oto I owo

Otwórz oczy

Posted in filmy by hajton on 18 Maj 2018

Pierwsze trzy filmy Andrzeja Jakimowskiego spotkały się z dużą sympatią widzów. Zmruż oczy, Sztuczki, Imagine, są bajkami mieszczącymi się w granicach prawdopodobieństwa. Co istotne, bajkami świetnie opowiedzianymi. Bohaterowie to ludzie w ten czy inny sposób doświadczeni przez los. Tam, gdzie większość reżyserów dostrzegłaby żyzne pole do uprawy patologii, Jakimowski widzi ciepło ludzkich działań i uczuć.

W filmie Zmruż oczy reżyser przypatruje się ludziom żyjących na obrzeżach cywilizacji, w realiach zapuszczonej mazurskiej wioski. To w dużym stopniu zasługa filmowania, ale pokazywana przezeń brzydota jest… piękna. Teksty niepozorne, a błyskotliwe. Bohater, outsider z wyboru, opiekuje się kilkuletnią dziewczynką, uciekinierką z bogatego lecz chłodnego domu. Rodzice będą musieli się postarać, aby odzyskać zaufanie córki. Pejzaż apokaliptyczno/postpegeerowski, na którego tle pojawiają się: a to barwna plama kobiecości, a to absurdalnie drogi samochód, a to bohema ze stolicy. Wielki świat uwodzący prostaczka, który z kolei okazuje się ukrytym (a komu miałby się zwierzać?) miłośnikiem poezji antycznej. I jeszcze wypowiedziana na tle heraklitycznie płynącej rzeki teoria: rzeczy nie mijają, tylko przesuwają się przed oczami. Magiczny realizm jak się patrzy (bo jak się nie patrzy, to się nie zobaczy).

Oglądając Sztuczki, przez długi czas nie mogłem pozbyć się obawy, że subtelnie szkicowana opowieść okaże się tylko wstępem do wydarzeń nagłych, a dramatycznych (rzecz dzieje się w realiach postindustrialnego miasteczka, w okresie transformacji). Ale reżyser i tu utrzymuje majorową tonację do końca. Wszystko jest na swoim miejscu. Kilkuletni chłopiec małymi czarami zaklina świat. Zmienia przeznaczenie. I odzyskuje ojca.

W Imagine przenosimy się do Lizbony, sceneria cudowna, co z tego kiedy dla bohaterów filmu niewidoczna. Z najprostszej przyczyny. Oni naprawdę nie widzą. Żyją w wiecznej ciemności. Przez większą część filmu przeczuwamy katastrofę, która wisi na włosku, każdy krok w nieznane zdaje się ją zwiastować. Ale zamiast łzawej opowieści o grupie wykluczonych otrzymujemy niepozbawiony humoru pean na cześć wyobraźni i siły ludzkiego ducha. Teoretycznie przegrani znów są zwycięzcami. To oni widzą więcej. I piękniej.

Pewnego razu w listopadzie, najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego ciągle jeszcze jest baśnią, ale baśnią niepokojącą. Bohaterowie — matka z synem i psem — tracą dach nad głową. Bezdomność to pierwszy krok do pozbawienia godności. Z dnia na dzień trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, w której na plan pierwszy wysuwają się sprawy najzupełniej podstawowe: zimno, głód, brak noclegu. Walka o byt. O przetrwanie. Na szczęście są ludzie, którzy wiedzą, że potrzebującym należy podać rękę. Natomiast (sprawiedliwe rzekomo i opiekuńcze) państwo okazuje się tworem teoretycznym. Tam, gdzie należałoby spodziewać się pomocy, zieje bezduszność. W finale filmu, poprzez bierność służb reprezentujących owe państwo, bohaterowie poczują się jak zwierzyna łowna zapędzona w pułapkę bez wyjścia. Końcowe kadry to materiały dokumentalne kręcone w trakcie tzw. marszu niepodległości, w centrum Warszawy. Koszmarny sen staje się koszmarną rzeczywistością. Wszechmłodzież (że tak ją nazwę) nie spotkała się tylko po to, aby werbalnie lżyć wybrane grupy. Sprzęt jakim dysponuje, świadczy o tym, że marzy im się akcja bezpośrednia, wymierzenie komuś narodowej sprawiedliwości. Z braku bardziej wyrazistego wroga atakują więc squat, który (przypadkowo?) znalazł się na trasie ich przemarszu, a w którym schronienie znaleźli nasi bohaterowie. W symbolicznej scenie, po obu stronach barykady stają twarzą w twarz dwaj przyjaciele. Niektórzy dostrzegają tu jakąś nadzieję. Powiedziałbym, że na dwoje babka wróżyła. Transformacja może odbyć się w obu kierunkach. Siła argumentu czy argument siły?

Tym razem jeszcze wszystko skończy się dobrze. Nawet pies… ale cicho, sza. Nie wszystko będę zdradzać (nawiasem mówiąc, świetny aktor z tego Kolesia). Jednak błogostanu osiągniętego po obejrzeniu poprzednich filmów już nie osiągniemy. Nikomu nie zrobi się lżej na sercu. Więc i oglądających będzie mniej, i krytyki więcej.

Dlaczego jednak reżyser, mając pewny — wydaje się — sposób na udany scenariusz, opuszcza krzepiący kokon, wyprowadzając z niego także swoich bohaterów i widzów?

Ano dlatego, że artysta — człowiek z definicji obdarzony szczególną wrażliwością i przenikliwością — sam decyduje, kiedy i o czym powinien mówić. Może pławić się w pięknoduchostwie, udowadniać, że otaczająca rzeczywistość go nie dotyczy. Ale może też inaczej. Jakimowski idzie pod prąd — nie bójmy się tego sformułowania — oficjalnej propagandy, głoszącej wszechotaczającą nas (u nas) wspaniałość.

Zmruż oczy? A może już pora je otworzyć? Może czas uruchomić wyobraźnię? Bo jest pewna granica, za którą żadne sztuczki nie pomogą.

Reklamy

Nasi na Księżycu

Posted in filmy, literatura, nierecenzje by hajton on 4 kwietnia 2016

Stanisław_Wyspiański_-_Portret_Jerzego_ŻuławskiegoLądowali Amerykanie na Księżycu czy nie lądowali? Czy jego ciemna strona skrywała (skrywa) bazy niemieckie, rosyjskie albo pozostałości nieznanych kultur? Zadziwiające, z jaką łatwością wirus wątpliwości przenika do nas w epoce (dez)informacji. I z jaką lubością w nas się zagnieżdża. Łatwo odrzucamy fakty, które ktoś poddaje w wątpliwość, z chęcią wierzymy w te, które się nie wydarzyły. W chaosie spekulacji i domniemań niezmienna jest jedynie rzeczywistość literacka. Opisywane przez autorów historie wydarzyły się na pewno. W kosmosach ich wyobraźni. I żyją własnym, utajonym, a dzięki czytelnikom, od czasu do czasu odkrywanym życiem. Powiedzmy więc bez ogródek: pierwszym człowiekiem, który postawił nogę na Księżycu nie był żaden amerykański astronauta Neil Armstrong, tylko nasz rodzimy uczony (trochę mag), mistrz Jan Twardowski. Nie wszyscy jednak wiedzą, że wiele lat później w jego ślady (już bez pomocy diabelskiej, za to z technologiczną) wyruszyła na Księżyc wyprawa, w której skład wchodził niewymieniony z imienia i nazwiska rodak. To on najdłużej ze wszystkich jej uczestników opierał się trudom księżycowej egzystencji, stając się kimś w rodzaju niańki nowego gatunku kosmicznego – rodu Księżyczan.

Unknown-2To, że Trylogia księżycowa Jerzego Żuławskiego nie jest dziełem powszechnie znanym, wynika  chyba z faktu, że literatura science-fiction długo nie była traktowana na równi z jej innymi gałęziami. Fakt istnienia dzieła kanonicznego wręcz dla gatunku, a zarazem powstałego ponad wiek temu, na długo przed książkami Stanisława Lema, jest z jednej strony zaskakujący, zaś z drugiej potwierdza intelektualny  i artystyczny potencjał twórców Młodej Polski.

Część pierwsza – Na srebrnym globie

Historia podboju Księżyca przez Ziemian. Podbój jest tu słowem dwuznacznym. Członkowie kilkuosobowej ekspedycji lądującej na Srebrnym Globie stają się jego więźniami. Droga powrotu nie istnieje. Gwiezdni podróżnicy wiedzieli o tym, ale wiedzieć o czymś, a tego doświadczyć, to zupełnie co innego. Być może ta część książki powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich ochotników rwących się z misją kolonizacji Marsa. Pomimo nieziemskich trudności, dotykających co krok tragedii, trójce wysłanników udaje się dotrzeć do niewidocznej z Ziemi części Księżyca, na której panują warunki umożliwiające życie. Na srebrnym globie to w dużej mierze literatura drogi, nietypowej, bo pozaziemskiej. Choć dzisiejsza wiedza o Księżycu pozwala uśmiechnąć się lekko nad wizjami snutymi przez autora, wystarczy dokonać prostego zabiegu – przemienić Księżyc w jakąkolwiek  mniej znaną planetę, i naraz okazuje się, że wydarzenia przedstawiane w książce nabierają rysów prawdopodobieństwa. Opisy dowodzą świetnej znajomości topografii, a zarazem przepełnione są niezwykle plastyczną urodą. Chyba najbardziej poruszające są wyznania niezmierzonej tęsknoty i nieprzeczuwanej kiedyś miłości do rodzinnego pyłku w kosmosie, zwanego Ziemią. Ta tęsknota jest tak prawdziwa, że przywodzi na myśl uczucia wygnańców, wspominających utraconą na zawsze ojczyznę. Podejrzewałem nawet, że autor zaznał losu zesłańca, ale byłem w błędzie. Choć może nie do końca; pisarz służący między innymi w Legionach Polskich zmarł w roku tysiąc dziewięćset piętnastym nie doczekując niepodległości kraju. Ale ta tęsknota i ta samotność ma też znaczenie bardziej uniwersalne; to los, ku któremu pielgrzymujemy wszyscy bez wyjątku.

Część druga – Zwycięzca

Po poetyckiej i metaforycznej części pierwszej, przenosimy się – niespodziewanie zgoła – w pełnokrwistą fantasy. Od misji kolonizacyjnej minęły wieki. Pomimo trudności, pionierom udało się położyć podwaliny pod księżycową cywilizację. Odnajdujemy ją w okresie zbliżonym do ziemskich czasów starożytnych. W niepokojącą mozaikę księżycowych ludzi, diabolicznych szernów – pierwotnych mieszkańców Księżyca (autor nie wspomina, czy do ich powstania przyczyniły się sztukmistrzowsko-genetyczne manipulacje mistrza Twardowskiego) i morców – wyklętych potomków szerno-ludzkich, trafia przybysz z Ziemi. To także nasz rodak, imieniem Marek. Brany przez miejscowych za nadczłowieka, a mówiąc ściślej – Boga, przeżywa wzlot i upadek, parabolę uwielbienia i nienawiści.

Zwycięzca to nie tylko kapitalny opis walk, obrony i podbojów, ludzkich namiętności, siły i głupoty, ale doskonałe studium socjologiczne. Kosmogonia, wiara i religia, spełnione, a potem rozsypujące się w proch, a pośród nich człowiek, który nie potrafi żyć bez iluzji, więc nawet jeśli będzie musiał przeczyć logice, zrobi to, aby ocalić sens istnienia. Przecież wszyscy znamy tęsknotę za lepszym światem, hołubimy w sobie nadzieję, że to, co tu i teraz, to tylko przygrywka do świetlanej nieskończoności, nasze cierpienia są walutą, za którą kupujemy nieśmiertelność. Zwycięzca jest również znakomitym szkicem o mechanizmach rządzących społeczeństwem, o politykach/graczach zawsze gotowych do żerowania na ludzkiej naturze, z jej dobrymi lecz głównie złymi stronami. I o ortodoksyjnych ideologach, tak święcie przekonanych o swych racjach, jak zagubionych w błędnej interpretacji faktów.

Część pierwsza była historią powstania księżycowej cywilizacji, a więc i księżycowej wiary. Stary Człowiek, przybysz, który przetrwał najdłużej, jest kimś na wzór Boga Ojca. Młody Ziemianin o imieniu Marek staje się dla miejscowych ziszczeniem mitu, odrodzonym Bogiem – nawiązania do przyjścia Chrystusa są tu zupełnie wyraźne. Podobnie jak i koniec obu postaci: Marek, głoszący prawdy zbyt dla zastanego świata radykalne, zginie śmiercią podobną męce Chrystusowej. I także w jego przypadku narodzi się mit zmartwychwstania. Nie przez przypadek pewne fragmenty Zwycięzcy wchodzą na nutę biblijną, bądź zgoła ewangeliczną.

Część trzecia – Stara Ziemia

Wracamy na starą dobrą Ziemię. Dobrą? Taką, jak zawsze. Jest to Ziemia przyszłości wobec piszącego; przywoływane w tomie Stany Zjednoczone Europy sytuują akcję gdzieś w okolicach naszych czasów. Trzecia część, to – po poemacie o ludzkiej samotności i środkowym ogniwie fantasy – literatura futurystyczna.

Jest to również rzecz o nieprzystawalności światów. Podczas gdy Marek Zwycięzca, typowy Ziemianin, brany jest na Księżycu za Boga omalże, Roda – księżyczański mędrzec, i jego utalentowany uczeń, Mataret są na Ziemi ledwie karzełkami do pokazywania na jarmarkach (przypomina się Guliwer). Ale niedługo. Roda, mędrzec pragmatyczny, który na swojej rodzinnej planecie głosił niemożliwość istnienia życia na Ziemi, szybko się do reguł owego życia przystosowuje, co z kolei Mataretowi – idealiście, przysparza nieprzezwyciężonych problemów. Ziemskim bohaterem tej części jest Jacek, uczony, dzięki któremu Marek dostał się na Księżyc. Obu łączyła niszcząca miłość do pięknej Azy, śpiewaczki i femme fatale, u której stóp łasi się cały niemal męski ród. Ona sama przeżywa fascynacje – kiedyś demonicznym skrzypkiem – teraz hinduistycznym świętym. Nyanantiloka próbuje odciągnąć Jacka od gwaru świata. Stany Zjednoczone Europy są kontynentem pozornej szczęśliwości. Ale pod jej powierzchnią pulsuje rewolucyjny nurt. Ta mieszanka jest dość wybuchowa; wybuchowa tym bardziej, że Jacek skonstruował broń mogącą obracać miasta w perzynę. Trwa wyścig o to, kto ją zdobędzie. Tym najsprytniejszym okazuje się Roda, a choć ani on, ani władze, którym ją przekazuje, nie wiedzą jak broń działa, sam fakt jej posiadania wystarczy do uśmierzenia społecznego buntu. Władze wyklinają naukowców, jako już niepotrzebnych ludzkości (jakaś daleki odblask platońskiej idei artystów wyklętych). Jacek i Nyanatiloka odchodzą w poszukiwaniu jedynie ważnych wartości duchowych. Aza, która nikomu nie daje szczęścia, sama też go nie zazna. Tylko Roda czerpie korzyści z nowej sytuacji – zostaje gubernatorem, ale jego uczeń z pogardą przyjmuje zdradę byłego mistrza. W dwóch zdaniach? Człowiek nie osiągnie szczęścia zawierzając sferze materialnej. Dobrobyt nie uspokaja ducha. Na przeszkodzie stoi nieustająca pogoń za polepszeniem swego losu. Brzmi całkiem aktualnie.

UnknownBezpośrednio po skończeniu książki postanowiłem obejrzeć nakręcony na jej podstawie film. Na srebrnym globie jest dziełem Andrzeja Żuławskiego – jeśli dobrze potrafię rozszyfrować rodzinne zależności – wujecznego wnuka pisarza. Po nakręceniu sporej części materiału produkcja filmu została przerwana. Powrót do jego realizacji po latach był praktycznie niemożliwy; nie zachowały się stroje, dekoracje, zerwanie ciągłości procesu twórczego stało się dla filmu wyrokiem. Sam autor (Żuławski-wywiad rzeka/Krytyka Polityczna) twierdzi, że produkcja filmu została wstrzymana nie z powodu nadmiernych kosztów („Na srebrnym globie to film robiony metodą chałupniczą. Nie ma w nim ani jednego tricku, ani jednego efektu specjalnego, nie ma nic, co by kosztowało krocie. Wszystko było wyrzezane kozikiem w gównie”). Właściwą przyczyną była niechęć ówczesnego ministra kultury i sztuki, który po obejrzeniu nakręconych fragmentów doszedł do wniosku, że jest to film „przeciwko ideologii, którą się rządzi PRL jako państwo i jako ustrój socjalistyczny. Że miało być za, miało być antyklerykalnie, a jest o wolności i jest o religii”.

Ocena filmu musi pozostać – tak, jak i sam film – niekompletna. Ekranizacja książki stawiała twórcom wymagania, którym – biorąc pod uwagę dzisiejsze rozumienie widowiska filmowego – zwłaszcza w PRL-u nie mogli podołać. Zamiast oszałamiającego rozmachem filmu otrzymaliśmy widowiskowy spektakl teatralny, kompilację Szajny z Hasiorem, obraz ekspresyjny, tekst zamglony, niczym bardzo późny Słowacki.

Pierwsza część wykazuje najwięcej spójności, jest rodzajem videoblogu, na którym jeden z przybyszów, późniejszy mityczny Stary Człowiek (Jerzy Trela) rejestruje księżycową rzeczywistość.

Marek Zwycięzca z części drugiej (Andrzej Seweryn) pląsa przed kadrem konwulsyjnie, wygłasza swoje kwestie zachłystując się słowami. Sceny ociekają seksem, przechodzą w orgię, by jeszcze potem nabrać wyrazu biblijnego okrucieństwa.

Część trzecia – z Azą i Jackiem – jest potraktowana epizodycznie, wtapia się w akcję księżycową.

Filmowi nie można odmówić pewnej plastycznej urody. To, że nie próbuje epatować nowoczesnością też zapiszmy na plus: byłby to pojedynek nie do wygrania. Dialogi, które są z pewnością dziełem reżysera, często wpadają w głębię prawd wieczystych (i nie do końca zrozumiałych), ale dwa zapadły mi w pamięć: jam jest ten, który wie wszystko, a nie rozumie niczego. A zwłaszcza kapitalne: wieczność jest stanem równoczesnego posiadania wszystkiego.

Dla wielu widzów film ma status kultowego, a dosłownie kilka dni temu jeden z portali filmowych uznał obraz Andrzeja Żuławskiego za najlepszą niehollywoodzką produkcję s-f w historii.

http://www.tasteofcinema.com/2015/the-15-best-non-hollywood-sci-fi-movies-of-all-time/2/

Przełamując fale

Posted in filmy by hajton on 8 sierpnia 2015

UnknownTo kolejny z filmów Larsa von Triera, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przewrotna opowieść o naiwnej i świętej dziewczynie, która w imię miłości gotowa jest do poświęcenia największego – poświęcenia własnego ciała. Bohaterom filmu daleko do jednoznaczności. Często odnosiłem wrażenie, że oni jedynie odgrywają ziemskie role, będąc w istocie wysłannikami piekła i nieba. Dodo, bratowa Bess oraz doktor Richardson są postaciami tylko z pozoru jej sprzyjającymi. W rzeczywistości, w bardzo subtelny, pełen niedomówień, wręcz niezauważalny sposób próbują złamać Bess, unurzać ją w grzechu. W tej rozgrywce z pewnością nie są wysłannikami nieba. Dopiero, kiedy w chwili pogrążenia Bess nie prosi o nic dla siebie, a o modlitwę za Jana, Dodo rozumie, że przegrała. Przyznaje to, broniąc dobrego imienia dziewczyny. Również lekarz zdaje sobie sprawę z porażki; owszem, mówi, dziewczyna była chora, ale jej chorobą było… dobro. Siła Bess, jej świętość ponad wszelkimi pozorami, okazała się pancerzem nie do przebicia.

Historia purytańskiego światka i miłości, która przekracza granice normy. Traktat o Marii Magdalenie i Jagnie z Chłopów Reymonta. Opowieść o kościele bez dzwonów. Nasuwa mi bolesną myśl, że polski kościół także jest ich pozbawiony.

Obejrzane 5 sierpnia 2015 w szczecińskim kinie Pionier – najstarszym kinie świata.

Posted in filmy, książki by hajton on 25 października 2012

Melancholia

Posted in filmy, sztuka by hajton on 28 Maj 2012

Urzekające piękno sceny otwierającej i obezwładniająca groza finału. A co pomiędzy? W tym przypadku pytanie należy chyba sformułować inaczej: co przed i co po?

Odpowiedź reżysera brzmi jednoznacznie.

Nic.

I to nie w sensie: „pamiętaj, człowieku, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Bo proch to jednak coś.

„Justine” – pierwsza część „Melancholii” Larsa von Triera – przenosi nas na wesele tytułowej bohaterki, utalentowanej twórczyni chwytliwych sloganów reklamowych. Uroczystość zorganizowana z przepychem przez rodzinę panny młodej (za pieniądze Johna, bajecznie zamożnego męża jej siostry – Claire) wykorzystuje nienowy w kinie i literaturze europejskiej motyw fasadowości struktury rodzinnej i społecznej. Spętani konwenansem ukrywamy prawdę. Ale wystarczy jedno słabe ogniwo, aby poprawność wzajemnych odnoszeń rozsypała się, niczym zerwany złoty łańcuszek. Tym niedopasowanym elementem okazuje się sama panna młoda – piękna, kochana, „skazana” na szczęście, ale dotknięta skazą depresji (a może po prostu nadwrażliwości?). Gdy smutek dochodzi do głosu, wypadki toczą się szybko. Związek Justine i Michaela nie przetrwa nawet do rana.

W części drugiej – „Claire” – znajdujemy się sam na sam z właścicielami bajkowo posadowionego zamku, w którym odbywało się wesele. Claire, John i ich syn Leo, żyją z dala od zgiełku i problemów świata. Zresztą świat nie jest im do niczego potrzebny. To raczej oni mogą pomóc; do zamku ponownie przybywa Justine, tym razem znajdująca się w stanie ostrej depresji.

W kierunku Ziemi zbliża się przeoczona aż dotąd przez wszystkie teleskopy i sondy Melancholia; planeta kilkadziesiąt razy większa od naszej. Jeśli ją ominie – skończy się na wielkim strachu i fascynującym zjawisku, które przejdzie do annałów gatunku ludzkiego. Jeśli jednak trajektorie przetną się… Na kataklizm w takiej skali ludzkość nie jest przygotowana. I nigdy nie będzie.

Pozostaje czekać.

Przyznaję, że reżyser oddaje nastrój nadciągającej, a niewyobrażalnej grozy  w sposób niezwykle intensywny. Wszelkiego rodzaju „Armageddony” przeładowane akcją wydają się przy ascetyzmie i urodzie środków zastosowanych przez von Triera (niepokój zwierząt, śnieg spadający na kwitnący ogród, towarzyszące nam nieustannie – choć w różnym natężeniu – niebieskawa poświata i niepokojący szum, oraz potężniejąca na niebie błękitna kula) zaledwie filmowym przedszkolem. Bohaterów filmu – a wraz z nimi nas – ściska za gardło bolesna obręcz.

Wyjątkiem jest tu Justine; jej psychika pozostaje w tajemniczy sposób sprzężona z Melancholią. Im planeta bliżej, tym bardziej bohaterka odzyskuje równowagę emocjonalną.

Chcielibyśmy dobrego zakończenia, ale przeczuwamy, że jest ono niemożliwe. Twórca nie mógłby aż tak sfałszować swojego dzieła. W samym zakończeniu stawia nas tuż za plecami bohaterów. Wraz z nimi przyjdzie nam przeżyć (?) apokalipsę. Lub raczej coś, czego sam Lars von Trier apokalipsą by nie nazwał.

Istotę reżyserskiej tezy symbolizują trzy sceny.

W trakcie wesela, Justine nieustannie indagowana przez swego szefa wymyśla ostateczne „hasło reklamowe”.

Brzmi ono: „nic”.

Innym razem, kolacja przyrządzona przez troskliwą Claire, smak dzieciństwa, który ma jej siostrę choć na moment wyzwolić z mroków depresji, obraca się w nicość.

„Ten klops smakuje jak popiół” – skarży się Justine.

I wreszcie – gdy wizja zagłady staje się nieodwracalna – słyszymy wypowiadany ustami bohaterki werdykt: ludzkość jest samotna. Nie ma w kosmosie takiej siły, dla której nasz los ma jakiekolwiek znaczenie. Krótko mówiąc, gdy zginiemy, nikt nie będzie nas żałował, bo i żałować nie będzie czego. Powstaliśmy zrządzeniem kosmicznego przypadku. I z takiego samego powodu przestaniemy istnieć. Przypadkowość nie zasługuje na nic więcej. Albo inaczej: zasługuje na nic. Oto skąd przychodzimy i dokąd odejdziemy.

Ziemia to siedlisko zła. Niepotrzebny, złośliwy wyprysk na doskonałej obojętności Wszechświata.

Mamy więc nic, nicość, nihilizm. Poczucie osamotnienia nie tylko gatunkowego, ale i jednostkowego. Bowiem w obliczu nadciągającej grozy pękają więzy międzyludzkie (John, trując się, porzuca żonę i syna).  Jedynym, co dumny człowiek może przeciwstawić nadciągającemu kataklizmowi to kilka ostruganych gałęzi (magiczny szałas, którym Justine chce uspokoić przerażonego Leo).

Tym właśnie jest wasza wiara i nadzieja. Nic niewartym, karykaturalnym oszukiwaniem samego siebie. A miłość? No właśnie. Tę codzienną, ludzką, reżyser próbuje  na różne sposoby zdesakralizować, czy wręcz zdegradować (małżeństwo Justine i Michaela, rozpadające się jeszcze w trakcie wesela).

Ale jak zrozumieć scenę miłosnego omal zespolenia melancholii ludzkiej (Justine) z kosmiczną (ciało niebieskie), w której naga bohaterka oddaje się błękitnemu blaskowi? Czym wytłumaczyć fakt, że za ilustrację muzyczną filmu posłużyła van Trierowi najbardziej żarliwa i ekstatyczna muzyka miłości: preludium do „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera?

Dzieło Larsa von Triera nie pozostawia wątpliwości ani złudzeń. Nie jest nawet ostrzeżeniem, bo jaki jest cel ostrzegania przed czymś, co – tak czy inaczej – nieuchronne?

O filmie „Melancholia” trudno mówić w kategoriach: „podobał się”, „udany”, „sprawny reżysersko”. To obraz, który porusza. Mało tego; może wpędzić nie tylko w melancholię, ale i solidną depresję.

Chyba że…

Chyba że zastanowimy się, czy autorowi nie chodziło o coś więcej.

Niezwykłe jest zestawienie sceny zderzenia planet widziane w skali kosmicznej i człowieczej (początek i koniec filmu). I wrażenie, jakie w obu podmiotach owo zdarzenie wywołuje. Kosmos pozostaje doskonale obojętny. Człowiek – kosmiczny pył – przeżywa apogeum emocji. A więc istnieje dziedzina, w której osiągamy stany niewyobrażalne dla Kosmosu!

Nawet jeśli jesteśmy ofiarami przypadku, to czy nie staramy się każdego dnia nadać swemu istnieniu sens? Przecież obok tysięcy, milionów ran, które zadajemy sobie i Ziemi, pojawiają się też ślady dobra. Ubogiego, kalekiego, chromego, nieudolnego. Ale niezaprzeczalnego.

Trwanie świata jest mimo wszystko możliwe, bowiem oprócz „nic” musi istnieć jego równoważąca siła.

To „coś”, co przeciwstawia nas zimnej obojętności Kosmosu. To „coś”, co odzywa się w nas – czasami – dalekim echem piękna.

„Coś”.

Albo „Ktoś”.

Może więc dzieło Larsa von Triera jest wyrazem przeogromnej i bolesnej – kosmicznej, ale i ludzkiej – tęsknoty?

Tak wielkiej, jak Melancholia pochłaniająca Ziemię.

Zamieszczony poniżej fragment to sekwencja początkowa filmu. Preludium do „Tristana i Izoldy” znajduje się tu w pełnej wersji. Nie sposób oprzeć się refleksji, że bez niebiańskiej muzyki Wagnera „Melancholia” byłaby czymś innym.