oto I owo

333

Posted in muzyka by hajton on 28 marca 2018

Lata temu, gdy stawiałem pierwsze kroki na niwie muzycznej, rodzice uznali, że kompletna edukacja nie będzie możliwa bez instrumentu klawiszowego. W domu pojawiła się Legnica odkupiona od dalszej rodziny, w której zapał do muzycznej przygody zgasł równie prędko, jak się zatlił. Pojawiła się tym szybciej, że mój ojciec — marynarz słonych wód, ale także zamiłowany muzyk amator — oczami wyobraźni widział się już pewnie za klawiaturą. Pianino było prawie nowe, choć tu i ówdzie odłupany lakier wskazywał, że służyło nie zawsze do celów wyższych. W ślad za instrumentem pojawił się stroiciel, pan Mucha, którego szyję zdobiła piękna mucha (co świadczyło, że pan Mucha ma poczucie humoru). W trakcie procesu strojenia towarzyszyłem panu Musze, zafascynowany odkrytymi wnętrznościami pianina, oraz coraz doskonalej brzmiącymi interwałami. Pan Mucha, wyborny stroiciel o podzielnej uwadze, zadał mi w pewnej chwili pytanie o ulubionego kompozytora. Trochę tak, jakby spytać dziecko w sklepie z cukierkami, na którego ma największą ochotę. W pierwszym odruchu wskaże zielony, by po chwili żałować, że jednak nie wybrał czerwonego. „Mozart” — odpowiedziałem, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że czytałem właśnie książkę o Wolfgangu Amadeuszu, moją pierwszą książkę o prawdziwym muzyku. „A ja uważam, że nie ma nikogo ponad Jana Sebastiana Bacha” — oznajmił pan Mucha. Nazwisko było mi już znane, ale muzyka jeszcze nie. Wkrótce (na równomiernie nastrojonym pianinie) zacząłem ćwiczyć pierwsze miniatury Bacha, niezwykle dumny, że gram muzykę kompozytora, którego elegancki pan Mucha uznaje na najlepszego na świecie.

Potem były inwencje dwugłosowe, Koncert a-moll, który fakturalnie należy do łatwiejszych dzieł skrzypcowych Bacha, jakieś utwory chóralne słuchane na koncercie w Filharmonii. Pierwsze płyty, pierwsze zachwyty, ale jeszcze nierozumne, instynktowne dopiero, próbujące na swój sposób doścignąć zachwyt pana Muchy. Potem zaskoczenie — na którymś z konkursów Wieniawskiego — że Bach komponował niesamowite Adagia i Fugi na skrzypce, jakby zaprzeczając naturze instrumentu lub podnosząc go na inny wielogłosowy poziom. Choć w odróżnieniu od wirtuozowskich utworów (Wieniawskiego na przykład) nie trzeba się było w nich wdrapywać powyżej trzeciej pozycji, to odkrywały jakiś zupełnie niezwykły, nieporównywany z niczym zakres treści. Te utwory wcale zresztą nie mogły być łatwe, bo nie dość, że znalazły się w programie tak trudnego konkursu, to jeszcze wielu skrzypkom stawiały wyraźny opór. Wkrótce potem po raz pierwszy zetknąłem się z Pasją według św. Mateusza (którą lata później miałem wykonywać regularnie co rok, w Wielki Piątek). Od pierwszych dźwięków siedziałem wbity w fotel, i choć nie twierdzę, że pojąłem wówczas wszystkie arie i recytatywy, piękno finałowego chóru było tak oszałamiające, że po ostatnim dźwięku wróciłem pospiesznie do domu i na wspomnianej Legnicy próbowałem odtworzyć choćby niektóre akordy.

W średniej szkole sam zacząłem mierzyć się z Sonatami i Partitami. Mój Profesor rzucił mnie na głęboką wodę, w sam środek III Sonaty C-dur. „Jak to zagrasz, zagrasz wszystko”, powiedział. I miał rację, choć I Sonatę g-moll wykonałem po raz pierwszy dopiero w ubiegłym roku, już po odejściu Profesora… Ale to z Nim właśnie graliśmy kiedyś Koncert Podwójny d-moll na żywo w Polskim Radio, a potem zjeździliśmy z tym utworem chyba pół Polski.

Dojrzewałem do Bacha. Spokojnie, bez pośpiechu poznawałem jego muzykę i jej coraz bardziej kompletne oblicza. Sonaty, Suity, Kantaty, Pasje, Msze, Koncerty Brandenburskie, Preludia Chorałowe, Preludia i Fugi — kompendia wiedzy polifonicznej, Wariacje Goldbergowskie… Niektóre z nich grałem sam, innych słuchałem tylko, ale przy każdym dochodziłem i dochodzę do tego samego wniosku: Bach był jedynym kompozytorem, który nie skomponował ani jednej zbędnej nuty! Tak, panie stroicielu Mucho, miał pan rację!

Pod koniec XX wieku zaczęły docierać do nas nowe trendy wykonawcze muzyki dawnej. Przyjmowane początkowo z rezerwą, bez zachwytu, z ironią nawet, jak wszystko co nowe, co zmusza do porzucenia utartego sposobu myślenia i wygodnej nawigacji. Zgoda, w niektórych przypadkach za granie historycznie poinformowane brali się muzycy niedostatecznie poinformowani instrumentalnie. Jednak wkrótce pojawiły się rzesze instrumentalistów kształconych pod tym właśnie kątem. Interpretacje muzyki Bacha zyskały nowy kanon piękna. Ze starych malowideł zdjęto kilogramy patyny, wyłonił się obraz lżejszy, czytelniejszy, bliższy wrażliwości współczesnego człowieka. Gdy jednak słucham starych wykonań Pasji (różnice w czasie trwania między dawnymi, a nowymi nagraniami mogą iść w kwadranse), nie jestem pewien, czy i ten kanon kiedyś nie powróci… Bach był kompozytorem najdalszym od ortodoksji tempa i dynamiki. „Wolno, szybko, głośno, cicho” — to większość stosownych przezeń oznaczeń tempa i głośności. A przecież każdy ma swoje „wolno” odmienne „szybko”, zróżnicowane „głośno” i „cicho”. Tu objawia się jedna z największych tajemnic bachowskiej muzyki. Nie mówiąc o jakiś oczywistych usterkach wykonawczych, jej po protu nie można zepsuć, nie można jej zaszkodzić, nie sposób zniweczyć jej piękna i doskonałości. Mało tego, ta muzyka jest w jakiś sposób ponadinstrumentalna, ponieważ Bach, choć znał doskonale naturę wielu instrumentów, dawał priorytet samej idei muzyki ponad jej konkretne instrumentalne przeznaczenia.

Muzyka Bacha jest szczytem intelektu płynnie przechodzącym w szczyt artyzmu, a zarazem nieustanną improwizacją, próbującą zgłębić wszystkie warianty samej siebie. Jest rtęcią, tak ruchliwą, że nieuchwytną w żadnej trwałej formie, a zarazem zbiorem prazasad, niezmiennych i nieporuszonych w samej istocie.

Skąd ten wysłannik wyższego porządku pojawił się w niedoskonałym świecie ludzi? Był świadom swej roli, czy występował w charakterze narzędzia? A może był boskim przeoczeniem? Z pewnością był człowiekiem z krwi i kości. I to bardzo. Świadczy o tym jego życie, jego dwie żony, jego dwadzieścioro dzieci. Jego — pisane obok dzieł sławiących Boga — Kantaty świeckie, w tym ta o kawie (Ej, smaczniejsza kawa słodka od całusów jest tysiąca, od muszkatułowych win*). A piękno Pasji wg św. Mateusza, czy byłoby aż tak poruszające, gdyby nie było opowieścią o l u d z k i m cierpieniu?

Na pytanie: jakim i czyim cudownym zrządzeniem trzysta trzydzieści trzy lata temu JSB znalazł się na moment wśród nas, nie ma odpowiedzi. Pogódźmy się z tym. Można prześledzić jego rodowód, życiową drogę i dokonania. Ale tu nie odnajdziemy interesującego nas śladu. Ten przeskok z innego wymiaru musiał dokonać się w sposób niezrozumiały dla samego Bacha. Jego twórczość wieńczy Kunst der Fuge (Sztuka fugi). Fuga czyli ucieczka. Fuga czyli pogoń. Bach przez całe życie próbuje złapać to, co uciekające, co nieuchwytne. Próbuje odnaleźć… drogę powrotną. Nigdy nie rezygnuje. Walczy do samego końca. U schyłku życia, niewidomy, skupiony wyłącznie na poszukiwaniu ostatecznego sensu muzyki, korzysta z pomocy ucznia, który zapisuje jego ostatnie dźwięki. 28 lipca 1750 roku rękopis się urywa. Syn, Karol Filip Emanuel opatruje go dopiskiem: Podczas pracy nad tą fugą, gdzie nazwisko BACH zostało użyte w charakterze kontratematu, autor zmarł.

Strumień odnalazł drogę do Źródła.

 

 

 

tłumaczenie fragmentu Kantaty o kawie:  Krystyna Jackowska – Pociejowa, fragment pochodzi z książki Bohdana Pocieja: Jan Sebastian Bach i jego muzyka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: