oto I owo

Alfabet czy abecadło?

Posted in felieton literacki, zabawy literackie by hajton on 26 grudnia 2010

Wyraz określający łaciński porządek liter coraz częściej przegrywa konkurencję ze swoim starszym kolegą. Owszem, niepozbawionym powabu i subtelnej tajemniczości, ale przecież nie mającemu nad Wisłą powszechnego zastosowania. Cóż, nie ma sensu udawać Greka; choć pobrzmiewa to lekką goryczą, nie nam pisane alfy (chyba  że romeo), bety, gammy i delty…

Przecież jednak mamy swoje abecadło, znacznie precyzyjniej określające zbiór literek do korzystania na codzień (te piękne wyrazy pochodne: abecadariusz, abecadlarz, abecadlarka, abecadlnik – czy ktoś jeszcze w ogóle o nich pamięta?..) Może to odwieczna ekonomizacja czasu każe nam wybierać trzy sylaby w miejsce czterech? Może chodzi o tę właśnie głoskę różnicy, która mnożona przez miliony użyć powoduje ogromne oszczędności czasoprzestrzeni? Ale przecież kiedy abecadło z pieca spadło, narobiło tyle zabawnego huku… Gdyby alfabet spadł na ziemię, nikt by go nawet nie usłyszał…

Lepiej nazywać rzeczy po imieniu. Bez skrótów. Pełnym brzmieniem. Smakujmy słowa niczym łyki dojrzałego wina. Przenikajmy ich sens, aż i nas przeniknie dreszcz zrozumienia.

Podjąłem próbę przyjrzenia się kilku popularnym terminom pochodzenia zagranicznego, które na dobre rozgościły się w polszczyźnie. Są one często związane z przełomowymi odkryciami i wynalazkami ostatnich dziesięcioleci: komputerem, internetem, łącznością satelitarną i bezprzewodową. W większości przypadków zakorzenienie i nawyk są już tak silne, że o zmiany będzie trudno. Okażą się wręcz niemożliwe, i – mówiąc prawdę – nie wiadomo, czy pożądane. Poteoretyzujmy jednak.

Komputer. A gdyby zastąpić go wyrazem kosługa (ko-rny słu-ga ga-wiedzi)? Tym samym, nie tylko utworzylibyśmy nowe słowo, ale i przywócili życie już zapomnianym.

Internet jakoś brzmi. Niektórzy z nas ciągle pamiętają czasy Interwizji. Net też nie jest pojęciem obcym, choćby dla miłośników tenisa. Ale pomarzmy: jak przyjąłby się taki na przykład – wsieciarz?…  Albo wszechnik?..

Przejdźmy do skrótów. SMS. Proponuję następujące wersje: króteść (krótka tekstowa wiadomość), ścierkrót albo tekrówia.

Telefon komórkowy, zwany GSM. Hm, ten ma już swoją nazwę. Komórka. Trochę bez sensu, ale nie bądźmy małostkowi.

Podobnie z urządzeniem GPS, zwanym powszechnie nawigacją satelitarną. Może jednak coś krótszego i przyjaźniejszego uchu? Na przykład pilsat (pilot satelitarny).

Inną możliwością jest ponowne, wizyjne rzekłbym, odczytanie abrewiacji.

SMS

Sentencjonowana Myśl Samodzielna

Samodzielny Myślowy Szybowiec

GPS

Główno Prowadzący Symultanik

Gżegżółka Podróży Samochodowych (gżegżółka słynie wszak ze swoich zdolności naprowadzających)

Przenieśmy się na moment w dziedzinę skrótów biurowo-politycznych (politbiuro się kłania).

Mamy tu do czynienia z gwałtownym wysypem pi-arów, zwłaszcza czarnych. Przez długi czas próbowałem trafić na ślad zakonnika o ciemnym kolorze skóry lub przynajmniej ubranego w habit nieskończenie posępny. Kiedy pojąłem, że mowa o anglojęzycznych PR (Public Relations), uderzyła mnie wszakże możliwość twórczego wykorzystania miana szlachetnych ojców pijarów, którzy – mam nadzieję – wybaczyliby nam niezłośliwą zbieżność.

HR. To wcale nie skrót od hrabiego, a od Human Resources. Idąc drogą zbliżoną do poprzedniej… No tak, z zachowaniem pewnej ostrożności, moglibyśmy dojść do słówka hojar (radosne połączenie huzara z bojarem).

Przejdźmy teraz do czegoś, co lubią (prawie) wszyscy. Show-bussines.

No właśnie! Szołbiznes? A nie lepiej: pokazowy interes? A może nawet: interes na pokaz?..

Celebrities. OK, celebryci mogą zostać. Natomiast ich potomstwo proponuję obdarzyć mianem, odpowiednio: celebrynek (dziewczynki) i celebrynków (chłopcy). Mam już nawet w głowie taką piosneczkę przedszkolną:

W pelerynkach celebrynki zajadają mandarynki…

Sugerują również, aby wzorem pojęcia pochodnego od celebry, dodać nową kategorię. Koncelebrytów mianowicie.

Przed nami rewelacja ostatnich lat. Facebook. A czemu nie księgotwarz (ewentualnie – twarzoksiąg) – pytam? Czyżbyśmy bali się powiewu elektronicznej magii?

Na koniec moje ulubione słowo: cartridge. Czy jest sens nazywać go nabojem, które to określenie posiada zabarwienie silnie agresywne, wręcz militarystyczne? Przecież kartrydż sam się nasuwa, zwłaszcza że historia zna już analogiczny przypadek (porridgeporydż, zwany również owsianką).

Oczywiście, internetowa urawniłowka (a gdyby tak: wyrównarka?..) w niejednym przypadku odetnie naszym wyrazom ogonki, kropki i kreseczki.

No wlasnie. Co wowczas?

Nie zniechęcajmy się! Rozbierzmy dla przykładu choćby przedostatnie z proponowanych słów.

Przecież kartrydz też brzmi ładnie.

– Proszę? – Zapyta ten i ów. – A cóż to takiego?

– Jak to? – zdziwimy się (z)godnie. Przecież to rodzaj karcianego rydza!

Stąd już tylko krok do karprydza – apetycznego wariantu ryby w grzybach. Wydaje mi się, że słowo carpridge nie istnieje, co stwarza wymarzoną okazję, abyśmy to my tym razem wzbogacili słowniki Anglosasów.

A przy okazji – ich wątłe kulinaria.

Tak oto (i owo), dość szeroką (by nie powiedzieć – karkołomną) parabolą, dotarliśmy do tematyki okołoświątecznej.

Składam najlepsze życzenia i dziękuję wszystkim, którzy zechcieli odwiedzić mój blog.

Było mi niezmiernie miło Was gościć.

Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Reklamy
Tagged with: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: