oto I owo

Cinema gris

Posted in felieton literacki, żarty literackie by hajton on 6 stycznia 2014

śniadanieOd zarania kino stara się pokazać więcej niż oferuje rzeczywistość (rzeczywistość: uboga krewna kina), ale dzisiejsze możliwości narracji filmowej wzrosły w sposób niebotyczny.

Co z tego, że „wszystko już było”, kiedy możemy opowiadać od nowa i bez końca, za każdym razem sprawniej.

I właśnie w chwili, w której największym – jeśli nie jedynym – dylematem kina jest, nie „co”, ale „jak” pokazywać (a słowo „jak” mógłbym tu zastąpić słowem „bardziej”), na ekranach pojawił się zdumiewający obraz zatytułowany „Bez dwóch zdań” (zaprawdę, nie wiem co skłoniło dystrybutora, aby tak przetłumaczyć oryginalne „No more questions”).

Zdumiewający? A tak! Powiem więcej: rewolucyjny! Kto by się spodziewał, że w kinie – a również w teatrze i w literaturze – istnieje olbrzymia sfera nieopowiedziana. Chodzi o wszystko, co dzieje się poza akcją, co jest jej niepokazanym łącznikiem, spoiwem, bez którego bohaterowie nie mogliby dokonywać swoich heroicznych/komicznych/obrzydliwych czynów.

Przeciętny film trwa około półtorej godziny. W tym czasie twórcy upychają na ekranie wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni tygodni/miesięcy/lat. Ile więc muszą pominąć? Jak w ogóle może być mowa o budowaniu wiarygodnej sylwetki psychologicznej, jeśli nie wiemy, czym bohater się odżywia, w jakiej pozycji śpi, jak często odwiedza toaletę, w jakich sklepach zaopatruje się w wiktuały, a w jakich kupuje meble… Zgoda, na tak radykalnym przesunięciu akcentów traci nieco widowiskowość, ale zyskuje głębia artystyczna, powiązanie z organicznym życiem i jego – z pozoru – szarymi sprawami.

Przecież bohater w akcji to tylko pochodna bohatera podejmującego decyzje, dojrzewającego do aktywności. Posłużę się tu paralelą: nikt nie wątpi, że ukoronowaniem cyklu produkcji wina jest jego konsumpcja, ale przecież na finalną jakość składa się wszystko, począwszy od uprawy, poprzez wytwarzanie, aż do brzemiennego w skutki leżakowania.

„Bez dwóch zdań” nie jest filmem długim, nie jest też szczególnie krótkim (całość, wraz z napisami nie przekracza siedmiu godzin). Ale jak inaczej opowiedzieć: sen, przebudzenie, poranną toaletę, spacery, zakupy, kolejki, oczekiwania, chwile nagłej, a nieoczekiwanej zadumy?.. Jak nie uwikłać się w skrótowość, w przekaz paradzienikarski? Jak powstrzymać i odeprzeć pokusę pójścia na artystyczną łatwiznę?

To bodaj pierwszy film w ponad stuletniej historii kina, który wyjaśnia, co w rzeczywistości jest inicjacją formacyjną bohatera. Czarno na białym otrzymujemy ten, aż do tej pory lekceważąco pomijany, entourage, bez którego wszystko mogłoby potoczyć się zgoła inaczej. Toż to czysta „prawda czasu, prawda ekranu”! – chciałoby się zakrzyknąć entuzjastycznie.

Aby nie psuć widzom przyjemności delektowania się obrazem, króciutka tylko próbka. Za to jak wymowna, jak poruszająca…

Bohater decyduje się na spacer pod prąd głównego nurtu chodnikowego, co naraża go na nieprzyjazne spojrzenia, zaczepki werbalne, a nawet kuksańce. I kiedy – po około dwudziestu minutach – napięcie sięga zenitu, kiedy wraz z maszerującym czujemy się wywrotowo, w kontrze, w psychicznej niewygodzie, i właściwie błagamy go bezgłośnie: „zawróć, zawróć jak najszybciej!”, ten nie tylko nie poddaje się, ale brawurowo skręca w lewo, gdzie tłum jeszcze większy, a chaos niemalże kosmiczny… To scena mocniejsza niż życie samo. Już za ten tylko fragment „Bez dwóch zdań”/„No more question” z pewnością przejdzie do historii kina, a wysyp nominacji i nagród wydaje się jedynie kwestią czasu.

Zewsząd dochodzą sygnały, że producenci wyczuli trend, zaś artyści pojęli głębię, którą kultowa produkcja otworzyła przed nimi. Jak grzyby po deszczu powstają nowe obrazy, od Meksyku („Zapomniane Pueblo”), do Islandii („Narodziny gejzeru”), od Tanzanii („Wieczór, ranek i znów wieczór”), do Wietnamu („Płyń rzeko, płyń”). Na naszych oczach powstaje gatunek, który krytycy zdążyli już nazwać „cinema gris”. I tylko módlmy się, aby nasi filmowcy nie pozostali i tym razem w tyle. Niech nikt nam nie próbuje wmówić, że nasz dzień codzienny, nasze szare bytowanie mniej szare jest niż średnia szarość światowa.

„Szary to kolor”, jak powiedział John Dalton.

A przynajmniej ktoś mi powiedział, że tak powiedział.

Reklamy
Tagged with:

Komentarze 2

Subscribe to comments with RSS.

  1. Klaudia said, on 9 kwietnia 2014 at 20:22

    Bo film to taka rzeczywistość pozbawiona elementów nudy, przewidywalności, powtarzalności. Jak bohater wchodzi n schody a potem widzimy go u celu, to wiemy, że po nich wszedł i tyle nam do szczęścia (czy też zrozumienia akcji) potrzeba 😉
    No dobra, jest jeszcze ośmiogodzinny „Sen” Worhola jako przeciwwaga 😉

  2. hajton said, on 10 kwietnia 2014 at 01:25

    I szare kino pomiędzy nimi 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: