oto I owo

Sztuka kąpieli

Posted in felieton literacki, żarty literackie by hajton on 29 grudnia 2012

wanna z wodąPrzełom starego i nowego roku sprzyja medytacjom, wymusza podsumowania i zachęca do postanowień. Aby nie wpędziły nas w depresję świąteczno-noworoczną należy zadbać o sprzyjające okoliczności.

Niezastąpionym tłem rachunków sumienia (bo już nie rachunków za wodę) jest odgłos ciepłego strumyczka wpadającego do wanny wśród widowiskowych oparów i mgiełek. W łazienkowym zaciszu żadne niepowodzenie nie wyda się nam ostateczne, zaś wśród noworocznych postanowień nie znajdzie się takie, które uznamy za nadto śmiałe.

By tak się jednak stało musimy dopilnować kilku szczegółów. To dzięki nim wanienny komfort okaże się ozdrowieńczy, a może nawet zbawczy. Zacznijmy od tego, że w kąpieli musi zostać zachowana jedność miejsca, czasu i akcji (grecka tragedia kłania się tu w pas czystym przypadkiem). Nie polecam kąpieli typu „ja w Kozienicach, wanna w Radomiu, a woda w kranie”.

Gdy tylko uda nam się zgromadzić siebie, wannę i kurek w jednym pomieszczeniu, możemy zaczynać!

I tu się właśnie okazuje, że kąpiel, jak wiele innych, prostych z pozoru czynności, wymaga teoretycznego przygotowania.

Zacznijmy od wody. To od jej ilości oraz temperatury zależy jakość naszego plusku. Za mało – niedobrze. Wyobraźmy sobie kuszącą wannę, wypełnioną zaledwie w jednej trzeciej. Podczas gdy tył naszego ciała (zakładając, że kładziemy się na plecach) rozgrzewają już ciepłe prądy, jego przednie partie marzną nieokryte i nieogrzane. Jesteśmy jako te pisklęta nieopierzone, gęsią skórką spowite…

Jeśli jednak wody jest za dużo, też źle. Zanurzamy się w cieple po uszy, tymczasem nadmiar wypartej cieczy (Archimedes) spływa po kafelkach, zalewając kapcie, dywaniki, i co tam jeszcze stoi (lub leży) na podłodze.

Temperatura. Za niska, to koszmar. Cała przyjemność kąpieli gdzieś się ulatnia, a próby dolania wrzątku kończą się zazwyczaj miejscowymi poparzeniami. Taka kąpiel ma tylko jeden przyjemny moment – gdy się kończy.

Lecz za wysoka też nie jest dobra. Po pierwsze, nie da się do niej wejść. Stoimy więc w nagim dygocie, rozpaczliwie próbując schłodzić wrzątek, czego wynikiem jest zazwyczaj wyziębienie ciała i nadmierne wychłodzenie wody, bowiem podrażniona skóra przestaje reagować racjonalnie.

Pewnej zimy stulecia w moim mieszkaniu wysiadło ogrzewanie. Jedyną szansą rozgrzewki była wanna. Spragniony ciepła rzuciłem się pod nieśmiały, podejrzanie krztuszący się strumyczek. Ale nieswój jakiś był; co go podkręcałem, by dodać celsjuszy, jemu spadało ciśnienie. A wraz z nim temperatura. Gdy dygot mego ciała omal nie rozbił ceramicznej wanny, strumyczek ustał zupełnie. Okazało się, że gdzieś po drodze zamarzł. To była niezapomniana kąpiel.

Załóżmy jednak, że szczęśliwie udało nam się przebrnąć przez kąpielowe elementaria. Kolejne pytanie brzmi: czego dolać i kiedy?

Można oczywiście użyć mydła, ale przecież wiadomo, że złośliwie wyślizgująca się kostka będzie tyle razy wpadać do wody, aż damy za wygraną, zapomnimy o niej, a wychodząc z wanny wywiniemy solidnego orła (albo kozła, jeśli komuś orzeł jest za dużo).

Dlatego przejdźmy od razu do mydeł ciekłych. Dostępna jest cała gama zapachowa płynów do kąpieli. Utrafienie z właściwym, to znaczy relaksującym lub pobudzającym jest sztuką samą w sobie. Niech nie sięga po lawendę ten, kto ma w planie aktywny wieczór. I odwrotnie – wyciąg z kasztanów spowoduje, że nie tylko nie zaśniemy, ale może i weźmiemy się w nocy za prasowanie. Wspólną cechą płynów do kąpieli jest ich wściekłe pienienie się. Dolane za wcześnie (i w nadmiarze) wylezą z wanny niczym ektoplazma i zaczną żyć własnym życiem (patrz: „Wojna domowa” – odcinek pod tytułem „Dzień matki” – kąpiel w bułgarskim olejku różanym, oraz scena finałowa z filmu „Party” z Peterem Sellersem).

Ale zapach kąpieli to tylko element całościowej kompozycji. Niemniej ważne jest, co znajdzie się w lampce, którą postawimy na brzegu wanny (byle się tylko nie wylała).

Do wspomnianej już lawendy pasowałoby… na przykład campari z kostką lodu i kroplą soku pomarańczowego. Gdy dodamy do kąpieli ekstrakt lasu iglastego, pomyślmy raczej o szklaneczce mrożonego pepermintu. Wielbicielom kąpieli straight (bez dodatków zapachowych) polecam takież napitki, na przykład kieliszeczek zmrożonej wódki. Można też wybierać formy kombinowane (na przykład wrzucenie do wanny trawki z żubrówki). Zdecydowanie natomiast odradzam piwo grzane, winnego grzańca jak również grog lub herbatę z rumem, gdyż równoległe atakowanie termiczne organizmu od wewnątrz i zewnątrz prowadzi w linii prostej do przegrzania. Nie od rzeczy są też drobne przekąski, lecz miejmy się na baczności, aby nie było wśród nich takich, które wpadając do wody zmącą jej przejrzystość i naruszą kompozycję zapachową. Najbardziej bezkarne będą tu krążki owoców cytrusowych, ewentualnie kawałki czekolady, ale koniecznie kulinarnej, czyli łatwo rozpuszczalnej, z tym że wówczas temperatura wody musi być bliska wrzenia, a nie wszyscy to wytrzymują.

Przenieśmy się w sferę ducha.

Roli właściwego oświetlenia nie trzeba nikomu uzmysławiać. Wspaniały efekt daje kąpiel w blasku świec (światło księżyca też jest niezłe, ale nie każda łazienka ma okno). Pomyślmy jednak o tym zawczasu, bowiem gdy pomysł olśni nas dopiero w wannie zalejemy pół mieszkania, w mokrym szaleństwie poszukując najmniejszego choćby ogarka (zapalenia zapałki ociekającą ręką to również nie lada wyczyn).

Muzyka. Jaką muzykę sobie nastawisz, tak się wykąpiesz. Zrezygnowałbym jednak z form nazbyt rozbudowanych, zwłaszcza odradzam opery (woda wystygnie, a dolewanie gorącej zakłóca odbiór), na rzecz miniatur (w wodzie doskonale sprawdzają się impresjoniści oraz zespół Nirvana).

A teraz czytadła. W kąpieli niezastąpione.

Nie polecam dzienników, tak ze względu na treść jak i format. Kąpiel ma przynosić ukojenie, a manipulowanie olbrzymią płachtą gazety kończy się przeważnie jej umoczeniem.

Lepsze – formatowo – są tygodniki, natomiast treściowo – magazyny. Te jednak z kolei są nieco zbyt ciężkie i niejednokrotnie o zbyt śliskiej (glamour) okładce. Książek szkoda. Ilu to już autorów się potopiło, ilu twórców skończyło tuż pod powierzchnią. Książka wyschnie, ale purchle pozostaną. Audiobooki? Pewnie, dlaczego nie. Ale słuchanie ich w wannie często kończy się zaśnięciem. Jakimś rozwiązaniem są ebooki, ale z oczywistych względów tylko „jakimś”. Odporność ebooka na wodę jest mniejsza niż książki tradycyjnej. I gdzie ten postęp?

A może poezja? Oczywiście że tak! Zwłaszcza we własnym wykonaniu! Przecież każdy z nas nosi w głowie parę wersów. Wygłoszenie (choćby w duchu) takiej na przykład inwokacji, to czysta rozkosz. A gdy już nic nam nie przychodzi do głowy, zawsze możemy pokusić się o wielką improwizację w stylu bąbelkowo-dadaistycznym.

Czas kąpieli pozostawmy indywidualnym predyspozycjom. Krótko mówiąc, siedzimy w wannie tak długo, jak nam się podoba. Pamiętajmy tylko, że do wanny wpędziły nas rekolekcje noworoczne i poświęćmy im trochę czasu.

Na koniec drobiazg, ale ważny. Chodzi o odległość ręcznika od wanny. Niby niuans, a może wpłynąć na odczucia finalne.

Tak, to chyba wszystko.

Niepokoi mnie tylko ten odgłos.

Dziwny jakiś…

O… jasna cholera!

Woda mi się przelała!..

Reklamy
Tagged with: , ,

Jedna odpowiedź

Subscribe to comments with RSS.

  1. Basia said, on 29 grudnia 2012 at 16:09

    A gdzie umiescimy pieska?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: