oto I owo

Dwa teatry

Posted in teatr by hajton on 2 stycznia 2017

U schyłku właśnie zakończonego roku miałem okazję obejrzeć dwa przedstawienia związane z Bertoltem Brechtem: jego Matkę Courage i jej dzieci w warszawskim Teatrze Narodowym oraz Woyzecka Georga Büchnera na deskach Berliner Ensemble, teatru założonego i przez lata kierowanego przez Brechta.

Spektakle przenoszą nas z przeszłości w teraźniejszość (Woyzeck) i przyszłość (Matka Courage). W obu, jak na nasze czasy przystało, po scenie biegają żołnierze z karabinami często wycelowanymi w publiczność. W przedstawieniu Leandera Haussmanna, nieco nieprzystosowany do rzeczywistości Woyzeck staje się ofiarą wojskowej fali w sensie dosłownym (czytelne odniesienia do Full metal jacket Stanleya Kubricka i Hair Miloša Formana), zaś w sensie bardziej symbolicznym – opresyjności systemu wobec jednostki. W końcu jednostka postanawia zemścić się za poniesione krzywdy, a jej ofiarą padną w pierwszej kolejności najbliżsi. Bo logika zemsty bywa okrutna.

W warszawskim spektaklu Michała Zadary tą, która zbuntuje się przeciw bezładowi i bezsensowi świata ogarniętego wojną będzie Kattrin, córka Courage. Pozbawiona głosu dziewczyna, która całą swoją rozpacz i sprzeciw, swoje „nie!”, wykrzyczy na bębnie.

Teatr ostrzega. Artyści mają obowiązek widzieć więcej i mówić głośno o tym, co nam grozi, co nas toczy, ku czemu zmierzamy. „Zwyczajność jest pozorem, który odbiera ostrość naszemu widzeniu” – mówi Zygmunt Bauman. Ale nie w teatrze. Tu zwyczajność musi być wyostrzona. Ku radości lub przerażeniu. Ku zachwytowi albo przestrodze. Teatr boli, ale boli po to, aby życie bolało mniej.

W przedstawieniu Zadary rolę głównej dekoracji odgrywa makieta zniszczonej Warszawy. Dzisiejszej, albo raczej jutrzejszej Warszawy doświadczonej przez wojenny kataklizm.

matka_galeria_15_001

Spektakl Hausmanna odbywa się bez dekoracji. A właściwie z jedną, ruchomą: oddziałem prawdziwych żołnierzy. To, co dzieje się na scenie jest często dosłowne, okrutne, ale i zabawne. A czasem budzi zachwyt. Jak choćby w scenie karuzeli, śnionej jakby przez bohaterów. Od kiczu dzieli ją cieniutka granica. Reżyser jej nie przekracza. Pozostaje czysta wizja. Mistrzostwo, które ujawnia się od niechcenia.

Berlin i Warszawa. Miasta tak różne, a tak podobne. Czasem, gdy zamyślę się na chwilę, nie wiem, w którym jestem. Oba ciężko doświadczane. Z przebogatą historią. Oba z niezwykłym potencjałem. To, co najbardziej je różni, to powietrze. W Berlinie, metropolii w wielu znaczeniach światowej, przepełnione jest spokojem. W Warszawie, choć na ulicach sami swoi, pulsuje napięciem.

Spotykam na berlińskiej ulicy grupkę młodych roześmianych ludzi. Wśród różnych języków słyszę i polski. „Skąd jesteś?”, zagaduję uroczą dziewczynę z burzą rudych włosów, bom ciekawski. „Z Warszawy”, odpowiada. „Chociaż teraz to już z Berlina”, poprawia się. „A dlaczego?”, dopytuję. Zastanawia się, marszczy czoło i nos. „Wolę być w miejscu, gdzie przybyszów taktuje się jak braci, niż tam, gdzie brata traktuje się jak wroga”. „Ale jak to?! Przecież…” Zaskoczony chciałem coś powiedzieć. Ale oni już szli dalej, wiosenni mimo zimy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: