oto I owo

Nasi na Księżycu

Posted in filmy, literatura, nierecenzje by hajton on 4 kwietnia 2016

Stanisław_Wyspiański_-_Portret_Jerzego_ŻuławskiegoLądowali Amerykanie na Księżycu czy nie lądowali? Czy jego ciemna strona skrywała (skrywa) bazy niemieckie, rosyjskie albo pozostałości nieznanych kultur? Zadziwiające, z jaką łatwością wirus wątpliwości przenika do nas w epoce (dez)informacji. I z jaką lubością w nas się zagnieżdża. Łatwo odrzucamy fakty, które ktoś poddaje w wątpliwość, z chęcią wierzymy w te, które się nie wydarzyły. W chaosie spekulacji i domniemań niezmienna jest jedynie rzeczywistość literacka. Opisywane przez autorów historie wydarzyły się na pewno. W kosmosach ich wyobraźni. I żyją własnym, utajonym, a dzięki czytelnikom, od czasu do czasu odkrywanym życiem. Powiedzmy więc bez ogródek: pierwszym człowiekiem, który postawił nogę na Księżycu nie był żaden amerykański astronauta Neil Armstrong, tylko nasz rodzimy uczony (trochę mag), mistrz Jan Twardowski. Nie wszyscy jednak wiedzą, że wiele lat później w jego ślady (już bez pomocy diabelskiej, za to z technologiczną) wyruszyła na Księżyc wyprawa, w której skład wchodził niewymieniony z imienia i nazwiska rodak. To on najdłużej ze wszystkich jej uczestników opierał się trudom księżycowej egzystencji, stając się kimś w rodzaju niańki nowego gatunku kosmicznego – rodu Księżyczan.

Unknown-2To, że Trylogia księżycowa Jerzego Żuławskiego nie jest dziełem powszechnie znanym, wynika  chyba z faktu, że literatura science-fiction długo nie była traktowana na równi z jej innymi gałęziami. Fakt istnienia dzieła kanonicznego wręcz dla gatunku, a zarazem powstałego ponad wiek temu, na długo przed książkami Stanisława Lema, jest z jednej strony zaskakujący, zaś z drugiej potwierdza intelektualny  i artystyczny potencjał twórców Młodej Polski.

Część pierwsza – Na srebrnym globie

Historia podboju Księżyca przez Ziemian. Podbój jest tu słowem dwuznacznym. Członkowie kilkuosobowej ekspedycji lądującej na Srebrnym Globie stają się jego więźniami. Droga powrotu nie istnieje. Gwiezdni podróżnicy wiedzieli o tym, ale wiedzieć o czymś, a tego doświadczyć, to zupełnie co innego. Być może ta część książki powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich ochotników rwących się z misją kolonizacji Marsa. Pomimo nieziemskich trudności, dotykających co krok tragedii, trójce wysłanników udaje się dotrzeć do niewidocznej z Ziemi części Księżyca, na której panują warunki umożliwiające życie. Na srebrnym globie to w dużej mierze literatura drogi, nietypowej, bo pozaziemskiej. Choć dzisiejsza wiedza o Księżycu pozwala uśmiechnąć się lekko nad wizjami snutymi przez autora, wystarczy dokonać prostego zabiegu – przemienić Księżyc w jakąkolwiek  mniej znaną planetę, i naraz okazuje się, że wydarzenia przedstawiane w książce nabierają rysów prawdopodobieństwa. Opisy dowodzą świetnej znajomości topografii, a zarazem przepełnione są niezwykle plastyczną urodą. Chyba najbardziej poruszające są wyznania niezmierzonej tęsknoty i nieprzeczuwanej kiedyś miłości do rodzinnego pyłku w kosmosie, zwanego Ziemią. Ta tęsknota jest tak prawdziwa, że przywodzi na myśl uczucia wygnańców, wspominających utraconą na zawsze ojczyznę. Podejrzewałem nawet, że autor zaznał losu zesłańca, ale byłem w błędzie. Choć może nie do końca; pisarz służący między innymi w Legionach Polskich zmarł w roku tysiąc dziewięćset piętnastym nie doczekując niepodległości kraju. Ale ta tęsknota i ta samotność ma też znaczenie bardziej uniwersalne; to los, ku któremu pielgrzymujemy wszyscy bez wyjątku.

Część druga – Zwycięzca

Po poetyckiej i metaforycznej części pierwszej, przenosimy się – niespodziewanie zgoła – w pełnokrwistą fantasy. Od misji kolonizacyjnej minęły wieki. Pomimo trudności, pionierom udało się położyć podwaliny pod księżycową cywilizację. Odnajdujemy ją w okresie zbliżonym do ziemskich czasów starożytnych. W niepokojącą mozaikę księżycowych ludzi, diabolicznych szernów – pierwotnych mieszkańców Księżyca (autor nie wspomina, czy do ich powstania przyczyniły się sztukmistrzowsko-genetyczne manipulacje mistrza Twardowskiego) i morców – wyklętych potomków szerno-ludzkich, trafia przybysz z Ziemi. To także nasz rodak, imieniem Marek. Brany przez miejscowych za nadczłowieka, a mówiąc ściślej – Boga, przeżywa wzlot i upadek, parabolę uwielbienia i nienawiści.

Zwycięzca to nie tylko kapitalny opis walk, obrony i podbojów, ludzkich namiętności, siły i głupoty, ale doskonałe studium socjologiczne. Kosmogonia, wiara i religia, spełnione, a potem rozsypujące się w proch, a pośród nich człowiek, który nie potrafi żyć bez iluzji, więc nawet jeśli będzie musiał przeczyć logice, zrobi to, aby ocalić sens istnienia. Przecież wszyscy znamy tęsknotę za lepszym światem, hołubimy w sobie nadzieję, że to, co tu i teraz, to tylko przygrywka do świetlanej nieskończoności, nasze cierpienia są walutą, za którą kupujemy nieśmiertelność. Zwycięzca jest również znakomitym szkicem o mechanizmach rządzących społeczeństwem, o politykach/graczach zawsze gotowych do żerowania na ludzkiej naturze, z jej dobrymi lecz głównie złymi stronami. I o ortodoksyjnych ideologach, tak święcie przekonanych o swych racjach, jak zagubionych w błędnej interpretacji faktów.

Część pierwsza była historią powstania księżycowej cywilizacji, a więc i księżycowej wiary. Stary Człowiek, przybysz, który przetrwał najdłużej, jest kimś na wzór Boga Ojca. Młody Ziemianin o imieniu Marek staje się dla miejscowych ziszczeniem mitu, odrodzonym Bogiem – nawiązania do przyjścia Chrystusa są tu zupełnie wyraźne. Podobnie jak i koniec obu postaci: Marek, głoszący prawdy zbyt dla zastanego świata radykalne, zginie śmiercią podobną męce Chrystusowej. I także w jego przypadku narodzi się mit zmartwychwstania. Nie przez przypadek pewne fragmenty Zwycięzcy wchodzą na nutę biblijną, bądź zgoła ewangeliczną.

Część trzecia – Stara Ziemia

Wracamy na starą dobrą Ziemię. Dobrą? Taką, jak zawsze. Jest to Ziemia przyszłości wobec piszącego; przywoływane w tomie Stany Zjednoczone Europy sytuują akcję gdzieś w okolicach naszych czasów. Trzecia część, to – po poemacie o ludzkiej samotności i środkowym ogniwie fantasy – literatura futurystyczna.

Jest to również rzecz o nieprzystawalności światów. Podczas gdy Marek Zwycięzca, typowy Ziemianin, brany jest na Księżycu za Boga omalże, Roda – księżyczański mędrzec, i jego utalentowany uczeń, Mataret są na Ziemi ledwie karzełkami do pokazywania na jarmarkach (przypomina się Guliwer). Ale niedługo. Roda, mędrzec pragmatyczny, który na swojej rodzinnej planecie głosił niemożliwość istnienia życia na Ziemi, szybko się do reguł owego życia przystosowuje, co z kolei Mataretowi – idealiście, przysparza nieprzezwyciężonych problemów. Ziemskim bohaterem tej części jest Jacek, uczony, dzięki któremu Marek dostał się na Księżyc. Obu łączyła niszcząca miłość do pięknej Azy, śpiewaczki i femme fatale, u której stóp łasi się cały niemal męski ród. Ona sama przeżywa fascynacje – kiedyś demonicznym skrzypkiem – teraz hinduistycznym świętym. Nyanantiloka próbuje odciągnąć Jacka od gwaru świata. Stany Zjednoczone Europy są kontynentem pozornej szczęśliwości. Ale pod jej powierzchnią pulsuje rewolucyjny nurt. Ta mieszanka jest dość wybuchowa; wybuchowa tym bardziej, że Jacek skonstruował broń mogącą obracać miasta w perzynę. Trwa wyścig o to, kto ją zdobędzie. Tym najsprytniejszym okazuje się Roda, a choć ani on, ani władze, którym ją przekazuje, nie wiedzą jak broń działa, sam fakt jej posiadania wystarczy do uśmierzenia społecznego buntu. Władze wyklinają naukowców, jako już niepotrzebnych ludzkości (jakaś daleki odblask platońskiej idei artystów wyklętych). Jacek i Nyanatiloka odchodzą w poszukiwaniu jedynie ważnych wartości duchowych. Aza, która nikomu nie daje szczęścia, sama też go nie zazna. Tylko Roda czerpie korzyści z nowej sytuacji – zostaje gubernatorem, ale jego uczeń z pogardą przyjmuje zdradę byłego mistrza. W dwóch zdaniach? Człowiek nie osiągnie szczęścia zawierzając sferze materialnej. Dobrobyt nie uspokaja ducha. Na przeszkodzie stoi nieustająca pogoń za polepszeniem swego losu. Brzmi całkiem aktualnie.

UnknownBezpośrednio po skończeniu książki postanowiłem obejrzeć nakręcony na jej podstawie film. Na srebrnym globie jest dziełem Andrzeja Żuławskiego – jeśli dobrze potrafię rozszyfrować rodzinne zależności – wujecznego wnuka pisarza. Po nakręceniu sporej części materiału produkcja filmu została przerwana. Powrót do jego realizacji po latach był praktycznie niemożliwy; nie zachowały się stroje, dekoracje, zerwanie ciągłości procesu twórczego stało się dla filmu wyrokiem. Sam autor (Żuławski-wywiad rzeka/Krytyka Polityczna) twierdzi, że produkcja filmu została wstrzymana nie z powodu nadmiernych kosztów („Na srebrnym globie to film robiony metodą chałupniczą. Nie ma w nim ani jednego tricku, ani jednego efektu specjalnego, nie ma nic, co by kosztowało krocie. Wszystko było wyrzezane kozikiem w gównie”). Właściwą przyczyną była niechęć ówczesnego ministra kultury i sztuki, który po obejrzeniu nakręconych fragmentów doszedł do wniosku, że jest to film „przeciwko ideologii, którą się rządzi PRL jako państwo i jako ustrój socjalistyczny. Że miało być za, miało być antyklerykalnie, a jest o wolności i jest o religii”.

Ocena filmu musi pozostać – tak, jak i sam film – niekompletna. Ekranizacja książki stawiała twórcom wymagania, którym – biorąc pod uwagę dzisiejsze rozumienie widowiska filmowego – zwłaszcza w PRL-u nie mogli podołać. Zamiast oszałamiającego rozmachem filmu otrzymaliśmy widowiskowy spektakl teatralny, kompilację Szajny z Hasiorem, obraz ekspresyjny, tekst zamglony, niczym bardzo późny Słowacki.

Pierwsza część wykazuje najwięcej spójności, jest rodzajem videoblogu, na którym jeden z przybyszów, późniejszy mityczny Stary Człowiek (Jerzy Trela) rejestruje księżycową rzeczywistość.

Marek Zwycięzca z części drugiej (Andrzej Seweryn) pląsa przed kadrem konwulsyjnie, wygłasza swoje kwestie zachłystując się słowami. Sceny ociekają seksem, przechodzą w orgię, by jeszcze potem nabrać wyrazu biblijnego okrucieństwa.

Część trzecia – z Azą i Jackiem – jest potraktowana epizodycznie, wtapia się w akcję księżycową.

Filmowi nie można odmówić pewnej plastycznej urody. To, że nie próbuje epatować nowoczesnością też zapiszmy na plus: byłby to pojedynek nie do wygrania. Dialogi, które są z pewnością dziełem reżysera, często wpadają w głębię prawd wieczystych (i nie do końca zrozumiałych), ale dwa zapadły mi w pamięć: jam jest ten, który wie wszystko, a nie rozumie niczego. A zwłaszcza kapitalne: wieczność jest stanem równoczesnego posiadania wszystkiego.

Dla wielu widzów film ma status kultowego, a dosłownie kilka dni temu jeden z portali filmowych uznał obraz Andrzeja Żuławskiego za najlepszą niehollywoodzką produkcję s-f w historii.

http://www.tasteofcinema.com/2015/the-15-best-non-hollywood-sci-fi-movies-of-all-time/2/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: