oto I owo

Opowieść listopadowa

Posted in miniatury literackie by hajton on 3 listopada 2014

we mgle2Przechodziłem koło tego jeziorka nieomal codziennie. Zbiornik niegłęboki, trochę ozdobny, trochę zabrudzony, na powierzchni lilie i papiery, na dnie monety i stare puszki. Najdłuższy bok wraz z dwiema dochodzącymi doń ulicami tworzył trójkąt, w którym – zwłaszcza po zmroku – znikały portfele i ajfony. Ale ptactwo miało enklawę, kurki wodne i cyranki kląskały wesoło, zaś mewy śmiały się bez ogródek (albo bez ogródków).

Gdy szedłem do biura, był w tej wodzie cały nienazwany optymizm dnia, gdy wracałem – drobne falki marszczyły się na znak tego, co znów się nie wydarzyło. Przypływ – odpływ. Nadzieja – frustracja.

Nie potrafię powiedzieć, od kiedy zacząłem dostrzegać jegomościa, który zawsze nadchodził z przeciwnego kierunku. Gdy ja szedłem do – on już wracał. Gdy ja z – on dopiero się kierował.

Wkrótce pojąłem, że facet pojawia się wyłącznie po to, aby mnie drażnić. Był zaprzeczeniem moich aktualnych dążeń. Gdy ja wierzyłem, on już wątpił, gdy ja traciłem wiarę, on ją właśnie odzyskiwał. Nie znosiłem go. Nie znosiłem serdecznie.

W końcu doszedłem do wniosku, że konfiguracja, którą tworzymy nieustannie mnie zeruje, jest czarną dziurą wysysającą siły witalne. Musiałem coś z tym zrobić. A mówiąc „z tym” mam na myśli „z nim”. Postanowiłem gościa przestraszyć. Niech zejdzie mi z drogi, przestanie zaprzeczać tym swoim łażeniem. Ktoś powiedział: „zniechęcanie najlepiej wychodzi jesienią”. Pamiętacie kto? Nie szkodzi, ja też nie.

Wybrałem dzień arcyjesienny. Pogoda sprzyjała: zero stopni, dżdż i mżż, wiatr, zmaterializowana beznadzieja. Pojawił się, a jakże. Był tak szary, że akurat dzisiaj mógłbym go przeoczyć. Zamiast irytacji poczułem strach. Spojrzałem mu prosto w twarz. Nie miał oczu, ust ani nosa. Wszystko czym był, nie istniało. Że też dopiero dzisiaj to zrozumiałem! Czy można pozbyć się natręta, którego nie ma?! Chwila słabości dużo mnie kosztowała. Drań uprzedził moje zamiary. Zanim zdołałem unieść ramiona popchnął mnie z całych sił. To ja, zamiast niego, znalazłem się w wodzie. Znów mi zaprzeczył.

Nie byłem przygotowany na listopadową kąpiel. Nie wiedziałem, co robić, zamiast wyczołgać się z koszmaru stałem w nim, unurzany po pas. Dokąd pójść? Gdzie się wysuszyć? W co przebrać? Jak w takim stanie mogę pojawić się w biurze? Sparaliżowała mnie wizja konsekwencji. W dodatku cyranki i kurki wodne szykowały się do ataku. A facet stał na brzegu i śmiał się złowrogo.

Wtem na ulicy pojawił się odkryty samochód dostawczy. Nie wiem czy kierowca zapatrzył się na mnie, czy na niego, ale rozległ się zgrzyt hamulców, pisk opon, a zaraz potem stukot, świadczący, że auto zatrzymało się na latarni. Z paki pospadały skrzynie, a z nich wytoczyły się setki różnej wielkości obciętych głów. Pandemonium rozlało się i rozpełzło – zło, zło! – po ulicy. Spanikowane mewy tłukły mnie – dlaczego mnie?! – skrzydłami i dziobały po twarzy, inne ptaki otoczyły kręgiem, nie pozwalając na jakikolwiek ruch. Pijawki wpijały mi się w łydki, a szczupak próbował zaciągnąć w szuwary. Węgorz owinął się wokół stóp. Musiał być elektryczny, bo poczułem nagły wstrząs. W samą porę. Wyrwałem się z macek, szpon i płetw, dałem odpór przeszywającemu zimnu i stawiłem czoło turkoczącym głowom, z których część powpadała do wody. Ależ to były… jabłka! Te bardziej nieforemne – ziemniaki! A te największe – kapusty! Zrobiło mi się swojsko.

Kierowca, choć z rozbitym nosem, krwawiącym łukiem brwiowym i kilkoma sińcami, zachował głowę na karku. Za to po facecie nie było ni śladu.

W biurze, w pierwszej chwili przestraszyli się nie na żarty, ale potem koleżanki spojrzały na mnie cieplejszym okiem, otuliły kocami i dały słodkiej herbaty. Koledzy popatrywali z zawiścią. Blady, przemoczony i podziobany, na ich wymuskanym tle musiałem wyglądać wyjątkowo męsko.

Od tamtej pory wiedzie mi się lepiej. Nabrałem pewności siebie, zaradności życiowej, może nawet pewnej bezwzględności.

A facet zniknął z mego życia tak definitywnie, że czasem aż mi go brak.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: