oto I owo

Fabryka wolnego czasu

Posted in książki, miniatury literackie, zabawy literackie by hajton on 5 lipca 2012

Na początku była książka. I kilkoro studentów nauk ścisłych, zgromadzonych w nieformalnym klubie Miłośników Prozy Prousta, którym brakowało czasu. Czytać W poszukiwaniu straconego czasu po łebkach, to już lepiej wcale nie czytać. Ale oni chcieli.

Mijała sesja za sesją, doświadczenie za doświadczeniem, rok za rokiem, a większość z nich nie pokonała nawet drogi W Stronę Swanna (udało się tylko jednemu; lider pławił się już W cieniu zakwitających dziewcząt, co zresztą natychmiast przyniosło mu tyuł prezesa MPP). Pozostałe tomy, nieporuszone i – chciałoby się rzec – nienaruszone, trwały z niedbałą ironią na półkach. Zaś tytuł ostatniej części – Czas odnaleziony – urągał wszystkim staraniom, coraz wyraźniej domagając się rozdzielenia słówkami: nigdy nie. Przyczyna czaiła się niczym lampart w mroku, prawda skradała się w zakamarkach myśli. Aż w końcu ją dopadli.

Czy nie było czasem tak, że autor zastosował genialny w swej prostocie trik, powieściopisarski algorytm, logiczny dowód dla przedszkolaków? Otóż pomiędzy straconym a odnalezionym, powinien znaleźć się wolny. Paradoks? Tylko pozornie (nawiasem mówiąc, pojęcie Paradoksu Prousta zaczęło od tej pory funkcjonować na styku nauk ścisłych i krytyki literackiej; kto dziś pamięta, że jego twórcami byli członkowie MPP?).

Kiedy jedna z największych zagadek literackich została wyjaśniona, a czas wolny stał się wartością odrębną, naukowcy spod znaku MPP połączyli wszystkie siły w jednym tylko celu: wyekstrahowania jej w formie fizycznego lub chemicznego wzoru (złośliwi zawsze się znajdą: proponowano, aby nową jednostkę nazwać mianem lenia lub nieroba). Tuż po studiach doktoranckich ukończonych jak jeden mąż (przy czym były wśród nich również kobiety), młodzi uczeni otworzyli laboratorium i przystąpili do dzieła. Naukowiec ma świadomość, że większość obiektów jego poszukiwań istnieje, tylko nie zawsze wiadomo, gdzie ich szukać. Jak rzeźbiarz dostrzegający wizję w bezkształtnej bryle, jak pisarz przesypujący między palcami ziarenka słów, tak naukowiec nie waha się włożyć głowę do pieca, palec do zupy – na tym może poprzestanę  – bo któreś z posunięć branych przez laików za ekstrawagancję lub niepoczytalność, zostanie w końcu nagrodzone krótkim, a treściwym wykrzyknikiem:

Eureka!

Co konkretnie wywołało eksplozję poznania? Nie wiadomo. Naukowcy musieli dojść do wniosku narzucającego się z nieodpartą logiką: eteryczne substancje wolnego czasu znajdują się wszędzie tam, gdzie jest przerwa w pracy lub nauce, zaczyna się weekend, trwa odpoczynek, dzieją się wakacje, płynie urlop (zwolnienie lekarskie daje surowiec nieczysty, umiejętne obchodzenie się z nim wymaga specjalistycznego przeszkolenia). Uczeni odkryli, że tylko pewna część ogólnej masy surowca jest właściwie wykorzystywana (mówimy tu o wielkościach rzędu od czterdziestu do siedemdziesięciu pięciu procent). Reszta marnuje się (marnowała się!) bezpowrotnie w pełnych ujemnej energii rozpamiętywaniach typu: jeszcze się nie zaczęło, a już się kończy; święta, święta i po świętach, na dwa dni się nie opłaca, i.t.p. Sposoby wyłapywania substancji, skraplania jej w radykalnie niskich temperaturach, przechowywanie, magazynowanie, transport i w końcu obróbkę (w wyniku której powstają nowiutkie, pachnące świeżością brykiety, gigantyczne rolki i średniej wielkości sztaby produktu finalnego w wersji hurtowej) pomińmy tutaj, bo nie to jest solą ani rolą naszej opowieści.

Odkrycie naukowców spod znaku MPP przywitano z radością, z ramionami otwartymi dla nowych, oszałamiających perspektyw. Dwadzieścia cztery – i ani jedna więcej – godziny wypełniające dobę, przestały być zmorą ludzkości. Teraz wystarczyło strzelić sobie setkę oranżadki wolnoczasowej, rozgryźć cukierka zwanego fritajmek lub zapalić frilolka (na skalę indywidualną), zaś w większych skupiskach (niezadaszonych) spowodować opad rozrzedzacza czasu lub rozpylić podobną w działaniu substancję w barach, klubach czy teatrach, by dokończenie longdrinka, posiłku, zabawy, książki, filmu, opalania, czy też na przykład tetralogii Pierścień Nibelunga – przestało stanowić problem.

MPP, już jako właściciele, udziałowcy, główni akcjonariusze, członkowie rady nadzorczej, dyrektorzy naczelni, opływali we wszelkie dostatki. Ilość zamówień rosła z tygodnia na tydzień.

Wynalazek był epokowy, ale nie obyło się bez efektów ubocznych. Przestrzeń czasowa, zakłócana coraz liczniejszymi zgrubieniami, balonami, nadęciami i rozciągnięciami, zaczęła się potykać o własne frędzle. O upadku zadecydował motyw będący podwaliną stworzenia. Element sprawczy stał się odsprawczym. Gdy upojeni sukcesem naukowcy pozwolili sobie w końcu na uszczknięcie owoców własnego trudu, gdy nieopatrznie i niefrasobliwie – wszyscy w tym samym czasie, jakże fatalny w skutkach błąd! – nafaszerowali się ekskluzywną wersją swoich piguł, by w spokoju, w nieprzerwanym zachwycie i nieustającej ekstazie dokończyć arcydzieło Prousta, właśnie wówczas sytuacja w fabryce wymknęła się spod kontroli. Moce przerobowe musiały osiągnąć punkt krytyczny, a personel, choć przeszkolony, nie był gotów do reakcji w obliczu totalnego kryzysu. Eksplozji kotłów produkcyjnych nie udało się zapobiec. Naukowcy pocieszali się potem, że zafundowali miastu i światu (promień rażenia sięgał czterystu kilometrów) prawie miesięczne kanikuły. Prócz tego, wszystkim, powtarzam, wszystkim członkom MPP udało się doczytać książkę do ostatniego zdania*.

A gdy kończyli lekturę z mieszanymi uczuciami ulgi i żalu, natchnęła ich myśl zbawiennna: przecież wszystko można zacząć od początku.

 

*Ale przynajmniej, jeśli zostawią mi ją na okres tak długi, bym zdążył dokonać swojego dzieła, nie omieszkam w nim najpierw opisać ludzi (choćby mieli w tym opisie wyglądać jak potwory), skoro zajmują miejsce tak ważne w porównaniu z miejscem nader ograniczonym, jakie wyznaczono im w przestrzeni, miejsce, przeciwnie, rozszerzane w  bezmiar – gdyż dotykają równocześnie, jak giganci pogrążeni w latach, epok tak od siebie odległych, między którymi mieści się tyle dni – w Czasie.

(Marcel Proust  „W poszukiwaniu straconego czasu”, Czas odnaleziony, PIW, Warszawa 1979, tłumaczenie Julian Rogoziński)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: