oto I owo

Granica *

Posted in książki, literatura by hajton on 18 czerwca 2015

baner_bunt

– Przemysław Wars? – głos pytającego był pozbawiony emocji.

Skinął głową. Czy funkcjonariusz naprawdę oczekiwał słów: „nie, to nie ja”? Przez wąską szczelinę hełmu przenikało spojrzenie dalece mniej obojętne niż głos. Przepalało go prawie na wylot. Starał się traktować pogranicznika jak najbardziej po ludzku, jednak czuł, że tamten odbiera sztuczność takiej postawy. W opowieściach z przeszłości czytał: „Jak patrzyłeś na Czarnego, to było źle. Ale jak nie patrzyłeś, było jeszcze gorzej. Bo, właściwie, dlaczego nie patrzyłeś? Bałeś się, że wzrok coś zdradzi?”.

„Daj spokój, wszyscy jesteśmy na swój sposób manekami” – mógł powiedzieć, ale co, jeśli tamten wziąłby to za kpinę? Jak można wiedzieć, co taki naprawdę czuje i myśli, jeśli samemu nie jest się manekiem? Przez moment czuł znużenie. Granice to część mojej pracy, Znack płaci mi i za ryzyko, i za rutynę – pomyślał flegmatycznie. Ale tym razem trafił na osobnika wyjątkowo podejrzliwego.

– Panie Wars, proszę przejść do komory zapachów. Został pan wytypowany do próby olfaktorycznej.

Mógł się jej poddać bez obawy. Po pierwsze – nie był manekiem. Po drugie – niczego nie przemycał pod skórą. Nie w tę stronę. A jednak poczuł na szyi strużki potu. To był właściwy moment, aby sprawdzić skuteczność kodołamacza, w który wyposażył go Znack.

Położył dłoń na ramieniu maneka w niebieskim kostiumie. Przez chwilę wyglądali jak rzymscy patrycjusze w geście pozdrowienia. Po trzech sekundach rozległo się delikatne „bip”.

– Procedura normalna – zmienił klasyfikację manek, zielonym snopem światła wskazując drogę.

Przejście przez łącznik graniczny, kiedyś tunel metra, nie było szczególnie uciążliwe, wymagało jedynie cierpliwości. Dziesięć minut dreptania urozmaicały dźwięki; melodia, która w miarę zbliżania się do Królestwa wpadała w nutę coraz bardziej uroczystą.

Kateńskie maneki witające różniły się od żegnających. Prawdziwych cudzoziemców – nie te farbowane lisy z Zawy – należało przywitać godnie.

Dłoń uzbrojona w pawie piórko wskazała na hologram chleba posypywanego solą. Że też im się nie popieprzy, myślał Przemek. A jednak się zdarzało. Kiedyś, zamiast dorodnego bochna obsypywanego szczyptą soli, ujrzał trójwymiarowy obraz dziecka ssącego kobiecą pierś. Innym razem – i to już, prawdę mówiąc, zahaczało o ideologiczną dywersję – był świadkiem, jak sam król kicha w potężną chustkę w grochy. W obu przypadkach zachował zimną krew, wiedząc, że szwankujący manek może pomyłkę przypłacić zesłaniem na złom. Nie moja zabawa, myślał. Swoich mam pod dostatkiem.

Przy stanowisku taxuł panował chaos. To, że zamawiało się pojazd na konkretną godzinę, właściwie nic nie znaczyło, bo pulsujący tłum w cudowny sposób niwelował porządek. Przemek wiedział, że najbardziej pożądaną cechą w Królestwie jest zdecydowanie. Bez wahania przedzierał się przez grupę protestujących. Miał swojego taxułkarza, na którego punktualności mógł polegać.

„Od razu widać skąd przyjechał!”. „Myśli że wszystko mu wolno!”. „Pobedzie troche to sie kultury nauczy!”.

Nie reagował. Podobne teksty należały tu do powietrza, którym się oddycha.

H961K dobił do pomostu o czasie.

– Gorzelnia Białystok? – spytał proforma.

– Nie. – Przemek pokręcił głową. – Podlubelski Okręg Węglowy. Strefa mieszkalna.

– Się robi… – manek zgrabnie wzbił pojazd w powietrze.

Po złapaniu wolnego korytarza ruszyli ostro do przodu. Taxułkarz zabawiał go monologiem na temat wczorajszego meczu żużlowego. Słuchał nieuważnie, od czasu do czasu uprzejmie potakując. Po kwadransie taxuła zawisła w powietrzu, oczekując zgody na lądowanie. Smog spowijający Lublin mieszał się z deszczowymi chmurami. Szyby górnicze uwijały się dziarsko. Kominy wyznaczające granice Podlubelskiego Okręgu Węglowego dymiły na potęgę.

– Tu niedaleko jest strefa odpoczynku, zwana Miasteczkiem Węglowym.

– Oryginalna nazwa… – mruknął pasażer.

– To co, nada się?

– Zobaczymy, niech pan ląduje.

– Poczekać? – Taxułkarz znał reguły, upewniał się tylko.

– Nie tym razem. Nie wiem, ile to potrwa.

Z H961K przetransportowali już tyle zakazanego towaru, że miał do niego pełne zaufanie, ale i szacunek dla jego czasu. Na pocieszenie wręczył kierowcy zieloną tabletkę, którą ten przyjął z westchnieniem.

Wąska uliczka była gęsto usiana barami. Idealne miejsce odpoczynku dla ludzi pracy.

Długo zastanawiał się, jak zabrać się do misji. Uderzyć od razu do kogoś z pionu decyzyjnego? Ale za kogo ma się podać? Jeśli przedstawi się jako obywatel Erfy, rozmowa będzie skończona. Katenianie są chorobliwie nieufni wobec byłych rodaków, a jakiekolwiek zainteresowanie węglem – numerem jeden na światowej czarnej liście kopalin – potraktują jak prowokację. Mógłby udawać neofitę, ale jak długo? Prędzej czy później będzie musiał wyjawić prawdziwe zamiary. Ostrożność i cierpliwość, powtarzał sobie. To jedyna droga do sukcesu. Z tą myślą przekroczył próg jednego z barów, który zwabił go nazwą. Czarne Złoto. Stojący pod ścianą emitownik igrce w wersji barowej, zachęcał słynnym golem zdobytym na Wembley w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim.

 

* fragment Buntu manekinów

Reklamy
Tagged with:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: