oto I owo

Słowa miłe

Posted in felieton literacki, sport, żarty literackie by hajton on 16 kwietnia 2012

To, że polszczyzna – a zapewne również inne języki – nie nadążają z adoptowaniem zalewającej je masy zwrotów obco- (głównie anglo-) języcznych jest faktem bezspornym. A szkoda, bo istnieją przykłady dowodzące, że w podobnej konfrontacji nasze słowa wcale nie muszą stać na przegranej pozycji. Dwa najdobitniejsze z nich to: samochód, który dawno już pokazał figę automobilowi, oraz samolot, co z jeszcze większą szybkością oddalił się od aeroplanu.

Są wszakże i takie, które – choć obcego pochodzenia – wspaniale przyjmują się w nowym mateczniku, brzmiąc jak jego odwieczna, „korzenna” składowa. Jedno z nich wprowadził bodaj czy nie pewien zasłużony komentator hokeja na lodzie. Chodzi o tak zwany bodiczek (lub tak zwanego bodiczka), w oryginale: bodycheck (dosłownie – sprawdzian ciała). Rzecz polega na zderzeniu się z przeciwnikiem na pełnych obrotach, lub – ujmując rzecz nieco symbolicznie – na udowodnieniu wyższości swego poroża. Słowo miłe, a zarazem jakże przydatne, bo zjawisko trykania – jako twórcze i rozwojowe – dawno już opuściło zamkniętą perpektywę hal sportowych. Na cześć bodiczka: hip, hip, hurra!

Inne słowo pochodzi z włoszczyzny, której zasługi językowe – głównie dzięki królowej Bonie – są nad Wisłą nie do przecenienia. Te wszystkie pomidory, makarony… Gdyby nie one – co właściwie jedlibyśmy dzisiaj?.. Kluski z sosem z czerwieniaka?!

Niedawno miałem przyjemność odwiedzić niezwykle przytulną – i takoż nazwaną – jadłodajnię (Papu u Zdzicha). W menu z rozrzewnieniem natknąłem się na… spagetki! Była to lokalna, dość bryjowata odmiana spaghetti, ale nie smak się liczył, jeno inwencja szefa. To dzięki niej danie smakowało wybornie. Spagetkom po trzykroć tak!

I na koniec malutki przykład z Belgii. Pewien rodak poinformował mnie, że mieszka w Brukseli i pracuje na Skarbku. Wychodząc wzrokiem naprzeciw moim wybałuszonym oczom, spojrzał z lekką pogardą (oko lewe) i zauważalną wyższością (oko prawe).

– Skarbek, dzielnica Brukseli. Naprawdę pan nie słyszał?

– A! Schaarbeek! – olśniło mnie w końcu. I od razu przyznałem rozmówcy słuszność. Po co wynaturzać się językowo, przeciągając – niczym jakaś koza – samogłoskę a, po to tylko, by za chwilę – przy wybeczanej głosce e – wpaść w baranią nutę. A Skarbek to Skarbek. Nie dość, że poczciwy i uroczy, to jeszcze cenny (cenniutki). Trzy razy tak!

Dlatego apeluję: szanujmy i chrońmy skarbki kultury językowej. One są jak delikatne i wrażliwe rośliny, które bez naszej troski nie przetrwają.

I pomyślmy: przecież w kolejce po spagetki na Skarbku nawet bodiczek może okazać się pieszczotliwy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: