oto I owo

Ikar i Syzyf

Posted in felieton literacki, miniatury literackie, O KSIAŻKACH, żarty literackie by hajton on 20 marca 2012

Podróże kształcą. Literatura jest podróżą. Niekiedy geograficzną. Zawsze – w głębię lub płyciznę ludzkiej duszy. Wniosek – niespecjalnie odkrywczy zresztą – nasuwa się sam: literatura kształci. Lub wykształca.

A teraz do rzeczy.

Niedawno wróciłem do lektury sprzed lat. Tak odległej w czasie, że prawie zapomnianej, chociaż… Ocaliłem przekonanie, że warto do niej powrócić. Potwierdziło się to już na pierwszych stronach; mówiąc precyzyjniej – jeszcze w przedmowie.

Dowiadujemy się z niej, że wydawca (wiemy, że chodzi tu o autora, posługującego się w utworze właściwym techniką persyflażu) od dawna zasadzał się na pewne biurko zdeponowane w kopenhaskim antykwariacie. Forma – a może i duch mebla – przemawiały doń z siłą nie do powstrzymania. Gdy żądza stała się aż nadto intensywna, autor zakupił obiekt westchnień, nie zrażony jego wcale pokaźną ceną. Wszak dopiero przypadek sprawił, że intuicyjny, zamaskowany aż dotąd powód nabycia został odkryty, czy też – mówiąc najzupełniej dosłownie – otwarty. Niech nie dziwi siekiera, która posłużyła do ujawnienia tajemnicy. Gdybyż tak wszystko dało się wytłumaczyć słowem lub wyjaśnić ideą…

Dość powiedzieć, że w środku szacownego mebla jego nowy właściciel natknął się na różnego rodzaju dokumenty. Po gruntownej analizie przypisał je dwóm niezależnym autorom, których dla ułatwienia określił literkami A i B. ***

Najwyższa pora połączyć brzegi otchłani.

Otóż i ja postanowiłem nieco odświeżyć swój kącik roboczy. Blat stołu płaskiego jak naleśnik, zawalony niekontrolowaną erupcją materiałów pomocniczych oraz kurzu sprawiał, że nawet zwykłe otwarcie laptopa okazywało się częstokroć zadaniem z gatunku „wylanie herbaty na klawiaturę”. Z pomocą miał mi przyjść sekretarzyk wystający melancholijnie na chodniku przed sklepem ze starzyzną, mijany przeze mnie kilka razy w tygodniu. Sam fakt narażenia mebla na bezpośrednie działanie przyrody świadczyło, że właściciel sklepu nie przykładał doń większej wagi. Ale mnie sekretarzyk ujmował:

a) stojakiem dającym możliwość ustawienia laptopa pod kątem ułatwiającym pisanie,

b) niezliczoną ilością szuflad i szufladek, które pomóc mogły w poskramianiu blatowego nieładu,

c) klapą przesuwną niczym w organach, pozwalającą spuścić zasłonę na pisarskie pobojowisko.

Czy muszę wyjaśniać dlaczego nie wahałem się długo? Prawdę mówiąc, byłem gotów zapłacić za sekretarzyk (czyż sama nazwa, zawierająca w sobie słowo „sekret”, nie mami, nie podnieca, nie obiecuje jakichś nieoczekiwanych a sensacyjnych odkryć?..) cenę wiele wyższą od tej, której żądał handlarz.

Nic dwa razy się nie zdarza. Nie wchodzi się dwukrotnie do tej samej wody. Wszystko płynie.

Tak mówią mądrzy ludzie. I mają rację. Przy czym – wziąwszy pod uwagę, że inni twierdzą, jakoby mylenie się było rzeczą ludzką – nie jest wykluczone, że mają ją w około pięćdziesięciu procentach. Najpewniej więc i jedni i drudzy nie są w błędzie, czego dowodzi mój przypadek usytuowany gdzieś w strefie buforowej ścierających się przeciwstawieństw. Jeszcze tego samego wieczoru, nie wysilając się zbytnio – o używaniu siekiery nawet mowy nie było – rozpocząłem przegląd zakamarków sekretarzyka. W jednej z szuflad (zamykanej jedynie na kluczyk) natknąłem się na dwa zeszyty szesnastokartkowe. W kratkę.

Dziwny materiał piśmienniczy, pomyślałem w pierwszej chwili. Ale tylko w pierwszej. Przecież nie aż tak odległe są czasy, w których zdobycie podstawowych artykułów papierniczych (od papieru listowego do toaletowego włącznie) graniczyło z wyczynem. Ołówki bywały; albo tak twarde, że lepiej sprawdzały się w roli wykałaczek, to znów tak miękkie, że praktycznie nadawały się jedynie do szkicowania onirycznych wspomnień. Podobnie z długopisami; czasem zdarzało się jakiś upolować. Co z tego, kiedy przeważnie nie pisał. A jeśli już, to po chwili tusz wylewał się zeń niepowstrzymanym tsunami, barwiąc zarówno palce – a w konsekwencji garderobę piszącego – jak i zapisywaną przezeń materię. Iluż to uczniów otrzymywało wówczas podwójne – od mamy i od nauczyciela – bury. Innymi słowy, szesnastokartkowy zeszyt w kratkę należało potraktować z pełną powagą, jako potencjalny nośnik treści niekoniecznie tylko szkolnych. Pojąwszy natychmiast, że nie warto czepiać się formy, z uwagą pochyliłem głowę nad papierem welinowym realnego socjalizmu.

Treść, która objawiła się moim oczom była ciekawa i zaskakująca. Otóż autorzy zapisków wzięli na warsztat dwa odwieczne – prawie założycielskie – mity cywilizacji śródziemnomorskiej (mowa o Syzyfie i Ikarze), opatrując je wszakże skrajnie odmiennymi interpretacjami.

Może byli to bracia (kto wie czy nie bliźniacy?), może siostry albo rodzeństwo mieszane, małżeństwo, para, lub po prostu dwójka przyjaciół. Albo wrogów. Dla jakiś przyczyn zdecydowali się na taką właśnie formę polemiki, najprawdopodobniej traktując rzecz całą w kategoriach żartu lub przynajmniej dobrej zabawy.

Wydanie obu dziełek kosztowałoby mnie zbyt dużo pracy redakcyjnej, toteż ograniczę się jedynie do kilkuzdaniowego resume tez wygłoszonych przez autorów.

Oto te z pierwszego zeszytu.

Ptak dziobiący wątrobę Syzyfa (?!) pchającego pod górę ciężki głaz, jest symbolicznym skutkiem nadużywania alkoholu. Ale i alkohol jest tu raczej symbolem; to przeżywane w wymiarze jednostkowym marzenie o lepszym życiu i lepszym jutrze. Ucieczka od rzeczywistości okazuje się krótkotrwała i na dłuższą metę niemożliwa. To, co było źródłem przyjemności stanie się przyczyną cierpienia.

W przypadku Ikara pierwszy z autorów odwołuje się do psychoanalizy, tłumacząc potrzebę lotu niezaspokojoną żądzą seksualną. Ten, któremu śni się, że fruwa – mówi nasz interpretator, niczym rzetelny wyznawca Freuda i Junga – jest w gruncie rzeczy rozpierany uczuciem potencji.

Do czego więc w istocie sprowadzają się dwa elementarne mity ludzkości – pyta autor retorycznie? Wóda i panienki (w oryginale: „alkohol i seks”). „Oto motory napędowe rodzaju ludzkiego” – konkluduje jednoznacznie.

Jak ze starożytnym eposami radzi sobie drugi z autorów/autorek?

Otóż widzi tu on/ona dwa sposoby wpływania na rzeczywistość: ewolucja, wysiłek, pot, krew i łzy (Syzyf/Prometeusz) kontra szlachetne uniesienie, romantyczny poryw, przebłysk geniuszu, boża iskra (Ikar).

Niestety, oba podejścia kończą się katastrofą, przy czym pierwsza – wielokrotną i niekończącą się, zaś druga – efektowną, za to definitywną. „Czyż nie genialnie ujął to Peter Breugel w swoim Upadku Ikara?” – kończy wywód autor/autorka.

Rzeczywiście; przywołany obraz przedstawia ledwie nogę tudzież pióra ze skrzydeł romantyka, którego nie zauważa Syzyf zaprzęgnięty do pługa codzienności.

Uderza pewnego rodzaju defetyzm – mimo wszelkich różnic – wspólny obu lekturom. Czy mamy do czynienia z dowodem frustracji, czy raczej emanacją przekory (takiego: „chciałbym/chciałabym, aby ktoś mi zaprzeczył”)?

Nie wiem. Nie zamierzam być interpretatorem interpretacji. Zamiast tego postaram się przeszukać sekretarzyk ponownie; a nuż natknę się na coś weselszego?

Na koniec powinniśmy wszakże wyjaśnić pewną kwestię.

Porównaj dwa starożytne mity, które stanowią zręby naszej cywilizacji.

Czyż nie tak mógłby brzmieć temat wypracowania zadanego uczniom w którejś z klas gimnazjum lub liceum?

Jednak zarówno treść jak i charakter pisma przeczą założeniu, że mamy do czynienia z dywagacjami napisanymi dziecięcą ręką.

Cóż więc mogło się wydarzyć?

Ano podejrzewam – bo żadnej pewności mieć tu nie mogę – że rodzeństwo zakłopotane tematem pracy domowej zwróciło się o pomoc do rodziców. Ci zaś zagalopowali się, dając wykładnie, które nawet przy pobieżnej lekturze dowodziły, że nie są wytworem dziecięcego umysłu. Skonfundowani, urządzili pociechom scenę pod nazwą: „ale przecież to miały być wasze wypracowania!” Że jednak żal im było wyrzucać owoce własnych przemyśleń, zamknęli je w sekretarzyku. Spoczywałyby tam pewnie do dzisiaj, gdyby nie sympatia, którą instynktownie powziąłem do niszczejącego mebla. Czy tak było? Niech wystarczy nam przekonanie, że jest to możliwe…

Jeszcze jedno. Jeśli powyższą teorię uznamy za prawdopodobną, to który z zeszytów przypisać mamie, a który tacie? Kobiecemu lub męskiemu punktowi widzenia? Kogo obwinić za pomieszanie Syzyfa z Prometeuszem (czy zresztą nie było już w literaturze podobnej kompilacji? przecież Maria Konopnicka… zaraz; Maria Konopnicka?! nie, to chyba niemożliwe…)? Mam w tym względzie swoje podejrzenia. Ale równie dobrze mogę być w błędzie, gdyż nic tak nie zwodzi jak nadmierna oczywistość.

*** Søren Kierkegaard, Albo – albo, tłumaczenie: Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Toeplitz, PWN 1976.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: