oto I owo

Pomyłka

Posted in felieton literacki, muzyka by hajton on 1 lutego 2012

Jakiś niepisany gest solidarności każe mi zaczepiać ludzi z futerałami. Zwłaszcza gdy są w większej grupie, co może oznaczać tylko jedno: mam do czynienia z muzykami, rycerzami dźwięku tułającymi się po świecie, w naiwnym, acz pięknym przekonaniu, że muzyką da się go naprawiać.

Orkiestra. Tourne. Przelot. Hotel. Próba. Koncert. Sala mniejsza lub większa. Renomowana albo adaptowana. Publiczność entuzjastyczna lub powściągliwa. Ale zawsze spragniona tego, co ją tu przyciągnęło: muzyki.

No więc zaczepiam ja takich wędrowców – w grupie najłatwiej ich spotkać na dworcach i lotniskach – bo interesuje mnie po prostu skąd przyjechali, co zagrają, dokąd wybierają się następnego dnia. Futerały, różnych wielkości i kształtów, ozdobione nalepkami hoteli i sal koncertowych z wszystkich zakątków globu, zazdrośnie skrywają kształty instrumentów, ale… rozpoznaję je bez trudu.

Zazwyczaj.

Oto bowiem padłem ofiarą braku wyobraźni. Lub wręcz przeciwnie: jej nadmiaru.

Grupa mężczyzn o zaśpiewie kowbojskim, sunąca lotniskowym korytarzem, wyposażona w futerały jakby z jednej pracowni, sprawiała wrażenie orkiestry dętej, jakiegoś Alaskan Brass Band, formacji wybitnie maskulinistycznej (bo w końcu jaka kobieta grałaby na instrumencie blaszanym w alaskańskich mrozach?). Bez trudu dawała się zauważyć pewna srogość muzyków, ale nie oszukujmy się: dmuchanie w puzon nie jest na Alasce zajęciem dla mięczaków. Gdy ustnik przymarza do ust, a tu ciągle jeszcze trzeba dąć, to, przepraszam bardzo…

Zgodnie ze zwyczajem postanowiłem zapytać chłopaków, czy rzeczywiście mam do czynienia z orkiestrą dętą blaszaną i co ich do nas sprowadza.

Trombone (puzon)? – rzuciłem domyślnie, wskazując futerał jednego ze srogich, który wydał mi się nieco mniej srogi.

No, man (nie, człowieku). Ten instrument nie służy do grania. – Srogi uśmiechnął się ostrzegawczo. Jego akcent zawierał twarde nuty. Może piękna acz surowa natura rzeźbiła go na kwadratowo?

– Proszę? Więc… – srogi zbił mnie z tropu i wybił z rytmu.

Rifle, man (strzelba, człowieku). Przyjechaliśmy do was trochę postrzelać.

– Do rzutków? – palnąłem naiwnie.

Srogi roześmiał się pogardliwie.

No, man. Do rzutków to możemy u siebie. Do zwierzyny, człowieku – dodał zniecierpliwiony. – U was da się ustrzelić od wilka do żubra. Paradise, man…

– Tak… po prostu, postrzelać?

– Nie, nie po prostu: to kosztuje spore pieniądze… Big money, man… – powtórzył, dziwnie spłaszczając głos i podkreślając słowa gestem, który miał prawdopodobnie symbolizować ogromną kupę szmalu. Chyba jednak nie miałem do czynienia z Jankesem. Ewentualnie z takim, który sądzi, że ma do czynienia z debilem. A może i jedno, i drugie?

– A u was nie można?

– Co ty, człowieku, własną zwierzynę mamy wystrzelać?

– No tak, racja…

Przytłoczony logiką argumentów zaniechałem dalszego kompromitowania się. Srogi przyjacielsko klepnął mnie w plecy (omal nie łamiąc przy tym ręki; mojej rzecz jasna) i ruszył za kompanami, którzy w międzyczasie oddalili się nieco, podążając za pulsującym coraz żwawiej zewem krwi.

I ja poszedłem w swoją stronę, w głębokim przeświadczeniu, że światem rządzi dysproporcja.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: