oto I owo

Kilka różnic między „Śmiercią w Wenecji” a „Avatarem”

Posted in felieton literacki by hajton on 20 lutego 2012

 „Śmierć w Wenecji” jest ekranizacją prozy Tomasza Manna; oprawę muzyczną filmu stanowią fragmenty utworów Gustava Mahlera (między innymi niewyrażalnie piękne Adagietto z Piątej Symfonii). Liga wyżej niż pierwsza. Klasa wyżej niż ekstra. Luchino Visconti był reżyserem pieczołowicie dbającym o szczegół. Jeśli bohaterowie popijali na planie koniak marki Hennessy rocznik 1917, to w karafce nie mogło znajdować się jakieś tam brandy, nie mówiąc już o barwionej wodzie. Z ekranu emanowała prawda. Za obrazem szła głębia (nie mylić ze sztucznie wykreowaną przestrzennością 3D). W mieszance takich ingrediencji realność sztuki stawała się intensywniejsza od codzienności. Aktorom łatwiej było wchodzić w rolę granych postaci, w myśl teorii, że autentyczność szczegółu wpływa na wiarygodność całości (nie jestem pewien czy takowa istnieje, ale załóżmy). Do pewnego stopnia mówimy tutaj o technice aktorskiej Stanisławskiego – a więc utożsamianiu się aktora z kreowaną postacią. Ta metoda – cenna w teatrze – w kinie, a zwłaszcza w telewizji musiała prędzej czy później obnażyć swą nieprzydatność.

Dzisiaj aktor zjawia się na planie z zegarkiem  w ręku i z tymże zegarkiem go opuszcza. Znajomość scenariusza niejednokrotnie ogranicza się do poznania jedynie własnej kwestii, o odpowiedzialności za całokształt dzieła już nawet nie wspominając. Film w coraz mniejszym stopniu potrzebuje aktorów. Wybiera twarze. Znane, popularne i lubiane. Szuka towaru, który ma się jak najlepiej sprzedać. Aktor z krwi i kości będzie coraz częściej zastępowany przez gwiazdy wygenerowane komputerowo. Możliwości kina są nieograniczone. Może pokazać wszystko. Co nie znaczy, że więcej wyrazić. Kino nie traktuje widza jak partnera. Raczej jako obiekt, który należy śmieszyć, tumanić i przestraszać. Charlie Chaplin jednym grymasem twarzy potrafił wzbudzić większe emocje niż wielominutowa sekwencja zagłady świata w produkcji „2012”. Idealnym przykładem filmowego widowiska XXI wieku jest „Avatar”; aktorzy występują zaledwie w części filmu, by wymieniać się na planie ze swoimi elektronicznymi klonami. Przedstawiony w filmie, w stu procentach komputerowo wykreowany świat, w tej samej mierze zapiera dech rozmachem co i poraża kiczowatością. Obraz niepozbawiony jest słusznego skądinąd przesłania ekologiczno-polityczno-kulturowego, wyłożonego jednak ze szczodrością i gracją łopaty od koparki. Czy jest więc w stanie wstrząsnąć sumieniem świata? Wydaje się, że nie. Trudno go zbawiać, zarabiając na tym jednocześnie duże pieniądze.

Między kinem a ludzkim życiem zachodzi wyraźne podobieństwo. Bowiem ani „pokazać więcej” ani „więcej posiadać” nie oznacza „pokazać lepiej” lub” lepiej żyć”. Wręcz przeciwnie; tak w sztuce jak i w życiu, nadmiar prowadzi do przesytu, a niedomówienie – byle tylko nie nadużywane – wyostrza zmysły i intelekt. Nie istnieje dowiedziona zależność między zasobnością portfela a szczęściem. Człowiek poddawany ze wszystkich stron naciskowi konkurencyjności i porównań wpada w końcu w pułapkę zazdrości i zawiści. Stąd już tylko krok, aby niepowodzenie bliźniego odbierać jako powód do osobistej satysfakcji. Czy nie mówimy tu jednak o postawie wykreowanej przez drapieżny rynek rozbudzania i zaspokajania potrzeb, które w gruncie rzeczy są nie do zaspokojenia? Koło błędnych założeń i fałszywych wniosków. A więc co pozostaje? Pochwała ubóstwa? Przaśna kinematografia?

Otóż nie. Miernikiem rzeczy pozostaje smak. Kromka świeżego chleba zjedzona na łące może przynieść więcej doznań kulinarnych niż wyszukane potrawy serwowane w najwykwintniejszych lokalach. Zaś w obecnym sezonie konkurencja i publiczność chylą czoła przed czarnobiałym i w dodatku niemym obrazem zatytułowanym „Artysta”.

Przypadek?

Jutrzejszy dzień przyniesie nowe przepisy kulinarne, modniejsze ubrania oraz szczuplejsze telewizory o zwiększonej przekątnej i udoskonalonej wyrazistości obrazu. Ale tak samo będzie pojutrze i – daj Boże – za wieki i tysiąclecia. I może warto tylko pamiętać, że na przykład „Lalka” Prusa, „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, Ballada Chopina czy Sonata Beethovena zachowały świeżość, uniwersalizm i piękno przez wiele, wiele lat. I nie zanosi się, aby kolejne stulecia miały tu cokolwiek zmienić.

Rynek próbuje uczynić z nas byty wykreowane. 

Sztuka daje nam szansę pozostania ludźmi z krwi i kości.

Reklamy

Komentarze 2

Subscribe to comments with RSS.

  1. jan maria said, on 24 lutego 2012 at 08:04

    Janku, w pełni się z Tobą zgadzam!

  2. hajton said, on 24 lutego 2012 at 11:03

    Co mnie cieszy niezmiernie 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: