oto I owo

Syndrom Jednej Litery*

Posted in miniatury literackie by hajton on 6 listopada 2012

Może było to pokłosie zapomnianego już, a niedocenionego wirusa millenium? Może celowa działalność informatyków z krajów mogących odnosić korzyści z ogólnoświatowej destabilizacji i dekoniunktury lub efekt zabawy nieprzeciętnie zdolnych hackerów? Kto wie, czy nie stał za tym chorobliwy geniusz, indywiduum próbujące przekształcić się w sieciowego terrorystę? Albo splot niepojętego, lub coś zgoła innego jeszcze? W każdym razie – pojawiło się. Najpierw dostrzegane przez jednostki, później przez instytucje, w końcu przez ogół społeczeństw, którym nie mogło, niestety, umknąć.

Zaczęło się dość niewinnie. W biletach lotniczych zamawianych drogą internetową zmieniała się jedna litera  w imieniu i nazwisku pasażera. Jan Kowalski stawał się dla przykładu Kanem Vowalskim. Potem przyszła kolej na adresy: pojedyncze literki zaczęły wymieniać się miejscami lub zgoła ustępować miejsca koleżankom. Efekt? Rzeczony Kan Vowalski mieszkał odtąd na ulicy Wiłków Korskich, a nie, jak do tej pory – Wilków Morskich. Szczęśliwie, zmianom nie ulegały na razie cyfry; dzięki kodom pocztowym, numerom domów i mieszkań oraz dobrej woli pracowników poczt i lotnisk udawało się w większości przypadków dojść do porozumienia. W krótkim jednak czasie opóźnienia na wszystkich niemal samolotowych trasach zaczęły lawinowo narastać, a większość linii lotniczych zanotowała pierwsze objawy odpływu (odlotu?) pasażerów.

Wkrótce wirus jednej litery zaczął dotykać wszystkich sieciowych dokumentów. Co tylko miało związek z internetem i komputerem, stawało się zainfekowane. Zmieniały się – na razie o jedną literę – nazwy miast i państw, nazwy własne i nazwy cudze…

Ciągle można było domyśleć się, że New Qork to New York, Yaris to Paris, zaś Merlin to Berlin, choć stopień utrudnień w życiu codziennym rósł.

A proces nabierał rozpędu.

Przekształceniom w słowach ulegały kolejne litery, co prawda nigdy więcej niż jedna na raz, ale to wystarczyło w zupełności, by zamieszanie potęgowało się. W morzu zagubionych i zdezorientowanych, krótkotrwałe tryumfy święcili niezadowoleni ze swoich imion i nazwisk, które nagle przybierać zaczęły formy wytworne lub zgoła heroiczne (klasycznym przykładem był niejaki Jan Dupański; jako Don Jułański z trudem rozstrzygał dylemat, która cząstka nowej osobowości jest mu bliższa), oraz firmy, które na rynkach uważanych dotąd za trudne, zaczęły święcić nieoczekiwane tryumfy. Należała do nich znana marka produkująca oświetlenie: po drugiej już zmianie literki zaczęła funkcjonować pod dumną nazwą Oskar.

W nie lada tarapaty popadały ugrupowania polityczne; ich dwu-, trzy- lub czteroliterowe abrewiacje zaczęły okrutnie swawolić. Zdarzały się poranki, które partie zaczynały pod nazwą własną, ale już w południe przybierały skrót nieznany i nieistniejący do tej pory, po to tylko, by kończyć dzień pod nagłówkiem identycznym z aktualnym tytułem partii konkurencyjnej. Wyborcy przestali rozróżniać czy ŁAD to synonim Łagodności ale Dobitnej, czy też raczej opozycyjnych Ładnych acz Durnych.

Chaos potęgował się. Coraz trudniej było zgadnąć, że Kondom to London (2 stopień), Kadryl to Madrid (3 stopień), zaś Afrypa to Europa (4 stopień). Ciągle jeszcze zdarzali się tryumfatorzy chwili; przy zmianie piątego stopnia – jak nazywano przemianę kolejnej litery – nieoczekiwanym liderem rynku motoryzacyjnego w krajach, których nazwy nikomu nic już nie mówiły, stał się koncern o wzruszającej nazwie: Autko (wcześniej: Rover). Czy jednak – po zmianie siódmego stopnia – swojski, dwuczłonowy Koń Jary był jeszcze w czymkolwiek podobny do wyjściowej nazwy stolicy świata, do niedawna znanej jako New York?

Pół (semantycznej) biedy, dopóki wirus pozwalał słowom zachować wyważoną proporcję spół- i samogłosek. Cóż jednak, gdy nawet ich melodia została zachwiana, gdy zdarzały się adresy typu Óóęu Rzżźżrz przychodzące do niejakiego (niejakiej?) Wwsfgvć Auuśćjiiu? Nawet językoznawcom i semiologom opadały szczęki.

Organizacja świata – przyznajmy – niedoskonała i mało kogo satysfakcjonująca, trzymająca go jednak w jakim takim porządku – ulegała rozkładowi. I to wcale nie powolnemu, bo dynamika zdarzeń była na tyle duża, że wszelkie środki zaradcze okazywały się spóźnione i niewystarczające, a efekt ich – jeśli już jakikolwiek – to mizerny i krótkotrwały.

Nie chcę tu nawet wspominać o rozszalałej skali oszustw każdego stopnia; hochsztaplerom wszelkiej maści przez moment zdawało sie, że oto ziszcza się ich Eldorado. Lecz wszystko odbywało się jak na słynnym obrazie niderlandzkiego mistrza: Ryby większe zjadają ryby mniejsze, którego symbolika – przyznajmy – nie odnosi się wyłącznie do czasów kryzysu.

Gdy więc wiele wskazywało, że pogrążenie się w ostatecznym chaosie – a w konsekwencji samounicestwienie Dumnego Gatunku Ludzkiego – jest tylko kwestią czasu, nastąpiła Interwencja.

Krótka i skuteczna jak kliknięcie. Bezprzewodowa i pozasieciowa.

Najprawdopodobniej – pozaziemska.

W jednej chwili przywrócony został stan sprzed kryzysu, a racjonalny świat, miast podjąć się prób zrozumienia i wytłumaczenia zaistniałych zjawisk, zdobył się jedynie na gest pokorny a symboliczny: Dzień Wielkiego Kliku, zwanego też niekiedy Powtórzonym Genesis, stał się punktem zerowym nowego kalendarza zjednoczonej ludzkości.

*Opowiadanie jest fragmentem powieści „Kręgi albo kolejność zdarzeń”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: