oto I owo

Koala Airlines

Posted in miniatury literackie by hajton on 1 stycznia 2013

koalaZgodnie z niepisaną tradycją noworoczne wyprzedaże zaczęły się już w grudniu. Tym razem ja również postanowiłem skorzystać z okazji i kupiłem samolot. Nie za duży, nie za mały, tak abym zmieścił się w nim z podręcznym bagażem i paroma kanistrami rezerwowego paliwa. Cel mi bowiem przyświecał. Nie kupiłem tego latawca ot, tak sobie, tylko po to, żeby choć raz w życiu załapać się na wszystkie sylwestry świata. Dziwicie się może? Niepotrzebnie, zaraz wszystko wyjaśnię.

Samolocik kupiłem online, w punkcie, w którym Ziemia rozpoczyna przygodę z Nowym Rokiem. Wyspy Samoa. To istne zagłębie awionetek wszelkiej maści oraz niewielkich odrzutowców. Co roku całkiem spora liczba obywateli świata wpada na pomysł podobny do mojego. Chcą witać Nowy Rok przez dwadzieścia cztery godziny. Kiedy już zrealizują swój cel, z ulgą i po przystępnej cenie pozbywają się latadła, które w codziennym życiu jest sprzętem mało praktycznym. Pośrednicy handlują maszynami przez cały rok, ale na prawdziwe okazje można trafić zgodnie ze światowym kalendarzem wyprzedaży. Dlatego radzę; jeśli kiedykolwiek przyjdzie komuś do głowy kupno niewielkiego samolotu (z nowoczesnymi szybowcami włącznie), niech od razu kieruje myśli w stronę Samoa. Najlepiej tuż po Bożym Narodzeniu.

Dokonawszy transakcji za symboliczną złotówkę (mogłem za nią kupić Mistrala, ale mało praktyczny), nieco więcej musiałem zainwestować w samą podróż. Ale – nie od dziś szykując się do wyprawy – od dawna polowałem w sieci na super okazje. I tak, trasą z Warszawy do Amsterdamu, przez Doha i Bangkok do Sydney, stamtąd do Wellington w Nowej Zelandii, dostałem się w końcu do Apia, stolicy Niezależnego Państwa Samoa. W czterdzieści osiem godzin. Za niecałe tysiąc złotych.

Samolocik odebrałem bez problemu, samoański pośrednik udzielił mi półgodzinnej lekcji korzystania z polotu (pojazd – polot), zatankował bak do pełna, zaopatrzył w komplet kluczy francuskich, szwedzkich i samoańskich, a także apteczkę i flaszeczkę miejscowego spirytusu. Rezerwowe baki musiałem kupić sam, za ich napełnienie również buląc z własnej kieszeni. Obsługa niewielkiego lotniska polowego pod Apia dała mi do zrozumienia, że nie będą bawić się w nadmierne sprawdzanie dokumentów, byłem odleciał szybko i w miarę sprawnie, bo kolejka domorosłych pilotów, obieżyświatów wszelkiej maści wydłużała się z każdą chwilą. Kazali mi tylko lecieć nie za wysoko i omijać posterunki graniczne oraz radary i satelity.

Trochę się martwiłem czy zdołam skorelować szybkość samolociku z obrotem Ziemi, tak aby ciągle być równolegle ze świtem. Niepotrzebnie. W komputerze pokładowym wystarczyło zaakceptować tryb sylwestrowo-noworoczny. Samolot sam dostosowywał prędkość i wybierał trasę, dokonując niezbędnych korekt w razie załamania pogody.

Pozostało mi podziwianie. A było się czym zachwycać…

Czarowały mnie ludne i bezludne wyspy, wysepki Oceanii i Pacyfiku, koralowe rafy i stada delfinów, próbujące ścigać się z cieniem mojego polotu. Kosząc południki i równoleżniki zahaczyłem o ponure Wyspy Kurylskie, by już wkrótce strącić czapę śniegu z wierzchołka Fudżijamy. W szanghajskim smogu omal nie straciłem orientacji, za to potem pasłem oko zadziwiającym, brunatno-złotym kolorytem Mandżurii i mongolskimi stepami, których trawy kładzione wiatrem wyglądały jak wielobarwne morze. Mój samolocik ruszył w kierunku Petersburga, jak ptak rozrywając szarość jego nocy, po czym skierował się jeszcze bardziej na północ. Wydawało mi się, że dostrzegam Finów biegających po śniegu i biczujących się brzozowymi witkami w takt rytualnego tańcu, zaś jeden z islandzkich gejzerów złośliwie trysnął mi wrzątkiem w przednią szybę, tak, że przez dobrą minutę była zaparowana. Zafascynowany pokazem fajerwerków nad Tamizą omal nie ściąłem Big Bena, za to potem miałem przed, pod i za sobą tylko ocean, który pozdrawiał mnie grzywami bałwanów, paradą waleni, sygnałami ostrzegawczymi korwet, tanecznymi dźwiękami transatlantyków. Czasami przelatywał nade mną dreamliner z nieszczelną toaletą. Wszędzie i ciągle prowadziła mnie łuna świtu, towarzyszyły mi słoneczne obiecanki, a tak mi było z tym dobrze, że prawie bezwiednie przeleciałem nad Ameryką, pisząc linię od Liberty Island (Statua Wolności) przez Utah i Góry Skaliste do Los Angeles i nieuchronnie zbliżając się do punktu wylotu.

Igrając od wielu godzin ze strefami czasu, straciłem w końcu rozeznanie. Czy jestem jeszcze w Starym czy już w Nowym Roku? I nostalgia mnie chwyciła przechodząca w żal okrutny, że to, na co tyle czekałem, kończy się zbyt szybko, że – co prawda – opasałem glob ziemski, ale co z tego, skoro można by go tak opasywać w wielu miejscach, różnymi pętlami, bez końca. Przede mną był nowy dzień, nowy świt, nowy rok, przecież każdego dnia coś się zaczyna…

Ponieważ wieża kontrolna w Apii nie dawała mi wyraźnych sygnałów do lądowania (przypuszczam, że chłopaki się po prostu pospali), odstąpiłem w ostatniej chwili od pierwotnego zamiaru, gwałtownym przechyłem skrzydła zahaczając jedynie kilka dodatkowych baków z paliwem i porywając skrzynkę cateringową przeznaczoną dla pasażerów klasy biznesowej jumbo jeta latającego w barwach „Koala Airlines”.

I tak już zostało.

Niezbędnych przeglądów technicznych dokonuję na bezludnych wysepkach, w czym nieocenione usługi oddaje mi zupełnie u nas nieznany klucz samoański, zaś ludzie z lotniska pod Apią chyba mnie polubili, bo gdy tylko przelatuję w pobliżu, zawsze natrafiam na bezpańskie beczki z paliwem, tudzież hermetycznie zapakowane pojemniki ze specjalnościami lokalnej kuchni. W zamian odpalam im trochę śniegu z Himalajów lub, od święta, garnek bigosu.

Jeśli więc któregoś dnia zobaczycie nisko nad głowami niewielki biały samolocik, niewykluczone, że to ja. Albo jeden z tych, którzy wyruszyli śladem umykającego świata i nie chcą się zatrzymać.

Reklamy
Tagged with: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: