oto I owo

Krasnal w trzcinach

Posted in książki nieistniejące, żarty literackie by hajton on 1 grudnia 2012

kucie mieczaPo długim wyczekiwaniu możemy w końcu zakrzyknąć: Jest! Dotarła i do nas! Kolejny to przykład, że nie musimy czuć się kulturalną peryferią świata.

W księgarniach pojawiła się pierwsza część książki, która tryumfalnie kroczy od kraju do kraju, przekracza górskie łańcuchy i wstęgi rzek, łączy, cieszy i fascynuje. Oto kilka tylko nagłówków ze światowej prasy: „Najwybitniejsze dzieło od czasów Rabindranatha Tagore” (Indian literature), „Szokujące arcydzieło, do opisania którego brakuje słów” (New York Reviews), „Aż do dzisiaj nie wiedzieliśmy, że można t a k pisać” (Johannesburg Daily), „Literacka zagadka na miarę Jamesa Joyce’a” (Irish Book Pub), czy w końcu „Bestseller wśród bestsellerów” (New Books Journal).

Pewnie wszyscy już się domyślili… Tak, tak, mowa o Rhodhodhendhronie Rhabharbharim i jego „Jak mleczkują krasnale”.

Od razu wyjaśnijmy: o ile nazwisko autora znają wszyscy, o tyle ilość tytułów, pod którymi ukazały się tłumaczenia jego fenomenalnej książki oszałamia. Dlaczego? Otóż dlatego, że dzieło napisane jest w specyficznym narzeczu tajskim, języku, którego nazwy nie potrafię nawet powtórzyć, a który uchodzi za martwy. Na szczęście w różnych częściach świata żyją ludzie, którzy sobie z nim – choć nie bez kłopotów – radzą. Każdy po swojemu.

We wstępie Wydawca przyznaje, że miał świadomość trudności zadania, na które się porywa. Aby uzyskać przekład maksymalnie zbliżony do oryginału zwrócił się równolegle do dwóch rodaków władających unikalnym dialektem. Próby połączenia ich wysiłków, niestety, spełzły na niczym, gdyż tłumacze wzajemnie kwestionowali swoje kompetencje. Nie mogąc merytorycznie rozsądzić czyj przekład lepszy, Wydawca zaufał swej literackiej intuicji. Coś zresztą trzeba było wybrać. A że nie było to łatwe świadczy choćby rozbieżność samych tytułów. Jako się rzekło, książka ukaże się pod nazwą „Jak mleczkują krasnale”. Pan X, autor zwycięskiego tłumaczenia powiedział nam, że bliższe ideału byłoby „Jak mleczkają krasnale” (brawurowe połączenie rzeczownika „mleko” i czasownika „czkać”). Atoli Wydawca uznał, że zbytnia dosłowność nie odda należycie ducha prozy Rhabharbhariego, na tyle wzniosłej, a nawet – jak mówią literaturoznawcy – wymuskanej, że w jej obliczu należy powstrzymać się od wszelkich kolokwializmów.

Muszę przyznać, że zżerała mnie ciekawość, jak z upiornym tytułem poradziła sobie konkurencyjna tłumaczka. Pani Y przyjęła mnie uprzejmie, uśmiechnęła się słodko, po czym roześmiała gorzko, a następnie zapłakała rzewnie.

„Idąc drogą pana X – odezwała się po chwili opanowanym już głosem – powinniśmy z pełnym szacunkiem dla języka dać książce tytuł „Jak mlecz kują krasnale”. Ale gdzie tu sens? Ten uzyskamy dopiero przy wersji „Jak miecz kują krasnale”. Nie będę udowadniać – kontynuowała – skąd moje przekonanie o poprawności tej formy, bo pan i tak się na tym nie zna.”

Miała sto procent racji. Nie znam się. Nie tylko na tym.

Ale to był dopiero początek. Bowiem już po chwili pani Y zanegowała językowy punkt wyjścia pana X, który według niej miał oprzeć się na młodzieżowym slangu wymarłej grupy etnicznej. W jej opinii tytułem o niebo bliższym oryginału byłyby „Szepty w trzcinach”.

Solidnie już zszokowany postanowiłem sprawdzić pod jaką nazwą książka ukazała się na rynku amerykańskim.

„Wiosna po zachodniej stronie pagórka Uhm-Sam”.

Hm. Poczułem się zmobilizowany do dalszych porównań. Czy gdzieś jeszcze odnajdę wzmiankę o mleczkowaniu, czy chociażby – dałby Bóg – krasnalu? A może trop szeptem poprowadzi mnie w trzciny? Oto garść tytułów.

Niemiecki: „Dwie gąsienice”.

Francuski: „Żigolo z długą brodą” (jest ślad krasnala!).

Rosyjski: „Dusza w strzępach”.

Chiński: „Jedwabiste jedwabniki”.

Włoski: „Raport czytany szeptem” (aha!).

Hiszpański: „Wiwisekcja krokusa”.

Niderlandzki: „W krainie kwadratowego kołowrotu”.

Na tym poprzestanę dodając tylko, że książka doczekała się do tej pory stu czternastu tłumaczeń, niekiedy w językach i alfabetach, o istnieniu których nawet nie wiedziałem.

Wróćmy do wydania krajowego. We wstępie imponująco wydanego woluminu czytamy, że treść właściwa dzieła poprzedzona jest rodzajem siedemnastostronicowej inwokacji. Wydawca zdecydował się na krok ryzykowny, ale w moim pojęciu jak najbardziej uzasadniony. Otóż tom pierwszy, ten, który od kilku dni cieszy nasze oczy na księgarskich półkach, prócz samego wstępu (genialnie tłumaczonego przez pana X, choćby taka fraza: (…)jaszcze otchłanne, zrywy ranne i południowe, zaraz potem śnieg i skrzypienie deski grobowej, a ja spokojnie wkładam papier w starego remingtona, zapalam larka z filtrem, nie, nie z filtrem, bo przecież oderwałem go, by w końcu poznać tajemnicę czarnych kryształków(…) – czyż nie powoduje gęsiej skórki, nie daje przedsmaku tego, co będzie się działo, kiedy już się zacznie…) zawiera kilka esejów próbujących analizować początkowe słowa Rhabharbhariego. Według samego autora, bez ich dogłębnej analizy, zrozumienie całej książki okaże się po prostu niemożliwe.

Na okładce Wydawca zapowiada jednak, że tom drugi przeniesie nas od razu w sam środek akcji, którą określa nie inaczej jak „oko cyklonu”.

Upojeni tym co już, w radosnym napięciu czekamy na jeszcze!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: