oto I owo

Gmach

Posted in miniatury literackie by hajton on 12 września 2015

babelInwestycję chwalili wszyscy. Imponujące połączenie tradycji i nowoczesności. Modernistyczna bryła, z rozmachem i wyobraźnią posadowiona wśród wiekowej zabudowy. Miasto z dumą szykowało się na koncert inauguracyjny.

– Pani dyrektor, mamy problem… – chmurne zazwyczaj oblicze kierownika technicznego dziś przypominało gradową chmurę.

– Problem? Po tym wszystkim, co przeszliśmy, nic nam nie straszne…  – Dyrektorka poklepała kierownika po ramieniu. – No, niech pan mówi…

– Ano… Pojawili się jacyś tacy przed budynkiem…

– Jacy tacy? Krakowiacy? – uśmiechnęła się.

– Nie, nie krakowiacy. Jacyś tacy… Wystraszeni, zmęczeni, z dziećmi i tobołami. Nietutejsi.

– Dyrektorka spoważniała.

– O co im chodzi?

– Mówią, że chcą wejść…

– Wejść? Ale po co? Co ich tu może interesować?

– Mówią tylko, że chcą wejść… – kierownik rozłożył ręce.

– Teraz? Za chwilę próba generalna, wieczorem koncert. To absolutnie wykluczone!

– Otóż to, w pełni się z panią dyrektor zgadzam. Tyle że… sprawa jest mimo wszystko poważna.

– A więc musimy ją omówić w szerszym gronie.

***

W gabinecie dyrektorskim oprócz gospodyni obecni byli: wysoki urzędnik miejski, dyrygent,  koncertmistrz, tenor-solista oraz reprezentantka związków zawodowych.

– … I tak mniej więcej przedstawia się sytuacja – skończyła zagajenie dyrektorka.

Drzwi gabinetu uchyliły się, a w progu stanął kierownik techniczny.

– Dwie wiadomości z ostatniej chwili. Dobra i zła. Zacznę od złej. Przybysze próbowali sforsować wejście dla artystów. Na szczęście nasi techniczni odparli szturm. Dwóch najbardziej agresywnych napastników spacyfikowali sami przybysze.

– Czy nie uważa pani, że najwyższy czas, aby wezwać służby porządkowe? – spytał wysoki urzędnik miejski.

– Z tym bym się nie spieszyła… Zresztą, posłuchajmy jaka jest dobra wiadomość.

– Nieoficjalnie dowiedziałem się, że przybysze chcieliby po prostu wziąć udział w koncercie.

– To śmieszne żądanie – wysoki urzędnik miejski wypuścił z płuc nadmiar powietrza. – Czegoś tak dziwnego jeszcze nie słyszałem. Niech tylko wejdą, a zaczną śmiecić, gotować po łazienkach, spać po magazynach, albo i barany rzezać rytualnie na naszych pięknych białych kafelkach…

– Gospodarzy obowiązuje gościnność, a gości – przestrzeganie zastanych reguł. Kto ich nie przestrzega, sam stawia się na marginesie. To chyba oczywiste? – zareagowała dyrektorka.

Urzędnik jakby jej nie słyszał.

– I pić zaczną…

– Myli się pan, oni nie piją – odezwał się koncertmistrz. – To znaczy, alkoholu nie piją.

– Co pan opowiada?! Dzieci, no, kobiety, rozumiem. Ale widział pan kiedyś dorosłego mężczyznę, który nie pije? To wbrew naturze!

– Wbrew naszej naturze. Oni mają inną.

– No właśnie, inną! Inną, czyli obcą! – tryumfował wysoki urzędnik miejski. – Chcą śpiewać? Grać?… Chyba na fujarce!… – nabierał wiatru w żagle.

– Zaraz, zaraz… – Dyrygent wstał, a jego niezbyt gęste, ale bardzo rozczochrane włosy zatańczyły niczym ukwiał trącony morskim prądem. – Nie tak szybko, szanowny panie. Czy pan ma świadomość, jaką partyturę mam w tym tygodniu na pulpicie? Jakie dzieło leży na pulpitach muzyków? Dziewiąta Symfonia Ludwiga van Beethovena. Zna pan słowa finałowej Ody Schillera? Powinien pan. Wszyscy ludzie będą braćmi! Wszyscy, rozumie pan? A nie, jak u Orwella: Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. A niech sobie ci przybysze wyjdą na estradę, niech się wmieszają w chór, niech przysiądą między muzykami! Stworzymy ewenement artystyczny, kto wie czy nie najbliższy przesłaniu kompozytora!… – zapalał się maestro.

Wysoki urzędnik miejski z irytacją rozłożył ręce.

– Nasze sugestie od początku szły w kierunku, aby na inaugurację wykonać coś swojskiego. Ten Beethoven był, zdaje się, Niemcem? – spytał retorycznie a zjadliwie.

– Panie – zdenerwował się koncertmistrz – a pan by krakowiaczka chciał grać na otwarcie Filharmonii?

– A pewnie! Co złego w Krakowiakach i góralach? – zaperzył się urzędnik. – Beethoven i Schiller są poprawni politycznie, a Stefani i Bogusławski już nie? Wiem, wiem, artyści to kosmopolici, ale własnej twórczości wstydzić się nie należy. Czyż nie byłoby to godne podkreślenie kulturowego bogactwa i etnicznej wielobarwności? Krakowiacy i górale… – wykonał dłonią ruch, jakby sypał ziarno w żyzną glebę.

– Godne, bardzo godne – pokiwał głową dyrygent. – Ale krakowiacy już się jakoś z góralami dogadali. A przesłanie Beethovena i Schillera – O godniejszy walczcie świat! – jest bardziej uniwersalne.

– Jeśli już chodzi o ścisłość – w powietrze wzbił się wysoki głos tenora – to w Krakowiakach pada następujące słowa: Kochajcie zawse bliźniego, nie odpychajcie od dzwi ubogiego. Wiem, bo wykonywałem niedawno – wyjaśnił śpiewak zdumionym uczestnikom narady.

– Ależ to był zupełnie inny kontekst historyczny… – bagatelizował urzędnik.

– Panowie, repertuar został dawno zatwierdzony i nie ma fizycznej możliwości, aby go zmienić – ucięła temat dyrektorka. – Jako osoba odpowiedzialna za finalny efekt artystyczny oświadczam, że nie widzę możliwości dołączenia do chóru i orkiestry żadnych przybyszów. Maestro – skłoniła się dyrygentowi – może gdybyśmy mieli więcej czasu…

– A gdybyśmy zrobili inaczej? – zabrała głos milcząca dotąd harfistka, przedstawicielka związków zawodowych. – Zaprośmy przybyszów do środka, podejmijmy ich herbatką, ciasteczkiem, gwarantuję, że da się na to fundusze uruchomić…

– Ja mogę zrzec się honorarium – zabrzmiał tenor bohaterski.

– … a jeśli chcieliby posłuchać, podkreślam, posłuchać koncertu – podjął kierownik – to wygrodzi się im jakiś skrawek sali. Co państwo na to?

– Wygrodzić kawałek sali? Może jeszcze drutem oddzielić? – oburzył się koncertmistrz.

– Drogi panie, nie możemy zapominać o naszych VIP-ach i ich, że tak powiem, komforcie estetycznym – wyjaśnił kierownik.

– Wszyscy ludzie będą braćmi! – krzyknął gorzko dyrygent. – Tylko niektórzy braćmi mniejszymi! – dokonał syntezy w duchu św. Franciszka.

– Niech panowie artyści nie mieszają sztuki z życiem – wysoki urzędnik miejski znów był opanowany. – Gdybyśmy chcieli realizować wszystkie wasze utopijne idee, już dawno żylibyśmy w raju.

Zebrani ze zdumieniem spojrzeli na wysokiego urzędnika, ale ten tylko zatrzepotał białymi rzęsami.

– Proszę państwa, czas podsumować dotychczasowe ustalenia. Doceniam szlachetne intencje, ale muszę brać pod uwagę realia. Zaproszenie przybyszów do gmachu byłabym gotowa rozważyć. Natomiast ich udział w koncercie jest wykluczony.

– Boi się pani skandalu? Dla artystów skandal to największe święto… – próbował jeszcze dyrygent.

– Dlatego właśnie artyści nie powinni być dyrektorami.

Do rozmowy raz jeszcze włączyła się przedstawicielka związków.

– Ale ta grupa koczująca pod gmachem też będzie skandalem. Nikt ich nie przeoczy, zwłaszcza telewizje zagraniczne. Materiał pójdzie w świat.

– Wiem – dyrektorka westchnęła ciężko. – Dla mnie jednak liczą się przede wszystkim zobowiązania wobec Filharmonii. Dlatego oświadczam, że jeśli nie znajdziemy szczęśliwego rozwiązania, podam się do dymisji.

– Ale to jakby problemu nie rozwiąże… – komentowali uczestnicy narady opuszczając gabinet.

***

Godzinę później kierownik techniczny zapukał do drzwi gabinetu dyrektorskiego.

– Pani dyrektor, niech pani sama zobaczy – wziął kobietę pod łokieć i poprowadził do okna. – Dzieci muzyków bawią się z dzieciakami przybyszów. Wymieniają się zabawkami i instrumentami, próbują wspólnie muzykować, i powiem pani, że wychodzi im to zaskakująco dobrze. Ale niestety, jest i gorsza wiadomość. Jakoś umknęło nam wszystkim, że wieczorem jest mecz…

– Mecz? A co my z meczem mamy wspólnego?

– Kibice będą się przemieszczać. Założę się, że nie wszystkim spodoba się to obozowisko.

– Przecież przybysze nie koczują pod stadionem!

– Terytorializm niektórych kibiców ma naturę globalną. Podobnie jak ich poczucie misji.

– A niech to diabli!… – Dyrektorka podniosła słuchawkę telefonu. – Urząd miasta? Potrzebujemy zabezpieczenia naszej imprezy. Co?! Wiem, że macie mecz! Tak, bezpieczeństwo kibiców przede wszystkim, rozumiem. Ale u nas sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Ściągnijcie posiłki z innych miast! Słucham?! To niedopuszczalne słowa! Bierze pan na siebie wielką odpowiedzialność!

Dyrektorka była wzburzona.

– Czy pan wie, co mi odpowiedział ten… wysoki urzędnik? „Tym sposobem problem rozwiązałby się sam”!

***

Po kolejnym kwadransie do gabinetu dyrektorskiego przybyła trzyosobowa delegacja muzyków. Jako pierwszy głos zabrał flecista.

– Pani dyrektor, zdaniem wielu z nas, na problem należy spojrzeć z innej strony. Doceńmy fakt, że nasz gmach jest dla kogoś nie tylko budynkiem, ale i ziemią obiecaną. Przecież codziennie słyszymy, że jest nas za mało, że trzeba ściągać kolegów z innych orkiestr i chórów. Dlatego prosimy, aby zezwoliła pani na udział przybyszów w koncercie.

– Czy takie jest stanowisko wszystkich muzyków?

– Oczywiście, że nie. Najpierw trzeba przełamać strach, najgroźniejszą broń hochsztaplerów. Na szczęście ludzie są też podatni na rzeczowe argumenty.

– Różne Nostradamusy wieszczyły, że zaleje nas żółta rasa – odezwał się wiolonczelista. – A tymczasem to my podbiliśmy ich serca. Bachem, Chopinem i Debussym. Myślę, że nie doceniamy własnej atrakcyjności.

– Proszę państwa, nawet jeśli macie rację, opinia publiczna tego nie zaakceptuje.

– Opinia publiczna nie lubi zaniechań. I proszę nie zapominać, że my również stanowimy jej część – powiedziała chórzystka.

– W takim razie… – dyrektorka jeszcze się wahała. Może i byłoby to jakieś rozwiązanie… Ale… Co tam się znowu dzieje? Co to za autobus? Proszę natychmiast sprawdzić! – wydała telefoniczne polecenie kierownikowi.

***

Zdyszany kierownik zjawił się po kilku minutach.

– Już po wszystkim! – W jego głosie ulga mieszała się z uczuciem zawodu.

– To znaczy? – spytała dyrektorka.

– Przysłali autobus z Filharmonii Berlińskiej. Na otwarcie sezonu mają w programie Symfonię Tysiąca Mahlera, ale ciągle brakuje im wykonawców.

– A więc jednak problem sam się rozwiązał… – dyrektorka odetchnęła głośno i z ulgą usiadła w fotelu. To był ciężki dzień. A przecież jeszcze się nie skończył.

***

Na koncercie inauguracyjnym sala wypełniona była w połowie. Wstęp tylko za zaproszeniami. Niesamowity ten Beethoven – medytował wysoki urzędnik miejski. Głośny! Urzędnik był zadowolony z siebie. Ci w Berlinie szybko kupili temat. Manewr wyszedł mu bez zarzutu. Ze wzruszeniem wytarł nos w niebieską chusteczkę z dwunastoma gwiazdami, pamiątkę po ostatniej wizycie w Brukseli.

***

Ludwig van Beethoven i Fryderyk Schiller popijali piwo na Polach Elizejskich.

– I co ty na to? – spytał Ludwig, miłośnik ciemnych piw klasztornych.

– Czeka nas jeszcze sporo roboty… – odparł Fryderyk racząc się białym pszenicznym.

– Ich czeka. Myśmy już swoje zrobili – mruknął Ludwig i z rozkoszą łyknął z kufla. – No, pora się zbierać. Za godzinę mamy brydża ze Stefanim i Bogusławskim…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: