oto I owo

Solfizmaty

Posted in zabawy literackie by hajton on 5 sierpnia 2017

Skrzydlate konisko odwiedziło mnie znowu. Właśnie miałem jeść, ale bezceremonialnie kopnęło mnie w czaszkę.

– A dlaczego ty nie wymyślisz jakiegoś swojego gatunku, tylko małpujesz po mistrzach? – zapytało.

– Głodny jestem i zły, przyjdź później, albo sam se wymyśl.

– Przychodzę kiedy chcę, poza tym, ja jestem od kopania, a od wymyślania – machnął skrzydłem, aż papiery pospadały z biurka, a nuty z pulpitu – jesteś ty. No, już, za dużo czasu nie mam.

– Ale… to chociaż podpowiedź proszę.

– Żyjesz między dźwiękiem, a słowem, więc?…

– Użyć nazw dźwięków? Będę miał pierwsze litery alfabetu i całe mnóstwo „is” i „es””.

– Nie znasz innych określeń?

– Oczywiście, że znam – odparłem z godnością. – Tak zwaną solmizację.

– Widzisz! Jesteś prawie w domu!

– Mogę powtórzyć „do”? – spytałem cicho.

– No, coś ty – szepnął ze zgrozą – chcesz iść na łatwiznę? Jednak, poza tym drobiazgiem, jako twórca gatunku, możesz ustalić reguły… – ogłosił wspaniałomyślnie.

– Jakże będzie mi brakowało naszych liter, chrzęść, gwóźdź, dżdż…

– Nie maż się, tylko próbuj, klasyczniej – zarżał i strącił skrzydłem kielich z winem. Myślałem, że go trzepnę, ale ten spryciarz jakimś cudem złapał puchar w kopyto i odstawił w koryto. Nie uronił nawet kropli.

Reguły? Jakie reguły! Zasada prosta niczym gama. Bierzemy „do, re, mi, fa, sol, la, si” i jazda!

Dom i silos, Rafale (co najpierw? porady dla młodego rolnika)

O rosie falami LSD (po naćpaniu)

Lis dolarem i fosa (lis, bo futro, jak długo jeszcze?! fosa, magnes dla turystów)

Folia, morda i less (morda w folię i do piachu, czarny kryminał)

Aldi ma i os flores (asortyment Aldiego bywa zaskakujący)

Misa fors dla O., ile? (po chałturze)

Odra mil soli: „safe” (gdyby Odra była słona…)

Dosol salami: „fire” (nie przesadzać z pikanterią)

Las, farso melodii (gdzie śpiewaków za dużo…)

O, Larsie, Safo mdli! (ostrożnie, panie reżyserze)

Radom, flis Olesia (czym rzeka dla flisaka, tym Radom dla chłopaka)

Odessa, firma Loli (Lola, potentatka znad Morza Czarnego)

Li ma Forda, li Esso (albo samochód, albo paliwo)

A fiord lassem Oli (Ola mieszka nad fiordem w kształcie lassa)

Si, si! ale! mordo fal! (zawołanie żeglarskie, międzynarodowe: si! – włoskie, ale! jest tu spolszczonym francuskim allez)

I los rad losem fai (Kraj Rad przykładem)

Darmo sile fasoli (prawdziwa siła obejdzie się bez używek)

Merda osa lisofil (przyjaźń międzygatunkowa)

Armado, sisi? fe! lol (przynagleni rumem i piwem majtkowie wychodzą na zawietrzną…)

– A to „lol”, to co? – zainteresował się nagle.

– Takie coś, że jest śmiesznie.

– A jest?

– Ty mi powiedz.

– Ja nie jestem od oceny, tylko od inspiracji. No, czas na mnie. Nara…

– Mara… flisd osiole… – mruknąłem pożegnalny solfizmat, ale na szczęście (bo kopyto ma mocne) już mnie nie słyszał.

Nocne odwiedziny

Posted in zabawy literackie by hajton on 26 lipca 2017

Czasem zagląda do mnie Pegaz. Rży, prycha, pyta, czy nie mam trochę siana w głowie. Bywa natrętny. Nie odejdzie, zanim go nie nakarmię. Odwiedził mnie wczoraj wieczorem, od niechcenia rzucając hasło „alfabeton”. „Samiec alfa-beton?” – próbowałem zbyć temat, patrząc mu prosto w oczy. Zbyt odważnie, bo odwrócił się nagle, a jego kopyto przeleciało o (koński) włos od mojego ucha. „Chodzi mi o dziełka o przesłaniu nienachalnym, za to wykorzystującym wszystkie trzydzieści dwie litery rodzimego alfabetu.” No jasne! Przede wszystkim mistrz Barańczak, olśniło mnie. Mini poematy, (poematki, czyli matki poetów, jako też niektórych prozaików [na przykład Allana Edgara Poe]), których sensu trzeba trochę poszukać, ale jak się już znajdzie, to, ho ho! Otwiera się morze interpretacji. Kosmos znaczeń. Bezkres bez kresu (za to z kretesem).

Zebrałem alfabet w całość, rozsypałem wokół siebie, i patrzyłem w jakie (bez)sensy mi się układa. Pierwszy był taki:

słój – foch

wizg – dąb

źle;

mężny, puść krtań!

„Może być”, powiedział Pegaz. „Taki trochę kryminał. Kłótnia przy musztardówce, wypadek po pijaku, zemsta, a może i wybaczenie?” „Naprawdę?”, zdziwiłem się, ale nie za bardzo, bo byłem już myślą przy kolejnym.

zgłębmyż:

jeść stonki?

ródź plwań fuchą…

„Jesteś głodny?”, spytał Pegaz. „Oczywiście!”, odparłem rozdrażniony. „Ty się krzepisz sianem z mej potylicy, a ja?” I jakby w dowód, że nie żartuję, dołożyłem mu jeszcze:

objeść zżętym, 

głódź, wiń:

schrup flanką!

Nie dał się sprowokować, ale widziałem, że jest umiarkowanie zadowolony (pewnie ujęło go nawiązanie do obroku, a może docenił niebanalną strategię?). No dobrze, stary koniu, pomyślałem (o Pegazie, rzecz jasna), tematykę żarcia każdy rozumie. Ciekaw jestem, co powiesz na utworek (utwór – potwór, utworek – potworek) o problematyce podniosłej, acz nie wolny od przestrogi, w dodatku jednym wiosłem zanurzony w tematyce wakacyjnej (jeziorowej) i niepozbawiony wartości sonorystycznych:

spiż fet,

głównym bojaźń,

chrzęść dulką

Spojrzał z lekkim zdziwieniem, wykonał gest, jakby chciał się kopytem postukać w czerep, ale mu nie wyszło, więc tylko parsknął i utoczył trochę piany. Byłem na dobrej drodze, aby dał mi spokój.

skrzyp, judź

mętną żółć,

chlew, figo?

baśń!

Poszedł. Ale wiem, że znów przyjdzie. Całe szczęście. Mimo stajennych manier, nie sposób go nie lubić.

Tagged with:

Na naszej polanie

Posted in Uncategorized by hajton on 25 lipca 2017

Krasnale zastanawiają się czasem, czy te spośród nich, które wstępują do krasnokółek, robią to z powodów ideowych, czy też z czystego wyrachowania. Krasnolud ideowiec może żyć w krasnokółku (na przykład w Prawdziwkach) długo i szczęśliwie, pod warunkiem, że krasnokółko dochowuje wierności ideałom. Jeśli jednak zaczyna podejrzewać, że Prawdziwki to co najwyżej Podgrzybki (bo jeszcze nie było w historii krasnokółka, które jest dokładnie tym, za co się podaje), należy potraktować go odpowiednio skomponowanym roztworem prawdy i fałszu. Ale może być i tak, że któregoś dnia krasnolud ideowiec całkiem przejrzy na oczy. Podgrzybki okazały się Muchomorkami. Wówczas – z bólem, bo komu łatwo przyznać się do pomyłki – pożegna się z trującym środowiskiem. Chyba, że się boi. A bać się ma czego. Już ich kucharze potrafią wypichcić takie napary, że mucha nie siada (a jak siądzie to spada). Spotkanie kapelusz w kapelusz z naczelnym Muchomorkiem (o którym, gdy raz na jakiś czas, z czystej statystyki zrobi coś normalnego, mówi się, że pokazał krasnoludzką twarz) mało kto przeżywa.

Krasnalowi koniunkturaliście jest obojętne komu służy, byle służył z korzyścią (własną). Równie chętnie zapisze się do Prawdziwków, co do Bezwstydników. Pod krasną czapeczką kryje się duża elastyczność w rozumieniu pojęć. I dobrze. Przecież okazywanie życzliwości wobec innych krasnali – o wiewiórkach już nie mówiąc – bywa poczytywane za słabość i swego rodzaju psychologiczny niedorozwój. A danie komuś w mordkę, przeciwnie, może okazać się czynem chwalebnym.

Krasnal ideowiec porzuci swoje krasnokółko nawet w chwili największego tryumfu, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że jego idee zostały zdradzone. Krasnal koniunkturalista stanie się nerwowy i zacznie puszczać oko do innych krasnokółek (których z owego oka nie spuszcza), dopiero w chwili gdy jego własne osłabnie, a krasnalowi naczelnikowi zacznie palić się pod siedzonkiem. Ale jeśli przez nieuwagę poszedł a daleko, i na inne krasnokółka już nie ma szans, będzie brnął do końca, bo wie, że walczy o życie.

Zwykłe krasnale (hej, chwileczkę, czy istnieje ktoś taki jak zwykły krasnal?!) cieszą się lub martwią, w zależności, które krasnokółko zarządza polaną.  Ale większość ma to w noskach. Generalnie nie jest przecież źle. Przez polanę niesie się wesoła (crasno disco) wersja kultowego przeboju „My jesteśmy krasnoludki”. Żubra w różnej postaci pod dostatkiem. Reprezentacja polany dobrze radzi sobie w szyszki, a i liga polanowa zaraz rusza (już agrest dojrzewa, najlepsze piłki z niego). Unia krasnoludzka patrzy z podziwem i zazdrością, że tak w kaszkę mannę nie pozwalamy sobie dmuchać. Zresztą, co tam unia. Nas sam superkrasnal zza jeziora odwiedził! A że nie wszystkim się podoba, jak jest? Trudno! Niezadowoleni zawsze będą. Mieli swój czas, żeby miodzik i konfiturkę pojeść, soczku sfermentowanego popić. Teraz, furka, my!

I tylko szkoda, że puszczę tną… Stare przysłowie krasnoludzkie mówi „nie będzie drzew, nie będzie krasnali”. Zaraz, jak to „nie będzie krasnali”?! O, konewka…

Wiadomość

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2017

Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie zachęca do zjadania monstrualnych ilości karkówki z grilla, a następnie nie wyciąga pomocnej dłoni pełnej paramedykamentów, na zgagę, wzdęcia i wątrobę. Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie podaje co godzinę informacji, które pokaźną ilość ludzi pozostawiają z otwartą buzią i poczuciem bezradności. Mój (ciągle jeszcze) ulubiony program radiowy serwuje za to wiadomości kulturalne. Ostatnio wśród nich znalazła się perełka ze Szwecji. Gorąca perełka. Parząca perełka. O paleniu książek. I to książek dla dzieci. Otóż w jednej z bibliotek spalono stare egzemplarze jednej z części przygód Pippi Langstrumpf, aby uczynić miejsce nowym, w których „król murzynów” zastąpiony został „królem południowego Pacyfiku”. Zastanowiłem się. Książki biblioteczne ulegają zniszczeniu (zaczytaniu, jak głosi termin profesjonalny). Biblioteka musi je wycofać z obiegu, zastępując wydaniami dostępnymi na rynku. Jeśli wprowadzono w nich jakiekolwiek zmiany, to z pewnością nie bez wiedzy autora/wydawcy/spadkobiercy praw autorskich. Zniszczone, pozbawione wartości zabytkowej książki są utylizowane. A właściwie poddawane recyklingowi, ale trzeba przyznać, że sformułowanie „palenie książek” jest wyjątkowo nośne. Wróćmy jednak do określenia „murzyn”. Trzeba albo niewiedzy, albo złej woli, aby nie rozumieć, że było ono przez wieki określeniem nie tylko rasy, ale i statusu społecznego. Niewolniczego mianowicie. Pamiętam swój pierwszy pobyt w kraju naszego zaoceanicznego protektora i idola, którego do dzisiaj kochamy (przynajmniej niektórzy) miłością paciorkową. To wówczas czarnoskórzy koledzy muzycy wyjaśnili mi, dlaczego słowo negro uznane zostało za obraźliwe. „A tobie podoba się słowo polack?” – pytali. Nie podobało mi się. Ze względu na cały negatywny stereotyp, którym obrosło przez wieki. Próbowałem je wyeliminować z języka, a przede wszystkim ze świadomości ludzi, z którymi miałem do czynienia. Czy było w tym coś dziwnego? Albo niewłaściwego?

Dlaczego więc informacja o porządkowaniu pojęć i księgozbiorów pojawiła się w mojej (ciągle jeszcze) ulubionej stacji radiowej spowita dymem „palonych książek”?

„Spójrzcie tylko, co tam się dzieje! Gen samozagłady toczy chore społeczeństwa! Palą książki i to dziecięce! W imię zdegenerowanej poprawności politycznej wypierają się własnej historii, własnej tożsamości! Ale my czuwamy! Myśmy są przedmurzem i przedmurzynem!”

Lecz co właściwie złego jest w przywracaniu godności tym, którzy przez wieki byli jej pozbawieni? Jakaż to zbrodnia straszliwa, że próbuje się szukać tego, co ludzi łączy, a nie pielęgnować to, co ich dzieli? Więc w dobie powszechnej ewaluacji i feedbacków, i ja ci wystawię ocenę, mój ciągle jeszcze ulubiony programie radiowy. Z logiki dwójka. Z wrażliwości dwója. Zapomniałem, te oceny dzisiaj nic nie znaczą. Jeszcze tylko pała przemawia do wyobraźni.

Jaźń i myźń

Posted in Uncategorized by hajton on 10 lipca 2017

Egoizm. Pozwala przetrwać w sytuacji ekstremalnej. Każe zaspokajać popędy i zachcianki. Chętnie powiększa kręgi. Im silniejszy, tym więcej ich podbije. Egoizmy się przyciągają. Moment, w którym jeden usprawiedliwi drugiego, w imię własnego usprawiedliwienia. Chwila, kiedy nie wartość się liczy, a ilość, bo ilość staje się wartością. Magia, gdy jaźń zmienia się w myźń*, a w myźni wszystko wolno, bowiem vox populi vox dei. Egoizm nie ma innego celu niż własne dobro. Uważnie nasłuchuje skąd wieje wiatr. Bez wahania wykluczy jutro tych, których hołubi dzisiaj. Nie jest zainteresowany walorem moralnym, ani merytorycznym. Ważne jest to, co moje. Tę iskrę łatwo rozdmuchać. Pada na snopy wysuszonych myśli i zajmuje je żywym ogniem.

Egoizm jest cechą złą, ale żywotną jak chwast. Z altruizmem jest odwrotnie. Egoizm docenia altruizm, pod warunkiem, że jest to altruizm innych, który należy się egoizmowi jak psu zupa (tego powiedzonka nie rozumiem; kiedyś próbowałem wprowadzić je w czyn, ale mój własny pies spojrzał na mnie z wyrzutem). Naturalny zapach egoizmu nie jest ładny, zainteresowani czynią więc starania, aby go upiększyć. Dlatego egoizm może uwieść, a nawet dostarczyć momentów chwały: okrzyknięty cnotą – a nazwie go tak nie kto inny, jak egoista o wysokim poziomie ego – pozbędzie się resztek wstydu. Lecz tym samym się zdemaskuje. Dlatego altruizm będzie ostatecznym zwycięzcą. Dzięki niemu świat nie stoi w miejscu. Poza tym, altruiści częściej się uśmiechają.

 

*Z pojęciem „myźń” spotkałem się po raz pierwszy w Dziennikach gwiazdowych Stanisława Lema.

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!

Urągalce

Posted in Uncategorized by hajton on 27 Maj 2017

„Gdy jestem zmęczony w efekcie sił braku, wygodnie się rozkładam na moim leżaku”. Zmęczony w efekcie sił braku?! Dlaczego reklamodawca traktuje mnie jak idiotę? Media – nawet jeśli próbuję je omijać szerokim łukiem – i tak mnie dopadają. Medialna papka czepia się mózgu jak Obcy, który chce zmusić do myślenia na swoją modłę.

„Europo, powstań z kolan!” – słychać krzyk donośny. „Mamy brać z Was przykład i wypiąć się na ludzi umierających z głodu, strachu i poniżenia?” – mogłaby odpowiedzieć Europa. Ale nie odpowiada, bo na pewnym pułapie rozmowa nie ma sensu. „Piękne rzeczy wypracować można dzięki długiej i uciążliwej nauce, złe natomiast owocują same bez trudu”, powiedział ojciec demokracji. „Kto?!” „Demokryt z Abdery.” „Z Abwehry, wszystko jasne…”.

Włączam telewizor. Mecz drużyn młodzieżowych Japonia – Włochy. Stan meczu 2:2. Ostatnie minuty. Będzie ciekawie! O, naiwny… Przy tym wyniku obie drużyny wychodzą z grupy. Ostatnie pięć minut Włosi wymieniają podania z bramkarzem. Japończycy nie atakują. Sędzia dolicza jeszcze trzy. Parodia trwa aż do końcowego gwiazdka. Piękno sportu.

Dzień Praw Zwierząt

Posted in Uncategorized by hajton on 22 Maj 2017

„Co żeś się pan tak tych zwierząt uczepił? Ludzkie prawa są łamane codziennie, a pan chcesz, żeby zwierzęcych przestrzegać?”. Tak, chcę. Miałem kiedyś sen i nie przestaję go śnić. „No jasne, lewak, który kwestionuje naturalny – czyli boski – porządek!” Czy na pewno? Otóż za chwilę udowodnię, że wcale nie. Ale po kolei. Człowiek może wiele nauczyć się od zwierząt (odpowiedzialności za rodzinę, funkcjonowania w grupie, szacunku wobec życia: zwierzęta nie zabijają dla przyjemności). Ludzie uczą zwierząt jedynie rzeczy, które służą człowiekowi. W istocie nie uczą ich niczego, a jedynie wykorzystują. Traktując zwierzęta w sposób wyłącznie użytkowy, sami kręcimy na siebie bicz, a może i szubienicę. Zachwyceni literacką metaforą motyla, który trzepotem skrzydeł w Andach doprowadza do trzęsienia ziemi na drugiej półkuli, nie potrafimy dostrzec zależności znacznie bardziej brzemiennej w skutki i dziejącej się na naszych oczach: od śmierci ostatniej pszczoły, nam, ludziom zostanie na Ziemi około stu lat. Ja też nie chcę w to wierzyć. Ludzkość nie jest mądra, ale z pewnością jest sprytna. Mobilizuje się w chwilach zagrożenia. Tylko, czy zawsze zdąży? Sto lat to perspektywa nie do ogarnięcia dla przeciętnego ludzkiego umysłu. „Panie, mnie interesuje tu i teraz…” Przypomina mi się scena z filmu Stanisława Barei (kontynuacja opowieści człowieka, który „miał dobrze” z racji genialnie skorelowanej komunikacji publicznej i niemniej mistrzowskiemu rozplanowaniu dnia). Bohaterowie stoją w olbrzymiej kolejce do kas na dworcu kolejowym. Wszystkie kasy są pozamykane. „Ciekawe, kiedy otworzą?”, interesuje się jeden z mężczyzn. „Co się będziemy martwić, niech oni się martwią!”, odpowiada ten, któremu tak dobrze.

Wytrawni piechurzy, chcąc, aby grupa dotarła do celu w składzie, w jakim wyruszyła, stawiają na czele najsłabszych. Wychodzą bowiem z założenia, że silniejszy dostosuje się do słabszego. Odwrotnie – nigdy. Przez co wcale nie sugeruję, aby na czele ludzkiego pochodu ku przyszłości postawić zwierzęta. Wystarczająco dużo baranów w ludzkiej skórze nas prowadzi (z całym szacunkiem dla baranów). Wystarczająco dużo byczych karków niecierpliwie posapuje w baranie głowy (z całym szacunkiem dla byków). Rzecz w tym, że jeśli pogubimy po drodze zwierzęta, to nasz ekosystem może tego nie wytrzymać (jeśli nie wierzycie, spytajcie biologów). A jeśli rozwój ekonomiczny i przyrost PKB będzie jedynym kryterium rozwoju ludzkości, to po co nam taka ludzkość? W połowie – a tam w połowie, w kilku procentach! – przeżarta, przepita i przesycona, a w ogromnej swej części walcząca o przetrwanie?

Wróćmy teraz do porządku świata. Jeśli istnieje jakiś pierwotny, to z pewnością w świecie zwierząt. My odeszliśmy już bardzo daleko. Tak daleko, że świat zwierzęcy organizujemy na nowo, traktując żywe istoty, jako pozbawione czucia (o uczuciach nie wspominając) maszyny do wytwarzania mleka, mięsa i skóry. W geście rekompensaty każdego dnia wrzucamy do sieci tysiące śmiesznych filmików z czworonogami w rolach głównych, byle tylko odsunąć od siebie grozę sposobu, w jaki naprawdę traktujemy zwierzęta (lub dajemy na to milczącą zgodę). A co z tym porządkiem bosko/ludzkim? W historii kościoła jest paru niewygodnych świętych, którzy starali się być bardzo blisko duchowi Biblii. Dla świętego Franciszka z Asyżu zwierzęta były mniejszymi, ale jednak braćmi. Jego kompan, święty Antoni z Padwy, odrzucony przez ludzi, przemawiał do ryb, a te słuchały go z uwagą.

Nie rzucajcie jeszcze we mnie zdechłym śledziem! Na początku był Eden – mówi Pismo Święte. A w rajskim Edenie ludzie i zwierzęta żyli na równych prawach. Eden ma być też na końcu, kiedy wypełnią się czasy. Aby tam wspólnie dotrzeć, musimy wyrównać krok. O co serdecznie proszę większych. W imieniu ich mniejszych braci.

Smaki i zapachy w muzyce

Posted in muzyka by hajton on 14 Maj 2017

Zastanawiające, że potężny dział muzyki (zwanej u nas „kameralną”, zapewne dlatego, że koncertom często towarzyszą kamery) Anglicy nazwali „cząber music” (w oryginale: chamber music). Pytanie „dlaczego akurat „cząber”?” musi ustąpić kwestii ważniejszej: z jakiego powodu posłużyli się polską wersją wyrazu, skoro mieli własną? Może dlatego, że „savory” oznacza nie tylko konkretne zioło, ale również kategorię smakową (gorzko/słoną), a muzyka kameralna może być tak wytrawna, jak i słodka? A może chodzi o niepowtarzalny zapach naszego rodzimego cząbru, któremu żaden tam zagraniczny nie dorówna? Faktem jest, że również „Pietruszka” Igora Strawińskiego (hołd złożony tak bulwie, jak i naci) zachowuje oryginalną nazwę, choć w nieco zmienionej pisowni („Petruchka”). „Parsley”, kto wiedziałby, co to za utwór?

Muzyka pełna jest smaków i zapachów. Czy „Pory roku” Vivaldiego notowałyby tak tryumfalny pochód przez wieki, gdyby nie odwoływały się do powszechnie lubianego warzywa? A wspomniana już „Pietruszka”? Przed spektaklami, w sąsiedztwie sal koncertowych lokalni handlarze rozstawiają stragany i sprzedają zieleninę na pęczki, tak dramatycznie wzrasta popyt na zioła! Sergiusz Prokofiew uwielbiał cytrusy. Uczucie wyznał w „Miłości do trzech pomarańczy”. Pierwotnie tytuł miał brzmieć: „Miłość do pomarańczy”, ale zaprotestował wydawca. Według niego „pomarańcze” trąciły bananem, zaś „trzy” miały w sobie jakąś tajemnicę. Tajemnicą poliszynela jest, że Antonin Dvořák uwielbiał cebulkę, zwłaszcza młodą. Poświęcił jej Trio fortepianowe „Dymki” (wybitny utwór z gatunku cząber music), jednak wydawca (ach, ci wydawcy!) zasugerował, aby zmienić nazwę na „Dumki”, jako – jak to określił – „łatwiej strawną”. Niemiecki krytyk, Eduard Hanslick oburzał się, że Koncert skrzypcowy D-dur Piotra Czajkowskiego, a zwłaszcza jego finał, przepełniony jest wonią cebuli i czosnku, a nawet wódki (jakby nie rozumiał, że zakąszać trzeba czymś konkretnym). Pod wpływem krytyki kompozytor złagodził paletę smaków. „Dziadek do orzechów” zabiera słuchaczy do cukierkowej krainy, na cukrową łąkę i do konfiturowego gaju. W marcepanowym pałacu pragnienie zaspokoić można chińską herbatą lub arabską kawą. Balet kończy się walcem kwiatów, co przenosi nas w domenę kolejnego ze zmysłów.

Trzy wybitne dzieła muzyczno/olfaktoryczne dzieją się w mrokach nocy. Gdy oczy idą spać, wyostrza się słuch. I węch. W „Letnich nocach” Hectora Berlioza, w III Symfonii „Pieśń o nocy” Karola Szymanowskiego, ale przede wszystkim w „Nocach w ogrodach Hiszpanii” Manuela de Falli, muzyka drży i materializuje się w upojne wonie. Ponoć autorzy perfumeryjnych haute couture tworzą swoje kompozycje inspirowani wyżej wspomnianymi cyklami.

Nagrobek Muzyka

Posted in muzyka by hajton on 7 Maj 2017

Tu spoczywa Anonimowy Muzyk. Czy ktoś pamięta kim był? Nie, nie piłkarzem. Ani skoczkiem narciarskim. Choć kochał sport, nie miał czasu na jego uprawianie. Już w dzieciństwie, gdy koledzy uganiali się za piłką, on zamykał okno i ćwiczył. Gdy rówieśnicy zastanawiali się, jak spędzić wolny czas, on maszerował do szkoły muzycznej. Gdy inni dopiero wstawali z łóżek, on od godziny przebierał palcami po gryfie. Gdy już w nich leżeli, cichutko, aby nie obudzić rodzeństwa, szlifował solmizację. „Jak taki zdolny to taryfy ulgowej nie będzie”, mówili nauczyciele w zwykłej szkole. Któregoś razu, na lekcji wychowania muzycznego (cała godzina tygodniowo) delikatnie zasugerował nauczycielce, że dwie ósemki to nie to samo, co dwie szesnastki. Wyleciał na korytarz z uwagą w dzienniczku i z obniżoną oceną ze sprawowania.

W gimnazjum i liceum zwiększały się wymagania. Ale rosła też świadomość. Gdy inni chodzili do kina lub jeździli na biwaki, on szedł na koncert do Filharmonii. To już nie był wybór rodziców, ale jego własny. Tam obcował z solistami, którzy grali jak wysłańcy niebios, rozdawali parę autografów, zjadali wytworną kolację i ruszali w daleki świat. Po tych największych przyjeżdżała limuzyna, która zabierała ich prosto na lotnisko, bo jeszcze tego wieczoru musieli przesiąść się we Frankfurcie w samolot do Nowego Jorku, Tokio albo Sydney. Aby stać się jednym z nich, trzeba było pracować, pracować, pracować…

Nadszedł czas studiów. Fascynacja muzyką kameralną. Mierzenie się z repertuarem znanym do tej pory tylko z sal koncertowych. Niecierpliwe oczekiwanie końcowych recitali, na które z pewnością pozjeżdżają z całego świata „łowcy muzycznych głów”. No i się zacznie! Menedżerowie i impresariowie będą go błagać, by zechciał przyłączyć się do ich stajni. Ale nie przyjechali. A nawet jeśli byli, nie odezwali się.

W życiu AM pojawiła się naraz olbrzymia wyrwa. Właściwie, co on miał robić? Był gotów podbijać świat, tymczasem proponowali mu nagrania ścieżki dźwiękowej do kreskówek. Naraz olśniło go: „Konkursy, na nich się trzeba pokazać!”. Wstępna eliminacja, dokonywana na podstawie nagrań była naprawdę surowa. A gdy AM w końcu przedarł się przez gęste sito, okazało się, że większość uczestników to już wytrawni soliści, laureaci międzynarodowych konkursów, ludzie, którzy żyli w rygorze kilkakrotnie ostrzejszym niż on sam. A w dodatku grali na cudownych skrzypcach. AM nie przypuszczał, że aż tyle jest na świecie stradivariusów, co byłoby krzepiące, gdyby choć jeden wpadł w jego ręce. Wpadłby, a jakże, gdyby tylko AM dysponował kwotą paru milionów. Nie dysponował. Finanse zresztą fałszowały. Jednak AM dostosował się i brał życie takim, jakim było. Grywał tam, gdzie go chciano, nie zawsze w przybytkach sztuki wysokiej. Zdarzało się w cyrku i na statku, nawet do kotleta. Akompaniował gwieździe popu. Tu musical, tam operetka. Marzył, aby zagrać w prawdziwej orkiestrze symfonicznej, ale to nie było łatwe. Droga do niej wiodła poprzez przesłuchania, których poziom coraz bardziej zbliżał się do poziomu międzynarodowych konkursów. Ale w końcu Polihymnia uśmiechnęła się do AM. Filharmonia potrzebowała dodatkowych muzyków na tournée. AM wykorzystał swoją szansę, dał się zauważyć. I gdy jeden z zasłużonych muzyków odchodził na emeryturę, zaproponowano mu udział w przesłuchaniu. Tym razem pokonał konkurencję. Podpisał kontrakt, najpierw do końca sezonu, potem kilkakrotnie przedłużony i w końcu – o szczęście niepojęte! – bezterminowy. Stał się pełnoprawnym członkiem orkiestry. Siedział w ostatnim pulpicie i rozkoszował się muzyką. Rankami grał próby, po południu ćwiczył, a weekend upływał mu koncertowo. Kupił przytulną kawalerkę, do której musiał dokupić tłumik hotelowy, bo sąsiedzi nie byli zadowoleni, że, cytuję: „swoim pitoleniem przeszkadza im w słuchaniu muzyki” (chodziło o disco polo oraz muzykę biesiadną). Czy muszę dodawać, że AM w końcu osiągnął szczęście? Był w służbie Muzyki, królowej sztuk. Przeżywał wzruszenia, obcował z pięknem, dotykał absolutu. Bo ta sama muzyka, która na nagraniach jest zbyt odległa, zbyt doskonała, dopiero w sali koncertowej, w kontakcie z żywym człowiekiem nabiera cech krzepiących. Grał miliony dźwięków. Setki tysięcy fraz. Tysiące symfonii. Wszystko dla Ciebie, Przygodny Przechodniu. Szkoda, że Ciebie tam nie było. Grał do samego końca. To znaczy do chwili, gdy powiedzieli mu, że „restrukturyzacja, redukcja, przeprofilowanie, miejsce dla młodych, pora odpocząć i w ogóle, ale będziemy pana czasami zapraszać”. Nie zaprosili. Więc odszedł, najpierw z filharmonii, potem z tego świata. Orkiestra grała dalej i tylko nieliczni zauważyli, że nie brzmi już tak, jak dawniej.

„To kim on właściwie był?” Kobieta odwiedzająca sąsiedni grób nie przeoczyła nowego. „Bo nazwisko takie dosyć popularne.”

„Muzykiem” – odparłem.

„No dobrze, to w wolnym czasie. A z zawodu?”

„Muzykiem nie można być z zawodu”, odparłem po chwili zastanowienia. „Muzykiem trzeba być z nadziei.”

Wzruszyła ramionami.

I to już koniec? Któż to wie? Może AM słucha teraz anielskiego chóru i niebiańskiej orkiestry? A w niej same sławy! Kogóż tam nie ma! W pierwszym pulpicie Paganini z Wieniawskim. Lipiński, obrażony trochę, prowadzi drugie skrzypce, a obok niego… toż to Jascha Heifetz! I tak mi się coś wydaje, że AM chciałby nie tylko słuchać. On chciałby z nimi zagrać. Więc westchnij, Przygodny Przechodniu, aby mu się to udało. Tyle mu się należy.