oto I owo

Zemsta – dogrywka

Posted in miniatury literackie by hajton on 23 października 2016

Posłuszeństwa, wytrwałości i śmiałości żądam próby

images

Ani słowo nie wypowie, ani ucho nie da wiary temu, co oko me widziało. A wszystko z powodu kobiety. Choć na początku sądziłem, że stawia mi warunki nazbyt ciężkie, nieludzkie zgoła, to przecież natura ludzka przekorną jest. A już moja szczególnie.

Dwie pierwsze próby – Milczeć sześć miesięcy, O chlebie i o wodzie rok i dni sześć – nie były aż tak trudne. Wymagały tylko odpowiedniej taktyki. A strategiem byłem przecież urodzonym. Z trzecim zadaniem sprawa przedstawiała się znacznie gorzej. W oddalonej stąd krainie jadowity potwór słynie… Niech go schwyci i przystawi… Jakby to była pijawka. Łatwo powiedzieć. Sprzymierzeńcem (na razie jedynym) był mi czas. Przez rok i sześć dni niejeden pomysł mógł się urodzić w mej płodnej wyobraźni.

Już na początku siła wyższa przyszła mi z pomocą. Zaniemówiłem. W sensie dosłownym. Zapalenie gardła sprawiało, że wymówienie jednego choćby słowa stawało się torturą szpilek raniących krtań. Przełykanie sprawiało taki ból, że przestałem jeść. Pogłoski o gruntownej zmianie przyzwyczajeń zapewne dotarły do zainteresowanej osoby, bo po kilku dniach otrzymałem od niej liścik, w którym prosiła, abym „nie przesadzał”. Oczywiście, nie odpowiedziałem. Bo co, jeśli zakaz obejmował również słowo pisane? To mogła być pułapka! Po tygodniu katorgi gardło wydobrzało, a ja – uznając, że taka próba sił pod okiem samej zainteresowanej byłoby za bardzo na pokaz – ruszyłem w podróż. Milczeć i głodować mogłem wszędzie. Natomiast po jadowitą bestię tak czy inaczej musiałem udać się do odległej krainy, więc moje zniknięcie było jak najbardziej uzasadnione. Odwiedzałem najpierw okolicznych, a potem coraz bardziej odległych krewnych i znajomych. „Jako pielgrzym do was przychodzę, o chleb i wodę jeno proszę” – kartkę z takim napisem podtykałem im w progu pod nos. A oni, wzruszeni skromnymi wymaganiami, dosłownie prześcigali się, aby serwować mi co smaczniejsze kąski. Nauczyłem się wówczas, że chleb z niejednej mąki powstaje i niejedna formę może przyjąć. Z Niderlandów na przykład pochodziła nowinka kulinarna o nazwie „vleesbrood”, co znaczy, ni mniej nie więcej, tylko „mięsny chleb”. Chleb? Chleb. A w zasadzie przepyszny pasztet. Na domiar dobrego okazało się, że znakomita gorzałka, popularna w stronach, w które zawędrowałem, nosi nazwę akwawit, co nawet przy mojej miernej znajomości łaciny aż prosiło się o przetłumaczenie jako „woda życia”. Woda? Woda. Na takiej diecie mogłem długo (i głęboko) pociągnąć.

Przez pół roku stosowałem niezłomną regułę milczenia: od zapadnięcia w sen, aż do rozbudzenia. W ciągu dnia mówiłem tylko tyle, ile wymagała kurtuazja wobec gospodarzy. Gdy minął wyznaczony termin, mogłem dać upust naturalnej skłonności do gadulstwa. Rozkręcałem się zwłaszcza wieczorem, w towarzystwie słuchaczy, zawsze żądnych moich gawęd. I tylko brak pomysłu, jak zabrać się do trzeciej próby uprzykrzał mi życie.

Któregoś wieczoru siedziałem w gospodzie obok szlachcica, znanego podróżnika, który podobno był nawet w Piotrkowie Trybunalskim. Z szacunkiem należnym takiej personie, podzieliłem się swoim problemem. Podróżnik zamyślił się, długo kręcił wąsa, popijając suto akwawitą. W końcu przemówił: „Otóż, drogi mój Józeczku, w miejscowości Kozi Ogon co jakiś czas odbywa się jarmark dziwów. Jeśli jest na świecie coś, czego nie widziałeś, o czym nie słyszałeś, albo słyszałeś, a nie wiesz jak wygląda, powinieneś tam się wybrać.”

Nie trzeba mi tego było dwa razy powtarzać. W rzeczywistości jednak trzeba było, i to nawet kilkakrotnie, bo choć po każdorazowym objaśnieniu natychmiast wyruszałem w podróż, to następnego ranka budziłem się wśród okolicznych pól, nie wiedząc, co tam robię, ani dokąd się wybierałem (skutki nadużycia wody życia). W końcu szlachetny ten człowiek musiał ruszyć w swoją stronę, ale przed odjazdem zostawił mi list, opisujący drogę, jaką mam do pokonania. A ta okazała się łatwa tylko na początku. Szerokie i uczęszczane gościńce, wygodne trakty pełne przydrożnych karczm i oberż wkrótce zmieniły się w mylące albo i ślepe ścieżki, pełne rozpadlisk i pułapek, a w końcu w całkowite bezdroża porośnięte chaszczami, przez które torowałem sobie drogę z pomocą ostrza mojej Artemizy. Tam nie mogłem już liczyć na ludzką życzliwość, bo nie było ani domów, ani ludzi. Czasem tylko dostrzegałem jakiegoś podejrzanego typa, na widok którego rozsądniej było wziąć nogi za pas. On zresztą robił to samo, najwyraźniej uznając, że podejrzanym typem jestem ja. W ciągu miesiąca takiej błąkaniny, z nawiązką odrobiłem wszelkie niedociągnięcia dwóch pierwszych zadań; nie odzywałem się, bo nie było do kogo, jadłem okruchy, bo tylko tyle zostało w moim chlebaku. Jedynie wody – w rzeczkach, jeziorach i kałużach – miałem pod dostatkiem. Na szczęście w chwili skrajnego wyczerpania przypomniałem sobie, że borowik, najszlachetniejszy z grzybów, w języku niderlandzkim nosi nazwę „eekhoorntjesbrood”, czyli – Dzięki Ci, dobry Boże! – „wiewiórczy chlebek”. Przynajmniej tej strawy miałem pod dostatkiem.

W końcu dotarłem do jarmarku dziwów. Wytyczone na rozleglej przestrzeni – bardziej polu niż miejskim placu – alejki usiane były straganami oferującymi towary z całego świata. Kupcy o różnych odcieniach skóry i rysach twarzy, w egzotycznych strojach, nakryciach głowy tak fantazyjnych, że same zdawały się dziwami, sprzedawali owoce i przyprawy, kamienie i kruszce, ubrania i ozdoby. Mnie najbardziej interesował inwentarz żywy. Napatrzyłem się na węże nakrapiane i paskowane, tańczące do prostych dźwięków fujarek. Karmiłem kolorowe ptaki, które zagadywały do mnie w różnych językach. Grałem w karty z małpą; niestety, i tym razem przegrałem, a ponieważ nie miałem czym się wypłacić, musiałem przez pół dnia usługiwać jej właścicielowi. I tylko, jak na ironię, o krokodylu nikt nie słyszał. Choć schodziłem wszystkie alejki, przepatrzyłem wszystkie stragany, przepytałem wszystkich sprzedawców, nilowego gada nie udało mi się odnaleźć. W końcu zmęczony do granic wytrzymałości, oszołomiony barwami, zapachami i gwarem, i przygnębiony niepowodzeniem misji położyłem się na ziemi, koło namiotu właściciela małpy, który litościwie poczęstował mnie jakimś naparem o nieznanym smaku. W tłumie, szumie i zamęcie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie wiem, kiedy zasnąłem…

…Obudziłem się skulony w kłębek i zesztywniały z zimna. Wokół mnie nie było żywego ducha. Tylko trawa, pognieciona w nienaturalny sposób i walające się tu i ówdzie resztki nieznanych owoców dowodziły, że nie wszystko było snem. W odróżnieniu od reszty ciała, moje dłonie nie straciły czucia. Obejmowały coś obłego i ciepłego; było to jajko. Większe niż kurze, a nawet gęsie lub kacze. Pewnie litościwy właściciel małpy zostawił mi śniadanie. Przyznam, że pierwszą pokusą było wyssanie jego zawartości. Jednak byłoby to nazbyt jawne złamanie warunków umowy: jakiejkolwiek figury stylistycznej by nie zastosować, jajko nie stawało się chlebem. Z największą ostrożnością otuliłem je szalem i schowałem do chlebaka.

W drodze powrotnej cierpiałem permanentny głód. Nieraz wyciągałem jajko, przyglądałem mu się i bliski byłem zjedzenia go razem ze skorupką, ale coś mnie zawsze powstrzymywało. Co dziwne, każda taka sytuacja dodawała mi siły. Już nie czułem się gadułą mocnym w gębie i tylko w gębie. Zacząłem panować nad sobą, swoim losem, zachciankami i słabościami. Ciało, podobnie jak duch, zahartowało się i wzmocniło. Widząc kiedyś swoje odbicie w lustrze wody nie poznałem sam siebie. I tylko świadomość, że wracam z pustymi rękami była mi cierniem.

Piętnastego dnia drogi powrotnej poczułem w chlebaku jakiś ruch. Prawdę mówiąc już wcześniej miałem wrażenia, że jajko nie jest martwe, ale tym razem nie było wątpliwości. Coś się zeń kluło. W kilka chwil później pokrywa chlebaka uniosła się, a ze środka wychynęła niewielka, ciekawska, jaszczurcza jakby głowa. Ale nie całkiem jaszczurcza, bo uzbrojona w imponującą ilość zębów. Mały stwór łypnął na mnie. Odwzajemniłem się badawczym spojrzeniem. Jeśli nie bałem się jajka, dlaczego miałbym przestraszyć się jego mieszkańca? Położyłem chlebak na ziemi. Zwierzę czmychnęło w trawy. Było tak niewielkie, że natychmiast straciłem je z oczu. Pomyślałem, że to koniec naszej znajomości. Jednak po chwili gad powrócił. Miałem wrażenie, że coś przeżuwa, i że… urósł prawie dwukrotnie. Pokazałem mu chlebak, ale nie skorzystał. Nie chciał być traktowany jak dziecko. Szybko dorastał. Od tej pory towarzyszył mi dzielnie i wiernie, jak pies. Zjadał wszystko, co wpadło mu w paszczę. Lepiej było nie znaleźć się na trasie jego przemarszu. Najpierw osiągnął rozmiar jamnika, potem baseta, jeszcze później wieprzka, a w końcu potężnego byka na spłaszczonych nogach. Pokonaliśmy lasy i rzeki, dotarliśmy do siół i miasteczek, a on rósł, i im był większy, tym większą budził grozę. Sława zaczęła nas wyprzedzać. Kilka razy kazano mi pozbyć się Kroka (takie dałem mu imię, bo chodził za mną krok w krok), lecz tych absurdalnych żądań nie traktowałem poważnie. Zaczęto więc nas ścigać i prześladować, ale wystarczyło, aby Krok otworzył paszczę, a całe towarzystwo, począwszy od psów, a na strzelcach skończywszy, czmychało w popłochu. Wobec mnie Krok nie przejawiał żadnych wrogich zamiarów, choć na wszelki wypadek nie głaskałem go po pysku.

Aż któregoś dnia widnokrąg ułożył się w formę znajomych pagórków. Zagajniki i pola w znaną oku i sercu szachownicę. W końcu dojrzałem zamek, którego kształt i wiecznie osypująca się ściana przekonały mnie ostatecznie, że wróciłem do domu. Witały nas wzrokiem grupki włościan, służby i czeladzi. Musieli mnie poznawać, bo z daleka machali rękami. W ich zachowaniu wyczuwałem jakąś nową nutę, coś jakby szacunek. Jakie to proste, pomyślałem: wystarczy zaprzyjaźnić się z kimś silnym, i już cię cenią. Stanęliśmy pod zamkowym murem. Chwila prawdy nadeszła.

– Zawołajcie pannę Klarę! – krzyknąłem do robotników, jak zwykle zajętych budową (albo rozbiórką) muru.

– Pannę?… – Popatrzyli po sobie z ironią, ale Krok machnął ogonem, rozrzucając cegły w promieniu kilku metrów, więc zniknęli w popłochu.

Po chwili pokazała się Ona… Poczułem, jak serce trzepocze mi w piersi.

JA

Droga Klaro, piękna Klaro,

Twych warunków dochowałem

chociaż ciężkie; z lekkim sercem

głodowałem i milczałem… 

Krokodyla nilowego…

Klara

Nilowego? Wolne żarty!

Ja mu mówię: „Przynieś łyżwy”,

a ten mi przynosi narty!

Drogi panie, z bólem serca

widzę myśli twoich zator, 

gad, którego chciałam ujrzeć

ma na imię „aligator”!

WACŁAW

Hola, któż to tyle gada?

Proszę, proszę!… Mój Papkinie, 

żeś sprowadził tego gada 

suta kiesa cię nie minie, 

torebeczkę i trzewiczki 

sporządzimy dla żonusi, 

Który pierwszy z krokodyla

zedrzeć skórę się pokusi?

Obecność tego bęcwała u boku Klary wyjaśniała wszystko. W głębi duszy nie byłem nawet zdziwiony. Wacław rozglądał się za chętnymi do oprawienia potwora, ale służbę jakby wymiotło. Krokowi natomiast nie spodobała się jego przemowa, bo otworzył paszczę prawie pod kątem prostym. Bubek zniknął, jak zdmuchnięty gwałtownym powiewem. Zaśmiałem się gorzko.

– Więc to tak…

– Stój, zaczekaj! – Klara nawet nie obejrzała się za mężem. Wpatrywała się we mnie. Jeszcze nigdy t a k na mnie nie patrzyła. Nagle wszyscy wypadliśmy z ról.

– To nie tak miało być. Ja… – chciała coś dodać.

Ale my odwróciliśmy się bez słowa i ruszyliśmy gdzie nas oczy poniosą.

Reklamy
Tagged with: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: