oto I owo

Słoń i klucz

Posted in felieton literacki, malarstwo, sztuka by hajton on 31 grudnia 2017

Jako muzyk i osoba pisząca, zazdroszczę malarzom. Dzieło plastyczne zajmuje miejsce w przestrzeni, więc do pewnego stopnia ją organizuje. Muzyka niesłuchana, słowo nieczytane, istnieją w stopniu niewielkim. Obraz przeciwnie, nie musi być oglądany, aby fizycznie istnieć. Muzyka i słowo potrzebują czasu, aby ujawnić swoje znaczenie. Dzieło plastyczne objawia się w mgnieniu oka. Muzyka i słowo stopniowo doprowadzają nas do konkluzji. Obraz, rzeźba, od konkluzji się zaczynają, wybuchają nam przed oczami, nagłym cięciem tną przestrzeń i wyobraźnię jak poezja zredukowana do jednego słowa. Muzyka wymaga łącznika między dziełem, a słuchaczem, medium zwane wykonawcą. Podobnie słowo w formach teatralnych. Obraz, utrwalony na siatkówce oka w ułamku sekundy, zapada w pamięć i pozostaje tam, by niczym więzień domagać się kolejnych widzeń.

Niedawno wpadły w moje ręce dwa obrazy tak od siebie odległe, jak z podobną mocą działające na wyobraźnię. Pierwszy z nich to niewielki szkic ołówkiem, zatytułowany: The violin girl and her friend (autorstwa Saideh Sayyah). Prócz tytułowych bohaterów na obrazku nie ma żadnego tła. Jednak kontekstów wyobrażanych jest mnóstwo. O fascynacji małych dziewczynek wielkimi słoniami, ale i miłością, jaką olbrzymy potrafią obdarzyć bezbronność wiemy już co nieco, choćby ze słynnej sienkiewiczowskiej pary Nel — King. Ale wespnijmy się z lekturowej interpretacji na inny pułap. Oto zestawienie pierwotnej siły (słoń) i skończonej delikatności (dziewczynka). Dziewczynka ze skrzypcami reprezentuje tu kulturę, zaś słoń jest symbolem natury. „Czyńcie sobie ziemię poddaną.” Słowa Biblii często są interpretowane jako: „ujarzmiajcie dzikość wszelkimi dostępnymi metodami”. Za pomocą bata, strzelby, paralizatora. Ale czy strzelbą da się naturę ujarzmić? Nie, można ją jedynie zniszczyć. Natura siłą ujarzmiona obróci się kiedyś przeciw nam. Swoim niedostatkiem, brakiem w końcu. Pomyślmy o trwającym przez wieki paradoksie, produkcji klawiatury fortepianowej ze słoniowej kości. Czy działanie, nawet na rzecz kultury, usprawiedliwia barbarzyństwo? Z pewnością nie. Tutaj, zamiast narzędzi przemocy, człowiek trzyma w dłoniach skrzypce. Dziewczynka/człowiek przeprasza słonia/naturę, za całe zło jemu/jej wyrządzone.

Najsmutniejsze obrazy jakie znam, to martwe natury z upolowanymi zwierzętami, zwisającymi bezwładnie głowami zajęcy, bażantów… W martwych naturach człowiek czai się poza kadrem, ale jest to obecność niepokojąca i złowieszcza. To przez niego natura jest martwa. Obrazy przedstawiające żywych ludzi i żywe zwierzęta, jak np. opisywany tu kiedyś Pies i jego Pani (https://hajton.wordpress.com/2013/05/14/pies-i-jego-pani/), symbolizują coś odwrotnego: szacunek kultury wobec natury, i otrzymanie od natury hołdu zwrotnego.

Dziewczynka pięknie i nisko kłania się słoniowi. Nasz słoń jest przedstawiony w radosnym rozkołysaniu, będącemu podzięką za koncert.

Druga z prac to sitodruk André Lanskoya, rosyjskiego artysty tworzącego w Paryżu, przedstawiciela kierunku zwanego taszyzmem (abstrakcjonizm niegeometryczny). Dzieło niepokorne. Plastyczny hardcore. W dziedzinie nieliczenia się z oczekiwaniami potencjalnego odbiorcy — mistrzostwo świata.

(Nieodparcie przyszła mi tu na myśl postać amerykańskiego minimalisty, La Monte Young’a. Oto trzy kompletne(!) partytury(!) kompozytora*:

Composition 1960#10: narysuj linię prostą i podążaj za nią

Composition 1960#15: ten utwór to małe wiry na środku oceanu

Piano Piece for David Tudor#3: W większości były to bardzo stare świerszcze)

 

Czy Abstrakcję Lanskoya można nazwać ładną? Jeśli tak, to urodą wyklejanki popełnionej przez zdeterminowane dziecko. Ale kto powiedział, że „ładność” jest w sztuce wartością nadrzędną? Równie dobrze dałoby się powiedzieć, że jest nią prawda. Ale  c z y j a  prawda?

Cóż, ułomny człowiek, uporczywie doszukuje się sensu nawet tam, gdzie wielkimi literami napisano: sensu brak! Całkowita wolność interpretacji otwiera przed oglądającym pasjonującą drogę skojarzeń, nieograniczonych — podobnie, jak w wypadku twórcy — ścisłymi założeniami. Jeśli miałbym się już czegoś doszukiwać, to znalazłbym tu klucz i zamek, z innych wymiarów pochodzące, z innych światów. „Jak byście nie szukali, nie dobierzecie odpowiedniego klucza do właściwego zamka. Poszukujecie systemu w chaosie, a chaos sam jest systemem” — śmieje się z nas twórca.

Śmieję się razem z nim. Słoniowi pokłoniłem się już wcześniej.

 

*Alex Ross, Reszta jest hałasem, PIW 2011

Reklamy

Oko wita

Posted in miniatury literackie, Uncategorized by hajton on 27 listopada 2017

Pierwszego dnia odczułem natarczywe spojrzenie. Następnego już go rozpoznałem. Za trzecim razem nie miałem wątpliwości. Był tam, bo ja tam byłem. Śledził mnie. Wsiadając do wagonu spojrzałem dyskretnie za siebie, ale został na peronie, odprowadzając mnie tylko spojrzeniem. Świdrującym, ponaglającym, zachęcającym. Do czego? Udawanie, że go nie dostrzegam było słabą opcją. Nie odczepi się. Będzie tak stał i się gapił, aż w końcu zacznie za mną łazić. A zanim mu się znudzi, ja dostanę fobii. Czwartego dnia odwzajemniłem więc spojrzenie, śmiało, może zbyt śmiało, bo gość jakby się speszył, i to do tego stopnia, że jedna z gałek wypadła z oczodołu. Zaczęła odbijać się od granitowego peronu niczym piłeczka pingpongowa. Instynktownie rzuciłem się, by złapać ją tuż przed nadjeżdżającym pociągiem. Sam, siłą rozpędu wpadłem do wagonu, którego drzwi tylko co się rozsunęły. Zanim się pozbierałem, pociąg ruszył. „Następna stacja…”, odezwał się spiker szlachetnym barytonem, ale naraz zamilkł, tak, jakby ktoś nieoczekiwanie podsunął mu do przeczytania nowy tekst. „Następna stacja…” — baryton zelżał w niedowierzaniu — „…Pięć pałaców”. Stacja Pięć Pałaców? W całym mieście tylu nie zliczysz, a tu nagle pięć, w jednym miejscu? Jak długo jeżdżę metrem nie słyszałem o takim przystanku. Ale był. Wysiadłem. Na środku peronu panoszyła się pentagonalna rozgwiazda ruchomych schodów. Wstąpiłem na pierwsze z brzegu. Po małym kwadransie wywiozły mnie na powierzchnię…

Moim oczom ukazał się imponujący zamek zbudowany z piasku. Misterny w szczegółach, niestety, górą już przesychał. Wieżyce obsypywały się, a gdy dotknąłem ściany, całość zapadła się do środka. Wiatr wzbił w powietrze nieskończoną mnogość ziaren, przez piaskową burzę z trudem i w ostatniej chwili odnalazłem częściowo już zasypane wejście do metra.

Następne schody prowadziły do Pałacu Lodowego. Dumnie lśnił w mroźnym powietrzu i wydawało się, że jest bez porównania trwalszy od swego piaskowego brata. Ale gdzież tam! Gdy z mocą zaświeciło słońce, iglica roztopiła się w mgnieniu oka, a po ścianach pociekły strużki wody. Dotyk mojej dłoni i tym razem dokończył dzieła. Z trudem umknąłem post-lodowemu tsunami.

Kolejne wyjście prowadziło do zamku zbudowanego z mniejszych i większych kul. Architekt i budowniczowie nieźle się nabiedzili, aby całość mogła się utrzymać. Efekt był zniewalający, jednak coś nieładnie pachniało. W końcu zrozumiałem. Kule utoczone były przez skarabeusze. Nie miałem ochoty dotykać obłych ścian.

Potem był zamek otynkowany i wyszlifowany. Piękny i gładki w dotyku, aż do nudności. Moja dłoń nie zostawiała na nim śladu, on też pozostawał dla niej obojętny. Pożegnałem go bez żalu.

Ostatni z pałaców był inny, nie brzydki, ale surowy, niewykluty, a może przekluty. Kiedy szedłem wzdłuż murów, spadło na mnie parę cegieł, a gdy nieopatrznie dotknąłem ściany, dłoń ugrzęzła w zdradliwej szczelinie. Musiałem się naszarpać, aby ją uwolnić. Nie obyło się bez obtarć i paru kropel krwi. Chropawa budowla miała moc przyciągania. Szykowałem się, by spędzić w niej więcej czasu. Chciałem brodzić po zasypanych pyłem korytarzach, uderzać głową w mur, by sprawdzić słuszność przysłowia. Miałem nawet zamiar spędzić noc w którejś z komnat, z wygwieżdżonym niebem zamiast sufitu i rdzawą cegłą pod głową.

Ale z oddali usłyszałem informację, że za chwilę odjeżdża ostatni w dniu dzisiejszym pociąg do centrum. A tam przecież gość czekał na swoje oko!

Wróciłem. Człowiek bez oka siedział na ławce. Hm, prawdę mówiąc nie byłem pewien czy to on, bo na nosie miał słoneczne okulary. „Oko za oko”, odezwałem się może nazbyt patetycznie. I on tak widać uznał, bo oparł niedbale: „Dąb zupa dębowa”. Ale oko wziął. I zniknął w bliżej niesprecyzowanych oko licznościach.

Historycznie poinformowany

Posted in Uncategorized by hajton on 6 listopada 2017

Postanowiłem dołączyć do wykonawców historycznie poinformowanych. Dlaczego? Właściwe pytanie powinno brzmieć: dlaczego tak późno? Czy Velázquez, Rembrandt, El Greco, namalowaliby swoje obrazy w ten sam sposób, dysponując współczesnymi pędzlami i farbami? Z pewnością nie. Może byłyby lepsze, może gorsze, ale z pewnością inne. Z muzyką jest podobnie, z tym że utwór muzyczny jest takim dźwiękowym obrazem malowanym w trakcie każdego wykonania. Używając nieoryginalnego instrumentarium, w pewien sposób go fałszujemy.

Takie myśli towarzyszyły mi, gdy zająłem się sonatami włoskich mistrzów. Tartini, Veracini, Geminiani, Corelli, Locatelli, by wymienić najsławniejszych. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach (na przykład tryl w Sonacie z trylem diabelskim Tartiniego). Nie oznacza to automatycznie, że anioł znajduje się w całej reszcie. W traktacie prof. Rottweilera-Zweinsteina (How „how”? Oxford 1927), natknąłem się na następujące stwierdzenie: „niektóre problemy przypisane są do czasów, w których powstały, i tylko w oparciu o wiedzę z epoki mogą zostać rozwiązane”. Skoro tak, jedynym wyjściem była wyprawa w przeszłość.

Zacząłem od obniżenia stroju do barokowego (a razkreślne = 415Hz). Metalowe struny utraciły sprężystość, a dźwięk się rozflaczył, co podpowiedziało zmianę na jelitowe właśnie (uczyniłem to nie bez współczucia dla baranów, które poświęciły swoje kiszki dla celów wyższych). Było lepiej, ale czegoś brakowało. No jasne, skrzypce! Przypomniałem sobie o egzemplarzu nabytym kiedyś na pchlim targu, ale szybko porzuconym, gdy okazało się, że ma za krótki gryf. Taki gryf charakteryzuje właśnie skrzypce barokowe. Parę zabiegów konserwatorskich przywróciło instrumentowi wartość użytkową. Kiedy udało mi się osiągnąć brzmienie zbliżone do kozich pipek, wiedziałem już, że jestem na właściwym tropie. Ale jak mogłem zapomnieć o smyczku?! U szanowanego lutnika zamówiłem kopię modelu Tartiniego z roku 1740, jednak ugiął się pod naporem mojej wirtuozerii. W związku z czym wybrałem się do lasu i wyciąłem kozikiem ładną leszczynową gałązkę. W drodze powrotnej zahaczyłem o małe zoo, by z zaskoczenia obciąć kucyk zaprzyjaźnionemu kucykowi. Od tej pory się nie przyjaźnimy, ale tak sklecony smyczek brzmi cudownie, jakby ktoś darł parciany worek. Na moje ewoluujące brzmienia rodzina reagowała dziwnymi spojrzeniami, za to sąsiedzi zaczęli mi się kłaniać; podejrzewam, że dźwięki nie przebijały się już przez wielką płytę. Zaszedłszy tak daleko (a w istocie zstąpiwszy tak głęboko), nie miałem zamiaru ustawać w poszukiwaniach. Bowiem, co z tego, że sprzęt zbliżony do oryginału, kiedy grający — czyli ja — takim nie był. W jednym z serwisów internetowych zakupiłem piękny surdut z guzami, koszulę z żabotem, a nawet kapotę. W sklepie z artykułami karnawałowymi udało mi się nabyć spodnie do pół łydki, trzewiki z zadartymi noskami i kokardami jak ta lala (lub tamta dama), trójgraniasty kapelusz, a nawet lokowaną perukę. Dzięki niej nie musiałem już tak często myć włosów. Zresztą wszelkie działania ablucyjne ograniczyłem do częstotliwości barokowej. I cóż z tego, że rodzina na mój widok krzywiła się i pociągała nosem, a sąsiedzi robili jakieś dziwne znaki w okolicach głowy? Byłem coraz bliżej tajemnicy autentycznego brzmienia! Upodobniwszy się z wyglądu do dawnych mistrzów, zacząłem naśladować ich menu. Naśladować śladowo; gdzie by mnie tam było stać na te wszystkie pasztety, bażanty i madery… Sztandarowym posiłkiem stała się jajecznica z gęsich jajek z brukwią, a ponieważ rodzina stwierdziła, że nie interesują jej moje kulinarne eksperymenty, zainstalowałem w pokoju małe palenisko. Ileż przyjemności czerpałem z krzesania iskier krzesiwem i hubką. O ileż radosnych łez przyprawiał mnie dym snujący się po ścianach, niczym w kurnej chacie. Zrezygnowałem z elektryczności. Świeczki wystarczały mi w pełni. Nabyłem inkaust i parę gęsich piór (kupowane razem z gęsimi jajami były w ofercie), i na samodzielnie poliniowanym papierze nutowym zacząłem przepisywać utwory. Kiedy były już zupełnie nieczytelne, znów wziąłem się do grania. Był postęp!

W zasadzie przestałem wychodzić z domu, nie licząc kilku nocnych wypraw na polowanie, kiedy to smyczek służył mi jako łuk. Ale z mizernymi rezultatami. Raz tylko o mało nie ustrzeliłem szczura, jednak okazało się, że był to szczeniak mopsa, którego szczęśliwie chybiłem, za to pan strzelił mnie niechybnie, a celnie. Chciałem się pojedynkować, jeno jegomość nie miał rapieru.

Mój pokój powoli się zmieniał, pojawiły się stiuki, żyrandole i kandelabry, sufit wypełniły freski (kiedy grałem Frescobaldiego), a na ścianach zafalowały tkaniny. Podłoga pokryła się mozaiką, po której — kiedy grałem skocznie — moi nowi znajomi tańczyli kuranty i menuety.

Któregoś ranka obudziło mnie rytmiczne gruchotanie, jakby ktoś przejeżdżał kluczem francuskim po żeberkach kaloryfera. Dziwne, grzejnik wyrzuciłem z pokoju już dawno… Naraz drzwi od mojej komnaty otworzyły się. Owionął mnie zapach damskich perfum, kawy i świeżego pieczywa. „Wstawaj, bo spóźnisz się na próbę!”, usłyszałem. Z kuchennego radia dobiegały dźwięki Dance macabre Saint-Saënsa. Ktoś tu zdrowo pomylił epoki!

Sposób na bezsenność

Posted in Uncategorized by hajton on 31 października 2017

Nie znają jej tylko nałogowi i wytrawni spacze. Jednak ci, którzy zaznali insomnii, wiedzą, że jest to siła destrukcyjna. Jak sobie z nią radzić? Najbardziej rozpowszechnionym sposobem jest liczenie baranów. Metoda niezła, ale jak na mój gust zbyt kędzierzawa. Alternatywą jest liczenie osłów, tylko że jak jeden z drugim się zaweźmie, nijak nie da się policzyć. Są to bowiem zwierzęta nieobliczalne. W grę wchodzą jeszcze bubr i żóbr, lecz… No właśnie, dywagacje ortograficzne nie są przyjacielem snu. Logiczniejszą wydaje się ucieczka w krainę liczb. Kiedyś próbowałem policzyć ilość miejsc po przecinku liczby π, ale mierzy się ją w bilionach, a i to nie koniec. Nieskończoności policzyć się nie da. Tamtej nocy nie zmrużyłem oka.

W literaturze opisywano, a w filmie pokazywano różne sposoby oszukiwania bezsenności. Od sprzątania i prasowania, przez pisanie i komponowanie, aż do wymyślania perpetuum mobile lub kamienia filozoficznego. Są to jednak metody zastępcze, które w dłuższej perspektywie jedynie utrwalają problem.

Te wszystkie nasenne herbatki z mchu i paproci też włóżmy między bajki. Nie polecam również przedsennego nadużywania używek, bo i to są patenty na krótka metę. A co, jeśli przysłowiowej mety nie ma w pobliżu (niezorientowanym wyjaśniam, że meta oznacza miejsce zaopatrywania się w używki o charakterze płynnym, w godzinach nocnych lub w czasach prohibicji)?

Na tym zakończmy pobieżny przegląd sposobów tradycyjnych, a zawodnych. Czas na metodę autorską, skuteczną w stu procentach. Mało kto o niej wie, choć w większości przypadków znajduje się pod ręką, a ściślej mówiąc, pod głową. To… poduszka! Gdy ogarnia nas pierwsza fala myśli typu „no tak, to będzie jedna z  t y c h nocy…”, wyjmujemy poduszkę spod głowy i przewracamy ją na drugą stronę. Pod wpływem świeżego, niewymiętego dotyku z lubością zamykamy oczy i z błogim półuśmiechem oczekujemy rychłego nadejścia Morfeusza. Czasami skubaniec nie chce przyjść od razu. Ale to nic. Odwrotna strona poduszki zdążyła się w międzyczasie schłodzić, więc powtarzamy operację. Jeśli jednak nie zaśniemy po trzecim przełożeniu, problem musi być poważniejszy. Zacznijmy od poszewki. Kiedy była prana, czy była prasowana i — last but not least — czy była krochmalona? Jeśli którekolwiek z ogniw nie zostało wykonane w terminie (do tygodnia wstecz), musimy się tym zająć. I nie zwlekajmy, bo czas płynie. Odradzam pralkę; najkrótszy program trwa pół godziny, poza tym sprzęt hałasuje i budzi uczciwie śpiących członków rodziny. Pierzemy ręcznie. Suszymy suszarką lub na grzejniku (zimą), tylko nie przesuszmy, żeby się dobrze prasowało. Prasujemy dokładnie, bez pośpiechu, aby nie dotknęła nas klątwa niewyprasowanej fałdki. Teraz krochmalimy. To znaczy, nie jestem pewien… Proszę sprawdzić, jaka kolejność jest właściwa. Następnie trzeszczącą ze sztywności poszewką oblekamy poduszkę. Nie jest to łatwe, ale nasze wysiłki już wkrótce zostaną nagrodzone! Zaśniemy snem kamiennym. Chyba że… Chyba że problem leży jeszcze głębiej, to znaczy w wypełnieniu poduszki. Litościwie pominę temat pająków zamieszkujących w pierzu, nie rozwinę też zagadnienia chochlików zwanych insomniaczkami, które uwielbiają się w nim zagnieżdżać. Niestety, również wypełnienia syntetyczne mają swoje słabości. Są mało przewiewne, alergizują, i w ogóle potrafią denerwować. Jeśli więc wskazówki zegarka przekroczyły godzinę piątą, nie wahajmy się dłużej. To ostatni moment, aby ratować resztki nocy. Zdecydowanym ruchem rozpruwamy ropuchę, to znaczy poduchę pod uchem, a zawartość wygarniamy z pokoju silnym podmuchem. Do opróżnionego środka sypiemy: okruszki, łupinki od orzechów, małe śrubki, pocięte skarpetki, sierść kota, moher (może gryźć), płatki kosmetyczne, czy co tam mamy pod ręką. Jednak najlepszy efekt dają książki. I to nie ebooki, bo pokażcie mi takiego, który wyspał się na kindle’u. W grę wchodzą wyłącznie papierowe wydania (odradzam twarde oprawy). Ale ostrzegam: czym poduszkę wypełnisz, tym się naśnisz. Niedawno wypchałem jaśka Ulissesem Joyce’a i przyśnił mi się Dublin smalony. Układamy tomy starannie, jeden obok drugiego, bez zbędnych szczelin i nadmiernych mieszanek gatunkowych, bo z nich biorą się koszmary.

A teraz już dobranoc. A właściwie, dzień dobry!

Sikacz

Posted in Uncategorized by hajton on 14 października 2017

„Wódka Wyb! 47%! 10% gratis!” — zachęcało hasło w witrynie sklepu monopolowego.

— Cóż to za dziwna wódka? — zainteresowałem się. — Ile kosztuje?

— Cena jest tu, nie widzi pan? — odparł sprzedawca, wręczając mi butelkę.

— Widzę, ale jeśli dziesięć procent gratis, to powinna kosztować…

— Dziesięć procent mocy, a nie ceny — nie dał mi skończyć.

— Aha, czyli płacę za trzydzieści siedem, a dostaję o dziesięć więcej?

— No, coś pan? — zdziwił się sprzedawca. — O dziesięć mniej!

— To dlaczego jest napisane, że czterdzieści siedem? I gdzie ten gratis?!

— Dla zachęty! A dziesięć procent gratis, to dziesięć procent na rzecz pańskiego zdrowia! Słabsze pan pijesz, zdrowszy będziesz, logiczne chyba?

— Panie, ale to już nie wódka!

— A tam, czepiasz się pan! Możesz pan pić, a jeszcze zdrowia od tego przybywa! Genialne przecież, nie?! Perpetuum mobile.

— Ale skoro pan tak łatwo szasta procentami, to może i dwudziestu siedmiu tu nie ma?

— Przyjdź pan z alkoholomierzem. Ale żeby zmierzyć, musisz pan otworzyć, a otwarte równa się kupione, rozumiemy się?

Przed sklepem kłębił się tłumek próbujących zrozumieć ofertę. Na razie nie wchodzili.

— Chodź pan tu na chwilę… — przyzwał mnie gestem i zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu. — W zaufaniu powiem panu, że są naciski, aby zawartość alkoholu nie przekraczała dwudziestu procent.

— Czyje naciski? — byłem coraz bardziej zdziwiony.

— Departamentu dobrego samopoczucia, bo mniej chorób — zaczął wyliczanie. — Departamentu wytwórstwa — bo więcej się sprzedaje. Departamentu przyjaznego przyrodzie — bo trzeźwiejszy konsument oddaje więcej surowców wtórnych, chroniąc nasze drzewa, lasy, puszcze, a nawet żubry — wskazał na półkę z żubrówką. — Departamentu potrzeb wyższych — bo twórcy mniej pijani, to twórcy bardziej odpowiedzialni. I departamentu rozwiązań siłowych, bo więcej pustych butelek, to więcej potencjalnych koktajli mołotowa… No i pasterz też swoje dokłada.

— Jaki pasterz?!

— Jak to, nie wie pan, kto jest pasterzem?

— Nie wiem —  odparłem. — Taki ze mnie baran.

— Pan to powiedziałeś. Owieczka brzmi lepiej, ale w pana przypadku… — spojrzał krytycznie.

— No dobrze, ale z tego, co pan mówi wynika, że mogą być i butelki z zawartością alkoholu poniżej dwudziestu procent?

— Nie tylko mogą, ale i są. I słusznie! Umiarkowane spożycie wzmacnia nastroje patriotyczne.

— A nieumiarkowane?

— Ugargantuicznia je. Golemi i spiętrza.

Przez moment w jego spojrzeniu dostrzegłem coś znajomego. Ale on już wycofywał się w cień półek, a chwilowo tylko pobudzona twarz przybrała wyraz obojętny.

— Czyli wchodzimy w kategorię wina…

— Jak „wina”, to zaraz powstaje pytanie: „czyja?” A wódka, męska rzecz, zgodzisz się pan? Wino niech piją ci, co je wymyślili…

— Czyli kto? — spytałem.

— Oj, coś pan dziwnie niezorientowany… Kto wymyślił wino, też coś… — prychnął z niesmakiem. — Oni — dodał po chwili.

— Oni?

— No oni, oni! Nie udawaj pan, że nie rozumiesz.

I bez żadnych procentów mąciło mi się w głowie.

— To może są i butelki o mocy piwa?

— Piwa, tak — odparł z przekonaniem, piwo nasze.

— To ja się rozmyśliłem. — Chciałem odstawić butelkę na kontuar, ale ruchem zbyt zdecydowanym; wyśliznęła mi się i rozbiła o ziemię. Zawartość rzeczywiście była zwietrzała, bo ani zapach się nie rozniósł, ani jego przeciwieństwo.

— Rozmyślić się pan możesz — łaskawie odparł sprzedawca — ale zapłacić trzeba. I posprzątać po sobie — wręczył mi ścierę i kubeł.

 

Presto

Posted in muzyka by hajton on 1 października 2017

Trzy Sonaty na skrzypce solo Jana Sebastiana Bacha zbudowane są według czteroczęściowej struktury:

Kosmos — Świat — Człowiek — Natura.

Otwierające Adagia (Sonata I i III) i Grave (Sonata II) to prawdziwe Genesis. Dźwiękowe akty stworzenia, wyłaniające się z chaosu, praharmonii, albo niebytu. Pełne siły, dramatyzmu i uniesień, niewolne od pęknięć i zawahań, jednak niepowstrzymane, jak formotwórczy żywioł. Po co nam aż trzy Genesis? Czy jedno nie wystarczy? Ale przecież każda kultura, każda wiara, każde plemię nieledwie, ma swoją własną kosmogonię! Pytanie powinno zabrzmieć inaczej: kim jest ten, który w samych tylko utworach na skrzypce solo tak szczodrze dzieli się dziełem stworzenia?

W jednym z opowiadań Stanisława Lema genialna maszyna otrzymuje zadanie napisania dzieła „o miłości i śmierci, ale wszystko musi być wyrażone językiem wyższej matematyki, a zwłaszcza algebry tensorów.” Gdy słucham fug Bacha, przychodzi mi do głowy ten opis. Jest to bowiem unikalny przypadek, w którym żelazne i sztywne reguły zostają zneutralizowane i zasłonięte przez silniejszy wyraz artystycznym. Przecież fuga aż się prosi, aby stworzyć utwór akademicki, scholastyczny, i — prawdę mówiąc — większość tych, które wyszły spod piór innych niż Bachowskie, takimi właśnie są. U Bacha dokonuje się cud: trud konstrukcyjny jest niezauważalny, słuchacz nie usłyszy niczego poza pięknem. A przecież struktura tam jest! To dzięki niej tylko co stworzony świat ma szansę trwać.

Części trzecie Sonat to hymny i skargi człowieka, który na świecie zamieszkał, ale go nie rozumie. Podziwia, ale i się go boi. Więc śpiewa pieśń zachwytu i trwogi, bo tylko tak wyrazić może ból istnienia i tęsknotę za rajem utraconym, i rajem obiecanym.

I wreszcie części ostatnie; epilogi, postludia, omówienia. Drobiazgi godne pominięcia? Ależ skąd! To prawdziwe dopełnienia, wszystko to, czego nie było w częściach poprzednich. Niekończąca się gra między sensem, a przypadkiem. Pytania bez odpowiedzi. I odpowiedzi bez pytań. Humor!

Staję twarzą w twarz z finałem I Sonaty. Od zapisu nutowego dzieli mnie metr. Jak daleko jestem od tajemnicy skrytej za dźwiękami? Gram. Raz. Drugi. Niełatwe. Bach myślał logiką dźwięków, a nie kategoriami ograniczeń instrumentalnych. Zresztą, skąd mogę wiedzieć, co Bach myślał? Gdybym wiedział, wiedziałbym też jak grać. A ja nie wiem. Próbuję ponownie. Ale tylko błąkam się między nutami. Odbijam od ich skorupy, pancerza, zatrzymuję na drucie kolczastym z dźwięków. Rani mnie ta nieumiejętność. A może grając, słyszę nieobiektywnie? Nagrywam. Jest gorzej niż myślałem. Więc może szukam, czego nie ma? Dotarłem do granicy dźwięków i na tym koniec? Chodzę, czytam, słucham muzyki, ale innej. Do tej nie dostanę się z pomocą czyjegoś klucza. Muszę odnaleźć własny. Zaczynam znowu. Teraz już jasnym się staje, że struktura rzekomej etiudy jest niejednolita. Etiuda zajmuje się jednym problemem. Tutaj jest ich dużo. Ale przez problem rozumiem już nie trudność, a zagadnienie. Dzielę tekst na mniejsze odcinki. I jeszcze mniejsze. Jeśli zrozumiem choć jeden, choćby najmniejszy, będzie jak czip uruchamiający mechanizm, jak pierwszy puzzle ułożony we właściwym miejscu. Tracę poczucie czasu. Jedną frazę rozgryzam… Co?! Już trzy godziny?!

Przychodzi mi na myśl książka profesora Tadeusza Wrońskiego. „W interpretowaniu Sonat i Partit Bacha najbardziej rzucają się w oczy różnice temp. Przy niektórych utworach sięgają one stu procent!” Nie do pomyślenia w przypadku każdej innej muzyki. Konkluzja obszernej pracy prof. Wrońskiego jest następująca: w wykonywaniu muzyki Bacha liczba możliwych rozwiązań, tak technicznych, jak interpretacyjnych, jest nieograniczona. W wydanym przez PWM egzemplarzu Sonat i Partit, z którego grałem niegdyś, znajdowała się pisemna dedykacja prof. Wrońskiego dla mojego niedawno zmarłego, wspaniałego nauczyciela, prof. Franciszka Jurysa. Brzmiała mniej więcej tak: „Mojemu asystentowi, dzięki któremu wiele tu zastosowanych rozwiązań w kolejnym wydaniu będzie zmienionych na lepsze”. Wybitny skrzypek i pedagog, prof. Krzysztof Jakowicz kilka lat temu nagrał komplet solowych dzieł Bacha. A chociaż zawarł w nich cały swój kunszt i doświadczenie, to Jego zamiarem jest ponowne nagranie cyklu.

Wracam do Presta. Już wiem, jak zagrać początek! Także inne fragmenty, płaskie do tej pory i bezbarwne, powstają, jak hologramy, chlubią się wdzięczną formą i zaskakującymi kolorami. Gram. Nagrywam. Odsłuchuję. Szukam dalej. Czarno zapisane pięciolinie drżą i rozmywają się. Pomocy!… I naraz słyszę głos, a raczej czuję siłę — choć ani to głos, ani siła — która przesuwa dłoń na smyczku dwa centymetry do góry. „Nie trzy — koryguje — ani nie jeden, tylko dwa!” Strasznie precyzyjna ta siła, myślę, ale ufam jej, bo najwyraźniej wie, co mówi/robi. Nagle czuję, że dzierżę w dłoni już nie tylko smyczek, ale i pióro, pędzel, rylec. Mogę kształtować rzeczywistość. Dotarłem do momentu, w którym ćwiczenie, ta żmudna pokuta muzyków, staje się twórczą przygodą, podróżą w nieznane. Jakiś karkołomny skok okazuje się zakamuflowanym tanecznym gestem. To, co ciężkie przeobraża się w lekkie. Nuty ulatują z pięciolinii jak rozbawione ptaki, zmieniają się w szalejący wiatr, który dowcipkuje i rozrabia, chowa się za kępę krzaków, i wyskakuje zza niej jak psotny urwis, albo stado rozbieganych saren. Udaje wysiłek i patos górskiej wspinaczki, aby wdzięcznie opaść na nieskończone równiny, które są jego i tylko jego. Uśpiłem czujność łobuza. Jestem z nim. Lecę nad łąkami, wrzucam do wody kamienie, przebijam wodospady, łapię chmury, zbyt postrzępione, by spadł z nich deszcz. I nagle dociera do mnie, że muzyka Bacha to palimpsesty. Symbole i dźwięki nałożone na inną rzeczywistość, nieodgadnioną dla nas, niepojętą. Fałszywy dźwięk przywołuje mnie do rzeczywistości. Tak się rozegrałem, że ugodziłem smyczkiem w lampę. Przetrwała i lampa, i smyczek. Ale wizja zniknęła. Jestem znów w czterech ścianach. Skąd wróciłem? Nie wiem. Dziś już tam nie zdołam wrócić. Jutro zaczniemy od nowa.

Kilka refleksji na marginesie Lalki…

Posted in książki by hajton on 11 września 2017

 

 

…czytanej wielokrotnie, tym razem obejrzanej w spokoju i całości, jako serial telewizyjny.

Bogatsi o życiowe doświadczenia obserwujemy dzieła klasyczne z innej perspektywy. Lalka jest gęsta od znaczeń.

Bohaterowie.

Izabela Łęcka. Bez trudu mogę ją sobie wyobrazić jako dzisiejszą celebrytkę, gwiazdę instagrama, która – prócz przeżywania realnych przygód miłosnych – z lubością obserwuje rosnącą rzeszę wirtualnych fanów. Jednak pod koniec książki pojawia się informacja zaskakująca: Izabela wstępuje do klasztoru.

Ignacy Rzecki. Szlachetność wiecznie przegranej sprawy. Błędne lokowanie nadziei. Poczciwość i niepraktyczność. Wielka rola Bronisława Pawlika.

Stanisław Wokulski. Romantywista. Tyleż racjonalny, co nieprzewidywalny. Wobec innych bohaterów książki – bez względu na sferę, z której pochodzą – wydaje się gigantem ducha i intelektu. Jednak – choć rodzimy naukowiec/eksperymentator (Ochocki) twierdzi, że prawdziwe maszyny latające muszą być cięższe od powietrza –  Wokulski jak dziecko fascynuje się wynalazkiem prof. Geista, metalem od powietrza lżejszym. Wokulski wie, że jego uczucie do Izabeli Łęckiej jest destrukcyjne. Ale wiedza jest dla uczucia nikłym rywalem. Zresztą czy bez wielkiej, nieszczęśliwej, tragicznej, występnej, lub w jakikolwiek sposób skazanej na niespełnienie miłości, istniałaby wielka literatura? Stach nie wierzy w pieniądze, gardzi nimi, potrafi stracić je tak łatwo, jak je zyskał. Wie, że przyniosą mu szacunek i poważania, ale nie zbliżą do szczęścia.

Suzin. Rosyjski biznesmen/lobbysta, traktujący Polskę, jako schodek (no tak, Polski nie było) w drodze do robienia interesów w Europie.

Doktor Szuman. Lekarz podśmiewający się tak z polskiego marzycielstwa, jak i z żydowskiego praktycyzmu.

Henryk Szlangbaum, przedsiębiorca. Jedno zdanie oddaje charakter wzajemnych stosunków w tamtych czasach. „Jako meches (ochrzczony Żyd) byłbym znienawidzony przez Polaków i Żydów. Jako Żyda nienawidzą mnie tylko Polacy.”

Antysemityzm łączy wszystkie stany. Odmienność Żydów przy ich jednoczesnej kompetencji biznesowej i rosnącym znaczeniu/zamożności jest mieszanką nie do strawienia. „Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami…”, wieści Rzecki.

Arystokracja. Klasa mająca samą siebie za zbawców narodu (będącego pod obcą administracją), a wszczynająca swary o byle co, o każde słowo. Gardząca właścicielami pieniędzy, ale nie ich pieniędzmi. Megalomańska. Utracjuszowska. Krótkowzroczna. Pozbawiona wizji.

Ziemiaństwo. Ach, te dworki, letnie miesiące, leśne zabawy…

Lud. Sól ziemi. Słodki, gorzki i kwaśny. Pieprzny. Cierpiący. Cierpliwy.

Kapitalnie pokazana Warszawa, barwna i różnorodna, jak w kalejdoskopie. Mam nadzieję, że film zostanie poddany cyfrowej rekonstrukcji, bo bardzo mu się to należy. Na ciemnej taśmie niknie wiele szczegółów, ale wyobrażam sobie jak ożyją ulice, parki, przechodnie, stroje, wnętrza pałaców i zwykłych mieszkań, cały asortyment sklepu Wokulskiego. Te wszystkie zwoje materiałów, lalki, broszki, parasolki, baletniczki tańczące w kółko, żołnierzyki maszerujące nie wiadomo dokąd…

Całość spowita smakowitą muzyką Andrzeja Kurylewicza.

Tagged with: ,

Czas szakali

Posted in Uncategorized by hajton on 31 sierpnia 2017

Dzięki miłościwie panującemu naszym lasom, dowiedziałem się o istnieniu w nich zwierzyny egzotycznej. Szakala złocistego mianowicie (ponoć naliczono już siedem osobników krwiożerczego gatunku). Prawie w tej samej chwili przeczytałem, że gatunek przeznaczony jest do odstrzału. Konia z rządem temu, kto z odległości kilkudziesięciu metrów odróżni szakala złocistego od psa burego albo szarego wilka. Myśliwi, sól naszych pól, niejednokrotnie dawali dowód słabego wzroku, biorąc na przykład człowieka za dzika. Niektórzy sz(a)kalują ich, że strzelali pod muchą, ale to tylko oczy zmęczone nadmiarem sielskich widoków zawodziły. Zresztą, gdzie drwa rąbią… Najważniejszy jest cel; ochrona gatunków rodzimych przed napływowym. Dlaczego jakiś tam szakal (nawet złocisty) ma mordować nasze zające i bażanty, skoro sami możemy to uczynić, prowadzeni dzielną lufą miłościwie panującego naszym lasom?

Te szakale, co to niby są, a ich nie ma, podobne są uchodźcom, przed którymi chronią nas miłościwie panujący. Jeden z nich skwitował ostrzał łodzi z bezbronnymi ludźmi radosnym „nareszcie!”. Tylko rasowy (i to odpowiednio) polityk wie, że w poważnych sprawach nie należy ulegać odruchom serca. Taki rasowy (i to odpowiednio) polityk może i powinien być wizjonerem. Bo i ci uchodźcy, i te szakale, niby takie biedne i złociste, ale tylko czyhają, żeby się rozpanoszyć i nas zjeść.

Dzięki miłościwie panującym nad naszymi gustami literackimi, dowiedziałem się z kolei, jak podstępnie jadowite jest „Jądro ciemności”. Z tą książką zawsze było coś nie tak. Niby Polak ją napisał, ale po angielsku. W dodatku pluła (mówiąc delikatnie) w białe gniazdo. Jak tak można?

Teraz znów słyszę, że wizyta w obozie koncentracyjnym w Auschwitz powinna zniknąć z proponowanych zagranicznym gościom tras turystycznych, ponieważ opowiada historię innego narodu. Do tej pory myślałem, że II Rzeczpospolita była ojczyzną wszystkich obywateli, ale i tu się myliłem.

I tak, od dziedziny do dziedziny, przekonuję się, jak bardzo tkwiłem w błędach. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną porcję Wiadomości. Niech wyrugują moją niewiedzę, zdejmą bielmo z oczu i napełnią poczuciem dumy, że nie tylko wstaliśmy z kolan, ale już coś rozdajemy. Prztyczki w nos na razie, ale i na coś większego przyjdzie pora.

Solfizmaty

Posted in zabawy literackie by hajton on 5 sierpnia 2017

Skrzydlate konisko odwiedziło mnie znowu. Właśnie miałem jeść, ale bezceremonialnie kopnęło mnie w czaszkę.

– A dlaczego ty nie wymyślisz jakiegoś swojego gatunku, tylko małpujesz po mistrzach? – zapytało.

– Głodny jestem i zły, przyjdź później, albo sam se wymyśl.

– Przychodzę kiedy chcę, poza tym, ja jestem od kopania, a od wymyślania – machnął skrzydłem, aż papiery pospadały z biurka, a nuty z pulpitu – jesteś ty. No, już, za dużo czasu nie mam.

– Ale… to chociaż podpowiedź proszę.

– Żyjesz między dźwiękiem, a słowem, więc?…

– Użyć nazw dźwięków? Będę miał pierwsze litery alfabetu i całe mnóstwo „is” i „es””.

– Nie znasz innych określeń?

– Oczywiście, że znam – odparłem z godnością. – Tak zwaną solmizację.

– Widzisz! Jesteś prawie w domu!

– Mogę powtórzyć „do”? – spytałem cicho.

– No, coś ty – szepnął ze zgrozą – chcesz iść na łatwiznę? Jednak, poza tym drobiazgiem, jako twórca gatunku, możesz ustalić reguły… – ogłosił wspaniałomyślnie.

– Jakże będzie mi brakowało naszych liter, chrzęść, gwóźdź, dżdż…

– Nie maż się, tylko próbuj, klasyczniej – zarżał i strącił skrzydłem kielich z winem. Myślałem, że go trzepnę, ale ten spryciarz jakimś cudem złapał puchar w kopyto i odstawił w koryto. Nie uronił nawet kropli.

Reguły? Jakie reguły! Zasada prosta niczym gama. Bierzemy „do, re, mi, fa, sol, la, si” i jazda!

Dom i silos, Rafale (co najpierw? porady dla młodego rolnika)

O rosie falami LSD (po naćpaniu)

Lis dolarem i fosa (lis, bo futro, jak długo jeszcze?! fosa, magnes dla turystów)

Folia, morda i less (morda w folię i do piachu, czarny kryminał)

Aldi ma i os flores (asortyment Aldiego bywa zaskakujący)

Misa fors dla O., ile? (po chałturze)

Odra mil soli: „safe” (gdyby Odra była słona…)

Dosol salami: „fire” (nie przesadzać z pikanterią)

Las, farso melodii (gdzie śpiewaków za dużo…)

O, Larsie, Safo mdli! (ostrożnie, panie reżyserze)

Radom, flis Olesia (czym rzeka dla flisaka, tym Radom dla chłopaka)

Odessa, firma Loli (Lola, potentatka znad Morza Czarnego)

Li ma Forda, li Esso (albo samochód, albo paliwo)

A fiord lassem Oli (Ola mieszka nad fiordem w kształcie lassa)

Si, si! ale! mordo fal! (zawołanie żeglarskie, międzynarodowe: si! – włoskie, ale! jest tu spolszczonym francuskim allez)

I los rad losem fai (Kraj Rad przykładem)

Darmo sile fasoli (prawdziwa siła obejdzie się bez używek)

Merda osa lisofil (przyjaźń międzygatunkowa)

Armado, sisi? fe! lol (przynagleni rumem i piwem majtkowie wychodzą na zawietrzną…)

– A to „lol”, to co? – zainteresował się nagle.

– Takie coś, że jest śmiesznie.

– A jest?

– Ty mi powiedz.

– Ja nie jestem od oceny, tylko od inspiracji. No, czas na mnie. Nara…

– Mara… flisd osiole… – mruknąłem pożegnalny solfizmat, ale na szczęście (bo kopyto ma mocne) już mnie nie słyszał.

Nocne odwiedziny

Posted in zabawy literackie by hajton on 26 lipca 2017

Czasem zagląda do mnie Pegaz. Rży, prycha, pyta, czy nie mam trochę siana w głowie. Bywa natrętny. Nie odejdzie, zanim go nie nakarmię. Odwiedził mnie wczoraj wieczorem, od niechcenia rzucając hasło „alfabeton”. „Samiec alfa-beton?” – próbowałem zbyć temat, patrząc mu prosto w oczy. Zbyt odważnie, bo odwrócił się nagle, a jego kopyto przeleciało o (koński) włos od mojego ucha. „Chodzi mi o dziełka o przesłaniu nienachalnym, za to wykorzystującym wszystkie trzydzieści dwie litery rodzimego alfabetu.” No jasne! Przede wszystkim mistrz Barańczak, olśniło mnie. Mini poematy, (poematki, czyli matki poetów, jako też niektórych prozaików [na przykład Allana Edgara Poe]), których sensu trzeba trochę poszukać, ale jak się już znajdzie, to, ho ho! Otwiera się morze interpretacji. Kosmos znaczeń. Bezkres bez kresu (za to z kretesem).

Zebrałem alfabet w całość, rozsypałem wokół siebie, i patrzyłem w jakie (bez)sensy mi się układa. Pierwszy był taki:

słój – foch

wizg – dąb

źle;

mężny, puść krtań!

„Może być”, powiedział Pegaz. „Taki trochę kryminał. Kłótnia przy musztardówce, wypadek po pijaku, zemsta, a może i wybaczenie?” „Naprawdę?”, zdziwiłem się, ale nie za bardzo, bo byłem już myślą przy kolejnym.

zgłębmyż:

jeść stonki?

ródź plwań fuchą…

„Jesteś głodny?”, spytał Pegaz. „Oczywiście!”, odparłem rozdrażniony. „Ty się krzepisz sianem z mej potylicy, a ja?” I jakby w dowód, że nie żartuję, dołożyłem mu jeszcze:

objeść zżętym, 

głódź, wiń:

schrup flanką!

Nie dał się sprowokować, ale widziałem, że jest umiarkowanie zadowolony (pewnie ujęło go nawiązanie do obroku, a może docenił niebanalną strategię?). No dobrze, stary koniu, pomyślałem (o Pegazie, rzecz jasna), tematykę żarcia każdy rozumie. Ciekaw jestem, co powiesz na utworek (utwór – potwór, utworek – potworek) o problematyce podniosłej, acz nie wolny od przestrogi, w dodatku jednym wiosłem zanurzony w tematyce wakacyjnej (jeziorowej) i niepozbawiony wartości sonorystycznych:

spiż fet,

głównym bojaźń,

chrzęść dulką

Spojrzał z lekkim zdziwieniem, wykonał gest, jakby chciał się kopytem postukać w czerep, ale mu nie wyszło, więc tylko parsknął i utoczył trochę piany. Byłem na dobrej drodze, aby dał mi spokój.

skrzyp, judź

mętną żółć,

chlew, figo?

baśń!

Poszedł. Ale wiem, że znów przyjdzie. Całe szczęście. Mimo stajennych manier, nie sposób go nie lubić.

Tagged with: