oto I owo

Dziady warszawskie 2016 / Plac Bohaterów

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 22 kwietnia 2016

Unknown-7Dramaturgia, jako swego rodzaju artystyczny półprodukt potrzebuje ciągle nowych odczytań. Niezbędnych, jak świeże powietrze do życia. Myślę, że nie każdy z uznanych reżyserów teatralnych świata podjąłby się interpretacji Dziadów, dramatu bardzo polskiego i słowiańskiego. Eimuntas Nekrošius sam zadeklarował kiedyś gotowość wyreżyserowania dzieła Mickiewicza, a ponieważ jest twórcą teatralnym o międzynarodowej reputacji, jego słowa nie trafiły w próżnię.

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” – zadawali sobie pytanie widzowie.

Odpowiedzi udzielił sam reżyser: „nic nie będzie” (dosłownie tak uzupełnił tekst Mickiewicza).

No, bez przesady, trochę jednak było. Na przykład walc Nad pięknym modrym Dunajem, tańczony znienacka przez uczestników dziadowego obrzędu. Albo fragment z Don Giovanniego Mozarta, w trakcie którego sporej wielkości figura Mickiewicza, niczym pomnik Komandora w (chyba) proteście opuszcza scenę. Z tą figurą wiąże się zresztą ciekawa historia. W tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku odsłonięto w Wilnie pomnik poety. Drewniany, pokryty smołą projekt tymczasowy, postawiony bez zgody władz miasta i akceptacji jego mieszkańców, nigdy nie doczekał się formy stałej (planowanej w żelazobetonie). Co dowodzi, że stawianie pomników za wszelką cenę może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Obrys tej monumentalnej, ale średnio urokliwej sylwety zdobi scenę w warszawskim przedstawieniu Dziadów. Sama scena podziurawiona jest kraterami, niczym powierzchnia księżycowa, co – być może – ma nadać przedstawieniu wymiar kosmiczny. Nadaje komiczny, bowiem aktorzy wpadają w dziury (w sposób mniej lub bardziej zamierzony) niczym w filmowej burlesce. Zjawisko nasila się w scenie, w której Guślarz kieruje ruchem żywych i umarłych, niczym policjant na skrzyżowaniu.

Dziady Nekroviusa są kompilacją części II i IV (przed przerwą) oraz całością III (po przerwie). Oprócz skrótów mamy również dodania, nie tylko autorstwa samego reżysera, ale także z innych dzieł Mickiewicza. Na przykład, młodzieńczy wiersz Komar, recytowany przez senatora Nowosilcowa. Jego końcowa strofa brzmi jak następuje:

Kiedyś tak małe licho, nie rób tyle krzyku, 

A kiedy chcesz ukąsić, kąsajże bez bzyku. 

Jeśli ci krwi potrzeba, gdzie chcesz nos mi wtykaj, 

Tylko, kiedyś tak mały, kąsaj, a nie bzykaj. 

Pogardliwy stosunek, jaki senator żywi wobec podległego mu kraju nadwiślańskiego i jego mieszkańców jest w tekście dramatu uwydatniony aż nadto. Czyżby więc reżyser tym wyrafinowanym chwytem próbował wyrazić swój stosunek do polskiej tromtadracji? Jeden z elementów dekoracji, kanka na mleko zdaje się zrównywać stan ducha polskich patriotów z dziecięcą niedojrzałością. Są przedstawieni, niczym rozbisurmaniony zespół rockowy na gościnnych występach. Jeden z nich, ilustrując dramatyczną opowieść strzela z… nogi.  Kolejny pomysł rodem z filmowej farsy.

Wielka improwizacja Konrada zaczyna się poszumem zdartej płyty, zaś kończy obudowaniem bohatera sarkofagiem z mickiewiczowskich książek. Dzięki reżyserowi dowiadujemy się więc, że improwizacja nie jest żadną improwizacją, a wystudiowanym do ostatniego gestu aktem autorskiej pychy. Jakże przenikliwe… Spomiędzy książek wystaje ręka autora, ciągle skorego do rozdawania autografów. Reżyser miesza porządek sztuki i życia. Jeśli chciałbym dowiedzieć się czegoś na temat ludzkiej natury Mickiewicza, z pewnością sięgnąłbym do jego biografii. W teatrze wolę autorskie niedopowiedzenie, niźli reżyserską nadinterpretację.

Najważniejszym rekwizytem przedstawienia jest wszakże nie kanka na mleko, ale sporych rozmiarów makówka (a nawet kilka makówek). W tekście Mickiewicza mak pojawia się tylko raz (gdy diabły sypią jego ziarenka na oczy Nowosilcowa), jednak tej sceny w przedstawieniu Nekrošiusa w ogóle nie ma. Może chodzi więc o to, że teatr jest jak sen narkotyczny (bo chyba nie o głowę [czyją?] pustą jak makówka)? Sądząc jednak po jakości wizji księdza Piotra, mak w owych makówkach musiał być mocno zwietrzały. Jeden z najważniejszych bohaterów mickiewiczowskiego dramatu zakłada czerwone rajtuzki (do kolan), w dłoń bierze czerwoną fujarkę, a sposób, w jaki wygłasza kwestię przypomina gaworzenie chłopczyka. Swój występ kończy założeniem na plecy kawałka blachy. Machając nią, niczym ptasimi skrzydłami opuszcza scenę. Polska bocianem narodów?

Nekrošius podważa nie tyle historyczny mit, ile jego konieczność. „Chcieliście, to wam pokazałem”. Pełna zgoda. Robi to bez sympatii do Mickiewicza i jego bohaterów, czyli – w pewnym sensie – do nas. I tego prawa reżyserowi nie odbieram. To przecież przedstawiciel Salonu Warszawskiego z ironią zauważa: ”Pan z Litwy, i po polsku? Nie pojmuję wcale – Ja myśliłem, że w Litwie to wszystko Moskale. O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach”. Rzecz w czym innym. Zaproszenie do współpracy wybitnego reżysera daje nadzieję na wybitny spektakl. Na pierwszej scenie kraju chciałbym obejrzeć widowisko wstrząsające, poruszające do głębi, niechby i wbijające się cierniem w myśl i duszę. Zamiast tego byłem świadkiem przedstawienia zrobionego jakby na siłę i wbrew sobie (ni bzyku, ni kąsu, najwyżej przekąs). A o tym, że – i jak – Dziady mogą porywać, pisałem całkiem niedawno.

https://hajton.wordpress.com/2016/03/09/archipelag-dziady/

W trakcie spektaklu nie mogłem pozbyć się uczucia empatii wobec aktorów. Ciężki to zawód, gdy musisz grać wbrew sobie. Znają ten ból muzycy, realizujący niezrozumiałe, albo – co gorsza – nierozumne wskazówki dyrygenta. A skoro już przy muzyce jesteśmy… Piękna, wrażliwa,  rozwieszona gdzieś między dźwiękowymi światami Gustava Mahlera i Samuela Barbera ilustracja dźwiękowa Pawła Szymańskiego jest z pewnością silną stroną przedstawienia.

Dzień wcześniej obejrzałem spektakl będący odwróceniem sytuacji z Narodowego; w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych w hali EXPO XXI wystąpił Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny, który przedstawił Plac Bohaterów Thomasa Bernharda, wyreżyserowany przez Krystiana Lupę. Ten ascetyczny i bolesny spektakl jest właściwie o jednym: o rodzeniu się faszyzmu, którego nie chcemy widzieć, któremu mało kto, zajęty własnymi sprawami i problemami, własnym życiem, pragnie się przeciwstawić. Ale zamykanie oczu kończy się tak, jak skończyć się musi: czasami otwieramy je w ostatnim momencie, gdy już za późno jest, aby zapobiec katastrofie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: