oto I owo

Dzień, w którym zniknęły słowa

Posted in miniatury literackie by hajton on 18 października 2010

Początkowo sądziłem, że coś nie tak z moim komputerem. Już nieraz spowalniał – do zawieszania się włącznie – testując moją wytrzymałość i przybliżając podjęcie decyzji o wymianie sprzętu. Ilekroć byłem jej naprawdę bliski, wychodził jednak z letargu i niczym żwawy młodzieniec zaczynał jarzyć i iskrzyć. A może wirus, myślałem coraz bardziej podejrzliwie. Taki wirus to już gorsza sprawa; nie tylko zawiesza, ale i zniszczyć może, kto wie czy nie bezpowrotnie… Co dziwne, obrazki i zdjęcia zachowywały się normalnie, to znaczy b y ł y. Powiedziałbym nawet, że pulsowały ze zwiększoną częstotliwością.

Zaniepokojony wybiegłem z domu, nie próbując nawet ciepłej i aromatycznej kawy.  W kioskach sprzedawano gazety, a jakże. Odetchnąłem z ulgą. Czy jednak nie przedwczesną? Bowiem z pozornie zwyczajnych łam, białą pustką świeciły szpalty, a kolumny uderzały nicością. I tylko zdjęcia i obrazki miały się w najlepsze… Dosadniejsze niż rzeczywistość, kolorowsze niż natura, bardziej niż zazwyczaj fałszowały dookolny świat. No i doigraliśmy się, pomyślałem. Kto słowem wojuje, od słowa ginie – wysnułem nielogiczny w tym przypadku wniosek. Kto słowa nadużywa, zostaje go pozbawiony, albo: kto słowa nie szanuje, utraci je na wieki – byłyby tu hasłami bardziej na miejscu. Ale nie miałem czasu i nastroju do tak drobiazgowych analiz. Zaprzątało mnie co innego. Czy oprócz mnie ktokolwiek coś zauważył? Nie odnosiłem takiego wrażenia. Dzienniki szły jak średniociepłe bułeczki; kupujący natychmiast wciskali je pod pachę, ręce zajęte mając zapaleniem świeżo nabytymi zapałkami świeżo nabytych papierosów. I ja kupiłem – pozbawione jakiegokolwiek wpisu – dwa dzienniki i trzy tygodniki, płacąc cenę pełną i okrągłą. Moje zawieszone w zdziwieniu spojrzenie kioskarz zbył całkowitym brakiem zainteresowania. W panice wróciłem do domu.

Z mocno nadszarpniętą nadzieją stanąłem przed książkowymi półkami. Nie zważając na tytuł wziąłem pierwszą z brzegu. Zresztą, mógłbym zważać… Już grzbiety pozbawione wklęsłości bądź wypukłości, powinny były przygotować mnie na najgorsze. W środku znajdowały się tylko puste kartki. Numerowane puste kartki… Sięgnąłem po kolejną pozycję. I jeszcze jedną. Z takim samym skutkiem. Ostały się jeno okładki i papier. Literowa zawartość mojego księgozbioru wyparowała.

Podobnie jak ciepło i zapach z niewypitej kawy. Tylko komputer mruczał niczym zadowolony kot… Nie wiem dlaczego, bo na ekranie nic się nie zmieniło. Jedynym źródełkiem ulgi pozostawał fakt, że nie zniknęły literki na klawiszach. Wszystko można było zacząć jeszcze raz. Zastanawiałem się czy ma znaczenie, której z liter alfabetu dotknę jako pierwszej. Wziąłem delikatny zamach. Palec z wątpliwością i determinacją opadał w kierunku przycisków klawiatury… W tej właśnie chwili usłyszałem gwałtowną wymianę klaksonów.

To hałaśliwa ulica dała o sobie znać.

Obudziłem się.

Reklamy
Tagged with: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: