oto I owo

Odcienie czerwieni

Posted in felieton literacki, zabawy literackie by hajton on 29 września 2012

Można chyba założyć, że pisarze niejednokrotnie opisują zbliżone – lub wręcz te same – zjawiska i sytuacje. W końcu ludzkie życie jest zbiorem powtarzalnych sekwencji. Wstajemy, odwiedzamy łazienkę, ubieramy się, jemy śniadanie… Czy inne słońce świeci nad naszymi głowami? Innym oddychamy powietrzem? Otaczają nas odmienne kolory?

No właśnie, przyjrzyjmy się tym ostatnim. Przecież identyczny przedmiot określany będzie różnie przez inne osoby. Czy nie zdarzyło się Wam widzieć szarości tam gdzie ktoś dostrzegał beż? A płynne granice niebieskości i zieleni; iluż dostarczyły pretekstów do rodzinnych kłótni…

Mam przed sobą skrawek materiału, którego barwę – w zależności od kąta padania promieni słonecznych – można określić na różne sposoby. Oto kilka z nich.

Czerwony, czerwonawy, rdzawy, róż pompejański, różany, intensywna pomarańcza, krwisty, szkarłatny, pomidorowy, pomidorowaty, cynober, purpurowy, rzodkiewkowy, paprykowy, karmazynowy, złamany brąz, strażacki, burakowy, maki polne, maki leśne, czerwony kozak, koźlarzowy, gniewusowaty, wiśniowy, grzebień koguta, kardynalski, przekrwione oczy, malina, róż indyjski, motyli świt, płetwa okonia, krasny, pupa niemowlęcia, zadek pawiana, gwiazda czerwona, czerwona dziura, ceglany, ceglasty, ciemnowiewiórkowy, późny gotyk, wczesny dotyk, pąsowy, wściekły kasztan, rubinowy, czereśniowy, fuksja, jarzębinowy, żar papierosa, nagły zmierzch, wyczekany świt, zupa pomidorowa, soczyste mango, burgund, keczupowy, tomatino, tabasco, truskawkowy, ust pąkowie, brokułów, które artysta uwiecznił w nieoczekiwanym odcieniu, winny, niewinny, podejrzany, odsądzony od czci i wiary, amarantowy, dżemowy, brudna marchew, krotochwilny, zawstydzony kalafior, wściekły muchomor, rumiany, jajecznica na pomidorach, jesienny, winogronowy, ćwikła z chrzanem, ćwikła bez chrzanu, przekwitające dzikie wino, karbinowy, barszczykowy, bordo, rumień dnia pierwszego, marmoladowy, błotko marsjańskie, wilcze podniebienie, ryba przepiła, żurawinowy, czerwony kapturek, soczyste mango, alarmowy, spóźniony łosoś, sztandarowy, apopleksyjny, koralowy, porzeczkowy, biedronkowy, indiański, płomienny, płomienisty, dogasającego żaru, pierwszej iskry, indiański, blada twarz na pustyni, nabrzmiały, niedojrzała jagoda, indyczy, indor, indoor, maślak marynowany z domieszką pieprzu Cayenne.

Podobnie rzecz będzie się miała z pojęciem nieco bardziej złożonym. Weźmy na warsztat najskromniejszy choćby fragment nieboskłonu.

Chmury tarmosiły się w przepaścistości jakby trafił je okruch ziemskiego szaleństwa.

Najwyższa z chmur przypominała sylwetkę sportowego bolidu, zaś nieco mniejsza, tuż pod nią, układała się w kształt nogi lekko tylko osłoniętej spódniczką mini, przypominając część uda, która udem już być przestaje.

Cumulusy strzępiły języki niczym grono wytrawnych plotkarzy.

Jedna z chmur wyprostowała się nagle, przypominając urodziwą hurysę, której biodra leniwie inicjują powabne cza-cza-cza.

Pogoda była do dupy. Taki zlepek byle czego. Z niczego.

Świetlne przebarwienia koloru miodu, złota i białej czekolady były jak okruchy dnia strącane ze stołu wspomnień.

Kłęby chmurne przypominały stado rozzłoszczonych węży.

Smuga po znikającym samolocie otoczona wianuszkiem chmur sierot rozpraszała się, jak droga mleczna, którą nikt już nie podąża.

Wesołe baranki skakały po błękitnej łące.

Wydawało mu się, że z tego, w miarę przecież pogodnego nieba, lunie zaraz jakiś apokaliptyczny deszcz, potop, przed którym nawet Noe nie miałby szans ukryć się w swej arce. Nie mówiąc o baranach.

Słońce, chmura, baran, banał, choć może… Tak, jedno z wypiętrzeń oderwało się od reszty przybierając formę dorodnej palmy bananowej.

Słońce zanurzało się w wieczornej kąpieli. Na refleksach pąsowych promieni śmigały niewielkie czarne rybki, a tęczowe ukwiały kłaniały się czterem stronom świata.

„Mamo, patrz: smok!” – krzyknęło dziecko zadzierając głowę. „Smok?” – zdziwiła się mama. „Ja tam widzę co najwyżej twojego tatusia”.

Kąciki ażurowej tkaniny pełzły wyżej, coraz wyżej, i zdawało się, że w tym chmurnym, a przecież nieco durnym kroczeniu, drobieniu, które niczym innym było jak napowietrznym dzierganiem, zawiera się cała siła natury, która wiedząc czego chce, jednak sama oszukuje się bez końca.

No właśnie. Można by tak bez końca.

Na szczęście kropka to kropka.

I tu ją postawmy.

Reklamy
Tagged with: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: