oto I owo

Jak rozpoznawać dni po zapachu?

Posted in felieton literacki by hajton on 3 października 2011

Otwieram oczy.

Miejsce jakby znane.

Bez trudu określam porę roku, datę, a nawet godzinę.

Ale komórka się wyładowała, komputer w naprawie, a kalendarzy ściennych lub biurkowych nie używam już od dawna. I nagle w głowie czarna dziura: jaki to dzień tygodnia? Jego żmudny początek (już się spóźniłem?), zapracowany środek (znowu się spóźnię?), czy może końcówka (w którym to wariancie mógłbym spokojnie opuścić powieki, oddając ciało i ducha błogości snu porannego)?

Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Wstaję, podchodzę do okna (ewentualnie wychodzę na balkon, a gdy w pomieszczeniu brak i jednego, i drugiego –  z poświęceniem wywlekam się na ulicę), otwieram je szeroko, by zaczerpnąć głęboki haust świeżego powietrza.

Jego zapach prawdę mi powie.

Przed nami olfaktoryczny przewodnik w siedmiu cząstkach.

Już na początku natykamy się na niechętne współistnienie zniechęcenia i nadziei. Gdy w pierwszym dominuje zapach piołunu i zgorzkniałego tytoniu, w drugim – najbardziej wyczuwalne będą nuty goździka i goździka (kwiatu i przyprawy). W tak skonfliktowanym połączeniu tylko wytrawny nos rozpozna zapach poniedziałku.

Przywykanie o woni kardamonu, nałożone na konsekwencję (kwiatowy odeur sali gimnastycznej tuż po ćwiczeniach zakwitającej młodzieży), utworzą bukiet zwany tramwajowym. Pomyłka wykluczona: to wtorek.

Gdy w pierwsze smużki rezygnacji wplotą się akcenty jej nieodrodnego brata: buntu, otrzymamy zapach wybitnie kulinarny, zawieszony gdzieś między mocną, choć zwietrzałą i zimną kawą, a słabym, za to ciepłym piwem. Tak pachnie środa.

Oto pierwszy i zarazem ostatni z dni, w których szaleńcy roją, aby tydzień pracy był dłuższy. Udałoby się wówczas skończyć to, co zaczęte. Mrzonki. Dla większości jest oczywiste, że weekend powinien zaczynać się już w piątek. Napięcia przeciwstawnych koncepcji owocują niełatwą w rozpoznaniu mieszanką agrestu – czy może raczej aronii – i rdestu, choć lepiej byłoby powiedzieć – ironii. Po prostu czwartek.

Odtąd powinno już pójść jak z płatka. Róży oczywiście, bowiem dominujące od piątkowego ranka uczucie radosnego oczekiwania, przybiera jednoznaczny zapach rosa pimpinellifolia. Jest on kontrowany pracoholicznym wyziewem białego piżma, a właściwie białego piżmaka.

Początek weekendu nie pachnie. Przynajmniej z rana. Wszyscy śpią. Nieomylny znak, że szczęśliwie doturlaliśmy się do soboty.

Dzień następny to błogość zakłócona poczuciem przemijania. Bukiet świeży, przemieszany z bukietem obumierającym. Niestety; kwiaty nie przechowują swego piękna w zapachu.

Za ewentualne pomyłki nie biorę odpowiedzialności, gdyż:

a)      zapach poszczególnych dni podlega całodobowym fluktuacjom.

b)      każdy tydzień może pachnieć inaczej.

c)      zmysł powonienia jest cechą wysoce indywidualną.

Reklamy
Tagged with: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: