oto I owo

Próba

Posted in miniatury literackie, muzyka by hajton on 13 kwietnia 2016

images-3Melodie trzech budzików nałożyły się na siebie, tworząc dodekafoniczną mieszankę. Powiedzieć, że wstałem rześki byłoby przesadą. Ale wstałem. Jeszcze na dobre nie wyparowały ze mnie dźwięki wczorajszego koncertu, a już za chwilę nowy program. Ot, życie muzyka…

Ósma trzydzieści. Półtorej godziny do rozpoczęcia próby. Chciałem zjawić się w Filharmonii nieco wcześniej, aby rzucić okiem na kilka trudniejszych pasaży. Co prawda Bajka Moniuszki, Koncert skrzypcowy Czajkowskiego i Szecherezada Rimskiego – Korsakowa to żelazny repertuar, ale – jak mawia maestro Maksymiuk – w muzyce niczego nie da się wyćwiczyć na zapas. Gdy tylko pomyślałem o trudnościach piętrzących się na pulpicie, czas przyspieszył. Zamiast spokojnego prysznica, chaotyczne mycie zębów. Zamiast wypasionego śniadanka, nerwowy kęs starej bułki stającej w gardle. I łyk kawy. Nawet łyk wystarczył, by się poparzyć. Reszta wylądowała na ubraniu. W pośpiechu zrzuciłem spodnie od piżamy, odruchowo zastępując je frakowymi. Wybiegłem na miasto.

Poddenerwowany tłum na przystanku zwiastował rychłe przybycie autobusu, istniała jednak groźba, że się nie załapię na najbliższy. Po ciepłym, a retorycznym: „gdzie się pan pchasz z tą mandoliną?”, zdecydowałem się na metro. Czekało mnie rozczarowanie. „Informujemy, że z powodów technicznych Stacja X jest dziś wyłączona z eksploatacji”. W pośpiechu rzuciłem się w drogę powrotną do przystanku, po to tylko, by przekonać się, że autobus właśnie odjechał. Co teraz?! Samochód? O tej porze to pewna recepta na klęskę. Zresztą musiałbym najpierw wrócić do domu, po klucz… Może rower? Ale zanim wytaszczę go z piwnicy, byłbym już w połowie drogi do Filharmonii. Ruszyłem truchtem. Mniejsza już o te pasaże, ważne, że będę na czas. Naraz zastanowiło mnie, dlaczego futerał jest tak podejrzanie lekki. Tknięty paniczną myślą zajrzałem do środka… Skrzypiec nie było. Był za to smyczek. I muszka od fraka. Niewiele wykrzesam smyczkiem z muszki… Co stało się ze skrzypcami? – myślałem gorączkowo. Musiałem zostawić je wczoraj w garderobie. Konkluzja uspokoiła mnie nieco, ale runął misterny plan wejścia do gmachu od frontu i zaoszczędzenia cennych minut. Aby odzyskać instrument będę musiał skorzystać z wejścia dla artystów i pokonać cały labirynt pięter i korytarzy. Ruszyłem z kopyta. Nie miałem już ani chwili do stracenia. Wtedy po raz pierwszy zadzwonił telefon.

„Dlaczego pana jeszcze nie ma?” – spytał inspektor.

„Już…, już…, zaraz będę…” – mruknąłem pokonując zasapanie.

„Niech się pan spieszy, mam dla pana niespodziankę!” – głos inspektora był radosny. Tak radosny, że włos mi się zjeżył na głowie.

„Tak, słucham?…”

„Koncertmistrz zachorował i prosi, żeby pan go zastąpił w Szecherezadzie!”

Odbiwszy się od latarni o mało nie wpadłem do dziury w chodniku.

„No co, nie cieszy się pan? Myślałem, że to odpowiada pańskim ambicjom?” – inspektor był jakby troszkę obrażony.

„Oczywiście, oczywiście” – powtarzałem gorączkowo – „zaraz będę…”

Pewnie, że chciałem zagrać solo z Szecherezady, kto by nie chciał? Marzyłem o tym. Ale nie w takich okolicznościach! Co robić? Powiedzieć, że jestem chory? Za późno! A więc pozostaje jedno. Zagrać Szecherezadę i umrzeć. Ewentualnie tylko umrzeć. Partię solową znałem na pamięć. Każdą nutę. Tyle, że ze słyszenia. Czy to się da zagrać a vista? Co za pytanie! Musi się dać! Jak to było? Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie! Uzyskawszy pocieszenie od wieszcza, z truchtu przeszedłem w galop. I wtedy telefon zadzwonił po raz drugi.

„Mam dla pana kolejną wiadomość, chyba jeszcze ciekawszą!” – głos inspektora był podniosły. W tle słyszałem, jak jeden z kolegów (powszechnie zwany wirtuozem korytarzowym)  niby od niechcenia wstrzeliwuje się w pierwsze solo (najłatwiejsze) z Szecherezady. O nie, przyjacielu! Nie ma mowy! Solo jest moje!

„Solista zachorował! I wspólnie z dyrygentem doszliśmy do wniosku, że skoro już pan gra Szecherezadę, to i koncert pan machnie…”

Czajkowskiego? Machnie? Rany boskie, o czym on mówi?! Machnąć to sobie można cepem!

Koncert Skrzypcowy Piotra Iljicza Czajkowskiego (tego Iljicza spokojnie mógł sobie darować). Marzenie wszystkich skrzypków” – słodził mefistofelicznym głosem. „Nie grał pan?” – zdziwił się fałszywie.

„Oczywiście, że grałem!” – uniosłem się godnością. Ostatni raz na dyplomie, jakieś… wiele lat temu.

„No dobrze” – zacząłem taktycznie – „ale może ograniczymy się do pierwszej części, bez kadencji i trochę wolniej niż sugerują tempa metronomiczne?”

„Wolniej? Nie ma mowy! Zapomniał pan, jak nazywają dyrygenta, który prowadzi dzisiejszy program?”

Przypomniałem sobie. Mówią na niego Pendolino. Ciekawe jak go nazywali, gdy pendolino jeszcze nie pendoliły po naszych torach?

„Poza tym, żadna tam pierwsza część. Całość, bez skrótów. A w kadencji niech pan nie zapomni dołożyć oktaw palcowanych Heifetza.”

Panie Boziu, nie lubisz mnie? Ale była to myśl niesprawiedliwa, bo właśnie spełniały się moje marzenia. Miałem zagrać Koncert Czajkowskiego z orkiestrą. Uważaj, o czym marzysz, bo może ci się spełnić – powiedział ktoś kiedyś, i aż do dzisiaj nie rozumiałem, o co mu chodziło.

No dobrze, jak na główkę, to na główkę. Ale pomyślmy też o spadochronie. Gdyby tak chociaż mieć nuty… Z nut jakoś pójdzie, palce sobie przypomną, dusza zaśpiewa, dam się ponieść frazie i będzie pięknie! Nuty, byle zdobyć nuty! Ale skąd?… Jak to skąd? Przecież po drodze mam księgarnię muzyczną! Cud! Była otwarta od dziewiątej trzydzieści.

„Poproszę Koncert Skrzypcowy Czajkowskiego” – wypaliłem bez zbędnych wstępów.

„Że co?” – zbaraniał sprzedawca.

Nie miałem czasu na pogawędki. Rzuciłem się do półek, niecierpliwie lustrując ich zawartość.

„Skrzypcowe to są tam, na górze” – sprzedawca wskazał półkę niedostępną z podłogi. „Chce pan drabinę?”

Chciałem. Niestety, wśród nut skrzypcowych były tylko Miniatury Janiny Garści, Concertino Grażyny Bacewicz i Koncert Accolaya. Oraz Gamy Krotkiewskiego, tak pożółkłe i zakurzone, że z trwogą pomyślałem o technice młodych skrzypków.

„To wszystko?!” – krzyknąłem rozczarowany, zeskakując tak nieszczęśliwie, że skręciłem nogę w kostce.

„Pan poczeka chwilkę, zdaje się, że rano coś przywieźli…” – sprzedawca zniknął na zapleczu, by po trzech minutach wrócić ze sporym kartonem.

„Panie, szybciej, mnie się spieszy!…” – jęknąłem błagalnie.

„Spokojnie, tu nie piekarnia!” – stwierdził rezolutnie sprzedawca. Z gracją muchy w smole udało mu się w końcu zerwać wszystkie sznurki i taśmy.

„Co my tu mamy… Suita z Harry Pottera w łatwym układzie na akordeon, Kolędy na nonet fletów prostych i basso continuo” – wymieniał – „i… o! tu jest coś na skrzypce. Lutosławski. Łańcuch. Łańcuch?” – zdziwił się. „Bierze pan?”

„Jasne!” – krzyknąłem w furii. „Wezmę ze trzy ogniwa, tylko niech pan dobrze naoliwi i wypoleruje!” – jak torpeda wypadłem z księgarni, zostawiając sprzedawcę w pomieszaniu, na które w swoim pojęciu nie zasłużył.

Co mi zostawało? Skserowanie partytury i poproszenie, aby ktoś przewracał mi kartki. Myśl, że w każdej sytuacji jest jakieś wyjście dodała mi otuchy. Z galopu przeszedłem w cwał, rwałem do przodu jak oszalały, choć skręcona kostka rwała jeszcze bardziej. Jakby w nagrodę, moim oczom ukazał się gmach Filharmonii. Za siedem dziesiąta. Mam szansę zdążyć! I wtedy telefon zadzwonił po raz trzeci. Co teraz? Może mam dyrygować? – pomyślałem ironicznie. To akurat byłoby najłatwiejsze…

„No, gdzieżesz pan jest!? Za chwilę zaczynamy. Publiczność wali drzwiami i oknami!”

„Pub… liczność? Jaka pub…liczność?” – chciał mnie zabić, czy co!

„No, jak to, jaka publiczność? Przecież dzisiaj pierwsza niedziela miesiąca! Gramy poranek symfoniczny!”

Faktycznie, jak mogłem zapomnieć!

„I tak całkiem bez próby?” – broniłem się rozpaczliwie.

„Po co nam próba? Przecież zawsze narzekamy na ich nadmiar…”

„Dobrze, dobrze.” Nie było sensu się spierać. „Ale zacznijmy chociaż kwadrans później!” Przecież muszę dobiec, znaleźć skrzypce, przebrać się, nastroić…

„Nie ma mowy! Jak pan to sobie wyobraża? Mamy transmisję na żywo!”

„Radio?” – stęknąłem z niedowierzaniem.

„I telewizja. Kanał Mezzo. Pierwszy raz robią transmisję live. Do siedemnastu krajów. Chyba z okazji tej konferencji koncernów płytowych. Prezesi największych firm będą na sali.”

Postanowiłem już się nie odzywać. Co ma być, to będzie. Byle tylko dostać się do budynku. I na scenę. Portier czekał na mnie przed wejściem.

„Niech pan biegnie do pokoju dla solistów. Pana skrzypce już tam zaniosłem!” – ponaglał. „Ale dlaczego pan w piżamie?”

Rzeczywiście! Miałem na sobie górę od piżamy, spodnie od fraka, a na nogach adidasy. Aha, i muszkę w futerale! Przez ściany przenikały dźwięki rozgrywającej się orkiestry i gwar rozmów podekscytowanej publiczności. O, nieszczęśni! Nie wiedzieli, co ich czeka… Nie zapomną tego poranka do końca życia. Za to mój koniec już niedługo. Już widzę tunel, a w nim światełko. Byle tylko zdążyć na scenę. Odejść z tego świata z instrumentem w dłoni…

Dopadłem drzwi do pokoju solistów. Moje skrzypce leżały na stole. Uniosłem je czule, przytuliłem, pocałowałem i wtedy… szyjka wysunęła mi się z rąk i – niczym w geście samobójstwa – zawisła żałośnie na strunach… Życzliwy, lecz znany ze swej niedźwiedziej gracji portier musiał zawadzić instrumentem o jakiś wyłom w ścianie. Pewnie nawet tego nie zauważył.

Do pokoju wpadł inspektor.

„Tak pan nie może grać! Spodnie od fraka tu nie pasują! Niech pan ściąga! Adidasy też!”

„Co? Mam grać w bokserkach?!”

„W bokserkach, skarpetkach i górze od piżamy. Jeszcze będą pana naśladować, zobaczy pan, a „bokserki” od dzisiaj zmienią nazwę na „koncertówki”. Tylko koniecznie muszkę niech pan założy, poranek porankiem, ale muszka daje taki odświętny wygląd… Pan da, pomogę panu zapiąć…”.

„Ale ja… nie mogę grać!” – krzyknąłem z rozpaczą. „Skrzypce mam w strzępach!”

„Nie szkodzi, nie szkodzi!” Inspektor zamachał rękami. „Zagra pan na altówce!”

Na altówce? Na altówce?! Wykluczone! Są jakieś granice. Moja cierpliwość się wyczerpała. Nawet la podane przez oboistę, ta jednodźwiękowa uwertura uwertur, dźwięk, który elektryzuje muzyków i melomanów na całym świecie, oznajmiając wszem i wobec, że „zaraz się zacznie”, nie zrobił na mnie wrażenia. A oboista grał i grał, jakby chciał nastroić cały świat.

Zerwałem z szyi muszkę, ale ta trzepotała w mej dłoni niczym ryba wyjęta z wody. Co jest? Grająca muszka? Nie, to był telefon. Ja sam –  w ramach szlifowania słuchu absolutnego – ustawiłem sygnał na 442 herce, czyli razkreślne. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Dzwonił inspektor. Domyślałem się, co ma mi do powiedzenia.

„Zaspałem, przepraszam, będę za kwadrans…”, zacząłem, zanim się odezwał.

„Ależ, nic podobnego! Właśnie dzwonię do wszystkich po kolei; próba odwołana. Solista chory, koncertmistrz chory… Chociaż, zaraz, chwileczkę, a gdyby tak…”

Przerwałem połączenie i przewróciłem się na drugi bok.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: