oto I owo

Bocianie gniazdo

Posted in miniatury literackie by hajton on 17 lutego 2016

zanim-przyleci-bocianGdy wybrzmiały główne tezy elaboratu w audytorium zapadła cisza. Nawet struchlałe muchy stuliły dzioby. W końcu z krzesła podniósł się uczony z dorobkiem.

– Jeśli dobrze zrozumiałem, twierdzi pan, że dzieci są przynoszone przez bociany? – wyszeptał ze zgrozą. Na jego twarzy malowało się cierpienie, które mogło być wynikiem zarówno szoku jak i bólu spowodowanego kompulsywnym szczypaniem się w nos.

Autor, znany powszechnie jako prof Wilczur (ksywkę „prof” nosił od przedszkola, „Wilczur” pojawił się w okresie dojrzewania, gdy – podobno – w czasie pełni wył do księżyca), uśmiechnął się.

– Czyżby tezy były niewyraźne? A może – spojrzał zimno na uczonego z dorobkiem – nie był pan uprzejmy zapoznać się z moją pracą? Lojalnie oświadczam, że jej szczegółowa znajomość jest warunkiem udziału w bankiecie.

Przez audytorium przetoczył się szmer niepokoju.

– Ja pracę przeczytałam – odezwała się piskliwie doc dr hab Kurka. – I mam pytanie. Co skłoniło szanownego kolegę do rehabilitacji naszego poczciwego boćka?

– Szanowna koleżanko – odparł prof Wilczur – nauka nie może wstydzić się własnych błędów; jeśli ktoś z będących w jej służbie dojdzie do wniosku, że posuwamy się ślepą uliczką, powinien zawrócić, dojść do rozstajów i wybrać inną, bardziej perspektywiczną odnogę.

Doc dr hab Kurka zdawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią.

– Panie kolego – odezwał się uczony na dorobku – może zechce nam kolega powiedzieć coś o metodologii badań, którą, o ile dobrze pamiętam – zerknął nerwowo na kartkę – nazywa pan domniemanologią.

– O ile wszyscy tutaj wiemy – Wilczur spojrzał pytającemu prosto w ślepia – w nauce nie istnieje pewność. Kto pada ofiarą dogmatów, nie może być uczonym. Jedyne, czemu możemy zawierzyć to domniemanie. Stąd nazwa mojej metody.

Uczony na dorobku odfajkował coś fajką w kufajce.

– Czy mógłby pan wskazać co konkretnie kazało mu zweryfikować powszechnie uznane poglądy? – zapytała uczona bez dorobku za to z wdziękiem.

– Stało się to któregoś letniego wieczoru, nad jeziorem. W trakcie spotkania przy ognisku i tradycyjnej kiełbasce usłyszałem od miejscowej ludności przekazywaną z pokolenia na pokolenie „Baśń o prabocianie”.

– Pan wybaczy – odezwał się potencjalny doktorant, ale opieranie badań naukowych na legendzie nie brzmi najpoważniej. To tak, jakby ich przedmiotem uczynić mit świętego Mikołaja!

– Mit? – zdziwił się prof Wilczur. – Według pana święty Mikołaj, biskup Miry to tylko mit?

– No nie, nie o to mi chodziło… – orle oblicze potencjalnego doktoranta zasępiło się. – Święty Mikołaj był postacią historyczną, ale przecież to nie on przynosi dzieciom prezenty pod choinkę…

– Oczywiście! My to robimy w jego imieniu – zgodził się prof Wilczur. – A wie pan, dlaczego? – spojrzał na oponenta z naciskiem. – Ano dlatego, że jesteśmy depozytariuszami mitu! – zakończył tryumfalnie.

– Chce pan przez to powiedzieć, że to jednak my wykonujemy robotę prabociana? – odezwał się zaskoczony (męski) głos z sali.

– Nie, nic takiego nie mówię.

– Więc, jak w końcu… te bociany… i tak dalej?… – zaskoczony (męski) głos miał problemy ze sformułowaniem czytelnego pytania.

– Jako ludzie jesteśmy spadkobiercami idei św. Mikołaja, trudno jednak abyśmy byli spadkobiercami prabociana. Spadkobiercami prabociana są? – prof Wilczur pytającym spojrzeniem lustrował zebranych. Niektórzy uciekali wzrokiem, inni otwierali usta w milczeniu. – Oj, bo się pogniewamy! – zmarszczył brwi prof Wilczur. – A bankiecik czeka, butelki się grzeją… – uśmiechnął się dla odmiany. – A więc, spadkobiercami prabociana są?! – spojrzał groźnie, już bez przelewek.

– Spadkobiercami prabociana są bociany! – zapiała w panice doc dr hab Kurka.

Westchnienie ulgi, wielu ulg, omal nie uniosło audytorium w powietrze.

– Otóż to! Przy okazji chciałbym jeszcze odnieść się do kwestii, która na obecnym etapie rozwiązana być nie może. O ile pamiętamy, prabocian obdarzył pierwszych rodziców dzieciątkiem, które zabrał Adamowi i Ewie. Komu więc przysługuje miano prarodziców: ogołoconym czy obdarowanym? To dylemat przypominający inny, podobnie nierozwiązywalny: co było pierwsze, jajko czy kura?

Uczony z dorobkiem był już chyba całkiem przekonany, bo podsumował:

– Tak, tak, każdy mit ma swój pramit, każda kosmogonia – prakosmogonię, a każdy prabocian – praprabociana…

Wydawało się, że ktoś z sali dorzucił: „a każdy debil ma dwie bile!”, ale to tylko echo grało.

Naraz głos zabrała uczona w wieku więcej niż średnim (balzakowskim powiedziałbym, ale nie byłaby to prawda; wiek balzakowski to góra trzydzieści lat), znana z upodobań do freudowskich skojarzeń i interpretacji:

– Gdyby jednak zastanowić się nad symboliką bocianiego gniazda i dziobu… Przecież dzieci koniec końców przenoszone są drogą…

– …powietrzną – nie dał się zaskoczyć prof Wilczur. – Droga pani, nie ma sensu kalać własnego gniazda, my potrzebujemy symboli pięknych, a przecież niewyklutych, przepraszam, niewykluczonych.

Ośmielony narastającym wielogłosem pytań, głos zabrał uczony w szelkach („szelki są lepsze niż uszczelki, a nawet szufelki”, powtarzała jego żona zbierając muszelki).

– Niepokoi mnie co innego. Te bocianie migracje. Czy ptakom nigdy nie zdarzają się… pomyłki?

Uczony w szelkach poruszył niełatwy, prowokacyjny wręcz temat. Prof Wilczur w napięciu przyglądał się obecnym. W końcu odparł:

– Nie, nie sądzę. Zresztą, niech pan sam się rozejrzy…

Zgromadzeni zaczęli lustrować się wzajemnie, jakby w obawie, że jakaś drobna cecha zdemaskuje pochodzenie z niewłaściwego gniazda. Ale niepokój powoli znikał, ludzie uspokajali się, uśmiechali, a nawet poklepywali po plecach.

Było już jasne, że prof Wilczur zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Jego teoria się broniła. Nie było sensu opóźniać bankietu.

– Wszystkich, nawet jeśli przeżyli zawód, ale wytrzymali mój wywód, i mają odporny przewód, zapraszam do wód! – celnie zażartował prof Wilczur.

Jego słowa wywołały entuzjazm, przez który przebił się nagle histeryczny krzyk mężczyzny o słusznej muskulaturze.

– Ludzie! Czy wyście powariowali?! – lico zaszło mu bladością wściekłą i zadziorną. – Co za absurdy i banialuki tu opowiadacie? I wy macie czelność mienić się naukowcami?

Po chwili piorunującej ciszy zgromadzeni zaczęli szemrać. Pora pytań minęła. Ktoś tu niebezpiecznie wbijał się między część oficjalną a konsumpcyjną. Zaś spóźniony krytyk nakręcał się i pienił.

– Takie brednie to możesz pan dzieciom opowiadać! – zwrócił się do prof Wilczura. – Przecież każdy, o jakim takim wykształceniu i obyciu wie, że dzieci znajduje się w kapuście!

Huragan śmiechu przetoczył się przez audytorium. E, to tylko świr. Na wszelki wypadek ktoś wezwał jednak ochronę.

Naukowcy! – krzyczał wyprowadzany, a słowa jego pobrzękiwały ironią. – Ja tu jeszcze wrócę! I przedstawię swoje racje. Wtedy zobaczymy, czyja silniejsza…

Pozostała część wieczoru przebiegła bez zakłóceń.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: