oto I owo

Double Windsor

Posted in felieton literacki, żarty literackie by hajton on 24 marca 2012

Codzienne czynności są zazwyczaj na tyle zautomatyzowane, że nie poświęcamy im większej uwagi. Rzecz ma się inaczej, gdy należymy do bardziej nobliwych grup społecznych. W takim przypadku status uwzniośla przyziemność. Już nie idziemy w odwiedziny, tylko kroczymy celem nawiedzenia. Nie nadchodzimy, tylko nadciągamy. Nie dajemy, a ubogacamy. Nie jesteśmy, a istniejemy. Zamiast mówić – głosimy. Nie robimy, jeno czynimy.

Istnieje wszakże pewna aktywność, która z prostej i potocznej staje się nieomal koncertową. Otóż, do czego mianowicie używamy dowolnej maści telefonu? Dzwonimy zeń? Bynajmniej.

Wykonujemy go.

Może się zdarzyć, że również inne – tak z pozoru potoczne i niedoceniane – czynności nabiorą nagle szczególnego znaczenia.

Oto, co przydarzyło mi się całkiem niedawno.

Na kwadrans przed koncertem, wiązałem w garderobie krawat. Gdyby nie konieczność zakładania drania do celów zawodowych, prawdopodobnie nigdy nie opanowałbym tej sztuki. Nauczył mnie jej przed laty pewien przeuroczy Ormianin, prawdziwy filharmoniczny wyjadacz.

Po iluś tam setkach czy tysiącach wiązań ruchy są już na tyle zautomatyzowane, że jedyną niewiadomą pozostaje długość splotu. Bo złośliwiec albo jest krótki jak śledź, to znów długi jak węgorz, prawie nigdy za pierwszym podejściem nie osiągając rozmiaru zdrowego pstrąga.

No więc wiążę ja ci (a właściwie sobie) ten krawat, aż tu nagle zbliża się do mnie anglojęzyczny kolega.

– Co wiążesz?

– Krawat. – Łypnąłem nań w lustrze zdziwionym okiem.

– No pewnie, że nie skarpetkę. Chodzi mi o węzeł.

Zatkało mnie.

– No… rmalny chyba? – odparłem w końcu bez przekonania.

Kolega uśmiechnął się pobłażliwie i zaczął przyglądać się moim poczynaniom ze wzmożonym zainteresowaniem. Już wiedziałem, że pod presją jego spojrzenia wyjdzie mi co najwyżej flądra. Jedna z najnieforemniejszych w historii.

Double Windsor – stwierdził Anglosas autorytatywnie.

I nagle… Poczułem się jak pan Jourdain, który całe życie mówił prozą, nie mając o tym zielonego pojęcia.

– Bądź pozdrowiony, o szlachetny synu dumnego narodu – wygłosiłem do kolegi, kładąc mu dłoń na ramieniu. Odstąpiłem od zwierciadła. Majestatycznie wymaszerowałem przez łazienkowe odrzwia, prosto w tłum dostojnych, którzy godnie przemierzali świat pełen nieoczekiwanego poloru i blasku…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: