oto I owo

Człowiek godny zaufania

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 listopada 2011

Oddałem telewizor do naprawy. Tradycyjne trzaskanie w obudowę (ech, te wydatne korpusy w modelach lampowych…) nie wchodziło w grę. Jeszcze bym potłukł ciekłe kryształy. Albo plazma spłynęłaby na dywan.

– To pewnie coś drobnego. W sumie działa, tylko dostaje czkawki – próbowałem zbagatelizować sprawę. – Myśli pan, że do wieczora będzie gotowy?

Mężczyzna popatrzył na mnie z nieokreślonym wyrazem twarzy.

– Zobaczymy. Najpierw muszę go otworzyć, a to według kolejności przyjęć. Widzi pan te półki pełne sprzętu? – wskazał głową w nieokreślonym kierunku. – To wszystko na mnie czeka.

Nic nie widziałem, ale pewnie spojrzałem nie tam, gdzie trzeba. Prócz tego (tak, między nami) nigdy nie należałem do orłów spostrzegawczości.

– A czkawka to może być, ho–ho–ho…

– To znaczy?.. – próbowałem nieśmiało.

– To znaczy, wszystko!

Tu mnie miał. Postanowił wykorzystać moment.

– Za przyjęcie do naprawy należy się pięćdziesiąt.

– Za… przyjęcie?

– A tak, bo załóżmy, że dzwonię do pana i mówię, że trzeba zrobić to, to i to, a pan się pytasz, ile to będzie, a ja panu na to, że tyle i tyle, a pan wtedy mówisz, że nie, że za taką cenę to lepiej kupić nowy…

– No, właśnie…

– Co, właśnie? To po cholerę ja go rozkręcałem? Sam pan widzi. Pięćdziesiąt i zostawiasz pan rupiecia.

– Nie takiego znowu rupiecia… – próbowałem jeszcze, ale wyglądało na to, że pierwsze stracie przegrałem sromotnie. Podpisałem papiery, oznajmiłem, że czekam na telefon…

I czekałem.

Dzień, dwa, potem cztery, aż w końcu sam zadzwoniłem, po to tylko, aby dowiedzieć się, że przecież był długi weekend. Faktycznie. Był. Chyba okazałem się niedelikatny.

Po kolejnych dwóch dobach wpadłem – niby przypadkiem – aby przekonać się, czy punkt naprawy jeszcze istnieje. Istniał, ale drzwi nie udało mi się sforsować. Choć nominalnie były to godziny otwarcia. Sąsiadka powiedziała, że specjalista jest w terenie. Wróci około siedemnastej. Niestety, o tej porze zakład był już nominalnie zamknięty.

Następnego ranka zaczaiłem się. Gdy tylko mistrz pojawił się w zakładzie, zastukałem grzecznie.

– Właśnie nad nim pracuję!

Poczułem się głupio. Facet od świtu szarpie się z moim sprzętem, a ja go nachodzę niczym jaki przedstawiciel CBA.

– Jutro będę wiedział. Zadzwonię. Jasne? Nara.

Jakże różnił się od tych, co to silni w buzi, a w działaniach już nie tak bardzo. Skruszony, wycofałem się i czekałem. Zgodnie z instrukcją.

– Więc, tak jak mówiłem: to może być wszystko – brzmiał werdykt usłyszany następnego dnia w słuchawce. Fachowiec wytrawny, rzec by można. I słowny. Całkowicie potwierdziły się jego wstępne przypuszczenia.

– Teraz tak – kontynuował. – Musiałem wymienić zasilanie, żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi. Czyli do pięćdziesięciu dorzucamy sto pięćdziesiąt.

– Ale – upewniałem się – jaka jest gwarancja, że pan to naprawi?..

– A co ja – bank europejski jestem, że pan chcesz gwarancji? Mówię uczciwie jak jest!

Faktycznie, z takim morale mógłby zrobić karierę na finansowych salonach. Jego słowa były na wagę złota.

– A co do dalszych kosztów… – znowu coś mnie podkusiło.

– Panie, jesteś mi pan na razie winien dwieście złotych, więc po co ta gadka o dalszych kosztach! Masz pan jakiś limit?

– No, nie wiem… Może trzysta? Trzysta pięćdziesiąt? – dorzuciłem więdnącym głosem.

– Weźże mnie pan nie rozśmieszaj. Za taką cenę to ja mogę panu ogórki zakisić a nie flatskriny naprawiać.

Trzeba przyznać, że uczciwie stawiał sprawę.

Zrezygnowałem.

Po dwóch kolejnych dniach udało mi się upolować zaganianego majstra. Odliczyłem właściwą ilość banknotów, ale mistrz zbolałym głosem poinstruował mnie:

– A to, że mi w warsztacie miejsce zabierał, to się nie liczy? Wie pan, ile ja przez to pańskie barachło klientów straciłem? Dwieście pięćdziesiąt.

Wyciągnąłem z portfela trzy setki. W końcu trzeba być człowiekiem. A facet mnie nie orżnął, chociaż mógł. Od początku uprzedzał, jak się sprawy mają.

Kiedy już upchnąłem grata w samochodzie (jakoś tylna ścianka nie chciała się domknąć), przyszła mi do głowy świetlana myśl. Przecież ten człowiek odpowie na wszystkie moje pytania! Ileż to razy w domu psuje się – na przykład – suszarka, ekspres do kawy, czy chociażby żarówka, a my – tępo i bezrefleksyjnie – wyrzucamy je do śmieci.

Teraz – za przystępną cenę – będę mógł się zapoznać z rodzajem usterki. Konsument świadomy – świadomie kupuje, ale i świadomie się pozbywa.

A wracając do fachowca. Wróżę mu niebanalną przyszłość. Niekoniecznie w punkcie naprawy RTV.

Reklamy
Tagged with: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: