oto I owo

Pułkownik W.

Posted in miniatury literackie, żarty literackie by hajton on 31 października 2012

Niektórzy twierdzili, że przezwisko pochodzi z czasów, gdy młody wiekiem i stopniem oficer zdobywał szlify w kwatermistrzostwie. Już wówczas dały się zauważyć jego skrupulatność i pryncypialność, łagodzone nieco melodyjną wymową o wyraźnie kresowych korzeniach.
– W wojsku wszystko musi być odnotowane, kochanieńki – powtarzał do znudzenia.
– Wszystko? Nawet denko? – pozwolił sobie na dowcip kapral, któremu właśnie pękła szklanka z herbatą fuzlówką, zalewaną wrzątkiem po raz trzeci. Przełożony nie znał się na żartach.

– Ma się rozumieć. Wypisz denko, kochanieńki, wypisz denko – zażądał surowo.

Inni mówili, że używał tych słów w kantynie. Gdy poziom płynu w armijnej butelczynie niebezpiecznie opadał, wojskowy nostalgicznie ujmował ją w dłonie i prześwietlając tęsknym spojrzeniem, odzywał się:

– Wypisz – wymaluj, znowu denko.

Przy kolejnej flaszce aparat mowy oficera ulegał czasowemu usztywnieniu, w związku z czym przydługa nieco fraza uzyskiwała zgrabniejszą formułę:

– Taa, wypisz…denko…

Grupa absolwentów akademii wojskowej utrzymywała znów, że przezwisko pojawiło się dopiero w trakcie dydaktycznej kariery pułkownika. Miało się to wiązać z osobą mało pojętnego podchorążego, który sztukę pisania rozwijał niechętnie, zaś kunszt lenistwa uprawiał z podziwu godnym zapałem. W czasie zajęć z historii wojskowości, gdy większość studentów pochłonięta była robieniem notatek, podchorąży Denko uśmiechał się bezchmurnie, kręcąc długopisem skomplikowane młynki. Ponoć pułkownik robił się wówczas czerwony i pełnym tajonej pasji głosem, bulgotał:

– Wy… pisz Denko!

Prawda była jednak inna, a pochodziła z pamiętnych czasów, gdy nudny dwuszereg studentów został urozmaicony przez kobietę. Jedynaczka na roku już samą tylko obecnością siała ferment wśród kolegów i kadry wykładowczej. Nienawykli do szczególnej powściągliwości w koszarowym języku, musieli się co chwila w niego gryźć, by nie narażać dziewczęcych uszu na potoki wulgaryzmów.

Pewnego dnia, w trakcie zajęć pod wymownym tytułem „Morale najeźdźcy” pułkownik zadał pytanie:
– Czego najczęściej dopuszczali się żołnierze armii okupacyjnych na podbitych terenach? Kto nam odpowie? Może pani?
– Ja? – zdziwiła się róża wśród chwastów.

– Tak, wy, piszdenko.

W słowach tych, wypowiedzianych zresztą z charakterystycznym dla oficera akcentem (od pewnego czasu nie wymawiał litery „ń”, z upływem lat zaczął też nieco seplenić), zawierała się cała czułość starego wojaka dla niezgłębionego fenomenu płci pięknej, jakaś husarska gracja, huzarska dworność, prawdziwie oldskulowy refleks rycerstwa, niepozbawiony zresztą pewnego erotycznego, choć stojącego po drugiej stronie pokoleniowego okopu, zabarwienia.
Niewykluczone zresztą, że pułkownik chciał powiedzieć coś innego. Ale powiedział co powiedział.
Szkoda tylko, że w pełnej niedowierzania, acz radosnej wrzawie utonęła merytoryczna odpowiedź uroczej pani podoficer:
– Łupili skór wiele.

Od tej pory, pieszczotliwe, choć Freudem podszyte określenie przylgnęło do zasłużonego oficera.
Tak narodził się pułkownik Wypiszdenko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: