oto I owo

Diabelskie sztuczki

Posted in miniatury literackie, żarty literackie by hajton on 15 Maj 2012

Pisarz, sam z siebie, stanowi idealny obiekt do opisywania. Wyobraźmy sobie trzy historyjki z potencjalnymi literatami w rolach głównych.

Oto młodzieniec wiosłujący pod silny prąd. Wkłada wiele sił, aby nie dać zepchnąć się w okolice rzecznych progów. Nagle wiosło nie wytrzymuje naporu wody i pęka. Dziwne zdarzenie… – myśli młodzieniec. Zupełnie jakby ktoś maczał w tym swą rękę. Albo łapę… Aż chciałoby się to opisać. Przez moment spowija go chmura rozproszonych kropli. I nagle – olśnienie. Ależ tak! Część wiosła, która pękła nazywa się pióro! Czy to nie wystarczający znak? Będę pisał! – oznajmia sobie i światu.

Mężczyzna w wieku średnim siedzi przy barze. Samotnie. Nawet najzagorzalsi już wymiękli. Jest tylko on, barman i ścienny zegar, którego wskazówki nieodwracalnie zbliżają się do północy. Mężczyzna opróżnia kolejną szklaneczkę, by w nagłym skurczu odczuć całą nędzę dotychczasowej egzystencji. Do głowy przychodzi mu niegdysiejszy hymn krakowskiej bohemy: nie, już nie będę więcej pić, jutro inaczej zacznę żyć. Jutro? Dobrze, aby odbić się od dna, najpierw trzeba go sięgnąć.

– Śluuję uro…ście, że od jura… Paje Mefistofelku (barman ma na imię Felek), eszszcze po y…dnym… – próbuje okpić los. Zegar wybija północ. Kusiciel wyciera szklanki końcówką ogona i przemawia bezgłośnie.

– Chcesz żyć inaczej? Czego ci trzeba? Sławy? Pieniędzy? Kobiet? Dostaniesz wszystko. Ale musisz pisać. Pisać…

– Umoa stoi – bełkocze mężczyzna, po czym wali się ze stołka wprost na podłogę. Wokół snują się czarne dymy.

Kobieta w wieku nieokreślonym, wracająca do domu z koncertu, teatru lub kina, zatrzymuje się naraz przed tonąca w apetycznym półmroku witryną księgarni. Okładki błyszczą i migoczą. Kuszą i zwodzą. Zapraszają i obiecują. Kobieta słyszy nagle, jak jej lustrzane odbicie odzywa się.

– J.K. Rowling nie miała pojęcia, że pisze bestseller.

– No, wielka literatura to nie jest… – Kobieta polemizuje z odbiciem, które jednak nie daje się zbić z tropu.

– Najpierw sama coś napisz, a potem będziesz oceniać. Najłatwiej krytykować i zazdrościć. Wywyższać z poniżenia. Tak to każdy potrafi. A samemu spróbować nie łaska?

– No, więc dobrze. Gdyby tak…

– Co „gdyby tak”? Przekuj myśli na lemiesze! Zaoraj pole wyobraźni! Wypiel zagajnik niemocy! I pisz. Po prostu pisz…

W trzech powyższych przypadkach – i w nieskończoności tu nieprzytoczonych – idea pisania wczepiła się w nosicieli w sposób nieodwracalny. Teraz pozostaje im rozstrzygnąć kilka kwestii.

Bo przecież można być poetą, co wnikliwie śledzi tupot motyla lub grzechot chrabąszcza. Można być rymopisem (choćby nawet białym) wzywającym, nawołującym czy też kąsającym zjadliwą metaforą. A czemu nie stać się dokumentalistą i nie udowodnić, że prawie żadna konfabulacja nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością? Jeśli jednak przyzna się pierwszeństwo fabule, potrzebne są kolejne wybory. Może proza realistyczna, nurzająca się w codzienności, wytykająca palcem i grożąca spojrzeniem? Albo próba opisania rzeczywistości w skali jeden do jednego? Niech zmiana personaliów nikogo nie zmyli; wiadomo, że pod przekręconymi imionami ukrywają się: adwokat S., chirurg J., a może nawet duchowny C. A może ulec potędze fantazji? Od fantasy do s.-f. Wyciskać łzy lub zmienić się w awanturnika? Pójść tropem psychoanalizy (docierając do granic erotyki, a nawet je przekraczając) lub trupem kryminalistyki? Można pisać i dla młodzieży: dydaktycznie lub niegrzecznie. A przecież są jeszcze maluczcy. Uwaga: ta wymagająca grupa czytelnicza nie doceni Waszych wysiłków, jeśli zapomnicie o umieszczeniu sceny, w której ktoś się przewraca. To jednak jest najśmieszniejsze.

Załóżmy, że świeżo urodzony adept literatury nie ulęknie się przepastnego morza, które rozstąpi się przed nim na mityczną modłę. Załóżmy, że w  miarę suchą nogą (choć suchości skarpetek oraz sandałów nie gwarantuję) przeprawi się na drugą stronę, to znaczy dotrze do ostatniego zdania, ostatniego słowa, ostatniej kropki… (lub wielokropka). Wszak nie święci garnki lepią, a pisać może każdy. Z logicznego punktu widzenia teza jest słuszna. Z równym przekonaniem możemy stwierdzić, że nie święci kozy pasą, a każdy może grać w hokeja, lub też nie święci tną żywopłoty, a każdy ma szanse wylądować na księżycu. Sprawa rozbija się o skuteczność. Mówiąc najkrócej, nie każdy lot na księżyc kończy się sukcesem. Wielu przekonanych o szczęśliwym lądowaniu, w rzeczywistości rozmiękcza cztery litery w kałuży, siedząc tryumfalnie na odbiciu srebrnego globu.

Najwytrwalsi przystępują teraz do batalii pod tytułem „poszukiwanie wydawcy”.

Te dni, tygodnie, miesiące oczekiwań na odpowiedzi, które nie nadchodzą (jeśli już, to odmowne), te próby wyczytania dobrych wróżb z kąta padania promieni słonecznych na korę, to, zaiste, wdzięczny kawałek do opisania. Niejedno pióro mogłoby się zaprawić w boju, połamać, a może i wzlecieć, próbując oddać rozterki reportażysty (ten, statystycznie, ma największe szanse), poety (najmniejsze) lub prozaika (średnie, choć z gatunku niewielkich).

Wydadzą czy nie wydadzą? – oto jest pytanie. Czasami wydają. Książkę. Czasami zaś – ostatnie tchnienie, zanim ktokolwiek zdołał skosztować słodkich owoców ich gorzkiego trudu. I tak bywa.

Jednak autor, któremu jakiegoś pięknego dnia skowronki przyniosą dobra nowinę, ma całkowite przekonanie, że złapał Pana Boga za nogi. Naiwny. W rzeczywistości uchwycił diable rogi… Teraz nic się już dlań nie liczy. Ani szczegóły umowy, ani męka redakcji i korekty, ani okładka, która z tą wyśnioną  niewiele ma wspólnego. Bowiem nachodzi dzień, w którym dzieło trafia do księgarń…

Aby wzmóc efekt promocyjny, wydawca organizuje autorowi tak zwany wieczór autorski. Po godzinnej męce nierozpoznania, gdy tylko litościwa ciotka, oraz kumpel z lat szkolnych proszą o autograf, przesuwają się granice autorskiego optymizmu. Aby odreagować, autor wraca do domu w poszukiwaniu tropów książki w internecie. Za wielu ich nie odnajduje. Za to natyka się na żart, robiący furorę na środowiskowym forum ludzi pióra.

– Wiesz – mówi poeta do prozaika – w zeszłym miesiącu kupiłem twoją książkę.

– A, to ty… – odpowie prozaik poecie.

Polecam wyobraźni czytających następującą scenkę: między regałami pełnymi książek przemyka zdesperowany autor. To z lewa, to z prawa spoziera na półkę eksponującą jego dzieło. Tymczasem ci cholerni klienci biorą do ręki wszystko, tylko nie to, co trzeba. Można im prawie pod nos podstawić, otworzyć na najbardziej porywających opisach nocy poślubnej lub wojny gangów narkotykowych, a ci nawet nie zerkną. Mało tego, za chwilę pojawia się sprzedawca, zatrzaskujący książkę niczym trumnę i wciskający ją bezceremonialnie między chłam zalegający półki. 

Cóż pozostaje? Jedynie akcja bezpośrednia. Rozgorączkowany pisarz wertuje własne dzieło, wydając pomruki aprobaty, zaskoczenia i – na deser – wniebowzięcia. W końcu pojawia się klient zwabiony kląskaniem.

– Świetne, świetne – międli autor niby do siebie. Czytał pan? – rzuca niby od niechcenia.

– Nie – odpowiada zaczepiony. – Ale nie widział pan gdzieś nowej książki Erdzińskiego?

– Skończyły się – włącza się sprzedawca, który od pewnego czasu ma już oko na autora i jego najbliższe otoczenie. – Poszły na pniu. Mają robić dodruk, pewnie w przyszłym tygodniu będą…

No tak…

Tutaj zapoznanemu literatowi nie pozostaje już nic innego, jak pójść na dużą wódkę. Zaczyna w końcu rozumieć, że padł ofiarą diabelskiej kpiny. Bo czyż nie było idiotyzmem dostrzec znak w pękniętym wiośle? Czy nie urojeniem zamroczonego umysłu okazał się dialog z barmanem wycierającym kieliszki za pomocą własnego ogona? Czym innym, jak nie aberracją mogło być wsłuchiwanie się w głos własnego odbicia? Autor uwierzył – bo chciał uwierzyć – że umowa została zawarta. Oddał kawałek swej duszy. Podpisał pakt, ale jednostronny, bowiem tamten milczy teraz złośliwie. Naśmiewa się tym milczeniem. Niczego nie obiecywałem – pisze w ciszy papierosowym dymem. Próżno wzywać go tysiącem imion. Na nic wyliczać przymierza z Faustem, Faustusem i Twardowskim… A przecież teraz, właśnie teraz, autor gotów byłby przystać na wszystkie warunki…

Więc pora wracać do samotni, która była mu królestwem, wylęgarnią myśli, laboratorium pomysłów. Czas połamać pióra, a laptopa wyrzucić do Sanu/Renu/Wisły/Orinoko/Odry/Wieprza/Dunaju/Wołgi/Sekwany/Tamizy/Warty/Amazonki (niepotrzebne skreślić, potrzebne – dopisać).

Na taksówkę go nie stać. Na spacer stracił ochotę. Pozostaje autobus, tramwaj lub metro. Ruchome schody uwożą go w głąb beznadziei. Grzęźnie w rozpaczy. Jak automat wsiada do pociągu, prawie pustego o tej porze. Prawie. W przeciwnym rogu siedzi jakaś postać. Śpi? A może coś jej się stało? Autor zbliża się ostrożnie i nagle zamiera. Postać wtulona w kąt okazuje się dziewczyną. Ale ani to, ani nawet fakt, że jest zjawiskowo piękna, nie są przyczynami zamarcia. Otóż, ona czyta… jego książkę! Jest nią tak pochłonięta, że zapomniała o bożym (!) świecie. W pewnej chwili muska autora nieprzytomnym wzrokiem, w którym maluje się prośba i żądanie: nie przeszkadzaj mi…

Skład zatrzymuje się. Autor wychodzi z wagonu. Schody wynoszą go z Hadesu, w którym odzyskał nadzieję. Nie utopi laptopa. Nie połamie piór. Będzie pisał. Nawet jeśli przeczuwa, że przed chwilą padł ofiarą kolejnej diabelskiej sztuczki…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: