oto I owo

Wcale nie plastusiowy pamiętnik

Posted in książki nieistniejące, O KSIAŻKACH, żarty literackie by hajton on 19 czerwca 2011

Casimirus Bonito Franquez: Wcale nie plastusiowy pamiętnik Wydawnictwo Złote Fiasko 2011

Na rynek wydawniczy ostrzem sensacji wbiła się ostatnio książka Casimirusa Bonito Franqueza. Jej bohaterem jest trzynastoletni chłopiec zwany przez wszystkich Plastusiem. W odróżnieniu od literackiego pierwowzoru, nie jest stworem z plasteliny, a młodzieńcem z krwi i kości. Wiek, którego doczekał, skłania go do rozważań w trybie niezwykle minorowym. Wychowywany w kulcie piątku, czarnego kota i trzynastki, prześladowany widmem kary za prawdziwe i wyimaginowane grzechy przeczuwa, że w jego życiu nadciągają zmiany, po których nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Ruszajmy więc z bohaterem na przełaj, przez siedemset siedemdziesiąt sześć stron bitego tekstu. Dlaczego bitego? Ano, bo wygląda tak, jakby ktoś się nad nim pastwił.

Dzieciństwo upływa chłopcu pośród haseł wymalowanych na czerwonym tle. I tu pierwsze odkrycie; szkarłat, purpura, karmazyn, nie mają dla Plastusia kontekstu politycznego. Są wszechobecną i dogłębną ilustracją trudnego słowa menstruacja, z którym bohater mierzy się nadaremnie przez kilka rozdziałów. Plastuś i jego koledzy wielokrotnie zaglądają pod paski, ale nic tam nie mogą znaleźć.

– Menstruacja, emancypacja, same głupstwa, takie tam kobiece sprawy… Baby są dziwne, mówię ci synu… – odpowiada zdesperowanemu chłopcu ojciec, postać dość papierowa (pracownik fabryki celulozy).

Nie samym chlebem żyje człowiek… Ale jak żyć bez chleba? Nasz powszedni pojawia się na kartach powieści wyłącznie w formie czerstwej. Plastuś nie wybrzydza; jakże wzruszająco brzmią jego wyznania, że: nad kromkę chleba mlecznego z solą to już nie ma nic lepszego na świecie…

Powszechnie znana jest wychowawcza rola sportu. Autor genialnie wyłuskuje sprytne posunięcie ówczesnych marketingowców, którzy najgorszym papierosom świata dali atrakcyjną nazwę sport. Aby podać młodym ludziom pomocną dłoń (ze szlugiem), wprowadzono nawet małe opakowania, dziesięć sport. Wraz ze stugramowymi buteleczkami wódki (obdarzonych czułą nazwą małpek) tworzyły tak zwany niezbędnik  młodzieżowy.

Barwną grupę stanowią podwórkowi koledzy Plastusia. Wesołe chłopaki. W epilogu kapitalnej sceny podpalenia stóp bezdomnemu pokazują swoje prawdziwe ja, płaczą jak dzieci, gdy w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności wpadają w bezwzględne ręce (łapy) MO.

Szkoła, do której uczęszcza Plastuś niewiele różni się od placówek edukacyjnych na całym świecie. Jest miejscem nauki i życia towarzyskiego. Szkolarskich cierpień i socjalnych przyjemnostek. Pierwszych wtajemniczeń i ostatnich złudzeń… Warto przy okazji wspomnieć kapitalną figurę nauczyciela wuefu, który zwraca się do uczniów charakterystyczną sarmacko-taneczną frazeologią: już ja ci uszu napolonezuję, albo: jak ci mazura dokopię, to ci kujawiakiem wyjdzie.

Te objawy szarego życia nabierają nagle cech magicznych, bowiem w klasie Plastusia – całkiem nieoczekiwanie, w połowie roku – pojawia się Hanna. Piętnastoletnia (dwukrotnie już zimująca), pryszczata dziewczynka, która dla chłopca staje się natychmiast uosobieniem wszystkich wyśnionych i wymarzonych piękności. Kiedy Plastuś wyznaje sam przed sobą: ona jest lepsza nawet od chleba z solą, wiemy już w stu procentach: nasz bohater się zakochał…

Nie doszukujmy się w Całkiem nie plastusiowym pamiętniku oszałamiającej akcji, nagłych jej zwrotów, grania pod publiczkę i pod krytyczkę. Książka – jak na wielostronicowe dzieło przystało – jest rzetelnym literackim mozołem, po którym czytelnik z ulgą obetrze zroszone potem czoło. Czy jest więc szczególny powód, dla którego powieści szerzej nieznanego u nas pisarza zdecydowałem się poświęcić parę słów? Otóż jest. I to bardzo dobry.

O ile bowiem męki dorastania charakteryzują się pewną sumą doświadczeń wspólnych, o tyle ich tło w sposób oczywisty różni się w zależności od kraju dojrzewania. Casimirus Bonito Franquez dokonał rzeczy niezwykłej. Osadził akcję w miejscu i czasach środkowego PRL-u. Skąd ten – z pozoru – absurdalny, abstrakcyjny, buńczuczny i – chciałoby się powiedzieć – z góry skazany na niepowodzenie pomysł?

W jednym z wywiadów autor próbuje to wyjaśnić: Jako pisarze, często flirtujemy  z czytelnikami na poziomie idei. Czy nie jest to gra zbyt łatwa? A może uczciwiej byłoby zadać sobie trud i wedrzeć się ze zrozumiałą treścią w obcy i niezrozumiały krajobraz? Bo co się wówczas może okazać? Że ani on obcy, ani niezrozumiały.

W innej rozmowie ten niekwestionowany protagonista literatury iberoamerykańskiej, mówi krótko i dobitnie: koniec z realizmem magicznym, czas na realizm socjalistyczny.

Pomimo jasno wyrażonej idei, nie sposób przecenić skali trudności, jaką narzucił sobie pisarz. A jednak… Właśnie, dochodzimy do meritum sprawy.

Proza Franqueza płynie naturalnie niczym Warta i Bug, szeroko jak Wisła, granicznie jak Odra i majestatycznie jak Wieprz. Czy stoją za tym koligacje rodzinne, silne więzy przyjacielskie, drobiazgowe studia dotyczące opisywanych miejsc i czasów, czy wręcz jakaś inscenizacja, wykreowanie – gdzieś, wśród podmiejskich favelas – eksperymentalnej osady, z imitacją pustych sklepów, kolejek i barów mlecznych, pozostanie tajemnicą autora. Najważniejsze, że zamysł się powiódł, że autor dokonał rzeczy z pozoru niemożliwej, formułując zarazem credo twórczości: jedynym ograniczeniem literatury jest brak wyobraźni.

Czytelnik Wcale nie plastusiowego pamiętnika ani przez moment nie wątpi, że książkę napisał człowiek obeznany z peerelowskimi realiami w stopniu omalże perfekcyjnym. Jest tam może kilka drobiazgów, uroczych w swej niefrasobliwości i wywołujących ciepły uśmiech pobłażania. Franquez omyłkowo nazywa Wisłę Dunajem, zaś czytając opisy warszawskiej Pragi odnosiłem nieraz wrażenie, że to bardziej Praga czeska (wszechobecne knedliczki i nagminne pozdrawianie się słówkiem: ahoj!). Ale, doprawdy, nie bądźmy drobiazgowi. Nie podcinajmy skrzydeł utalentowanemu literatowi tylko dlatego, że palnął kilka pełnych czaru byków (wzmianka o corridzie również nieco zaskakuje, zauważmy jednak, że pojawia się tylko raz).

Franquezowi nie są obce Cierpienia Adriana Mole, telewizyjny serial Cudowne lata, jednak zawsze pozostaje sobą, nawet jeśli to swoje ja trzeba wyrazić nieco chropawym językiem (słynne, półstronicowe wiązanki wyszukanych przekleństw, na które niestety brak mi tu miejsca). Nie zapominajmy wszakże, że autor chłopcem nie jest. Mógłby być dziadkiem głównego bohatera, co słychać czasami w monologach Plastusia, brzmiących niczym dywagacje pod wezwaniem Nabokova. Przyznajmy, że: …lolitka wiła się niczym kotka na gorącym dachu tramwaju zwanego pożądaniem…, jest tekstem średnio tylko prawdopodobnym w ustach trzynastolatka.

Ale to szczegóły, których nie mam zamiaru się czepiać.

Gdy bohater wezwany do tablicy pisze na niej – a są to zarazem ostatnie słowa powieści – W ogrodzie Channy rozkwitła dzisiaj piękna czerwona ruża, mamy prawo zastanowić się, na które piętro podświadomości autor nas zaprowadził (chyba, że chodzi tu o karygodne niedopatrzenie korekty?!).

Czy mamy więc do czynienia z arcydziełem czy tylko – jak mówi (pewien) poeta – z arcydzięglem? Niechaj czytelnicy osądzą sami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: