oto I owo

Melancholia

Posted in filmy, sztuka by hajton on 28 Maj 2012

Urzekające piękno sceny otwierającej i obezwładniająca groza finału. A co pomiędzy? W tym przypadku pytanie należy chyba sformułować inaczej: co przed i co po?

Odpowiedź reżysera brzmi jednoznacznie.

Nic.

I to nie w sensie: „pamiętaj, człowieku, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Bo proch to jednak coś.

„Justine” – pierwsza część „Melancholii” Larsa von Triera – przenosi nas na wesele tytułowej bohaterki, utalentowanej twórczyni chwytliwych sloganów reklamowych. Uroczystość zorganizowana z przepychem przez rodzinę panny młodej (za pieniądze Johna, bajecznie zamożnego męża jej siostry – Claire) wykorzystuje nienowy w kinie i literaturze europejskiej motyw fasadowości struktury rodzinnej i społecznej. Spętani konwenansem ukrywamy prawdę. Ale wystarczy jedno słabe ogniwo, aby poprawność wzajemnych odnoszeń rozsypała się, niczym zerwany złoty łańcuszek. Tym niedopasowanym elementem okazuje się sama panna młoda – piękna, kochana, „skazana” na szczęście, ale dotknięta skazą depresji (a może po prostu nadwrażliwości?). Gdy smutek dochodzi do głosu, wypadki toczą się szybko. Związek Justine i Michaela nie przetrwa nawet do rana.

W części drugiej – „Claire” – znajdujemy się sam na sam z właścicielami bajkowo posadowionego zamku, w którym odbywało się wesele. Claire, John i ich syn Leo, żyją z dala od zgiełku i problemów świata. Zresztą świat nie jest im do niczego potrzebny. To raczej oni mogą pomóc; do zamku ponownie przybywa Justine, tym razem znajdująca się w stanie ostrej depresji.

W kierunku Ziemi zbliża się przeoczona aż dotąd przez wszystkie teleskopy i sondy Melancholia; planeta kilkadziesiąt razy większa od naszej. Jeśli ją ominie – skończy się na wielkim strachu i fascynującym zjawisku, które przejdzie do annałów gatunku ludzkiego. Jeśli jednak trajektorie przetną się… Na kataklizm w takiej skali ludzkość nie jest przygotowana. I nigdy nie będzie.

Pozostaje czekać.

Przyznaję, że reżyser oddaje nastrój nadciągającej, a niewyobrażalnej grozy  w sposób niezwykle intensywny. Wszelkiego rodzaju „Armageddony” przeładowane akcją wydają się przy ascetyzmie i urodzie środków zastosowanych przez von Triera (niepokój zwierząt, śnieg spadający na kwitnący ogród, towarzyszące nam nieustannie – choć w różnym natężeniu – niebieskawa poświata i niepokojący szum, oraz potężniejąca na niebie błękitna kula) zaledwie filmowym przedszkolem. Bohaterów filmu – a wraz z nimi nas – ściska za gardło bolesna obręcz.

Wyjątkiem jest tu Justine; jej psychika pozostaje w tajemniczy sposób sprzężona z Melancholią. Im planeta bliżej, tym bardziej bohaterka odzyskuje równowagę emocjonalną.

Chcielibyśmy dobrego zakończenia, ale przeczuwamy, że jest ono niemożliwe. Twórca nie mógłby aż tak sfałszować swojego dzieła. W samym zakończeniu stawia nas tuż za plecami bohaterów. Wraz z nimi przyjdzie nam przeżyć (?) apokalipsę. Lub raczej coś, czego sam Lars von Trier apokalipsą by nie nazwał.

Istotę reżyserskiej tezy symbolizują trzy sceny.

W trakcie wesela, Justine nieustannie indagowana przez swego szefa wymyśla ostateczne „hasło reklamowe”.

Brzmi ono: „nic”.

Innym razem, kolacja przyrządzona przez troskliwą Claire, smak dzieciństwa, który ma jej siostrę choć na moment wyzwolić z mroków depresji, obraca się w nicość.

„Ten klops smakuje jak popiół” – skarży się Justine.

I wreszcie – gdy wizja zagłady staje się nieodwracalna – słyszymy wypowiadany ustami bohaterki werdykt: ludzkość jest samotna. Nie ma w kosmosie takiej siły, dla której nasz los ma jakiekolwiek znaczenie. Krótko mówiąc, gdy zginiemy, nikt nie będzie nas żałował, bo i żałować nie będzie czego. Powstaliśmy zrządzeniem kosmicznego przypadku. I z takiego samego powodu przestaniemy istnieć. Przypadkowość nie zasługuje na nic więcej. Albo inaczej: zasługuje na nic. Oto skąd przychodzimy i dokąd odejdziemy.

Ziemia to siedlisko zła. Niepotrzebny, złośliwy wyprysk na doskonałej obojętności Wszechświata.

Mamy więc nic, nicość, nihilizm. Poczucie osamotnienia nie tylko gatunkowego, ale i jednostkowego. Bowiem w obliczu nadciągającej grozy pękają więzy międzyludzkie (John, trując się, porzuca żonę i syna).  Jedynym, co dumny człowiek może przeciwstawić nadciągającemu kataklizmowi to kilka ostruganych gałęzi (magiczny szałas, którym Justine chce uspokoić przerażonego Leo).

Tym właśnie jest wasza wiara i nadzieja. Nic niewartym, karykaturalnym oszukiwaniem samego siebie. A miłość? No właśnie. Tę codzienną, ludzką, reżyser próbuje  na różne sposoby zdesakralizować, czy wręcz zdegradować (małżeństwo Justine i Michaela, rozpadające się jeszcze w trakcie wesela).

Ale jak zrozumieć scenę miłosnego omal zespolenia melancholii ludzkiej (Justine) z kosmiczną (ciało niebieskie), w której naga bohaterka oddaje się błękitnemu blaskowi? Czym wytłumaczyć fakt, że za ilustrację muzyczną filmu posłużyła van Trierowi najbardziej żarliwa i ekstatyczna muzyka miłości: preludium do „Tristana i Izoldy” Richarda Wagnera?

Dzieło Larsa von Triera nie pozostawia wątpliwości ani złudzeń. Nie jest nawet ostrzeżeniem, bo jaki jest cel ostrzegania przed czymś, co – tak czy inaczej – nieuchronne?

O filmie „Melancholia” trudno mówić w kategoriach: „podobał się”, „udany”, „sprawny reżysersko”. To obraz, który porusza. Mało tego; może wpędzić nie tylko w melancholię, ale i solidną depresję.

Chyba że…

Chyba że zastanowimy się, czy autorowi nie chodziło o coś więcej.

Niezwykłe jest zestawienie sceny zderzenia planet widziane w skali kosmicznej i człowieczej (początek i koniec filmu). I wrażenie, jakie w obu podmiotach owo zdarzenie wywołuje. Kosmos pozostaje doskonale obojętny. Człowiek – kosmiczny pył – przeżywa apogeum emocji. A więc istnieje dziedzina, w której osiągamy stany niewyobrażalne dla Kosmosu!

Nawet jeśli jesteśmy ofiarami przypadku, to czy nie staramy się każdego dnia nadać swemu istnieniu sens? Przecież obok tysięcy, milionów ran, które zadajemy sobie i Ziemi, pojawiają się też ślady dobra. Ubogiego, kalekiego, chromego, nieudolnego. Ale niezaprzeczalnego.

Trwanie świata jest mimo wszystko możliwe, bowiem oprócz „nic” musi istnieć jego równoważąca siła.

To „coś”, co przeciwstawia nas zimnej obojętności Kosmosu. To „coś”, co odzywa się w nas – czasami – dalekim echem piękna.

„Coś”.

Albo „Ktoś”.

Może więc dzieło Larsa von Triera jest wyrazem przeogromnej i bolesnej – kosmicznej, ale i ludzkiej – tęsknoty?

Tak wielkiej, jak Melancholia pochłaniająca Ziemię.

Zamieszczony poniżej fragment to sekwencja początkowa filmu. Preludium do „Tristana i Izoldy” znajduje się tu w pełnej wersji. Nie sposób oprzeć się refleksji, że bez niebiańskiej muzyki Wagnera „Melancholia” byłaby czymś innym.

Reklamy

komentarze 2

Subscribe to comments with RSS.

  1. Malgorzata M said, on 1 czerwca 2012 at 23:05

    …I zycie jest cudem. Ostani obraz – kobiety – matki – matka Ziemia…rodzi sie Nic.

  2. hajton said, on 2 czerwca 2012 at 10:26

    Z perspektywy Człowieka – totalna destrukcja. Z perspektywy Kosmosu – akt prokreacyjny.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: