oto I owo

Książka odnosi sukces…

Posted in miniatury literackie by hajton on 19 września 2013

burza słonecznaPewnego ranka, gdy zmierzałem dziarsko z kubełkiem w kierunku śmietnika podszedł do mnie nieznajomy. Ale troszkę jakby znajomy. Taki ja po nieprzespanej nocy. Widziałem, że coś do mnie ma, lecz unikałem kontaktu wzrokowego. Z takimi nigdy nie wiadomo. Zauważyłem, że w ręce trzyma sporą garść luźnych kartek.

–  Książka odnosi sukces, jeśli jutro piszącego pokrywa się z jutrem czytającego!.. – wychrypiał mi nagle prosto w twarz, uderzając wierzchem dłoni w plik papierów formatu A4.

Czyli twoje jutro z moim? – chciałem uściślić ironicznie, ale nie zdążyłem, gdyż typ zniknął za załomem śmietnika.

Co za bzdury! Jakże tak? Gdzie tu sens? Gdzie logika?

Idiotyczne słowa wryły mi się w mózg, nie mogłem o nich zapomnieć, analizowałem na różne sposoby…

Czy jutro piszącego to po prostu następny dzień? A może to dzień, w którym budzą się jego bohaterowie? Jutro piszącego należy tak do niego, jak i do dzieci jego wyobraźni. O którym więc  j u t r z e  mówimy? Jutro piszącego mogło wydarzyć się wczoraj, dwadzieścia albo i tysiąc lat temu. Albo wydarzy się dopiero, ale nie jutro, tylko za tydzień, rok, wiek…

Lecz co, jeśli piszący zapamiętał się, poplątał bohaterów i dni, we śnie szalonym pomieszał rzeczywistości? Przecież zawsze chciał udowodnić, że czas jest pojęciem względnym. Wolnego, musi istnieć jutro, tak, jak istnieje wczoraj, ale… może wcale nie, może nie ma ani jednego, ani drugiego, ponieważ wszystko jest ciągłym stawaniem się – jak twierdził Heraklit – trwaniem i brakiem ruchu – jak dowodził Zenon – lub wręcz nie ma nic, a nawet jakby było, pozostałoby niepoznawalne – jak przekonywał Gorgiasz.

Czy po takim trzęsieniu czaszki jakieś tam „jutro” ma jeszcze w ogóle prawo bytu?

A może chodzi o jutro symboliczne, jutro – świetlaną przyszłość, tak zwane lepsze jutro?

Pod wieczór zdałem sobie sprawę, że nie dotarłem nawet do połowy. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? W którym miejscu przerzucić kładkę między jutrem piszącego, a czytającego?

Ten ostatni ma sporo możliwości. Może odkładać przeczytanie kolejnego rozdziału na jutro, na kolejne jutro, na jeszcze jedno jutro… Może wymieszać czasy kilku książek czytanych równolegle, może nawet powiedzieć: jutro już na pewno: a)kupię, b)wypożyczę, c)zacznę, d)skończę, e)rzucę z mostu w szarobury nurt – książkę takiego, a takiego autora.

Próbowałem pisać, ale nieszczęsna myśl o paralelnym jutrze ciągle wytrącała mnie z koncentracji. Męczyłem się tak aż do rana, jednak około siódmej dałem za wygraną. Wsunąłem pod pachę plik papierów i wybiegłem z domu.

No dalej, używajcie sobie, sąsiedzi – mruczałem, zanurzając się w paszczę mglistego poranka. Patrzcie, jak nieprzytomny autor zmierza w kierunku śmietnika, w jednej ręce manuskrypt, w drugiej zapałki, krok błędny, zarost wyraźny, niechęć całkowita, mizantropia kwitnąca, w oku obłęd, w kieszeni kilka miedziaków – pragnienie jeszcze nie wybrało między kefirem a piwem – agonia inwencji, nienawiść do świata solidnie umotywowana…

Niech ja tylko spotkam tego mądralę od fałszywych twierdzeń, tego cwaniaczka od siania zamętu!..

Wtem dostrzegłem, że z drugiej strony śmietnika nadciąga jakiś typek podobny do mnie, tylko świeższy, z wiaderkiem w dłoni. Może to ten sam, myślę, ubrał się porządnie i ogolił. Spoglądam porozumiewawczo, ale ten jakby unikał mego wzroku. Podchodzę więc bliżej, uderzam kantem dłoni w moje wypociny i mówię:

– Książka odnosi sukces, jeśli jutro piszącego pokrywa się z jutrem czytającego!..

Chciałem go sprowokować do jakiejś reakcji, ale naraz widzę kolejnego osobnika; nadciąga alejką, ponury jak chmura gradowa, też podobny, też jakby ja, tylko już całkiem skloszardziały, wyraźnie zawiedziony, wściekły, w dłoni jakaś książka… Pewnie uwierzył, że obcuje, jeśli już nie z arcydziełem, to przynajmniej z arcydziałem, z wyrzutnią rakietową pomysłów, z arcydzięglem prozy, z egzegezą i ekspiacją, z hetmanem i ketmanem, z odpowiedzią na elementarne pytania: Jak? Dlaczego? Po co? – a tu okazało się, że ma w dłoni ledwie tanie romansidło, po wielekroć powielaną fabułkę, że autor go uwiódł i porzucił, omamił po to tylko, żeby rozczarować, rozpylić oczekiwania, rozmemłać mgłę nadziei w mamałygę trywialności…

Schowałem się za kubeł, ciekaw, co wyniknie ze spotkania porządnego z kloszardem. Ale oni jakby się nie widzieli. Ich doskonała wręcz wzajemna obojętność była żywą ilustracją powiedzenia o nadawaniu na innych falach.

Ale dzięki nieoczekiwanemu zdarzeniu ochłonąłem nieco i odstąpiłem od zamiaru spalenia rękopisu. Zresztą pewnie i tak by nie spłonął; ponoć rękopisy odporne są na ogień (tylko jakoś mało autorów chętnych, aby się o tym przekonać).

I wtedy – jakby w zamian – tknęła mnie myśl nowa: może sam przeczytam to, co napisałem?

I tak właśnie pokryły mi się jutra.

Znalazłem rozwiązanie problemu.

Autorzy powinni sami czytać własne książki.

Oto jedyna pewna droga do sukcesu.

Advertisements
Tagged with: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: