oto I owo

Psy mazowieckie

Posted in felieton literacki, podróże by hajton on 1 października 2014

piesekBiegnę. Jakiś pies sarka na mnie z zarośli. Bokser. Sądząc z postury, może nawet zapaśnik. Nie boję się. Siłacze mają miękkie serca.

Wpadam na ulicę. Prawdziwą, z chodnikami.

„Jak ja wam, biegaczom, zazdroszczę”, mówi przechodząca pani i wzdycha. Nie konkretyzuje, czego zazdrości. Za to jej pies, nieduży, rasawy, robi wrażenie, jakby niczego nikomu nie zazdrościł. „To proszę też biegać”, mówię ni w pięć ni w dziesięć, czyli w siedem i pół. Odpowiedź pani nie dociera do mnie, porwał ją – panią lub odpowiedź – wiatr.

Wbiegam na szutrową dróżkę, a jednak ulicę, bo ma nazwę, a w nazwie drzewo. Tu wszystkie ulice mają drewniane nazwy, tylko Ogarów polskich się wyłamuje. Spacerują po niej dwa ogary. Wyglądają jak zebra na krótkich nóżkach i czarna jaszczurka.

Wzdłuż ulic domy, domki, domiszcza. Wystawne i niedokończone, wytrawne i półsłodkie, szlacheckie i hollywoodzkie. Drewniane i plastikowe. Otynkowane i zamarłe w pół cegły.

Różne. Ale i podobne. Dzięki psom, choć i te różne.

Tabliczki informują, że większość budynków znajduje się pod czujnym okiem agencji ochrony mienia, jednak alarm działa dopiero po fakcie, podczas gdy pies spełnia funkcje ostrzegawcze i odstraszające. Nikt, jak pies, nie poinformuje o zbliżaniu się intruza. Nikt milknąc nie powie więcej.

Olbrzymi owczarek podhalański nie żartuje. Gdybym spróbował wejść na jego terytorium rozszarpałby mnie na strzępy. Gdyby zaś to on sforsował ogrodzenie, pewnie tylko odgryzłby mi nogę, żebym dobrze zapamiętał: „tu się nie chodzi!”.

Dwa owczarki niemieckie, może raczej austriackie. Jeden szczeka wściekle, drugi usiłuje przybrać podobny ton, choć widać, że udaje.

Jakiś polowczyk zdezorientowany, to ogonem zamacha, to znów zęby wyszczerzy, jakby nie wiedział, do której kategorii mnie zaliczyć, polujących czy polowanych.

Niektóre z psich strażników zanoszą się wściekłym ujadaniem, inne gardłowym bulgotem. Nakręcają się wzajemnie. Szczekają we wspólnej sprawie.

Gdzieś z odległej działki dobiega wycie; jego autor też chciałby poszczekać. To wycie jest wyrazem samotności.

Z dziury w płocie wypada naraz piesek zabawka. Biegnie przekosem, szczeka z przekąsem, gdy zbliżam się na odległość dziesięciu metrów niknie w swojej dziurze.

Przy skrzyżowaniu drogi szutrowej z asfaltową leży pies. Boję sie, że coś mu dolega, ale gdy nadbiegam, zrywa się i szczeka, choć nie ostentacyjnie. Pokazuje zęby, ale nie bez elegancji. Ten to już całej wioski broni. Mogą tu spać spokojnie.

Jadę samochodem. Staję. Próbuję włączyć się do ruchu, ale jego natężenie jest zbyt duże. Czekam już ponad kwadrans. Poczekam jeszcze z godzinę. Wyostrzanie uwagi nic nie daje. Nie ma szans wpasować się między rozwścieczone tiry. Tuż obok przejście dla pieszych. Kto je tu wymyślił? To tak, jakby piechurowi rzucić deskę nad bystrym, a szerokim nurtem. A jednak do przejścia ktoś się zbliża. Nie człowiek, pies. Owczarek mazowiecki. Zamiera, a ja razem z nim. To się nie może udać, to się nie uda. Koniec będzie tragiczny.

Pies rusza raz i drugi, próbuje ponownie, ale za każdym razem wycofuje się w porę. W końcu podejmuje decyzję, idzie krokiem skazańca na szafot. Nawet, jeśli cudem dotrze do osi jezdni, dalej nie ma szans, bo jadący z prawej strony dostrzegą go w ostatniej chwili, jeśli w ogóle dostrzegą. Jeśli zareagują. Pies przystaje na chwilę, spogląda na mnie, po czym kontynuuje desperacką próbę. Wierzy w swój szczęśliwy los. Jak zahipnotyzowany ruszam za nim. Do przejścia zbliża się ciężarówka. Nie zwalnia ani trochę. Jej kierowca nie może uwierzyć w naszą bezczelność. Kładzie się na klaksonie, a wtedy pies zrywa się niczym stumetrowiec, uskakuje przed tirem, zaś ja wjeżdżam w próżnię, którą ciągnie za sobą potwór na kołach. Przez moment widzę jeszcze psa. „Człowieku, my tu nie takie numery robimy”, śmieje mu się pysk.

Staję na poboczu. Muszę napić się wody. W mazowieckim kiosku jest wszystko. Nawet piórkowe lotki do badmintona, których daremnie szukałem w sklepie sportowym. Każda w innym kolorze. W przezroczystym pojemniku układają się w tęczę. Złoty pięćdziesiąt sztuka. „Za lekkie”, ocenia sprzedawca i oferuje mi plastikowe. „Dwie ostatnie”. Te z kolei, wiem z doświadczenia, nie polecą, choć kuszą ceną mniejszą o pięćdziesiąt groszy.

Staruszek na rowerze wita się ze mną wylewnie i żegna kordialnie. Jego towarzysz, mały pies po przejściach ulicznych zauważa mnie pojedynczym ruchem ogona. Zniekształcona artretyzmem dłoń mężczyzny ma w sobie zadziwiająco dużo krzepy. Początkowo myślę, że mnie z kimś pomylił. Ale, chyba nie. Być może u schyłku swoich lat doszedł do wniosku, że jedyne, co człowiek może ofiarować drugiemu człowiekowi to serdeczność.

Jakiś pies szczekał długo w noc, jakby chciał powiedzieć: „o mnie też napisz!” „Napiszę, napiszę…”, rzuciłem z okna około drugiej, ale chciał mieć pewność i szczekał do świtu.

Reklamy
Tagged with: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: