oto I owo

Giezło i komża – Płóciennny woreczek

Posted in książki, książki nieistniejące, recenzje, zabawy literackie by hajton on 1 lutego 2013

giezłaIlekroć w moje ręce wpadnie książka nieprzewidywalna, sławię literaturę. Cóż nam po setkach powtórzeń, tysiącach kopii, łaźniach wampirzej krwi, dowodzeniu, że literatura kobieca jest w istocie męską i odwrotnie, ekscytowaniu buduarową erotyką, ustanawianiu rekordu w trupominucie (ilości trupów na minutę) czy wymachiwaniu pałeczką czarodzieja.  „Giezło i komża” jest pozycją, przy której zamieramy (względnie piejemy) z zachwytu. Autor wzbił się wyobraźnią aż pod niebo. Co tym ciekawsze, że książkę oparł na faktach.

Gucio to z pozoru przeciętny chłopiec, mieszkaniec przeciętnego miasteczka. Jak wielu młodzieńców i jego nie omija epizod ministrancki. Scena w zakrystii przybliża nam po raz pierwszy jego ciekawską naturę. W braku dostępu do poważniejszych używek Gucio postanawia zapalić kadzidło. Przyłapany na kradzieży, ani przez chwilę nie próbuje sztubackich wykrętów. Kościelny, któremu taka postawa imponuje, nie tylko puszcza chłopaka, ale daje mu nawet kilka bibułek, pod jednym wszakże warunkiem: Gucio musi rytmiczniej uderzać w dzwonki mszalne. 

Już wkrótce ciekawość świata okaże się w Guciu tak silna, że spakuje do plecaka cały swój dobytek (odświętne giezło i ministrancką komżę) i porzuci miasteczko. Pociągiem na gapę udaje się do Gdyni. Tam melinuje się w ładowni drobnicowca M/S „Obieżyświat” i rozpoczyna rejs w nieznane. Nie jest moją rolą opisywanie przygód w podróży, zresztą nie było ich znów tak wiele. Gucio szczęśliwie trafił na statek wiozący spory zapas ptasiego mleczka. Żeby nie przesłodzić przeskoczmy do kolejnego rozdziału. Oto widzimy, jak zemdlony od nadmiaru słodyczy chłopiec przewiesza się przez reling, oddając morzu to, co nie jego. Czując, że dłużej już nie zniesie słodkiego wypasu postanawia zmustrować. I naraz akcja doznaje przyspieszenia, bowiem okazuje się, że portem, w którym Gucia naszły mdłości wcale nie była Ryga, tylko Hawana. Jesteśmy na Kubie, w złotych latach Fidela Castro. Młodzieniec wie, że z reżimem nie ma żartów. Na powitanie nowego lądu odziewa się starannie w odświętne giezło, komżę symbolicznie zawieszając na maszcie „Obieżyświata”. 

„Płyń, komżo, płyń”, szepcze Gucio nostalgicznie, odprowadzając „Obieżyświata” wzrokiem. „Morze przydasz się jeszcze jakimś ludożercom?”… (tego ostatniego wprawdzie nie rozumiem, ale kto mówi, że literatura musi być łatwa?)

Ale nic po ostrożności! Życie pisze własne scenariusze. Miejscowi, nieobeznani z nadwiślańskim dresscodem, mylnie biorą odświętne giezło za… komżę właśnie! Młodzieniec, któremu w głowie raczej użycie i romanse niż konfesjonały i zakrystie, wbrew własnej woli zostaje wzięty za misjonarza i głosiciela dobrej nowiny. Carlita, miejscowa piękność, bezprzytomnie zakochana w egzotycznym przybyszu, wybierze raczej śmierć w szczękach rekina niż cielesne zbrukanie świętego młodzianka. Zrozpaczony Gucio, którego intencje pozostają nieodkryte, rejtanowskim gestem drze odświętne giezło w strzępy, by po wypiciu beczki Cuba libre wstąpić do tajnej policji dyktatora. 

W finałowej scenie…

Ale nie, nie mam prawa jej opisać, to trzeba po prostu przeczytać!

Smakowity majstersztyk (filet z rekina), ale jak literacko przyrządzony! Palce lizać.

Czytając zastanawiałem się, czy można „Giezło i komżę” postawić w jednym rzędzie z „Czerwonym i czarnym” Stendhala. Zaryzykowałem i postawiłem. I co? Na półce doskonale prezentują się obok siebie!

A teraz… No właśnie. Po literackiej orgii, jaką zapewniła nam lektura pierwszej książki, chciałoby się już raczej zamilknąć, pominąć nieszczęsny „Płócienny woreczek”, który przy rozpasaniu „Giezła i komży” jest powieścią wątłą, nijaką, bladą, chorą na zanik i niedostatek.

Gerwazy, główny bohater, przez całą książkę łazi od domu do domu, próbując wypełnić swój pusty woreczek miedziakami, cukierkami, czy co mu tam wrzucą. „Święty człowiek”, szepczą jedni. „Pomyleniec”, pukają się w głowę drudzy. Nie przychylam się do żadnej z opinii. Tragizm jednostki jest aż nadto wymowny i męczący. Bowiem woreczek Gerwazego jest dziurawy. Czy nie lepiej (i krócej) wyraził to swego czasu twórca znanego poematu „Szedł Grześ przez wieś”?.. Czego do środka nie wrzucić – znika w rosie traw i pyle drogi. Trud Gerwazego do tego stopnia nie ma końca, że Czytelnik z trudem uwierzy w jego początek. No, jest tam parę scen pysznych, obserwacji soczystych i uwag pierwszorzędnych, w rodzaju: „kamień kamieniowi kamieniem”, zaś uporczywe nieinformowanie bohatera o dziurawości jego worka można uznać za krytykę społeczeństwa konsupcyjnego (a przynajmniej marnego poziomu okulistyki w tymże), ale trochę to mało jak na z górą trzysta stron prozy.

Najkrócej?

„Giezło i komża” górą. „Płócienny woreczek” doliną.

Lecz pamiętajmy, że bez dolin nie byłoby gór.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: