam nie wie, co dla niego dobre. Temperatura odczuwalna różni się od tej na termometrze” – objaśniał. „Podobnie jest z prawdą” – szedł za ciosem. Ludziska się cieszyli, bo dobrze, jak czasem ktoś mądrze mówi, a jeszcze lepiej, jak się o nich troszczy. No więc dali te swoje termometry ponaprawiać. Od tej chwili pokazywały zawsze 30 stopni. I choć ludziom było zimno, to jakoś fajniej się żyje, gdy za oknami tropik. Ale ludzie, jak to ludzie, zawsze szukają dziury w całym. „To niemożliwe” – mówili, „coś oni z tymi termometrami pokręcili”. A z prawdą? Oglądali, słuchali i czytali, żeby trochę zmądrzeć, no i rzeczywiście, to i owo się wyjaśniało, kto swój, a kto obcy, kogo szanować, a kim pogardzać. Nawet fajnie się było dowiedzieć, że jako jedyni na świecie przenigdy nie zhańbili się niczym złym. I przeciwnie, wszyscy wokół okryci niesławą, więc to normalne, że sypnęli trochę kasy, bo się słusznie należy. I całkiem też normalne, że postanowiliśmy trochę naszych wartości pokazać tym niedoukom i moralnym karłom, bo w końcu albo się ma wspaniałomyślność w genach, szlachectwo we krwi, albo nie. No i jeszcze mówiono, dlaczego należy odmawiać pomocy potrzebującym. Bo to nie żadni potrzebujący są, tylko wrogowie czyhający na naszą wiarę, tradycję i szczęście. I odwracając się do nich plecami ratujemy cywilizację. Ale im więcej słów było, tym bardziej zgrzytało. Zgrzytało, jakby ktoś piasek sypał w tryby. Aż zęby bolały. I szczękały z zimna. Choć termometry puchły z dumy. Bo w jednym rację miał ten specjalista, że ta zwykła, ludzka prawda była inna. Podobnie jak temperatura.

Aż przyszła wiosna. Ludzie powyrzucali termometry, bo zrobiło się ciepło. I żyli długo i szczęśliwie. Aż do czasu kolejnych naprawiaczy.

Brak zasięgu

Posted in miniatury literackie by hajton on 13 marca 2017

Halo! Halo? Ha-lo! No, co jest?! Popukałem w telefon, potrząsnąłem nim, uderzyłem dwa razy o blat. Głupi sprzęt. Ledwie parę dni w użyciu i już problemy. Tak to jest z tymi promocjami. Chociaż, oferta wydawała się korzystna. Wiodąca sieć, uznana marka, model z wyższej półki. No, ale zaraz. Zamiast dewastować telefon lepiej się zastanowić. Może problem z zasięgiem? Zdarza się. Przez mieszkanie przechodzi jakiś cholerny południk zero, martwa strefa ujawniająca się raz na jakiś czas. Spróbuję w kuchni. Nie ma. W łazience. Nic, choć tu zawsze było w porządku. No, bo bateria jeszcze mocna, 78 procent (nawiasem mówiąc, jakoś dziwnie szybko zeżarło te 22). A może limit wyczerpałem? Możliwe to? E, w ciągu paru dni? Przy rozmowach gratis w sieci macierzystej? Cuda, panie, cuda i dziwy. Chiński badziew, ot co.

„Chcesz zasięgu, próbuj wyżej” – głosi niepisane prawo komórkowe. Stanąłem na taborecie prawie dotykając telefonem sufitu. Nic i z tego (nici z tego). Wyszedłem na klatkę schodową, piętro, potem dwa piętra wyżej. Pudło. Wróciłem do siebie. Co teraz? Może balkon? Żadnych ścian i przeszkód. Tylko ja i zasięg. I to maleństwo przy moim uchu. Nic. Jak ja tego nie lubię! Zaczynam czuć się jak małpa, cofam się w rozwoju, wracam na drzewo!

Na ulicach jakoś pusto. No tak, niedziela. Na balkonach, tu i ówdzie posobotni zombi, ze spojrzeniem wbitym w ekranik. Ulicą przemyka pusty tramwaj. Nie zatrzymuje się na przystanku, nawet nie zwalnia. Nikogo na nim nie ma. Zza rogu wybiega grupka młodych, jakby ścigających się, albo uciekających, bo co chwila któryś spogląda nerwowo za siebie. Gdy znikają w pasażu między blokami, zza zakrętu wypada samochód. Zatrzymuje się z piskiem opon, ze środka wyskakuje dwóch facetów z pistoletami w dłoniach. Ja cię nie mogę! Gangsterka w biały dzień. Do czego doszło?! Gdzieś daleko odzywa się seria karabinowa, a zaraz potem huk eksplozji. Aż zombi na balkonach podnoszą głowy. Co się dzieje?! – krzyczę do najbliższego, którego znam z widzenia. Patrzy na mnie, wytrącony z letargu. Coś się dzieje, nie ma zasięgu – mówi bardziej z rezygnacją niż wściekłością. Wracam do środka, zamykam drzwi od świata i oddycham z ulgą. Z moją komórką wszystko w porządku.

13.13

Posted in miniatury literackie by hajton on 18 grudnia 2016

unknownSkąd się wzięła zła sława trzynastki? Nie wiem, ale podobnie jak czarne koty ta liczba ma w sobie coś diabelskiego. Nie bez powodu w cywilizowanych krajach budują domy bez trzynastego piętra. Na własne oczy widziałem: czternaste sąsiaduje z dwunastym. Jeśli jednak spojrzeć na trzynastkę, jak na ukryte lub jawne ostrzeżenie, można ją nawet polubić. Polubić na odległość. „Omijaj mnie, a będziesz bezpieczny. Obchodź szerokim łukiem, a nic ci się nie stanie.” 

Godzina 13.13 przejmowała mnie grozą od kiedy uświadomiłem sobie jej złowieszcze znaczenie. Starałem się jej nie dostrzegać, topić w nieuwadze, lekceważyć na całego. Ale znacie ludzką naturę; im bliżej fatalnej godziny, tym częściej wzrok mój lądował na wskazówkach zegara. Już od trzynastej uprawiałem psychologicznego zeza rozbieżnego. Jedno oko kierowałem ku chmurom, podczas gdy drugie, niezależnie od mej woli lub wręcz przeciw niej, wgapiało się w zegarek. Zazwyczaj trafiało na wskazówki lub wyświetlacz dokładnie o feralnej porze. Dopiero gdy mijała, następował okres (prawie) dwudziestoczterogodzinnego spokoju.

Z czasem dopadła mnie złowróżbna myśl: przecież ta godzina posiada swoją zwierciadlaną siostrę nocną, 1.13, może mniej trzynastkowatą, ale otoczoną ciemnością i milczeniem. Na zegarze mojego strachu przybył kolejny punkt. Czuwałem, aby nie przespać groźnego momentu. Mimo starań, czasem zdarzało mi się zasnąć. Przerażony, nastawiałem budzik na 1.10. Ale już wkrótce nie był mi potrzebny. Tryb oczekiwania stawał się moją drugą naturą. Choć nie wiem jak zmęczony, nie zasnąłbym przed krytyczną godziną.

Coś mi jednak mówiło, że ten dwuogniskowy system jest zbyt prosty, że musi czaić się w nim jakaś przykra niespodzianka, która rąbnie mnie obuchem w głowę w zbyt długich okresach rozprężenia. Nie mogłem na to pozwolić. Na mojej „liście podejrzanych godzin” pojawiły się wszystkie pochodne godziny trzynastej, a potem pierwszej. Jeszcze później stwierdziłem, że niestety, każda godzina skażona jest trzynastką, od strony minut mianowicie (sekund nie brałem pod uwagę, nie jestem szaleńcem). Moje życie przeistaczało się w jeden wielki tryb czuwania. Nie była to zmiana na gorsze. Ostatecznie ten, który wie, że coś mu grozi, ma szansę uniknąć niebezpieczeństwa. „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny.” Nieustający alert ducha i ciała powodował, że widziałem świat w barwach jaskrawych, jego dźwięki docierały do mnie wyraziście. Żyłem, żyłem całą gębą, całą pełnią życia. Czy jestem zmęczony? Oczywiście! Ale jako jedyny, a z całą pewnością jeden z niewielu, pozostaję gotowy na nieznane. I tym się różnię od otaczających mnie – tak, nie boję się tego powiedzieć! – głupców, którzy nie wiedzą, co im grozi. Przecież każda minuta, każda godzina jest jakąś trzynastą. Każdy dzień i tydzień, i miesiąc. I rok, i wiek. I nawet każda wieczność…

***

– Czy oprócz notesu coś jeszcze przy nim znaleziono?

– Zegarek. Zatrzymał się w momencie zdarzenia. Zgadnie pan o której?…

Tańczący z węgorzami

Posted in miniatury literackie by hajton on 14 listopada 2016

imagesUrlop dobiegał końca. Nie wydarzyło się nic szczególnego. Wypocząłem, to prawda, ale do pełni szczęścia zabrakło mi odrobiny zachwytu, tej przyprawy dnia powszedniego. Jak co wieczór, spacerowałem wzdłuż jeziora. Zapadał zmierzch. Słońce gasło. Za to gwiazdy zaczynały lśnić jak oczy w gorączce. A księżyc – niczym czoło mędrca. I wtedy go dostrzegłem.

Siedział na rozchybotanym pomoście. Jego nogi prawie dotykały tafli jeziora. Spokojnej z pozoru. Ale bulgoty, kląśnięcia, bańki powietrza wyskakujące tu i ówdzie, kręgi rozchodzące się koncentrycznie i pochłaniające nawzajem świadczyły, że wodne bractwo szykuje się do świętowania nadchodzącej nocy, do podwodnych obchodów, świteziankowych misteriów. Siedzący uniósł do ust butelkę. Usłyszałem melodię. Nie żadne tam „gul, gul”, ani pohukiwanie w szyjkę, nie świst, ani gwizd. Frazę niepodobną do niczego, co znałem. Tęskną i ujmującą.

– Piękne – zagadałem.

– W taki wieczór dobrze się gra. Jest szansa, że dzisiaj przypłyną.

– Kto… przypłynie? – poczułem mimowolny dreszcz.

– Węgorze – odparł.

– Pan gra dla… węgorzy? – spytałem ostrożnie.

– Długo studiowałem sztukę bliskowschodnich zaklinaczy węży – odpowiedział nie wprost. – Ale u nas pustyni jak na lekarstwo. Za to wody pod dostatkiem. Dlatego gram na lokalnym instrumencie i zaklinam rodzimy gatunek.

Chciałem już iść, gdy nagle wariat – bo kimże innym mógł być – zagrał figlarnie, poruszając butelką w prawo i w lewo. Wydawało mi się, że pod powierzchnią wody dostrzegam jakiś ruch.

– Niech pan zaczeka. Dziś na pewno przypłyną.

Usiadłem obok.

– A jak już… przypłyną, to w co pan je łapie? I co dalej: wędzi ja pan, sprzedaje?

Wolno obrócił głowę i spojrzał na mnie, jakbym powiedział coś bardzo dziwnego. Niestosownego wręcz.

– Ja dla nich gram, one dla mnie tańczą, a potem idziemy albo płyniemy w swoją stronę. Czy każdy kontakt musi kończyć się konsumpcją?

Dziwak – już nie nazywałem go wariatem – nie był agresywny. Przeciwnie, miał w sobie spokój, który zaczął mi się udzielać. Właściwie dokąd miałem się spieszyć?

Pomiędzy frazami jego muzycznej butelki zamienialiśmy kilka słów, które niczym właściwe karty z talii ukazywały naraz porządek świata, na co dzień zakryty i niewyrażalny, nawet za pomocą opasłych tomów.

I pewnie sądzicie, że tak się to skończyło? Otóż, nie. W pewnej chwili mężczyzna podał mi butelkę.

– Ty spróbuj. Może ciebie posłuchają.

Dąłem w szyjkę delikatnie, palce wgłębiały się w szkło, które było jak żywa materia. I tak! naprawdę! grałem na butelce, choć jeszcze chwilę temu uznałbym to za niemożliwe. Dźwięki wzbijały się i wpadały do wody, inne niosły się daleko, wpadały na łąki i odbijały od ścian sitowia. Z wody, tuż koło nas, zaczęły wyłaniać się węgorze pyski. Po chwili cała powierzchnia lśniła grzbietami tych dziwnych wężoryb. Wyglądały jak armada podwodnych łodzi, które wynurzyły się na chwilę, by zaczerpnąć powietrza.

Mężczyzna dał gestem znać, abym nie przestawał. Sam wstał i uniósł ręce w górę. Zaczął kręcić się i wirować, jak jakiś trzcinowy Grek Zorba albo Tewje Wodziarz. Węgorze również powstały. Sprytnymi ruchami ogona jakimś cudem utrzymywały się w pionie i pląsały wraz z tańczącym mężczyzną.

Zwariowałem! – dotarło do mnie w końcu.

Gdy się ocknąłem, jezioro było spokojne. Blizny na jego powierzchni zasklepiły się, jak pod działaniem cudownego lekarstwa. Po mężczyźnie nie było śladu. Obok mnie leżała butelka. Po winie krajowym, owocowym. Nazwy nie zdradzę.

Zemsta – dogrywka

Posted in miniatury literackie by hajton on 23 października 2016

Posłuszeństwa, wytrwałości i śmiałości żądam próby

images

Ani słowo nie wypowie, ani ucho nie da wiary temu, co oko me widziało. A wszystko z powodu kobiety. Choć na początku sądziłem, że stawia mi warunki nazbyt ciężkie, nieludzkie zgoła, to przecież natura ludzka przekorną jest. A już moja szczególnie.

Dwie pierwsze próby – Milczeć sześć miesięcy, O chlebie i o wodzie rok i dni sześć – nie były aż tak trudne. Wymagały tylko odpowiedniej taktyki. A strategiem byłem przecież urodzonym. Z trzecim zadaniem sprawa przedstawiała się znacznie gorzej. W oddalonej stąd krainie jadowity potwór słynie… Niech go schwyci i przystawi… Jakby to była pijawka. Łatwo powiedzieć. Sprzymierzeńcem (na razie jedynym) był mi czas. Przez rok i sześć dni niejeden pomysł mógł się urodzić w mej płodnej wyobraźni.

Już na początku siła wyższa przyszła mi z pomocą. Zaniemówiłem. W sensie dosłownym. Zapalenie gardła sprawiało, że wymówienie jednego choćby słowa stawało się torturą szpilek raniących krtań. Przełykanie sprawiało taki ból, że przestałem jeść. Pogłoski o gruntownej zmianie przyzwyczajeń zapewne dotarły do zainteresowanej osoby, bo po kilku dniach otrzymałem od niej liścik, w którym prosiła, abym „nie przesadzał”. Oczywiście, nie odpowiedziałem. Bo co, jeśli zakaz obejmował również słowo pisane? To mogła być pułapka! Po tygodniu katorgi gardło wydobrzało, a ja – uznając, że taka próba sił pod okiem samej zainteresowanej byłoby za bardzo na pokaz – ruszyłem w podróż. Milczeć i głodować mogłem wszędzie. Natomiast po jadowitą bestię tak czy inaczej musiałem udać się do odległej krainy, więc moje zniknięcie było jak najbardziej uzasadnione. Odwiedzałem najpierw okolicznych, a potem coraz bardziej odległych krewnych i znajomych. „Jako pielgrzym do was przychodzę, o chleb i wodę jeno proszę” – kartkę z takim napisem podtykałem im w progu pod nos. A oni, wzruszeni skromnymi wymaganiami, dosłownie prześcigali się, aby serwować mi co smaczniejsze kąski. Nauczyłem się wówczas, że chleb z niejednej mąki powstaje i niejedna formę może przyjąć. Z Niderlandów na przykład pochodziła nowinka kulinarna o nazwie „vleesbrood”, co znaczy, ni mniej nie więcej, tylko „mięsny chleb”. Chleb? Chleb. A w zasadzie przepyszny pasztet. Na domiar dobrego okazało się, że znakomita gorzałka, popularna w stronach, w które zawędrowałem, nosi nazwę akwawit, co nawet przy mojej miernej znajomości łaciny aż prosiło się o przetłumaczenie jako „woda życia”. Woda? Woda. Na takiej diecie mogłem długo (i głęboko) pociągnąć.

Przez pół roku stosowałem niezłomną regułę milczenia: od zapadnięcia w sen, aż do rozbudzenia. W ciągu dnia mówiłem tylko tyle, ile wymagała kurtuazja wobec gospodarzy. Gdy minął wyznaczony termin, mogłem dać upust naturalnej skłonności do gadulstwa. Rozkręcałem się zwłaszcza wieczorem, w towarzystwie słuchaczy, zawsze żądnych moich gawęd. I tylko brak pomysłu, jak zabrać się do trzeciej próby uprzykrzał mi życie.

Któregoś wieczoru siedziałem w gospodzie obok szlachcica, znanego podróżnika, który podobno był nawet w Piotrkowie Trybunalskim. Z szacunkiem należnym takiej personie, podzieliłem się swoim problemem. Podróżnik zamyślił się, długo kręcił wąsa, popijając suto akwawitą. W końcu przemówił: „Otóż, drogi mój Józeczku, w miejscowości Kozi Ogon co jakiś czas odbywa się jarmark dziwów. Jeśli jest na świecie coś, czego nie widziałeś, o czym nie słyszałeś, albo słyszałeś, a nie wiesz jak wygląda, powinieneś tam się wybrać.”

Nie trzeba mi tego było dwa razy powtarzać. W rzeczywistości jednak trzeba było, i to nawet kilkakrotnie, bo choć po każdorazowym objaśnieniu natychmiast wyruszałem w podróż, to następnego ranka budziłem się wśród okolicznych pól, nie wiedząc, co tam robię, ani dokąd się wybierałem (skutki nadużycia wody życia). W końcu szlachetny ten człowiek musiał ruszyć w swoją stronę, ale przed odjazdem zostawił mi list, opisujący drogę, jaką mam do pokonania. A ta okazała się łatwa tylko na początku. Szerokie i uczęszczane gościńce, wygodne trakty pełne przydrożnych karczm i oberż wkrótce zmieniły się w mylące albo i ślepe ścieżki, pełne rozpadlisk i pułapek, a w końcu w całkowite bezdroża porośnięte chaszczami, przez które torowałem sobie drogę z pomocą ostrza mojej Artemizy. Tam nie mogłem już liczyć na ludzką życzliwość, bo nie było ani domów, ani ludzi. Czasem tylko dostrzegałem jakiegoś podejrzanego typa, na widok którego rozsądniej było wziąć nogi za pas. On zresztą robił to samo, najwyraźniej uznając, że podejrzanym typem jestem ja. W ciągu miesiąca takiej błąkaniny, z nawiązką odrobiłem wszelkie niedociągnięcia dwóch pierwszych zadań; nie odzywałem się, bo nie było do kogo, jadłem okruchy, bo tylko tyle zostało w moim chlebaku. Jedynie wody – w rzeczkach, jeziorach i kałużach – miałem pod dostatkiem. Na szczęście w chwili skrajnego wyczerpania przypomniałem sobie, że borowik, najszlachetniejszy z grzybów, w języku niderlandzkim nosi nazwę „eekhoorntjesbrood”, czyli – Dzięki Ci, dobry Boże! – „wiewiórczy chlebek”. Przynajmniej tej strawy miałem pod dostatkiem.

W końcu dotarłem do jarmarku dziwów. Wytyczone na rozleglej przestrzeni – bardziej polu niż miejskim placu – alejki usiane były straganami oferującymi towary z całego świata. Kupcy o różnych odcieniach skóry i rysach twarzy, w egzotycznych strojach, nakryciach głowy tak fantazyjnych, że same zdawały się dziwami, sprzedawali owoce i przyprawy, kamienie i kruszce, ubrania i ozdoby. Mnie najbardziej interesował inwentarz żywy. Napatrzyłem się na węże nakrapiane i paskowane, tańczące do prostych dźwięków fujarek. Karmiłem kolorowe ptaki, które zagadywały do mnie w różnych językach. Grałem w karty z małpą; niestety, i tym razem przegrałem, a ponieważ nie miałem czym się wypłacić, musiałem przez pół dnia usługiwać jej właścicielowi. I tylko, jak na ironię, o krokodylu nikt nie słyszał. Choć schodziłem wszystkie alejki, przepatrzyłem wszystkie stragany, przepytałem wszystkich sprzedawców, nilowego gada nie udało mi się odnaleźć. W końcu zmęczony do granic wytrzymałości, oszołomiony barwami, zapachami i gwarem, i przygnębiony niepowodzeniem misji położyłem się na ziemi, koło namiotu właściciela małpy, który litościwie poczęstował mnie jakimś naparem o nieznanym smaku. W tłumie, szumie i zamęcie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie wiem, kiedy zasnąłem…

…Obudziłem się skulony w kłębek i zesztywniały z zimna. Wokół mnie nie było żywego ducha. Tylko trawa, pognieciona w nienaturalny sposób i walające się tu i ówdzie resztki nieznanych owoców dowodziły, że nie wszystko było snem. W odróżnieniu od reszty ciała, moje dłonie nie straciły czucia. Obejmowały coś obłego i ciepłego; było to jajko. Większe niż kurze, a nawet gęsie lub kacze. Pewnie litościwy właściciel małpy zostawił mi śniadanie. Przyznam, że pierwszą pokusą było wyssanie jego zawartości. Jednak byłoby to nazbyt jawne złamanie warunków umowy: jakiejkolwiek figury stylistycznej by nie zastosować, jajko nie stawało się chlebem. Z największą ostrożnością otuliłem je szalem i schowałem do chlebaka.

W drodze powrotnej cierpiałem permanentny głód. Nieraz wyciągałem jajko, przyglądałem mu się i bliski byłem zjedzenia go razem ze skorupką, ale coś mnie zawsze powstrzymywało. Co dziwne, każda taka sytuacja dodawała mi siły. Już nie czułem się gadułą mocnym w gębie i tylko w gębie. Zacząłem panować nad sobą, swoim losem, zachciankami i słabościami. Ciało, podobnie jak duch, zahartowało się i wzmocniło. Widząc kiedyś swoje odbicie w lustrze wody nie poznałem sam siebie. I tylko świadomość, że wracam z pustymi rękami była mi cierniem.

Piętnastego dnia drogi powrotnej poczułem w chlebaku jakiś ruch. Prawdę mówiąc już wcześniej miałem wrażenia, że jajko nie jest martwe, ale tym razem nie było wątpliwości. Coś się zeń kluło. W kilka chwil później pokrywa chlebaka uniosła się, a ze środka wychynęła niewielka, ciekawska, jaszczurcza jakby głowa. Ale nie całkiem jaszczurcza, bo uzbrojona w imponującą ilość zębów. Mały stwór łypnął na mnie. Odwzajemniłem się badawczym spojrzeniem. Jeśli nie bałem się jajka, dlaczego miałbym przestraszyć się jego mieszkańca? Położyłem chlebak na ziemi. Zwierzę czmychnęło w trawy. Było tak niewielkie, że natychmiast straciłem je z oczu. Pomyślałem, że to koniec naszej znajomości. Jednak po chwili gad powrócił. Miałem wrażenie, że coś przeżuwa, i że… urósł prawie dwukrotnie. Pokazałem mu chlebak, ale nie skorzystał. Nie chciał być traktowany jak dziecko. Szybko dorastał. Od tej pory towarzyszył mi dzielnie i wiernie, jak pies. Zjadał wszystko, co wpadło mu w paszczę. Lepiej było nie znaleźć się na trasie jego przemarszu. Najpierw osiągnął rozmiar jamnika, potem baseta, jeszcze później wieprzka, a w końcu potężnego byka na spłaszczonych nogach. Pokonaliśmy lasy i rzeki, dotarliśmy do siół i miasteczek, a on rósł, i im był większy, tym większą budził grozę. Sława zaczęła nas wyprzedzać. Kilka razy kazano mi pozbyć się Kroka (takie dałem mu imię, bo chodził za mną krok w krok), lecz tych absurdalnych żądań nie traktowałem poważnie. Zaczęto więc nas ścigać i prześladować, ale wystarczyło, aby Krok otworzył paszczę, a całe towarzystwo, począwszy od psów, a na strzelcach skończywszy, czmychało w popłochu. Wobec mnie Krok nie przejawiał żadnych wrogich zamiarów, choć na wszelki wypadek nie głaskałem go po pysku.

Aż któregoś dnia widnokrąg ułożył się w formę znajomych pagórków. Zagajniki i pola w znaną oku i sercu szachownicę. W końcu dojrzałem zamek, którego kształt i wiecznie osypująca się ściana przekonały mnie ostatecznie, że wróciłem do domu. Witały nas wzrokiem grupki włościan, służby i czeladzi. Musieli mnie poznawać, bo z daleka machali rękami. W ich zachowaniu wyczuwałem jakąś nową nutę, coś jakby szacunek. Jakie to proste, pomyślałem: wystarczy zaprzyjaźnić się z kimś silnym, i już cię cenią. Stanęliśmy pod zamkowym murem. Chwila prawdy nadeszła.

– Zawołajcie pannę Klarę! – krzyknąłem do robotników, jak zwykle zajętych budową (albo rozbiórką) muru.

– Pannę?… – Popatrzyli po sobie z ironią, ale Krok machnął ogonem, rozrzucając cegły w promieniu kilku metrów, więc zniknęli w popłochu.

Po chwili pokazała się Ona… Poczułem, jak serce trzepocze mi w piersi.

JA

Droga Klaro, piękna Klaro,

Twych warunków dochowałem

chociaż ciężkie; z lekkim sercem

głodowałem i milczałem… 

Krokodyla nilowego…

Klara

Nilowego? Wolne żarty!

Ja mu mówię: „Przynieś łyżwy”,

a ten mi przynosi narty!

Drogi panie, z bólem serca

widzę myśli twoich zator, 

gad, którego chciałam ujrzeć

ma na imię „aligator”!

WACŁAW

Hola, któż to tyle gada?

Proszę, proszę!… Mój Papkinie, 

żeś sprowadził tego gada 

suta kiesa cię nie minie, 

torebeczkę i trzewiczki 

sporządzimy dla żonusi, 

Który pierwszy z krokodyla

zedrzeć skórę się pokusi?

Obecność tego bęcwała u boku Klary wyjaśniała wszystko. W głębi duszy nie byłem nawet zdziwiony. Wacław rozglądał się za chętnymi do oprawienia potwora, ale służbę jakby wymiotło. Krokowi natomiast nie spodobała się jego przemowa, bo otworzył paszczę prawie pod kątem prostym. Bubek zniknął, jak zdmuchnięty gwałtownym powiewem. Zaśmiałem się gorzko.

– Więc to tak…

– Stój, zaczekaj! – Klara nawet nie obejrzała się za mężem. Wpatrywała się we mnie. Jeszcze nigdy t a k na mnie nie patrzyła. Nagle wszyscy wypadliśmy z ról.

– To nie tak miało być. Ja… – chciała coś dodać.

Ale my odwróciliśmy się bez słowa i ruszyliśmy gdzie nas oczy poniosą.

Tagged with: , , ,

Słoń

Posted in miniatury literackie by hajton on 14 sierpnia 2016

W krzakach coś zaszumiało. Wstrzymałem oddech. Zapadła głucha cisza. Nagle z zarośli wyłoniła się trąba. Trąba peryskop, trąba tancerka, kołysząca się krzyżowym ruchem. Nie miałem przy sobie gałązki oliwnej, ale kilka oliwek mam zawsze na podorędziu, pod orędziem, które planowałem wygłosić skądinąd, ale miałem przy sobie, w okolicach osierdzia; miło! Trąba chwyciła zieloną kulkę, wycofała się w krzaki, mlasnęła, po czym wychynęła oczekiwawczo. Zapas oliwek szybko się wyczerpał. Oliwą z oliwek (noszę  zawsze w termosie) trąba nie była zainteresowana.

– Wyjdź, jeśliś prawdziwy! – zaryzykowałem.

Wyszedł. Olbrzymi, najprawdziwszy. Z długimi rzęsami, wzruszającą szczeciną na głowie, i jednym tylko, do tego niekompletnym, kłem.

– Bądź pozdrowiony, przybyszu! – zagaiłem, choć zarośla trudno było nazwać gajem.

– Bądź pozdrowiony! – odezwał się tubalnie, choć jego trąba na pewno nie była tubą.

– Ty mówisz?! – zdziwiłem się, ale nie tak mocno, jak powinienem.

– Ty też! – stwierdził słoń bez żadnego zdziwienia.

Postanowiłem poznać jego historię.

– Opowiesz mi o sobie?

Potakująco zawachlował uszami.

– Ale przedtem podstaw mi coś pod tylną łapę, żebym się tak nie kiwał.

Złożyłem na czworo gazetę (nie powiem jaką, na szczęście obfite wydanie weekendowe). Słoń, gdy tylko poczuł pewny grunt pod nogami, zaczął opowieść.

– Należę do gatunku ginącego. Sto lat temu było nas dziesięć milionów, dziś zostało kilkadziesiąt tysięcy. Im nas mniej, tym polują na nas z większą zawziętością. Nie skarżę się, nosorożce mają jeszcze gorzej. Ktoś wmówił prawdziwym mężczyznom, że proszek z ich rogu dodaje męskości. Czego dodają im nasze kły? Nie wiem. Może przeciwdziałają łysieniu? Tak czy inaczej, kłusownicy i ich klienci nieźle dają nam w kość.

Czułem się nieswojo. Duży zwierz nie oskarżał mnie bezpośrednio. Nigdy nie skalałem się brzydkim postępkiem przeciwko słoniom, ale czy kiedykolwiek uczyniłem coś dla ich dobra?

– I ja natknąłem się na kłusowników – wskazał trąbą kilka blizn po kulach – ale miałem szczęście. Ocknąłem się gdy odrzynali mi drugi kieł. Jeden z drani pewnie do dzisiaj myśli, że padł ofiarą trąby powietrznej. Uciekłem zanim się pozbierał. Ale kolejnego spotkania z kłusownikami bym nie przeżył. Wiesz, jak nazywają takich, jak ja? Niedoróbki. A wiedząc, że mamy dobrą pamięć i wściekłość nie tkną nas, zanim nie będziemy na sto procent martwe. Mając takie perspektywy postanowiłem ruszyć w odległe strony. Myślisz, że do nas nie docierają wieści o przyjaznych słoniom krajach Północy? Ale jak się do nich dostać? Podróżowałem przez sawannę, co jeszcze było proste, bo to moje naturalne środowisko. Zresztą bardzo pomagały mi żyrafy, one dużo widzą. Pustyni nie pokonałbym nigdy, gdyby nie pomoc wielbłądów. Dawały mi cień za dnia i trochę ciepła w nocy. Po drugiej stronie wielkiego piasku patrzono na mnie ze zdziwieniem, ale bez niechęci. Dzięki temu bezpiecznie dotarłem aż do Casablanki, gdzie udało mi się zaokrętować…

– No nie, teraz to już przesadzasz. Dżungla, pustynia, Casablanca, a teraz statek? Kim ty jesteś, słoniem morskim?!

– A nie słyszałeś nigdy o niedźwiedziu Wojtku? Nie tylko zamustrował, ale miał nawet stopień wojskowy. I palił papierosy… – tu słoń łypnął na mnie łapczywie.

– Sory, nie palę…

– Nie szkodzi, ja się odzwyczajam… W czasie rejsu pomagałem w dźwiganiu największych ciężarów, a wieczorami grałem w jazzbandzie. Z marynarzami byłem za pan brat, ale gdy tylko dobiliśmy do portu przeznaczenia, zmustrowałem i spytałem o drogę do najbliższego ogrodu zoologicznego. Przyjęli mnie tam życzliwie. Na szczęście nie zdradziłem się ze znajomością ludzkiego języka, dzięki czemu któregoś dnia usłyszałem niepokojącą rozmowę opiekunów. Wynikało z niej, że zoo nie stać na utrzymanie jeszcze jednego kolosa, więc postanowiono mnie odstrzelić, i – w obecności dzieci – nakarmić mną lwy. Uciekłem w ostatniej chwili. Najkrótszą drogą wróciłem do portu. Szczęście mi sprzyjało. Z otwartymi ramionami przyjęła mnie trupa cyrkowa, która powracała na drugą stronę zimnego morza. W porcie docelowym przesiedliśmy się na wozy i… Kolejne rozczarowanie. Otóż dzikim zwierzętom zakazano występów w cyrkach. Aż taki dziki nie jestem, ale cóż było robić? Dyrektor trupy nie miał zamiaru utrzymywać darmozjada. Gdy trupa zalała się w trupa zostawił mnie w pół drogi między miastami. W szczerym polu. Kręciłem się trochę po okolicy, ale miejscowi nie byli mi przychylni. „Idź sobie, skądeś przybył!” – krzyczeli, a niektórzy rzucali kamieniami. A choć mam grubą skórę, przecież tak słowo jak i kamień potrafią zranić. Najwięcej sympatii zaznawałem od dzieci, dopóki rodzice nie zobaczyli, z kim się przyjaźnią. „Do domu mi zaraz!” – krzyczeli. „Nie patrzeć, nie słuchać, nie podchodzić, nie dotykać, jeszcze mi się czymś zarazicie!” – krzyczeli. A mnie próbowali odgonić znakiem krzyża. Gdy go odwzajemniałem, robili wielkie oczy, wrzeszczeli „diabeł!”, pluli i uciekali w popłochu. Więc schroniłem się w tym lasku. Jesteś pierwszym, który chciał ze mną pogadać…

Zastanawiałem się, jak pomóc nieszczęsnemu zwierzęciu. W końcu wpadłem na pewien pomysł.

– Jeśli pójdziesz w tym kierunku natrafisz na duży las, potem na jeszcze większy las, a w końcu na pralas. Tam mieszkają żubry…

– Żubry? Kim są żubry? – spytał z zaciekawieniem.

– To takie nasze słonie.

– Wspaniale! – ucieszył się.

– Tylko pamiętaj, jak już do nich dotrzesz, musisz się koniecznie trochę zżubrzyć. Może uda ci się nawet podbić serce jakiejś uroczej żubrzycy?

– No to lecę! – widziałem jak w olbrzyma wstępują nowe siły. – Dzięki!

I zniknął z szybkością, o jaką nigdy bym go nie podejrzewał.

Zostałem sam, zastanawiając się czy przypadkiem nie zrobiłem go w trąbę.

Najkrótsze opowiadanie świata,

Posted in miniatury literackie by hajton on 21 Maj 2016

Unknownnapisane w przekonaniu, że nadmiar słów jest szkodliwy. Czy jednak nie podobnie jest z ich niedomiarem? Jak ocenić czy ilość użytych słów jest proporcjonalna do ich sensu i nośności? Wyobraźmy sobie kierowcę pędzącego samochodu, który właśnie stwierdził, że nie działają hamulce, a wie, że przed nim znajduje się przepaść. „Ile zostało?” – pyta pasażera, nie precyzując czy chodzi o odległość, czas, długość życia… W odpowiedzi słyszy: „Nie chciałbym być nieprecyzyjny, a tym bardziej wprowadzić cię w błąd. Ponieważ znajdujemy się w ruchu, każda moja odpowiedź będzie spóźniona i przez to myląca…” W tym momencie auto dociera na skraj przepaści i kierowca sam poznaje odpowiedź. W innym wariancie słyszy natomiast: „Nie wiem”. Co ciekawe, skutek pozostaje identyczny. Powiedzmy szczerze: w zaistniałej sytuacji żadna odpowiedź nie byłaby satysfakcjonująca. I tu, być może, dochodzimy do sedna sprawy. Słowa nie posiadają siły sprawczej, a więc nie mają znaczenia. Ale jak wyobrazić sobie świat bez słów? Czy ktoś policzył kiedyś, ile słów dziennie wypowiadają ludzie? Powiedzmy, że milczek (lub zakonnik objęty klauzurą milczenia) nie odzywa się wcale. Ale są gaduły, dla których i dwa tysiące to mało. Niech ostrożna średnia wyniesie tysiąc słów na dobę. Razy siedem miliardów ludzi (aktualna populacja) daje nam gigantyczną wartość siedmiu bilionów! Otwartym pozostaje pytanie, ile z nich to słowa zbędne.

Pora przejść do tekstu zasadniczego. Tylko że… No właśnie, nie da rady. Właśnie wyczerpałem zapas słów na dzisiaj. Przynajmniej dotrzymam słowa; moje opowiadanie będzie rzeczywiście najkrótsze. Co prawda wstęp może przydługi, ale nie słyszałem, aby ktoś mówił: „wstęp wzbroniony”.

Historia miłosna

Posted in miniatury literackie by hajton on 15 Maj 2016

phillips girl 2Karolinka miała włosy upięte w piękny ogon, którym majtała z gracją na wszystkie strony. Do tego parę dołeczków w policzkach i fiołkowe oczy, na które filuternie opadała grzywka. Zaraz, czy oczy nie były czasem w kolorze niezapominajek? Albo szafirowe? A może nawet biało-czerwone? I tego nie można wykluczyć. Powiedziałem, Karolinka? No, nie pamiętam dokładnie. Kto wie czy nie Klara? Albo Zosia? W każdej klasie jest dziewczyna, która spopiela serca chłopaków, nawet jeśli oni sami jeszcze nie wiedzą, że słowo „spopiela” może odnosić się też do serca. Kaprys demograficzny sprawił, że w swojej klasie Karolinka była jedyną dziewczynką. Gdy hasło: „jakie te dziewczyny są głupie i w ogóle okropne, a już szczególnie ta nasza Karolinka” zaczęło dominować w chłopięcych rozmowach, stało się jasne, że czar zaczął działać. Była to oczywiście zasłona dymna, bowiem co wyrażane stadnie, niekoniecznie znajdowało potwierdzenie w zachowaniach indywidualnych. Ten i ów próbował jakiejś zaczepki („mała, coś ty taka nieśmiała”), jakiegoś niewyklutego komplementu („jesteś śliczna lecz liryczna”) albo wręcz propozycji („spotkajmy się na balu, opowiem ci o Realu”, lub „moje serce płonie, opowiem ci o Barcelonie”). Karolinka nie reagowała, jednak w głębi duszy wcale nie była obojętna na popisy chłopaków. Hołdy słowne sprawiały jej przyjemność, choć wolała czyny. Jedzenie kredy, wspinanie się po rynnach i spacery po parapetach (zewnętrznych), to były dzieła godne jej urody. Lecz autorzy nawet najbardziej brawurowych występów nie czerpali z nich żadnych korzyści. „Twierdza Karolinka” nie zdradzała najmniejszych oznak słabości.

Z uwagi na nieskuteczność technik indywidualnych grupa najbardziej zapalonych wielbicieli postanowiła się zrzeszyć. Tak powstał Klub Fanów Karolinki. Działania zespołowe miały spotęgować siłę uczuciowego rażenia. Założyciele grupy umówili się jednak, że gdy Karolinka zacznie zdradzać oznaki emocjonalnych rozterek, powrócą do działań indywidualnych, by każdy miał szansę na wymarzoną premię tylko dla siebie.

Zaczęło się od transparentów rozwijanych, gdy dziewczynka zbliżała się do klasy. „Karolinka jest najpiękniejsza”, „Karolinko, ty nasza jarzębinko”, „Karolinka miód dziewczynka”, głosiły. Inne, z którymi młodzieńcy pikietowali przed szkołą miały zniechęcać konkurencję: „Karolinka jest nasza i tylko nasza!”, „Ręce, myśli oraz drinki precz od naszej Karolinki!”, „Pamiętajcie wszystkie chamy, Karolinki nie oddamy!”.

Karolinka przyjęła te nowe hołdy łaskawie, kilka razy się nawet uśmiechnęła, ale wkrótce, pewnie znudzona ich powtarzalnością, ponownie zobojętniała. Grupa postanowiła zmienić taktykę. Wspólnymi siłami wyprodukowano hiphopowy przebój: „Hej, dziewczyno, spojrzyj wokół, ile oczu patrzy w mroku, cię całują, obłapiają, twoją duszę wysławiają”. Wkrótce jednak w grupie tzw. „polonistów” wybuchł gwałtowny spór, czy oczy mogą całować, a tym bardziej obłapiać, jakiś złośliwiec twierdził też, że w oryginale „dusza” brzmiała inaczej, choć podobnie, więc skończyło się tak, że Karolinka się obraziła. Wskórali tyle, że z zimnej stała się lodowatą. Aby nieco ogrzać atmosferę grupa najbardziej zapalonych członków KFK zdobyła kilka pochodni, czego pochodną stały się „marsze ogniste” przed lekcjami i po nich, z tym, że musiano poczekać do zimy, gdyż płonące pochodnie największy efekt czynią przed świtem i po zmierzchu. Jednak serce dziewczynki nie zapłonęło.

Ciągły brak postępu spowodował kłótnie, bójki, a w końcu rozpad KFK na frakcje. Część poszła w race, część w racjonalizm, inni w pieśni patriotyczne lub też sporty zespołowe. Niektórzy zapisywali się do kółek matematycznych lub szachowych (chcieli olśnić Karolinkę intelektem) inni do strzeleckich, łuczniczych lub kuszniczych (chcieli sobie postrzelać).

Przyszedł maj, zakwitły bzy, bzyczały zakwity, koniec roku szkolnego już majaczył na horyzoncie, a Karolinka, piękniejsza niż zwykle, wiosennie promieniejąca, pozostawała nieczuła. Ale ten ogrom niespełnionych starań, ta sromotna klęska chłopięcyzmu domagała się zapłaty. Coś wisiało w powietrzu. Coś musiało się wydarzyć.

Któregoś ranka nauczyciel geografii wszedł do klasy i oniemiał ze zgrozy. Uczniowie siedzieli cicho wpatrując się w tablicę, na której widniał napis: „Karolinka ma zeza”. Dramatyczna rozterka malowała się na młodzieńczych licach. Czy możliwe, że tego nie dostrzegli? Bo jeśli to prawda, to… taki wstyd, obciach wszechczasów, walczyć – i to bezskutecznie – o wdzięki zezowatej?… Chcieli spojrzeć w oczy tej, która ich konsekwentnie odtrącała, ale nie było to proste, ponieważ siedziała sama, w pierwszym rzędzie, w środkowej ławce. I jeszcze ta grzywka…

Nie udało się wyjaśnić, kto był autorem napisu. Nie stwierdzono też, czy głosił prawdę. Karolinka miała swoje sposoby, aby ukrywać ten fakt przed niepożądanymi spojrzeniami. Od tamtej chwili wiele się jednak zmieniło. Wczorajsi zapaleńcy wstydzili się szaleństw popełnianych dla dziewczyny podejrzewanej o zeza. Ale któregoś ranka stała się rzecz jeszcze bardziej nieoczekiwana. Przed rozpoczęciem lekcji Karolinka wskoczyła na stół nauczycielski. Zapadła cisza. Dziewczyna uniosła grzywkę i spojrzała na oniemiałych młodzieńców…

Patrzyły na nich oczy sarny, wilgotne, olśniewające, oszałamiające, przepiękne po prostu… Przez klasę przetoczył się jęk zachwytu. I nagle… Karolinka wrzasnęła, wykrzywiła twarz w okropnym grymasie i zazezowała tak, jak jeszcze nikt nigdy. Lewe oko uciekło w tył czaszki, gubiąc źrenicę, podczas gdy prawe zaczęło wirować nieregularnie, by w końcu nakreślić parę figur, a nawet brył geometrycznych. Chłopaków zamurowało. Wstrząsnął nimi szloch odrazy i spazm przerażenia. Tymczasem lewe oko panienki wróciło do centrum, by zacząć wirować w rytmie walca, natomiast prawe najpierw wybałuszyło się okrutnie, by po chwili zapaść się w sobie. Powtarzało tę czynność według stałego rytmu. W tym samym czasie powieki zaczęła nadawać alfabetem Morse’a jakiś tekst (prawa – krótkie, lewa – długie) zbyt szybko jednak, by dał się odczytać. Może i dobrze. Wypatroszeni emocjonalnie chłopcy zaczęli drzeć się wniebogłosy i płakać. „Przestań już! Przestań! Jesteś okropna, nie znosimy cię!”. Niedawna miłość okazała się larwą niechęci.

Gdy tylko zadzwonił dzwonek, oczy Karolinki wróciły na miejsce, znów olśniewając regularnością i blaskiem, zaś dołeczki cudnie pogłębiły się w uśmiechu. Dziewczyna zeskoczyła ze stołu. Już chciała usiąść na swoim miejscu, gdy z tylnego rzędu podszedł do niej chłopak, który do tej pory nie brał udziału w naszej opowieści.

„Czego?” – warknęła, przekonana, że po spektakularnym występie raz na zawsze pozbyła się niedojrzałych adoratorów.

„Chcę tylko powiedzieć, że cię kocham. Zawsze cię kochałem.”

„To dlaczego nigdy nie widziałam cię z nimi?”

„Kto kocha, nie krzyczy” – uśmiechnął się chłopiec.

Karolinka i chłopak zostali parą. O ile mi wiadomo, są nią do dzisiaj. Z tego, co przypuszczam, pozostaną nią na zawsze.

Próba

Posted in miniatury literackie, muzyka by hajton on 13 kwietnia 2016

images-3Melodie trzech budzików nałożyły się na siebie, tworząc dodekafoniczną mieszankę. Powiedzieć, że wstałem rześki byłoby przesadą. Ale wstałem. Jeszcze na dobre nie wyparowały ze mnie dźwięki wczorajszego koncertu, a już za chwilę nowy program. Ot, życie muzyka…

Ósma trzydzieści. Półtorej godziny do rozpoczęcia próby. Chciałem zjawić się w Filharmonii nieco wcześniej, aby rzucić okiem na kilka trudniejszych pasaży. Co prawda Bajka Moniuszki, Koncert skrzypcowy Czajkowskiego i Szecherezada Rimskiego – Korsakowa to żelazny repertuar, ale – jak mawia maestro Maksymiuk – w muzyce niczego nie da się wyćwiczyć na zapas. Gdy tylko pomyślałem o trudnościach piętrzących się na pulpicie, czas przyspieszył. Zamiast spokojnego prysznica, chaotyczne mycie zębów. Zamiast wypasionego śniadanka, nerwowy kęs starej bułki stającej w gardle. I łyk kawy. Nawet łyk wystarczył, by się poparzyć. Reszta wylądowała na ubraniu. W pośpiechu zrzuciłem spodnie od piżamy, odruchowo zastępując je frakowymi. Wybiegłem na miasto.

Poddenerwowany tłum na przystanku zwiastował rychłe przybycie autobusu, istniała jednak groźba, że się nie załapię na najbliższy. Po ciepłym, a retorycznym: „gdzie się pan pchasz z tą mandoliną?”, zdecydowałem się na metro. Czekało mnie rozczarowanie. „Informujemy, że z powodów technicznych Stacja X jest dziś wyłączona z eksploatacji”. W pośpiechu rzuciłem się w drogę powrotną do przystanku, po to tylko, by przekonać się, że autobus właśnie odjechał. Co teraz?! Samochód? O tej porze to pewna recepta na klęskę. Zresztą musiałbym najpierw wrócić do domu, po klucz… Może rower? Ale zanim wytaszczę go z piwnicy, byłbym już w połowie drogi do Filharmonii. Ruszyłem truchtem. Mniejsza już o te pasaże, ważne, że będę na czas. Naraz zastanowiło mnie, dlaczego futerał jest tak podejrzanie lekki. Tknięty paniczną myślą zajrzałem do środka… Skrzypiec nie było. Był za to smyczek. I muszka od fraka. Niewiele wykrzesam smyczkiem z muszki… Co stało się ze skrzypcami? – myślałem gorączkowo. Musiałem zostawić je wczoraj w garderobie. Konkluzja uspokoiła mnie nieco, ale runął misterny plan wejścia do gmachu od frontu i zaoszczędzenia cennych minut. Aby odzyskać instrument będę musiał skorzystać z wejścia dla artystów i pokonać cały labirynt pięter i korytarzy. Ruszyłem z kopyta. Nie miałem już ani chwili do stracenia. Wtedy po raz pierwszy zadzwonił telefon.

„Dlaczego pana jeszcze nie ma?” – spytał inspektor.

„Już…, już…, zaraz będę…” – mruknąłem pokonując zasapanie.

„Niech się pan spieszy, mam dla pana niespodziankę!” – głos inspektora był radosny. Tak radosny, że włos mi się zjeżył na głowie.

„Tak, słucham?…”

„Koncertmistrz zachorował i prosi, żeby pan go zastąpił w Szecherezadzie!”

Odbiwszy się od latarni o mało nie wpadłem do dziury w chodniku.

„No co, nie cieszy się pan? Myślałem, że to odpowiada pańskim ambicjom?” – inspektor był jakby troszkę obrażony.

„Oczywiście, oczywiście” – powtarzałem gorączkowo – „zaraz będę…”

Pewnie, że chciałem zagrać solo z Szecherezady, kto by nie chciał? Marzyłem o tym. Ale nie w takich okolicznościach! Co robić? Powiedzieć, że jestem chory? Za późno! A więc pozostaje jedno. Zagrać Szecherezadę i umrzeć. Ewentualnie tylko umrzeć. Partię solową znałem na pamięć. Każdą nutę. Tyle, że ze słyszenia. Czy to się da zagrać a vista? Co za pytanie! Musi się dać! Jak to było? Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie! Uzyskawszy pocieszenie od wieszcza, z truchtu przeszedłem w galop. I wtedy telefon zadzwonił po raz drugi.

„Mam dla pana kolejną wiadomość, chyba jeszcze ciekawszą!” – głos inspektora był podniosły. W tle słyszałem, jak jeden z kolegów (powszechnie zwany wirtuozem korytarzowym)  niby od niechcenia wstrzeliwuje się w pierwsze solo (najłatwiejsze) z Szecherezady. O nie, przyjacielu! Nie ma mowy! Solo jest moje!

„Solista zachorował! I wspólnie z dyrygentem doszliśmy do wniosku, że skoro już pan gra Szecherezadę, to i koncert pan machnie…”

Czajkowskiego? Machnie? Rany boskie, o czym on mówi?! Machnąć to sobie można cepem!

Koncert Skrzypcowy Piotra Iljicza Czajkowskiego (tego Iljicza spokojnie mógł sobie darować). Marzenie wszystkich skrzypków” – słodził mefistofelicznym głosem. „Nie grał pan?” – zdziwił się fałszywie.

„Oczywiście, że grałem!” – uniosłem się godnością. Ostatni raz na dyplomie, jakieś… wiele lat temu.

„No dobrze” – zacząłem taktycznie – „ale może ograniczymy się do pierwszej części, bez kadencji i trochę wolniej niż sugerują tempa metronomiczne?”

„Wolniej? Nie ma mowy! Zapomniał pan, jak nazywają dyrygenta, który prowadzi dzisiejszy program?”

Przypomniałem sobie. Mówią na niego Pendolino. Ciekawe jak go nazywali, gdy pendolino jeszcze nie pendoliły po naszych torach?

„Poza tym, żadna tam pierwsza część. Całość, bez skrótów. A w kadencji niech pan nie zapomni dołożyć oktaw palcowanych Heifetza.”

Panie Boziu, nie lubisz mnie? Ale była to myśl niesprawiedliwa, bo właśnie spełniały się moje marzenia. Miałem zagrać Koncert Czajkowskiego z orkiestrą. Uważaj, o czym marzysz, bo może ci się spełnić – powiedział ktoś kiedyś, i aż do dzisiaj nie rozumiałem, o co mu chodziło.

No dobrze, jak na główkę, to na główkę. Ale pomyślmy też o spadochronie. Gdyby tak chociaż mieć nuty… Z nut jakoś pójdzie, palce sobie przypomną, dusza zaśpiewa, dam się ponieść frazie i będzie pięknie! Nuty, byle zdobyć nuty! Ale skąd?… Jak to skąd? Przecież po drodze mam księgarnię muzyczną! Cud! Była otwarta od dziewiątej trzydzieści.

„Poproszę Koncert Skrzypcowy Czajkowskiego” – wypaliłem bez zbędnych wstępów.

„Że co?” – zbaraniał sprzedawca.

Nie miałem czasu na pogawędki. Rzuciłem się do półek, niecierpliwie lustrując ich zawartość.

„Skrzypcowe to są tam, na górze” – sprzedawca wskazał półkę niedostępną z podłogi. „Chce pan drabinę?”

Chciałem. Niestety, wśród nut skrzypcowych były tylko Miniatury Janiny Garści, Concertino Grażyny Bacewicz i Koncert Accolaya. Oraz Gamy Krotkiewskiego, tak pożółkłe i zakurzone, że z trwogą pomyślałem o technice młodych skrzypków.

„To wszystko?!” – krzyknąłem rozczarowany, zeskakując tak nieszczęśliwie, że skręciłem nogę w kostce.

„Pan poczeka chwilkę, zdaje się, że rano coś przywieźli…” – sprzedawca zniknął na zapleczu, by po trzech minutach wrócić ze sporym kartonem.

„Panie, szybciej, mnie się spieszy!…” – jęknąłem błagalnie.

„Spokojnie, tu nie piekarnia!” – stwierdził rezolutnie sprzedawca. Z gracją muchy w smole udało mu się w końcu zerwać wszystkie sznurki i taśmy.

„Co my tu mamy… Suita z Harry Pottera w łatwym układzie na akordeon, Kolędy na nonet fletów prostych i basso continuo” – wymieniał – „i… o! tu jest coś na skrzypce. Lutosławski. Łańcuch. Łańcuch?” – zdziwił się. „Bierze pan?”

„Jasne!” – krzyknąłem w furii. „Wezmę ze trzy ogniwa, tylko niech pan dobrze naoliwi i wypoleruje!” – jak torpeda wypadłem z księgarni, zostawiając sprzedawcę w pomieszaniu, na które w swoim pojęciu nie zasłużył.

Co mi zostawało? Skserowanie partytury i poproszenie, aby ktoś przewracał mi kartki. Myśl, że w każdej sytuacji jest jakieś wyjście dodała mi otuchy. Z galopu przeszedłem w cwał, rwałem do przodu jak oszalały, choć skręcona kostka rwała jeszcze bardziej. Jakby w nagrodę, moim oczom ukazał się gmach Filharmonii. Za siedem dziesiąta. Mam szansę zdążyć! I wtedy telefon zadzwonił po raz trzeci. Co teraz? Może mam dyrygować? – pomyślałem ironicznie. To akurat byłoby najłatwiejsze…

„No, gdzieżesz pan jest!? Za chwilę zaczynamy. Publiczność wali drzwiami i oknami!”

„Pub… liczność? Jaka pub…liczność?” – chciał mnie zabić, czy co!

„No, jak to, jaka publiczność? Przecież dzisiaj pierwsza niedziela miesiąca! Gramy poranek symfoniczny!”

Faktycznie, jak mogłem zapomnieć!

„I tak całkiem bez próby?” – broniłem się rozpaczliwie.

„Po co nam próba? Przecież zawsze narzekamy na ich nadmiar…”

„Dobrze, dobrze.” Nie było sensu się spierać. „Ale zacznijmy chociaż kwadrans później!” Przecież muszę dobiec, znaleźć skrzypce, przebrać się, nastroić…

„Nie ma mowy! Jak pan to sobie wyobraża? Mamy transmisję na żywo!”

„Radio?” – stęknąłem z niedowierzaniem.

„I telewizja. Kanał Mezzo. Pierwszy raz robią transmisję live. Do siedemnastu krajów. Chyba z okazji tej konferencji koncernów płytowych. Prezesi największych firm będą na sali.”

Postanowiłem już się nie odzywać. Co ma być, to będzie. Byle tylko dostać się do budynku. I na scenę. Portier czekał na mnie przed wejściem.

„Niech pan biegnie do pokoju dla solistów. Pana skrzypce już tam zaniosłem!” – ponaglał. „Ale dlaczego pan w piżamie?”

Rzeczywiście! Miałem na sobie górę od piżamy, spodnie od fraka, a na nogach adidasy. Aha, i muszkę w futerale! Przez ściany przenikały dźwięki rozgrywającej się orkiestry i gwar rozmów podekscytowanej publiczności. O, nieszczęśni! Nie wiedzieli, co ich czeka… Nie zapomną tego poranka do końca życia. Za to mój koniec już niedługo. Już widzę tunel, a w nim światełko. Byle tylko zdążyć na scenę. Odejść z tego świata z instrumentem w dłoni…

Dopadłem drzwi do pokoju solistów. Moje skrzypce leżały na stole. Uniosłem je czule, przytuliłem, pocałowałem i wtedy… szyjka wysunęła mi się z rąk i – niczym w geście samobójstwa – zawisła żałośnie na strunach… Życzliwy, lecz znany ze swej niedźwiedziej gracji portier musiał zawadzić instrumentem o jakiś wyłom w ścianie. Pewnie nawet tego nie zauważył.

Do pokoju wpadł inspektor.

„Tak pan nie może grać! Spodnie od fraka tu nie pasują! Niech pan ściąga! Adidasy też!”

„Co? Mam grać w bokserkach?!”

„W bokserkach, skarpetkach i górze od piżamy. Jeszcze będą pana naśladować, zobaczy pan, a „bokserki” od dzisiaj zmienią nazwę na „koncertówki”. Tylko koniecznie muszkę niech pan założy, poranek porankiem, ale muszka daje taki odświętny wygląd… Pan da, pomogę panu zapiąć…”.

„Ale ja… nie mogę grać!” – krzyknąłem z rozpaczą. „Skrzypce mam w strzępach!”

„Nie szkodzi, nie szkodzi!” Inspektor zamachał rękami. „Zagra pan na altówce!”

Na altówce? Na altówce?! Wykluczone! Są jakieś granice. Moja cierpliwość się wyczerpała. Nawet la podane przez oboistę, ta jednodźwiękowa uwertura uwertur, dźwięk, który elektryzuje muzyków i melomanów na całym świecie, oznajmiając wszem i wobec, że „zaraz się zacznie”, nie zrobił na mnie wrażenia. A oboista grał i grał, jakby chciał nastroić cały świat.

Zerwałem z szyi muszkę, ale ta trzepotała w mej dłoni niczym ryba wyjęta z wody. Co jest? Grająca muszka? Nie, to był telefon. Ja sam –  w ramach szlifowania słuchu absolutnego – ustawiłem sygnał na 442 herce, czyli razkreślne. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Dzwonił inspektor. Domyślałem się, co ma mi do powiedzenia.

„Zaspałem, przepraszam, będę za kwadrans…”, zacząłem, zanim się odezwał.

„Ależ, nic podobnego! Właśnie dzwonię do wszystkich po kolei; próba odwołana. Solista chory, koncertmistrz chory… Chociaż, zaraz, chwileczkę, a gdyby tak…”

Przerwałem połączenie i przewróciłem się na drugi bok.