oto I owo

List

Posted in miniatury literackie by hajton on 15 listopada 2012

– List piszę, do wuja. Starsze pokolenie, że tak powiem, żadne tam laptopy.

Chłopak najwyraźniej odczuwał potrzebę, aby wytłumaczyć się z czynności pisania, która przyprawiała go o zauważalną mękę. Nie uszło jego uwadze, że kilkakrotnie zahaczyłem go wzrokiem. Faktycznie; ludzie używający papieru i długopisu stali się w miejscach publicznych rzadkością. Dodatkowo fascynowała mnie jego bluza opatrzona napisem: Nasza – kolejny wyraz niknął w fałdzie materiału – cała biała.

– Jasne.

Postanowiłem go więcej nie rozpraszać. Podróż zapowiadała się spokojnie. Wtuliłem się w średnio czysty kąt przedziału i przymknąłem oczy…

…Rozbudziło mnie szarpnięcie. Pociąg ruszał ze stacyjki umiejscowionej w szczerym polu. Za oknem mignęła twarz towarzysza podróży. No i nie dowiedziałem się czym jest Nasza cała biała. W przedziale oprócz mnie nie było nikogo. Za to w miejscu opuszczonym przez chłopaka leżała kartka papieru zwinięta w kulkę. Taka wyrwana z zeszytu. Zapomniał? Wyrzucił? A może to brudnopis? Nie mam zwyczaju czytania cudzej korespondencji, ale jeśli nie była nawet w kopercie… Rozprostowałem i przybliżyłem do oczu papier pokryty zaskakująco foremnym pismem…

 

Drogi wuju,

Muszę podzielić się z Tobą czymś, co mi się ostatnio przytrafiło. I nie daje spokoju. Otwarli u nas taki automat do chleba. Wiesz, dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery. Siedem na siedem. Dobra rzecz. W dziurze takiej jak nasza, trudno o sklepy całodobowe, a przecież nawet modlitwa mówi „chleba naszego powszedniego”…  

Inna sprawa, że eksperyment nie całkiem udany, bo pieczywa czasami brakuje – jak to jest, że jak automatu nie było, nikt na jego brak się nie uskarżał, a teraz wszyscy wyrzekają: po h.. (samo h czy ch?) nam taki automat, co pusty stoi. Zwłaszcza jak długi weekend, to już w ogóle gleba…

A i próby rozbicia były. Ludzie niczego nie uszanują. No, ale z drugiej strony jak są głodni? Już sam nie wiem.

Przydałby się jeszcze jeden, do browaru albo i gorzałki. Kumpel mówił, że w Japonii takie są. Wrzucasz kasę i cała baryłka wyskakuje. Ale pewnie zalewał. Albo był zalany. Inna sprawa, że to by tłumaczyło, dlaczego chcieliśmy u nas drugiej Japonii.

Ale miało być o chlebie.

Wracałem do domu po spotkaniu z chłopakami, głodny jak wilk… Wysupłałem ostatnie grosze, podchodzę do maszyny, a tam stoi taki, już widzę, że dziwny, bo jakoś z ukosa spogląda, sam nie wiem, żółty czy brązowy, w każdym razie pasożyd nietutejszy, ostatnio pojawiają się coraz częściej, wrzuca pieniądza i wyciąga z automatu bochenek. A w środku nic już nie zostało. O żesz ty… Dobrze mówili: pracę wam zabiorą, a potem nawet ostatni kawałek chleba.

Dobra, mówię, ale nie na głos, tylko do siebie, weź, brudasie, ten chleb, ale już ja cię przypilnuję…

Ale temu jeszcze mało, bo odwraca się do mnie i wali bez żenady:

– Człowieku, też chciałeś chleb? Nie ma problemu, podzielimy się…

I dawaj wyjmować z torby połowę – ładnie pachnącego, pokrojonego w równe kromki – chlebusia.

A ręce chociaż umyłeś? – chciałem go osadzić, ale głos mi jakoś głupio uwiązł i ćma wpadła pod powiekę…

 

Osobowy ekspres szarpnął po raz kolejny.

Otworzyłem oczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: