oto I owo

Archipelag Dziady

Posted in kultura, literatura, sztuka by hajton on 9 marca 2016

dziadyPonoć mężczyznom w pewnym wieku zdarzają się wypady na baby. Ja postanowiłem wybrać się na Dziady. Do Wrocławia, dwudziestego lutego AD 2016. Na pierwsze w historii wystawienie dzieła w całości i bez skrótów. Znalezienie się w odpowiednim miejscu i czasie może być kwestią przypadku. Ale może też być kwestią wyboru. Oto garść refleksji z tego niezwykłego wydarzenia.

Solidne śniadanie i intensywny spacer to minimum przygotowania do teatralnego maratonu. Wrocław tonie w słońcu. Im bliżej teatru tym bardziej materializuje się atmosfera niezwykłości. Może tworzy ją suma oczekiwań? Zbliża się południe. Kolejka do kasy, przed chwilą jeszcze przypominająca węża rodem z PRL-u, powoli się zmniejsza. Ostatni widzowie odbierają bilety. Wolnych miejsc nie ma od dawna. Atmosfera wyczekiwania przenosi się na salę główną. Daje się odczuć, że tu, w Teatrze Polskim dzieje się historia. Siadam w rzędzie siódmym, na miejscu czwartym; przez najbliższe pół doby ten fotel będzie mi kapsułą czasu, miejscem uniesień, małą kajutą na transatlantyku płynącym przez archipelag Dziadów.

Scena, ciemna, przyzywająca, jest blisko. Z jej obu boków duże ekrany, na czarnym tle biały napis Dziady.

Głos z taśmy odczytuje Artykuł 73 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej[…], a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Światło gaśnie, a ostry elektroniczny dźwięk niczym szczęk ostrza w ciemności rozpoczyna przedstawienie. Na ekranie pojawia się napis:

Dziady. Widowisko – Część I

Na środku sceny kanapa. Współczesna dziewczyna gasi świeczkę (lampę), wygłasza monolog w imieniu „niewinnych młodych czarodziejów” i zaczyna śnić…

…Ciemny las, uczestnicy obrządku przytwierdzają portrety przodków do pni drzew. Zapalają czerwone ogniki. Ten las, to nasz las. Tajemniczy i zaśmiecony. Łatwiej w nim znaleźć plastikową butelkę niż borowika. Las, który pociąga, ale do którego lepiej nie zapuszczać się po zmroku. Bo w nim strachy, upiory i młodzieńcy w tuningowanym maluchu, z którego dobiega ostre łupu-cupu. A potem w tym lesie Myśliwy, który napotyka Czarnego Myśliwego. Czarny Myśliwy skrywa mroczną tajemnicę. Skrywa ją… w dużym czarnym worku… Ku przerażeniu Myśliwego, z worka wydobywa się Upiór. Właśnie ma przemówić, wyjawić straszną tajemnicę: „Tutaj”… – zaczyna, a publiczności dreszcz biegnie po plecach – „…rękopis się urywa”.

Przerwa.

Już? Po paru minutach? W rzeczywistości minęła prawie godzina.

Pora na mandarynkę.

Gdy po kwadransie wracam na miejsce, dostrzegam ruch i zamieszanie. Grono podekscytowanych fanek najwyraźniej szykuje się do prośby o autograf. Jestem zaskoczony, ale przytomnie sprawdzam obecność długopisu w kieszeni marynarki. Nie sądziłem, że sława doścignie mnie w towarzystwie wieszcza. Nie dościgła. To poranny Myśliwy, popołudniowy Konrad i nocny Gustaw postanowił obejrzeć drugą część spektaklu, w której ani poeta, ani reżyser nie znaleźli dlań zatrudnienia. Czystym przypadkiem siadł na sąsiednim fotelu. Z urojonego autografodawcy staję się rzeczywistym autografobiorcą.

Ciemność. Dźwięk. Cisza.

Wiersz Upiór i Dziadów część II

Informacje o Upiorze (tym z czarnego worka, chyba) podane są w formie protokołu, odczytanego przez policjantkę koledze, który trochę tylko dziwi się językowi znacznie odbiegającemu od służbowych standardów (ten zabawny sposób podawania tekstu powróci w całej pełni w Ustępie części III). Mroczny wiersz jest dobrym wprowadzeniem w rytuał dziadów, który zacznie się za moment. Stajemy się uczestnikami wydarzenia łączącego atmosferę seansu spirytystycznego i andrzejkowego wieczoru.

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?”

Będą słowa usłyszane w szkolnej ławie i nigdy do końca nie zapomniane… Będzie ludowa wykładnia zależności między żywotem ziemskim a pośmiertnym.

„Kto nie doznał goryczy ni razu,  ten nie dozna słodyczy w niebie.”

O dzieciach chowanych w przesycie.

„Kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nic nie pomoże.”

O złym dziedzicu.

„Kto nie dotknął ziemi ni razu, ten nigdy nie może być w niebie.”

O płochej Zosi.

Na koniec pojawia się jeszcze jedna mara, straszniejsza od innych, milcząca.

„Przebóg! Cóż to za szkarada? Nie odchodzi i nie gada!”

Mara nie reaguje.

„Gdy gardzisz mszą i pierogiem, idźże sobie z Panem Bogiem” –

mówi Guślarz, oburzony wzgardą wobec najwyższych dóbr duchowych i materialnych (ciekawe z czym był pieróg, skoro mara nim wzgardziła?).

Wydaje się, że szkarada jest duchem nieszczęśliwego kochanka, trupem z czarnego worka, upiorem z policyjnego raportu, późniejszym Gustawem. Ale zostawmy ją/go na razie, a wróćmy do Zosi, pełnej uroku nawet po śmierci.

„Na głowie ma kraśny wianek,  w ręku zielony badylek,

A przed nią bieży baranek, a nad nią leci motylek.”

Poeta pozwala również zwierzętom wychynąć z zaświatów, co świadczy, że nie pozbawia ich duszy. A może także wierzy w dusz wędrówkę? Scena z części IV, rój motyli i ciem, w które przemienione zostają ludzkie za życia postacie, zdaje się na to wskazywać. Czy zresztą cała ta – między ziemią a niebem rozpięta – pokuta niedookreślonych czasem dusz nie jest przyczynkiem do teorii reinkarnacji, do stopniowego wznoszenia się ku nirwanie, zespoleniu z boską doskonałością?

Jest i śmiesznie (Zosia huśtająca się na aż nazbyt widocznej linie, łapczywie paląca papierosa podanego jej przez jednego z niedoszłych kochanków, żałującą, że za życia nie zaznała trochę więcej… życia, kapitalny choć upiorny baranek wtórujący jej w śpiewie), i strasznie (kościotrupie ptaszydła dziobiące niemiłosiernie dziedzica, który zasłynął tym, że nie był człowiekiem ni razu; świetne, ekspresyjne lalki zwierząt). Uczestników ceremoniału widzimy w zbliżeniach dzięki obrazowi z kamery noktowizyjnej. Swojski ten ludek. Swojskie twarze i miny, swojskie ubrania i reakcje…

Koniec. Przerwa. Obiad!

Tłumy okupują okoliczne knajpki. Teatr Polski zadbał również o stronę kulinarną przedsięwzięcia. W ramach akcji „Nakarm Dziady” każdy widz otrzymał voucher uprawniający do zniżki w pobliskich lokalach. Przesmaczny falafel z frytkami i surówką powinien dostarczyć mi energii na pięciogodzinne teatralne danie główne.

Dziadów część III

W przytoczonym w programie fragmencie korespondencji między Michałem Zadarą a profesor Marią Prussak, ta ostatnia zwraca uwagę, że zgodnie z didaskaliami Mickiewicza, uwięzieni polscy patrioci mieli na sobie… szlafroki. W innym z listów reżyser dopytuje się, czy istnieją jakieś informacje mogące świadczyć, że Mickiewicz miał do czynienia z narkotykami, bowiem Wielka Improwizacja Konrada jako żywo przypomina „chemiczno-metafizyczną podróż”. Ostatecznie bohaterowie sceniczni nie są upupieni strojem nieprzystającym do narodowego cierpienia, zaś zarówno improwizacja Konrada jak i wizja księdza Piotra są podsycane za pomocą bardziej dostępnych i tradycyjnych środków (alkohol). Ta próba ziemskiego spojrzenia na pomnikowe postacie i sytuacje odbywa się wszakże bez „tłuczenia szkła”. Otrzymujemy całość w kostiumie historycznym, z malowanymi dekoracjami wykorzystującymi sztuczną perspektywę. Wielka Improwizacja Konrada zaczyna się jednak nietypowo. Bohater oddaje mocz do stojącego w kącie nocnika. („No i dobrze, a gdzie miał oddać?!” – usłyszę w przerwie fragment zapalczywej dyskusji. I przypomni mi się nagle sentencja oskarżenia przeciw jednemu z moich dawnych znajomych: „W dniu takim a takim, w mieście takim a takim, ob. taki a taki oddał mocz na ścianę komisariatu MO.” Moment proustowski omalże). Stale obecne w tej części dzieła napięcie między realnym a metafizycznym zaczyna się więc w sposób nader przyziemny, by nie rzec fizjologiczny. Zresztą Konrad zachowuje się niczym uczestnik programu Big Brother, jak gwiazda rocka, irytująco rozpieszczona, nienasycona w podbijaniu ludzkich wyobraźni,  marząca o „rządzie dusz”. Jego elektronicznie przetwarzany głos stwarza dźwiękową ilustrację artystycznych tęsknot, zżerającej go ambicji, „gwiazd sięgania”. Konrad porusza, ale nie budzi sympatii. Nie jest charyzmatycznym wybrańcem narodu. Jest narcystyczną osobowością, którą rządzi rozbuchane ego. Kto inny powiedziałby: „Nazywam się Milijon, bo za milijony kocham i cierpię katusze”? To słowa pychy doprowadzonej do ostateczności. Konrad nie jest człowiekiem prowokującym Boga, aby przekonać się o Jego istnieniu. On chce Boga poniżyć. To szatan przemawia ustami bohatera. Sekundują mu diabły i anioły w kostiumach zwykłych ludzi, zainteresowane, kto wyjdzie z pojedynku zwycięsko. Konrad jest opętany. Padnie jak rażony gromem dopiero w chwili gdy wykrzyczy największe bluźnierstwo przeciwko Bogu, nazywając Go carem ludzkości. Na szczęście w pobliżu jest ksiądz Piotr. On wie z jakim przeciwnikiem ma do czynienia. Nie obejdzie się bez egzorcyzmów. Ksiądz Piotr „widzi” także pod wpływem alkoholu. A może tylko alkoholem uśmierza wizje, które przerastają siły normalnego człowieka?

W przerwie espresso z sernikiem. Obok mnie młoda para, ich dorodne sylwetki świadczą, że nieobce są im uroki stołu. Chłopakowi zabłysło oko na widok mojego sernika. Uśmiecha się marzycielsko i mówi: „Jakie wspaniałe ciastko! Wygląda jak piękna kobieta na talerzu…”. Oto, jakie skutki przynosi obcowanie ze słowem wieszcza.

Więzienni towarzysze Konrada wzbudzają sympatię i współczucie. Choć śpiewając: „zemsta, zemsta, zemsta na wroga z Bogiem a choćby mimo Boga” – również grozę. Salon warszawski jest podzielony, jakżeby inaczej. Nowosilcow oburza i budzi gniew (ale wiemy co go czeka, on sam już to przeczuwa, dlatego, jak Piłat, na wszelki wypadek nie pobrudzi sobie rąk skazaniem księdza Piotra, którego boi się, skrywanym lecz panicznym strachem). Bal u senatora, zgodnie z sugestiami Mickiewicza przekształca się w rodzaj śpiewogry, efektownego lecz przewrotnego finału. Konrad i ksiądz Piotr miną się jeszcze, ale nie zdążą już porozmawiać. „Każdy w swoją drogę” – krzyknie żołnierz. Dla Konrada będzie to droga w głąb Rosji, na zesłanie.

Przerwa kolacyjna.

Wziąwszy pod uwagę, że dzisiaj spalam głównie kalorie emocjonalne, nie należy się przejadać. Bułka wieloziarnista z serem i warzywami, do tego herbata, dostarczą mi energii na kolejne godziny. Świat zewnętrzny w międzyczasie okrył się mrokiem, aż dziwne, jaką siłę ma świat wykreowany. Cieszę się z przerwy, ale jeszcze bardziej cieszę się, że to jeszcze nie koniec, że do końca daleko. Publiczność już się rozpoznaje. Jak pasażerowie transatlantyku, którzy spędzili ze sobą wiele dni.

Dziadów części III Ustęp

W pewnym sensie napięcie sięga zenitu, bowiem następująca teraz część (w odróżnieniu od poprzednich i ostatniej, które miały swoje premiery na przestrzeni ostatnich dwóch lat) jest premierą absolutną.

Początek niczym kontynuacja historii Konrada. Pierwszy z poematów nosi tytuł Droga do Rosji.

Poematów? Otóż, w tym rzecz. Jak tekst poetycki – ale nie teatralny – zainscenizować w sposób (z)nośny dla widza?

Scena (konsekwentnie, żadnych kurtyn) przypomina tym razem skrzyżowanie pracowni szkolnej z salą prób zespołu muzycznego. Przestrzeń jest zastawiona stołami (na nich lampy), pulpitami, instrumentami… Jak aktorzy będą się poruszać w tym mateczniku? A może poruszać się nie będą? Tylna ściana sceny jest żywą tapetą utworzoną z obrazu z sześciu kamer pokazujących zawartość stolików. Za chwilę wszystko się wyjaśnia. Aktorzy zasiadają przy instrumentach (nie tylko zasiadają, grają na nich i to z powodzeniem!) i stołach, na których znajdują się zdjęcia, figurki, cukier lub sól imitujące śnieg, a wszystko – poruszane zgrabnymi rękami – będzie rodzajem animowanej ilustracji do wygłaszanych poematów. Mamy więc warstwę tekstową, muzyczną (rodzaj jam session), plastyczną, ale również – tak, tak – aktorską! Pomysłowość reżysera znalazła tu szczególne pole do popisu. Przyjmując – słuszne – założenie, że (zwłaszcza po eksplozjach części III i przed paroksyzmami IV) poetycki, ale mało teatralny w wymiarze tekst, może widzów znużyć, reżyser wymościł go drugim dnem. Są nim mini-etiudy aktorów-muzyków, którzy przyjmując na swoje barki ciężar znudzenia – a właściwie odgrywając to umiejętnie – zdejmują go z naszych. I nagle niemożliwe staje się realne: nie tylko nie tracimy nic z mickiewiczowskich fraz i sensów, nie tylko zachwycamy się plastycznością, siłą i urodą języka, ale dodatkowo świetnie się bawimy. Muzycy tracący cierpliwość w trakcie przydługich tyrad kolegów, opuszczający w śmiertelnej desperacji scenę, zasypiający przy instrumentach, a nawet na nich (nie do przebicia jest tu perkusista, zasypiacz idealny)… Do tego muzyka, nieinwazyjna, transowo/jazzowa, milknąca kiedy opisywane sceny nabierają dramatyzmu czy tragizmu wręcz. Muzycy w mgnieniu oka muszą przedzierzgać się w aktorów lub odwrotnie. I robią to ze sprawnością godną podziwu.

Sześć poematów opisuje różne aspekty carskiej Rosji. Prawdopodobnie były to szkice do dalszego ciągu akcji dramatycznej, która nigdy jednak nie powstała (chyba że sensacyjnie odnajdzie się kiedyś w jakiś zapomnianych archiwach). Tę część kończy List do przyjaciół Moskali.  Ten list, to zdjęcie zbiorowej rosyjskiej odpowiedzialności za cierpienia naszego kraju. Znamienne, że tak – ze zrozumiałych względów – wymierzony w carską Rosję utwór kończy się symbolicznym wyciągnięciem dłoni w pojednawczym geście.

Kolejna przerwa. Banan, woda, herbatniki.

Objaśnienia

Próbę scenicznego przedstawienia Objaśnień można by uznać za reżyserską nadgorliwość. Objaśnienia nadają się do czytania przecież! Równie abstrakcyjnym pomysłem byłoby inscenizowanie didaskaliów. Ale jak całość, to całość! Raz jeszcze obejrzymy niektóre z wcześniejszych scen, te, które twórca postanowił dodatkowo skomentować. Po kilku sekundach akcja zamiera, jak za dotknięciem pauzy na telewizyjnym pilocie, a na scenie pojawia się objaśniająca aktorka. Prawie na samym początku zawiodła technika: na widowni zapaliło się światło, zaś ekrany rozkwitły informacjami ściśle technicznymi.

„Zacznijmy jeszcze raz!” – zakrzyknął reżyser, co publiczność nagrodziła owacyjką. „Kapitan jest na pokładzie!…” – usłyszałem sceniczny szept któregoś z widzów. Za chwilę widowisko rozpoczęło się od nowa. Krótkie scenki przedzielane są jeszcze krótszymi zaciemnieniami, w trakcie których aktorzy (jak oni to robią ciemnościach?!) odnajdują kolejne ustawienia. Wszystko toczy się szybko, ta część, niczym dopełnienie Ustępu jest formą wspólnej zabawy, w którą publiczność z ochotą daje się wciągnąć. A przecież również tutaj teksty mają swoją wagę. Jedno z objaśnień rzuca więcej światła na panujące wówczas w Rosji przekonania: „To pewna, iż Nowosilcow często powtarzał: „Nie będzie pokoju, póki nie zaprowadzimy w Europie takiego porządku, iżby nasz feldjeger mógł też same rozkazy w Wilnie, w Paryżu i w Stambule z tąż samą łatwością wykonywać””. I jeszcze: „Jenerał rosyjski równy jest co do stopnia królowi i mógłby nosić ten tytuł, jeżeliby taka była wola cesarska – Ob. pamiętniki jenerała Rapp.”

Ostatnia przerwa (espresso, już tylko espresso). Jest dobrze po północy, kawa leje się gęsto, wszak nie widać, aby ktoś był znużony. Ilość widzów z pewnością się nie zmniejsza. Ten i ów kupuje elipsoidalną pizzę, w pizzobusie parkującym u stóp teatru.

Dziadów część IV

Nasz Upiór sprzed południa (jeśli to on), nie tylko odzyskuje zdolność mówienia, ale staje się bardzo wymowny. To wychowany na romantycznej literaturze kochanek, niestety, kochanek zawiedziony, wręcz – powtórzę z uporem – upiór kochanka, dochodzący do jedynie słusznego (z jego punktu widzenia) wniosku, że kobieta jest „puchem marnym”. Pustelnik Gustaw jest upiorem bardzo energetycznym, performerem co się zowie. W obecności księdza i dwójki jego dzieci (ksiądz greckokatolicki, potomstwo dozwolone) dzieli się przemyśleniami na tematy różne. Jak sam mówi: „życie moje ścisnąłem  w krótkie trzy godziny”.

Apelując o przywrócenie – pogańskiego, więc wyklętego – rytuału dziadów, rzecze:

„Większym jest ciężarem łza jednego sługi, którą szczerze wyleje nad tobą u zgonu, niż kłamliwe po drukach rozgłaszana żale.”

Odnosząc się do tajemnej łączności świata żywych i umarłych, mówi:

„Gdyby z twych oczu ziemskie odpadło nakrycie, obaczyłbyś niejedno wkoło siebie życie.”

Tak złożona osobowość (Upiór, Pustelnik, Konrad, Gustaw) musi w końcu zgrzeszyć brakiem konsekwencji. Bo choć:

„Kto nie zna miłości ten żyje szczęśliwy”,

to przecież:

„Słuchajmy i zważmy u siebie, że według bożego rozkazu:

Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu.”

Tak kończy się dramat. Ale co to? Wszystko się rozwiewa, na scenie kanapa, na niej współczesna dziewczyna, ta sama, z którą wyruszaliśmy w podróż. Więc to był sen tylko? Już mija, już się rozwiewa, budzimy się z cudownego letargu…

Na scenie raz jeszcze pojawia się tłum postaci, które przewinęły się przed naszymi oczami przez ostatnie kilkanaście godzin. Świetne aktorsko dzieci, aktorzy-muzycy, postacie kobiece i męskie, odtwórcy podwójnych ról: Nowosilcow – Ksiądz, Guślarz – Ksiądz Piotr, oraz ten, który musiał unieść na swoich barkach najwięcej: Gustaw – Konrad. Zastępy pracowników technicznych, choć niewidocznych, to przecież odpowiedzialnych za bezbłędny przebieg spektaklu. Wszyscy mają swój udział w dzisiejszym wydarzeniu, a wszyscy – było to widać gołym okiem (bez szkiełka) – uczestniczyli w nim całym sercem. W końcu reżyser, który podjął się niemożliwego. Podchodząc z pietyzmem do każdego słowa wieszcza zrealizował spektakl na wskroś autorski. I dyrektor teatru, który w niemożliwe uwierzył. „Myślę, że trzeba bardzo szeroko rozumieć: patriotyzm, polskość, narodowość. Nie można z tego robić oręża przeciw drugiemu człowiekowi. To ma być pole do dyskusji a nie do walki” – brzmią (jakże aktualnie)  jego słowa przytoczone w programie.

Wniebowzięta publiczność wielominutowym entuzjastycznym aplauzem nagradza twórców i wykonawców spektaklu. Ci rewanżują się, bijąc brawo widowni i obrzucając ją kwiatami. Gdy opuszczam teatr zegar pokazuje godzinę drugą trzydzieści cztery nad ranem.

Na zwieńczenie tego niezwykłego dnia, zanim ogrom przeżyć zwali mnie z nóg lub wręcz przeciwnie, każe brodzić między snem a jawą, wypiję zimne piwo.

Dlaczego na prapremierę całości dzieła trzeba było czekać – bagatela – dwa wieki? W eseju Teatr na drodze przez matecznik Dziady (ebook Teatra polskie historie) Dariusz Kosiński pisze: „Części II i IV istniały wcześniej niż część III, ale zarazem logika numeryczna wskazuje, że należy nad tym faktem przejść do porządku dziennego i przyjąć układ niechronologiczny. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie inscenizator, zawsze będzie ona w sprzeczności z wewnętrznie niespójną decyzją Mickiewicza.” Autor zaznacza przynależność Dziadów do: „1) narodowego teatru metafizycznego, 2) teatru wspólnoty, 3) teatru przemiany, 4) teatru rytualnego, 5) teatru śmierci, 6) teatru muzyczności, 7) teatru rapsodycznego, 8) teatru politycznego”.

Nasuwa się pytanie: czy ta wielość jest chaosem, czy Dziady pozostały nigdy nie ukończonym projektem, który dopiero w pełnej wersji miał rozstrzygnąć wszystkie obecne w nim, jawne i niejawne wątpliwości? Jaka siła tkwi w tekście, który wydaje się poszarpany, tajemniczy i momentami trudno zrozumiały? Czy jest to ułomne arcydzieło, które w braku kompletnych spełnia rolę narodowej świętości?

A przecież wiemy, że Mickiewicz potrafił być konsekwentny i misterny aż do najdrobniejszego szczegółu, że w sposób mistrzowski panował nad formą i wypełniał ją do ostatnich granic, czego przykładem jest choćby Pan Tadeusz. Więc może chodziło jednak o coś innego? O pozostawienie przyszłym pokoleniom przesłania zapładniającego umysł i wyobraźnię, dającego się odczytywać ciągle na nowo? „Istnieje całkiem niemała szansa, że w Dziadach wciąż pozostają do odkrycia projekty, o których po prostu nam się nie śniło” – pisze jakby na potwierdzenie Dariusz Kosiński.

Przytoczmy teraz słowa samego poety (fragment Lekcyi XVI Wykładów o literaturze słowiańskiej, wygłoszonej 4 kwietnia 1843 roku w Paryżu).

„Żeby więc utworzyć dramat, któryby przez całą Słowiańszczyznę[…]mógł być uznany za swój własny, narodowy, trzeba przebiedz cały rozmiar poezyi, od piosnki aż do epopei, dotknąć najżywotniejszych uczuć i pojęć, brząknąć jednym ciągiem po wszystkich różnogłośnych strunach, odzywających się w piersi Słowianina. Takiego dramatu dotychczas jeszcze nie masz.”

Po tym wszystkim, co już teraz wiem o Dziadach, ostatniemu zdaniu poety ze spokojem mogę nadać czas przeszły.

Dziady dzisiaj to nasza łączność z pokoleniami minionymi, łączność przyszłych pokoleń z nami. Prócz tej pionowej, w trakcie spektaklu odczuwalna była jeszcze inna, pozioma. Doszło do zatarcia granic między sceną a widownią. Pojawiło się poczucie wspólnoty, dumy wynikającej z przynależności do kultury języka polskiego. Wyobraziłem sobie nagle, że na widowni siedzi Adam Mickiewicz. Na początku jest w szoku, potem się już tylko dziwi, a w końcu przyznaje: „No tak, to są moje słowa, słowo w słowo, daję słowo…”

Teraz, gdy mój statek oddalił się już nieco od archipelagu Dziady, oglądam się za siebie i widzę go właśnie jak piękną i tajemniczą wyspę. I taki powidok, zamkniętej, doskonałej i utęsknionej całości uniosę ze sobą.

Reklamy

Jedna odpowiedź

Subscribe to comments with RSS.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: