oto I owo

Pojedynek

Posted in miniatury literackie by hajton on 15 marca 2016

KreutzerALLFirst_BIGĆwiczyłem sobie. Spokojnie, cicho, poniedziałek. Jakaś niemrawa gamka, góra trzecia pozycja. Pasaż, niewielki rzecz jasna. Druga etiuda Kreutzera zwana Nieśmiertelną (powstała zanim jeszcze twórcy przyśniło się, że Beethoven skomponuje kiedyś Sonatę Kreutzerowską).

Naraz w ćwiczeniówce obok ktoś zaczął brzdąkać. Szybko zorientowałem się, że skrzypek początkujący. Po wielu nadmiernych oscylacjach udało mu się (prawie) nastroić. Zaczął coś tam pitolić bez ładu i składu. Dźwięk nie powalał. Zielony, cierpki jak niedojrzała śliwka. Przycisnąłem trochę mocniej struny, żeby zniechęcić trutnia, ale niespodziewanie skontrował moje cedury swoimi desdurami (albo był zbyt wysoko nastrojony). Krew zapulsowała mi żywiej. Rozprostowałem palce fragmentem etiudy Donta (you Dont have to – jak mawiał mój profesor), poprawiłem Wolfhartem. Ten z ćwiczeniówki obok słyszał mnie dobrze i natychmiast przedrzeźniał. Ja Donta, on Ortodonta (dobrze, że nie Ortodoksa). Ja Wolfharta, a on… Mozarta. Próbował przenieść rozgrywkę na inny poziom. Znamy takich magików. Pod płaszczykiem Muzyki uciekają od techniki. Nikt nie mówi, że Mozart jest łatwy, ale sami rozumiecie… No dobrze, jak tak, to zacznij od Bacha! Stylowo wykonałem Adagio z Sonaty g-moll, a ten bez ociągania odpowiedział Fugą, i to najdłuższą, z Sonaty trzeciej, cedurowej. Podjąłem wątek, wykonując Presto z tejże, na co tamten sypnął mi Preludium z Partity E-dur. I doprawił Chaconną. Tak to się możemy długo bawić! Ale tu cię dostanę z pewnością, pomyślałem nie bez mściwej satysfakcji i wyprowadziłem znienacka lewy prosty motyw Wieniawskiego (Fantazja na temat z opery Ryszard Lwie Serce). Zapadła cisza. No jasne, a co mogło teraz zapaść? Nagle, kiedy z satysfakcją ocierałem już kalafonię ze smyczka (bo jeszcze nie pot z czoła) w sali obok dały się słyszeć… Wariacje na temat Jechał Kozak zza Dunaju (też Wieniawski). A zaraz potem kaprys Paganiniego. Szesnasty co prawda, ale jednak. Odpowiedziałem dwudziestym czwartym, na co tamten błyskawicznie zaripostował pierwszym. Ja jedenasty, on trzeci. Rzuciłem się na piąty, a ten natychmiast go podchwycił i wykonał oryginalnymi smyczkami (3+1), po czym płynnie przeszedł w Perpetuum mobile. Postanowiłem wytrącić go z równowagi kantyleną. Andante Cantabile (ciągle jesteśmy przy Paganinim) zabrzmiało – moim zdaniem – ładnie, ale tamten nie dał się sprowokować i strzyknął mi przez ścianę wariacjami I palpiti. Próbowałem uspokoić go Mojżeszem, ale nie podjął tematyki biblijnej, frywolnie przeskakując na Piękną młynarkę. Raz jeszcze wróciłem do Wieniawskiego, perfekcyjnie wykonując staccato z pierwszej części Koncertu d-moll, a on, niczym sznurem pereł sypnął staccatem w dół z Koncertu fis-moll i to w decymach. I jak błyszczące w słońcu diamenty zaczął nizać podwójne flażolety z Ostatniej róży lata Ernsta. Podejrzewam, że gwizdał drugi głos, bo brzmiało to za dobrze. Prowokacyjnie szarpnąłem (prawie bartókowskim pizzicato) cztery pierwsze nuty (partię perkusji) z Koncertu Beethovena, na co mój rywal zareagował krystalicznie czystym wykonaniem całej ekspozycji partii solowej. Zacząłem teraz grać na wyrywki fragmenty Koncertów Brahmsa i Czajkowskiego, co podsumowywał wykonywanymi nonszalancko lecz bez zarzutu najtrudniejszymi fragmentami kadencji, dorzucając jeszcze codę z Koncertu Sibeliusa. Rzuciłem na szalę Scherzo z Pierwszego koncertu Prokofiewa, a ten mi z miejsca odparował Bartókiem. W niejakiej już desperacji zagrałem początek Koncertu Berga (mój ulubiony fragment, po pustych strunach). Tamten zamyślił się, ale tylko na chwilę; zaproponował coś, co mogło być improwizacją, ale szybko pojąłem, że sprawdza moją znajomość repertuaru. Domyślilem się dopiero słysząc metaliczny zgrzyt. To musiał być Łańcuch Lutosławskiego. Odpowiedziałem bezzwłocznie błyskotliwym pasażem z Pendereckiego. Ucichł. Czyżby pękał? Postanowiłem obedrzeć go z resztek złudzeń, za pomocą fragmentu któregoś z minimalistów (choć 4’33” Cage’a trzymałem jeszcze w zanadrzu, na czarną godzinę), ale pewnie błędnie zinterpretował to, jako przyznanie się do klęski, bo naraz wybuchł tryumfalnym tremolo. Uporczywym jak ból zęba. Tępym jak tasak po robocie. Bezlitośnie, niczym wiertłem dentystycznym ogłaszał urbi et orbi swoje zwycięstwo. Świdrując bez umiaru powalał mnie, dobijał i upokarzał. A ja, rzeczywiście, czułem jakąś obezwładniającą niemoc w ramionach, watę, słodką, cukrową nieomal. A on rzęził i rzeźbił, chrzęścił i grzązł. Aż w udręce rozwarłem szczęki. I otworzyłem oczy. No tak… Sąsiad – ranny ptaszek – znów brał się za wiercenia dziur w ścianach.

Reklamy

komentarze 2

Subscribe to comments with RSS.

  1. pocichutku said, on 15 marca 2016 at 22:26

    Boskie 🙂 .. dziękuję – uratowałeś mój wieczór 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: