oto I owo

Bez tezy

Posted in felieton literacki by hajton on 24 listopada 2010

Konieczność wymiany myśli należy do najbardziej elementarnych potrzeb człowieka. Pierwotnie – jak do dzisiaj w świecie zwierząt – służył temu język gestów, znaków i zachowań. Życie w ewoluującej grupie – wiele wieków później nazwane cywilizacją – nauczyło nas kontroli odruchów. Ich miejsce stopniowo zajmowała mowa – subtelniejsza i bardziej wyrafinowana forma komunikowania się. W kolejnych stadiach rozwoju – sublimowana i wzbogacana z jednej strony, zubażana i trywializowana z drugiej – stała się językiem kodów nie zawsze nazywających rzeczy wprost i po imieniu.

Weźmy na przykład list rozpoczynający się od słów: „Drogi taki a taki” a kończący się frazą: „Twój szczerze oddany”. Dobroduszność użytych zwrotów może równie dobrze oznaczać zażyłość korespondentów, co okazać się lukrem na… wymówieniu z pracy.

Niekiedy słowa zawierają sens dokładnie odwrotny od potocznie im przypisywanego. Skrajnym przykładem jest tutaj pewne natręctwo językowe. Używana w formie pytającej partykuła „nie?”, dodawana do każdego prawie zdania, oznacza w istocie – „tak!” (nie?). Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Wiem tylko, że mowa zwodzi.

W tej sytuacji, niemniej ważne – a niekiedy ważniejsze – stają się słowa niewypowiedziane. Melanż niedomówień, możliwości i wariantów.

Otwartym pozostaje pytanie, czy słowa oznaczają dla nas to samo, czy też to samo ale inaczej? Weźmy dla przykładu kolor zielony (i nie bawmy się w jego odcienie). Nie ma wątpliwości, że mówimy o jednym, ale czy jest pewne, że identycznie to widzimy i odczuwamy?

Istnieją plemiona rozpoznające się dotykiem. W naszej szerokości geograficznej, rzecz nie do pomyślenia. Wystarczy wyobrazić sobie poranny tramwaj pełen obmacujących się ludzi, aby absurdalność takiego pomysłu raz na zawsze wywietrzała nam z głowy. Mieszkańcy metropolii Dalekiego Wschodu zmuszeni byli ograniczyć tak zwane pole osobiste do powierzchni o promieniu kilku zaledwie centymetrów. Przy ich dyscyplinie wewnętrznej i wsobnej ekspresji okazało się to możliwe. Jak byłoby u nas? Poczekajmy, aż  liczebność największych miast zwiększy się o jakieś… dwadzieścia milionów, a ich powierzchnię unerwi pięćdziesiąt linii metra.

W sensie czysto fizycznym – jesteśmy coraz bliżej siebie. Ale nawet najnowocześniejsze wynalazki w dziedzinie wymiany myśli nie podważają faktu, że właśnie mowa pozostaje głównym jej narzędziem.

Język potoczny to zaledwie przedpole dla poezji: reakcji słownej, w której poszczególne elementy ulegają deatomizacji, po czym zmartwychwstają z zupełnie nowym literackim DNA. Inna chemia nadaje im nowych znaczeń.

Przychodzi wszakże chwila, w której z mozołem docieramy do granic słowa, z głębokim bólem stwierdzając, że dalej istnieje już tylko jego antyteza.

A więc – milczenie. 

W sukurs spieszą nam jeszcze dźwięki i obrazy. Bezsłowna myśl totalna, próbująca wedrzeć się w najsekretniejsze zakamarki jaźni. Ekwiwalent rozpostarty między słowem a ciszą…

Jest takie powiedzenie: licz się ze słowami. Może sens owego napomnienia jest głębszy niż się z pozoru wydaje? Może w istocie znajdują się gdzieś liczniki naszych słów? Wartościujące je i rzucające na przeciwstawne szale.

Która z nich przechyli się w chwili ostatecznego ważenia, za tą podążymy.

Ku bezkresowi lub w otchłanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: