oto I owo

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!

Urągalce

Posted in Uncategorized by hajton on 27 maja 2017

„Gdy jestem zmęczony w efekcie sił braku, wygodnie się rozkładam na moim leżaku”. Zmęczony w efekcie sił braku?! Dlaczego reklamodawca traktuje mnie jak idiotę? Media – nawet jeśli próbuję je omijać szerokim łukiem – i tak mnie dopadają. Medialna papka czepia się mózgu jak Obcy, który chce zmusić do myślenia na swoją modłę.

„Europo, powstań z kolan!” – słychać krzyk donośny. „Mamy brać z Was przykład i wypiąć się na ludzi umierających z głodu, strachu i poniżenia?” – mogłaby odpowiedzieć Europa. Ale nie odpowiada, bo na pewnym pułapie rozmowa nie ma sensu. „Piękne rzeczy wypracować można dzięki długiej i uciążliwej nauce, złe natomiast owocują same bez trudu”, powiedział ojciec demokracji. „Kto?!” „Demokryt z Abdery.” „Z Abwehry, wszystko jasne…”.

Włączam telewizor. Mecz drużyn młodzieżowych Japonia – Włochy. Stan meczu 2:2. Ostatnie minuty. Będzie ciekawie! O, naiwny… Przy tym wyniku obie drużyny wychodzą z grupy. Ostatnie pięć minut Włosi wymieniają podania z bramkarzem. Japończycy nie atakują. Sędzia dolicza jeszcze trzy. Parodia trwa aż do końcowego gwiazdka. Piękno sportu.

Dzień Praw Zwierząt

Posted in Uncategorized by hajton on 22 maja 2017

„Co żeś się pan tak tych zwierząt uczepił? Ludzkie prawa są łamane codziennie, a pan chcesz, żeby zwierzęcych przestrzegać?”. Tak, chcę. Miałem kiedyś sen i nie przestaję go śnić. „No jasne, lewak, który kwestionuje naturalny – czyli boski – porządek!” Czy na pewno? Otóż za chwilę udowodnię, że wcale nie. Ale po kolei. Człowiek może wiele nauczyć się od zwierząt (odpowiedzialności za rodzinę, funkcjonowania w grupie, szacunku wobec życia: zwierzęta nie zabijają dla przyjemności). Ludzie uczą zwierząt jedynie rzeczy, które służą człowiekowi. W istocie nie uczą ich niczego, a jedynie wykorzystują. Traktując zwierzęta w sposób wyłącznie użytkowy, sami kręcimy na siebie bicz, a może i szubienicę. Zachwyceni literacką metaforą motyla, który trzepotem skrzydeł w Andach doprowadza do trzęsienia ziemi na drugiej półkuli, nie potrafimy dostrzec zależności znacznie bardziej brzemiennej w skutki i dziejącej się na naszych oczach: od śmierci ostatniej pszczoły, nam, ludziom zostanie na Ziemi około stu lat. Ja też nie chcę w to wierzyć. Ludzkość nie jest mądra, ale z pewnością jest sprytna. Mobilizuje się w chwilach zagrożenia. Tylko, czy zawsze zdąży? Sto lat to perspektywa nie do ogarnięcia dla przeciętnego ludzkiego umysłu. „Panie, mnie interesuje tu i teraz…” Przypomina mi się scena z filmu Stanisława Barei (kontynuacja opowieści człowieka, który „miał dobrze” z racji genialnie skorelowanej komunikacji publicznej i niemniej mistrzowskiemu rozplanowaniu dnia). Bohaterowie stoją w olbrzymiej kolejce do kas na dworcu kolejowym. Wszystkie kasy są pozamykane. „Ciekawe, kiedy otworzą?”, interesuje się jeden z mężczyzn. „Co się będziemy martwić, niech oni się martwią!”, odpowiada ten, któremu tak dobrze.

Wytrawni piechurzy, chcąc, aby grupa dotarła do celu w składzie, w jakim wyruszyła, stawiają na czele najsłabszych. Wychodzą bowiem z założenia, że silniejszy dostosuje się do słabszego. Odwrotnie – nigdy. Przez co wcale nie sugeruję, aby na czele ludzkiego pochodu ku przyszłości postawić zwierzęta. Wystarczająco dużo baranów w ludzkiej skórze nas prowadzi (z całym szacunkiem dla baranów). Wystarczająco dużo byczych karków niecierpliwie posapuje w baranie głowy (z całym szacunkiem dla byków). Rzecz w tym, że jeśli pogubimy po drodze zwierzęta, to nasz ekosystem może tego nie wytrzymać (jeśli nie wierzycie, spytajcie biologów). A jeśli rozwój ekonomiczny i przyrost PKB będzie jedynym kryterium rozwoju ludzkości, to po co nam taka ludzkość? W połowie – a tam w połowie, w kilku procentach! – przeżarta, przepita i przesycona, a w ogromnej swej części walcząca o przetrwanie?

Wróćmy teraz do porządku świata. Jeśli istnieje jakiś pierwotny, to z pewnością w świecie zwierząt. My odeszliśmy już bardzo daleko. Tak daleko, że świat zwierzęcy organizujemy na nowo, traktując żywe istoty, jako pozbawione czucia (o uczuciach nie wspominając) maszyny do wytwarzania mleka, mięsa i skóry. W geście rekompensaty każdego dnia wrzucamy do sieci tysiące śmiesznych filmików z czworonogami w rolach głównych, byle tylko odsunąć od siebie grozę sposobu, w jaki naprawdę traktujemy zwierzęta (lub dajemy na to milczącą zgodę). A co z tym porządkiem bosko/ludzkim? W historii kościoła jest paru niewygodnych świętych, którzy starali się być bardzo blisko duchowi Biblii. Dla świętego Franciszka z Asyżu zwierzęta były mniejszymi, ale jednak braćmi. Jego kompan, święty Antoni z Padwy, odrzucony przez ludzi, przemawiał do ryb, a te słuchały go z uwagą.

Nie rzucajcie jeszcze we mnie zdechłym śledziem! Na początku był Eden – mówi Pismo Święte. A w rajskim Edenie ludzie i zwierzęta żyli na równych prawach. Eden ma być też na końcu, kiedy wypełnią się czasy. Aby tam wspólnie dotrzeć, musimy wyrównać krok. O co serdecznie proszę większych. W imieniu ich mniejszych braci.

Smaki i zapachy w muzyce

Posted in muzyka by hajton on 14 maja 2017

Zastanawiające, że potężny dział muzyki (zwanej u nas „kameralną”, zapewne dlatego, że koncertom często towarzyszą kamery) Anglicy nazwali „cząber music” (w oryginale: chamber music). Pytanie „dlaczego akurat „cząber”?” musi ustąpić kwestii ważniejszej: z jakiego powodu posłużyli się polską wersją wyrazu, skoro mieli własną? Może dlatego, że „savory” oznacza nie tylko konkretne zioło, ale również kategorię smakową (gorzko/słoną), a muzyka kameralna może być tak wytrawna, jak i słodka? A może chodzi o niepowtarzalny zapach naszego rodzimego cząbru, któremu żaden tam zagraniczny nie dorówna? Faktem jest, że również „Pietruszka” Igora Strawińskiego (hołd złożony tak bulwie, jak i naci) zachowuje oryginalną nazwę, choć w nieco zmienionej pisowni („Petruchka”). „Parsley”, kto wiedziałby, co to za utwór?

Muzyka pełna jest smaków i zapachów. Czy „Pory roku” Vivaldiego notowałyby tak tryumfalny pochód przez wieki, gdyby nie odwoływały się do powszechnie lubianego warzywa? A wspomniana już „Pietruszka”? Przed spektaklami, w sąsiedztwie sal koncertowych lokalni handlarze rozstawiają stragany i sprzedają zieleninę na pęczki, tak dramatycznie wzrasta popyt na zioła! Sergiusz Prokofiew uwielbiał cytrusy. Uczucie wyznał w „Miłości do trzech pomarańczy”. Pierwotnie tytuł miał brzmieć: „Miłość do pomarańczy”, ale zaprotestował wydawca. Według niego „pomarańcze” trąciły bananem, zaś „trzy” miały w sobie jakąś tajemnicę. Tajemnicą poliszynela jest, że Antonin Dvořák uwielbiał cebulkę, zwłaszcza młodą. Poświęcił jej Trio fortepianowe „Dymki” (wybitny utwór z gatunku cząber music), jednak wydawca (ach, ci wydawcy!) zasugerował, aby zmienić nazwę na „Dumki”, jako – jak to określił – „łatwiej strawną”. Niemiecki krytyk, Eduard Hanslick oburzał się, że Koncert skrzypcowy D-dur Piotra Czajkowskiego, a zwłaszcza jego finał, przepełniony jest wonią cebuli i czosnku, a nawet wódki (jakby nie rozumiał, że zakąszać trzeba czymś konkretnym). Pod wpływem krytyki kompozytor złagodził paletę smaków. „Dziadek do orzechów” zabiera słuchaczy do cukierkowej krainy, na cukrową łąkę i do konfiturowego gaju. W marcepanowym pałacu pragnienie zaspokoić można chińską herbatą lub arabską kawą. Balet kończy się walcem kwiatów, co przenosi nas w domenę kolejnego ze zmysłów.

Trzy wybitne dzieła muzyczno/olfaktoryczne dzieją się w mrokach nocy. Gdy oczy idą spać, wyostrza się słuch. I węch. W „Letnich nocach” Hectora Berlioza, w III Symfonii „Pieśń o nocy” Karola Szymanowskiego, ale przede wszystkim w „Nocach w ogrodach Hiszpanii” Manuela de Falli, muzyka drży i materializuje się w upojne wonie. Ponoć autorzy perfumeryjnych haute couture tworzą swoje kompozycje inspirowani wyżej wspomnianymi cyklami.

Nagrobek Muzyka

Posted in muzyka by hajton on 7 maja 2017

Tu spoczywa Anonimowy Muzyk. Czy ktoś pamięta kim był? Nie, nie piłkarzem. Ani skoczkiem narciarskim. Choć kochał sport, nie miał czasu na jego uprawianie. Już w dzieciństwie, gdy koledzy uganiali się za piłką, on zamykał okno i ćwiczył. Gdy rówieśnicy zastanawiali się, jak spędzić wolny czas, on maszerował do szkoły muzycznej. Gdy inni dopiero wstawali z łóżek, on od godziny przebierał palcami po gryfie. Gdy już w nich leżeli, cichutko, aby nie obudzić rodzeństwa, szlifował solmizację. „Jak taki zdolny to taryfy ulgowej nie będzie”, mówili nauczyciele w zwykłej szkole. Któregoś razu, na lekcji wychowania muzycznego (cała godzina tygodniowo) delikatnie zasugerował nauczycielce, że dwie ósemki to nie to samo, co dwie szesnastki. Wyleciał na korytarz z uwagą w dzienniczku i z obniżoną oceną ze sprawowania.

W gimnazjum i liceum zwiększały się wymagania. Ale rosła też świadomość. Gdy inni chodzili do kina lub jeździli na biwaki, on szedł na koncert do Filharmonii. To już nie był wybór rodziców, ale jego własny. Tam obcował z solistami, którzy grali jak wysłańcy niebios, rozdawali parę autografów, zjadali wytworną kolację i ruszali w daleki świat. Po tych największych przyjeżdżała limuzyna, która zabierała ich prosto na lotnisko, bo jeszcze tego wieczoru musieli przesiąść się we Frankfurcie w samolot do Nowego Jorku, Tokio albo Sydney. Aby stać się jednym z nich, trzeba było pracować, pracować, pracować…

Nadszedł czas studiów. Fascynacja muzyką kameralną. Mierzenie się z repertuarem znanym do tej pory tylko z sal koncertowych. Niecierpliwe oczekiwanie końcowych recitali, na które z pewnością pozjeżdżają z całego świata „łowcy muzycznych głów”. No i się zacznie! Menedżerowie i impresariowie będą go błagać, by zechciał przyłączyć się do ich stajni. Ale nie przyjechali. A nawet jeśli byli, nie odezwali się.

W życiu AM pojawiła się naraz olbrzymia wyrwa. Właściwie, co on miał robić? Był gotów podbijać świat, tymczasem proponowali mu nagrania ścieżki dźwiękowej do kreskówek. Naraz olśniło go: „Konkursy, na nich się trzeba pokazać!”. Wstępna eliminacja, dokonywana na podstawie nagrań była naprawdę surowa. A gdy AM w końcu przedarł się przez gęste sito, okazało się, że większość uczestników to już wytrawni soliści, laureaci międzynarodowych konkursów, ludzie, którzy żyli w rygorze kilkakrotnie ostrzejszym niż on sam. A w dodatku grali na cudownych skrzypcach. AM nie przypuszczał, że aż tyle jest na świecie stradivariusów, co byłoby krzepiące, gdyby choć jeden wpadł w jego ręce. Wpadłby, a jakże, gdyby tylko AM dysponował kwotą paru milionów. Nie dysponował. Finanse zresztą fałszowały. Jednak AM dostosował się i brał życie takim, jakim było. Grywał tam, gdzie go chciano, nie zawsze w przybytkach sztuki wysokiej. Zdarzało się w cyrku i na statku, nawet do kotleta. Akompaniował gwieździe popu. Tu musical, tam operetka. Marzył, aby zagrać w prawdziwej orkiestrze symfonicznej, ale to nie było łatwe. Droga do niej wiodła poprzez przesłuchania, których poziom coraz bardziej zbliżał się do poziomu międzynarodowych konkursów. Ale w końcu Polihymnia uśmiechnęła się do AM. Filharmonia potrzebowała dodatkowych muzyków na tournée. AM wykorzystał swoją szansę, dał się zauważyć. I gdy jeden z zasłużonych muzyków odchodził na emeryturę, zaproponowano mu udział w przesłuchaniu. Tym razem pokonał konkurencję. Podpisał kontrakt, najpierw do końca sezonu, potem kilkakrotnie przedłużony i w końcu – o szczęście niepojęte! – bezterminowy. Stał się pełnoprawnym członkiem orkiestry. Siedział w ostatnim pulpicie i rozkoszował się muzyką. Rankami grał próby, po południu ćwiczył, a weekend upływał mu koncertowo. Kupił przytulną kawalerkę, do której musiał dokupić tłumik hotelowy, bo sąsiedzi nie byli zadowoleni, że, cytuję: „swoim pitoleniem przeszkadza im w słuchaniu muzyki” (chodziło o disco polo oraz muzykę biesiadną). Czy muszę dodawać, że AM w końcu osiągnął szczęście? Był w służbie Muzyki, królowej sztuk. Przeżywał wzruszenia, obcował z pięknem, dotykał absolutu. Bo ta sama muzyka, która na nagraniach jest zbyt odległa, zbyt doskonała, dopiero w sali koncertowej, w kontakcie z żywym człowiekiem nabiera cech krzepiących. Grał miliony dźwięków. Setki tysięcy fraz. Tysiące symfonii. Wszystko dla Ciebie, Przygodny Przechodniu. Szkoda, że Ciebie tam nie było. Grał do samego końca. To znaczy do chwili, gdy powiedzieli mu, że „restrukturyzacja, redukcja, przeprofilowanie, miejsce dla młodych, pora odpocząć i w ogóle, ale będziemy pana czasami zapraszać”. Nie zaprosili. Więc odszedł, najpierw z filharmonii, potem z tego świata. Orkiestra grała dalej i tylko nieliczni zauważyli, że nie brzmi już tak, jak dawniej.

„To kim on właściwie był?” Kobieta odwiedzająca sąsiedni grób nie przeoczyła nowego. „Bo nazwisko takie dosyć popularne.”

„Muzykiem” – odparłem.

„No dobrze, to w wolnym czasie. A z zawodu?”

„Muzykiem nie można być z zawodu”, odparłem po chwili zastanowienia. „Muzykiem trzeba być z nadziei.”

Wzruszyła ramionami.

I to już koniec? Któż to wie? Może AM słucha teraz anielskiego chóru i niebiańskiej orkiestry? A w niej same sławy! Kogóż tam nie ma! W pierwszym pulpicie Paganini z Wieniawskim. Lipiński, obrażony trochę, prowadzi drugie skrzypce, a obok niego… toż to Jascha Heifetz! I tak mi się coś wydaje, że AM chciałby nie tylko słuchać. On chciałby z nimi zagrać. Więc westchnij, Przygodny Przechodniu, aby mu się to udało. Tyle mu się należy.

Czas barbarzyńców

Posted in nierecenzje, teatr by hajton on 4 maja 2017

Najnowsza premiera w Teatrze Współczesnym przenosi nas w Czas barbarzyńców, którego autorem jest angielski dramaturg Don Taylor. Historia kołem się toczy. Różnym czasom i odmiennym krainom towarzyszy lęk przed nadejściem nieokrzesańców, który zmiotą zastany porządek i wprowadzą swój, oparty na terrorze i pierwotnych instynktach. Zanim rozpanoszą się na dobre, trzeba snuć wizje przewrotów i spisków, dniem i nocą, nawet we śnie. Bo jak to, tyle lat walki o postęp, humanizm, tolerancję, i wszystko na nic? Wracamy do epoki kamienia łupanego i rozłupywanych czaszek? A przecież „oni już nie wrócą”, „w tych czasach to niemożliwe”, uspokajali jedni drugich. A jednak przyszli. Więc teraz trzeba zrobić wszystko, by przywrócić demokrację: najlepszy system w najlepszym ze światów. Najlepszy? Barbarzyńcy mogą nastać w wyniku demokratycznych wyborów, a jeśli demokracja wynosi do władzy tych, którzy aż palą się, aby ją podeptać, to pogratulować ludzkości takiego „najlepszego”. Co jednak, gdy barbarzyńcy okazują się nie tacy straszni jak ich malują? Ba, potrafią być dowcipni, czarujący i szczodrzy. Uff, co za ulga! Skąd brały się te nieuzasadnione lęki? Ci starzy/nowi są całkiem sympatyczni. Wyciągają rękę z zachętą. Dają szansę. I przy okazji – szybko i skutecznie – rozwiązują problemy nierozwiązywalne od lat. Brakuje pieniędzy? Dodrukujemy! Bezdomni? Stworzy się dla nich specjalne ośrodki, co z tego, że otoczone drutem kolczastym? To dla ich bezpieczeństwa. Podbici dają się uwieść. Będą żyć, i to nieźle. Jeden po drugim zmieniają ekstrawaganckie stroje na liberie nowych panów. Przeszłość była zaskorupiona i potrzebowała nowej energii. Dziennikarze, wojskowi, poeci przechodzą na stronę zwycięzców. Dyrektor teatru, byle tylko zdobyć przychylność ludzkich panów, decyduje się wystawić Króla Edypa, w którym aktor naprawdę wydłubuje sobie oczy. Dziennikarka przyjmuje w prezencie naszyjnik z diamentów, bo przecież „to nic nie znaczy, ona nie jest na sprzedaż, a już na pewno nie za taką cenę”. Skoro tak zachowują się elity, to może nadzieja w zwykłych ludziach? Ale przecież suweren sam wywołał barbarzyńców, w buncie przeciwko elitom właśnie!

Publiczność początkowo odbierała spektakl, jako satyrę na tu i teraz. Eksplozje śmiechu. Radość z bezpośrednich skojarzeń. Ale do czasu. Bo jak tu się śmiać, gdy scena ustępuje rzeczywistości? Ulicami maszerują nacjonaliści, osłaniani przez autorytet państwa, a my się podniecamy teatralnymi aluzjami?! Ktoś hoduje straszaka, monstrum, wydaje mu się, że ma go na krótkiej lince. Ale linka może się urwać. I co wtedy? Barbarzyńca to nie Frankenstein, tyko ten, kto go stworzył. Frankensteina nikt nie nauczył, że duma to nie to samo, co buta, chamstwo nie jest dzielnością, a przemoc nie równoważy braku wykształcenia. A jednak nic tak nie podnieca, jak upokarzanie rozumu przez siłę.

W każdym z nas mieszka barbarzyńca, który w chwili dla siebie sprzyjającej odrzuci maskę cywilizacji. Nie byłem zaskoczony, że taki jest końcowy wydźwięk przedstawienia. Jednak nurtuje mnie coś jeszcze. Barbarzyńcy mogą okazać się cywilizowani i sprytni. Ale co, jeśli są głupcami?

Aktorzy fajni, zwłaszcza role wiodące, scenografia/kostiumy/oprawa muzyczna – ciekawe, reżyseria czytelna (w dobrym sensie). Lubię Teatr Współczesny. Nigdy mnie nie zawodzi.

Na biegunach

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 kwietnia 2017

Efekt cieplarniany skutkuje zmianami. Na samą myśl zimno się robi. Gdzie nie spojrzeć, coś nie tak. Komary markotne, czymś się gryzą. Pszczoły zapylają jak małe samochodziki, ale bezskutecznie. Szerszenie chudną w oczach, za to rosną w uszach, zmieniając się w kłapouche dłuższenie o otępiałych żądłach. „Żeń-szeń”, mówi ojciec Żeni, i Żenia się żeni, że aż huczy. Krowy dają kwaśne mleko. Szczy pior na trawę. „Bryndza!” – beczą owce. W abstrakcie antrakt. Abso luty ciągle aktualne, ale dopiero w marcu. W garncu pusto. W skarbcu jak w korcu maku. iMac się zawiesza. Goryczą napełnia absencja absyntu (absyntencja). Nawet Andromeda plecie androny zamiast kometom warkocze. Staw się wstawił, więc ryby go spławiły. Płatnerze klepią pacierze po ramionach, ale odmawiają zbroi, bo im się nie opłaca tłuszcza, a nawet chudopachołki. Tylko pączki w maśle. Mówią, że Ziemia dostaje zeza. Antark tyka Antarktydę. Konik by się uśmiał.

Dotyk

Posted in muzyka by hajton on 12 kwietnia 2017

Jadę samochodem. Nagle wpada mi w ucho przejmująca muzyka. To aria z oratorium „Magdalena u stóp Chrystusa”. Antonio Caldara? Do dziś nie słyszałem o takim kompozytorze! Przepiękna w swej prostocie linia melodyczna oplatana jest figurą czterech dźwięków. Granie wolne i delikatne trudniejsze jest od szybkiego i głośnego. Aby dotykać struny lekko, muskać ją tylko, potrzeba nie byle jakiej siły, która nie pozwoli opaść znużonej ręce. Ręka omdlewa, ale nie może być inaczej, bo tylko tak melodia wespnie się na wyżyny!

Przypomina mi się prof. Tadeusz Wroński, który w trakcie lekcji każe uczniowi pogładzić krawędź stołu. „A teraz wyobraź sobie, że głaszczesz kota!” Zmiana dotyku jest niewidoczna. Ale słyszalna.

Podobno Eskimosi znają około stu określeń na odcienie bieli. Podobno, bo niestety, nie znam żadnego Eskimosa. Ile rodzajów dotknięć zna skrzypek, altowiolista, wiolonczelista? Dobrze, dobrze, kontrabasista również.

Naraz muzyka przemienia się w obraz. Widzę kładkę nad przepaścią, na niej zagubioną kobietę. Stawia stopy najdelikatniej jak potrafi. Prowadzą ją anioły. Musi im zaufać. Jeśli zadrży – spadnie. Jeśli one zadrżą – źle obliczy krok i runie w przepaść. Obraz znów przemienia się w dźwięki. Słyszę tylko piękno.

Otwarta książka

Posted in malarstwo by hajton on 4 kwietnia 2017

Podczas spektaklu „Kabaret” w warszawskim Teatrze Dramatycznym zastanawiałem się wraz z częścią publiczności, czy i kiedy aplaudować? Bowiem znajdowaliśmy się w sytuacji podwójnej: w teatrze dramatycznym nie tylko z nazwy, ale i z charakteru, a zarazem w berlińskim kabarecie z czasów poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej (dobrze znanym z filmu Boba Fosse’a). Bijąc brawo po każdym numerze stricte kabaretowym sami wcielalibyśmy się w rolę kabaretowej publiczności. Nie reagując zupełnie narażalibyśmy aktorów na poczucie, że ich sceniczne wysiłki są niedoceniane. Wielopiętrowość sztuki potrafi zaskakiwać.

W malarstwie najbardziej interesuje mnie aspekt literacki. Utrwalony na płótnie zdarzeniowy potencjał, dający się interpretować na najróżniejsze sposoby. Na przykład Pies i jego Pani. Mamy tu dwójkę bohaterów zatopionych w pojedynczych światach, ale tworzących też świat wspólny. Choć dziewczyna czyta, to nie książka jest tu ważna, a samo czytanie.

Na obrazie, o którym chcę teraz powiedzieć, książka jest jedynym elementem. Sytuacja statyczna? Pozbawiona dynamiki? Nie! Ten pomysł jest jak sportretowanie świata, bowiem każda książka jest samoistnym światem. A ponieważ dla każdego czytelnika jest światem innym, stopień możliwych interpretacji urasta do skali niebotycznej! Wróćmy jednak do obrazu. Choć osoba czytająca jest na nim nieobecna, to przecież jej bliskość daje się wyczuć. To ona odłożyła książkę, to ona znajduje się w jej orbicie, to ona decyduje o aurze, która ją okala. Sposób odłożenia książki sugeruje, że mamy do czynienia z czytelnikiem łapczywym. Nie ma czasu na zakładki, bo lektura przerwana została tylko na chwilę: dla otwarcia drzwi gościom (nieproszonym, bo przeszkadzają w czytaniu), odebrania telefonu, wypicia łyka wody albo zaparzenia herbaty… A może po prostu dla pozbierania myśli, dla chwili zachwytu albo niezgody. Ta książka jest tak wciągająca, że na czas lektury zdominowała świat otaczający. Jej duch został uwolniony. Jak dżin z butelki. A dżina (a także ginu) połowicznie uwolnić się nie da. Zostanie zamknięta dopiero po wyczerpaniu słów. Po ostatniej kropce (kropelce). Jednak dzięki takiemu sposobowi odłożenia otrzymujemy pełny wgląd w okładkę. Jakże byłbym rozczarowany, gdyby za pomocą szkła powiększającego dało się ustalić, jaki to – choćby mój ulubiony! – tytuł. Kto jest – choćby moim ulubionym! – autorem. Nic z tych rzeczy. To nie jest portret konkretnej książki. To jest obraz książki uniwersalnej. Maźnięcie literatury. Jedynym nie budzącym wątpliwości elementem jest czerwony grzbiet. Taki, który pozwoli ją zauważyć na półkach. Reszta jest niedopowiedzeniem. Możemy dopatrywać się żółtych pól, zieleni lasów, błękitu nieba, jakiegoś płotu albo parkowej ławki, a może sikorki lub rajskiego ptaka, albo pustynnej karawany zaskoczonej przez burzę piaskową… Możemy domyślać się, że na ostatniej stronie znajduje się zdjęcie autorki/autora na tle parkanu, albo zespołu krzyży, i pewnie parę słów o nim/o niej, możemy fantazjować, że rozstrzelonym drukiem wykrzyczane jest: „najlepsza książka od czasów Biblii!”, albo „książka tak zła, że aż genialna!”… Jest tam pewnie jej opis (tzw. blurb), u dołu strony czai się cena… Dopatrywać się, domyślać, fantazjować – oto wszystko, co możemy. Ale czy to mało? Ta książka jest nasza. Czegokolwiek jej nie przypiszemy, będzie słuszne. A przecież to dopiero początek. Bo jeśli sama okładka zasugerowana kilkoma dotknięciami pędzla rysuje taki ogrom domniemań, to co powiedzieć o skrywanej przez nią zawartości? Czy książka jest beletrystyką, a jeśli tak, to jakiego gatunku: romans, saga, thriller? A może to poradnik? Choć oficjalny tytuł obrazu brzmi „Otwarta książka”, na jego odwrocie Autorka dopisała: „ciągle czytam i uczę się”. A my? Musimy się cieszyć niewiedzą. Każda odpowiedź jest końcem, jej brak – trwaniem.

Można też spojrzeć na obraz jeszcze inaczej, prościej. Oto malarstwo głaszcze literaturę. Ich mariaż cieszy patrzących. Budzi w nich głód doznań. Portret książki obramowany jest w tło. Szare jak codzienność. Błękitne jak codzienność.

 

*Autorką obrazu jest Bogna Gniazdowska

Prawda odczuwalna

Posted in miniatury literackie by hajton on 20 marca 2017

Nadeszła zima. A z nią chłód i długie noce. Aż się żyć nie chciało. „Termometry będą naprawiać!” – gruchnęła wieść gminna. „Jak, gdzie, dlaczego?!” – zainteresowali się ludziska.

„Trzeba wyregulować, bo ludzkie odczucia są subiektywne” – objaśniał specjalista w mediach. „A u nas władze dbają o obywatela. Człowiek już taką ma naturę, że sam nie wie, co dla niego dobre. Temperatura odczuwalna różni się od tej na termometrze” – objaśniał. „Podobnie jest z prawdą” – szedł za ciosem. Ludziska się cieszyli, bo dobrze, jak czasem ktoś mądrze mówi, a jeszcze lepiej, jak się o nich troszczy. No więc dali te swoje termometry ponaprawiać. Od tej chwili pokazywały zawsze 30 stopni. I choć ludziom było zimno, to jakoś fajniej się żyje, gdy za oknami tropik. Ale ludzie, jak to ludzie, zawsze szukają dziury w całym. „To niemożliwe” – mówili, „coś oni z tymi termometrami pokręcili”. A z prawdą? Oglądali, słuchali i czytali, żeby trochę zmądrzeć, no i rzeczywiście, to i owo się wyjaśniało, kto swój, a kto obcy, kogo szanować, a kim pogardzać. Nawet fajnie się było dowiedzieć, że jako jedyni na świecie przenigdy nie zhańbili się niczym złym. I przeciwnie, wszyscy wokół okryci niesławą, więc to normalne, że sypnęli trochę kasy, bo się słusznie należy. I całkiem też normalne, że postanowiliśmy trochę naszych wartości pokazać tym niedoukom i moralnym karłom, bo w końcu albo się ma wspaniałomyślność w genach, szlachectwo we krwi, albo nie. No i jeszcze mówiono, dlaczego należy odmawiać pomocy potrzebującym. Bo to nie żadni potrzebujący są, tylko wrogowie czyhający na naszą wiarę, tradycję i szczęście. I odwracając się do nich plecami ratujemy cywilizację. Ale im więcej słów było, tym bardziej zgrzytało. Zgrzytało, jakby ktoś piasek sypał w tryby. Aż zęby bolały. I szczękały z zimna. Choć termometry puchły z dumy. Bo w jednym rację miał ten specjalista, że ta zwykła, ludzka prawda była inna. Podobnie jak temperatura.

Aż przyszła wiosna. Ludzie powyrzucali termometry, bo zrobiło się ciepło. I żyli długo i szczęśliwie. Aż do czasu kolejnych naprawiaczy.