oto I owo

Nie ma żartów z filozofią…

Posted in Uncategorized by hajton on 26 lipca 2018

…moja ty Pietrowna Zofio — twierdzi ustami swojego bohatera Fiodor Dostojewski. A z czym są? — chciałoby się zapytać pisarza. Jeśli toczyły go — a z pewnością toczyły — jakieś demony, nie było wśród nich demona humoru (wczoraj przeczytałem o egzorcyście, który wypędza z opętanych demona wegetarianizmu za pomocą salcesonu, ale to zupełnie inna historia). Na jego brak (mówię o humorze, o salcesonie nie wiem) nie uskarżał się natomiast  Jaroslav Hašek, którego Dzielny wojak Szwejk ze swoim śmiertelnie żartobliwym podejściem do świata jest wcielonym przykładem życiowego mędrca.

Jednak to sama historia najwięcej zakpiła sobie z filozofii. Cóż bowiem potocznie rozumiemy pod słowami: cynik, stoik, epikurejczyk, sceptyk? Cynik to zimny drań. Stoik — człowiek, który zachowuje zimną krew bez względu na okoliczności (w PRL-u stoicyzm wzbogacony został leżycyzmem: czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy, zaś w czasach obecnych warszawska szkoła filozoficzna wprowadziła pojęcie słoicyzmu). Epikurejczyk jest kimś bez opamiętania używającym życia. Sceptyk z kolei krzywi się na wszystko.

A jak było naprawdę? Wszystko zaczęło się dawno, dawno (jakieś dwadzieścia trzy wieki) temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, czyli w starożytnej Grecji.

Cynizm. Pierwsi z omawianej grupy byli cynicy. Proletariusze. Nie posiadając wiele, tworzyli teorię mającą zagwarantować szczęście ludziom podobnie ubogim. Według nich, droga do wewnętrznej wolności i niezależności prowadzi przez obojętność wobec dóbr doczesnych. Fundamentem szczęścia jest cnota, jedyna wartość, o którą należy zabiegać. Wyłania się obraz filozofa idealnego, ale i człowieka, który uświadamia sobie, że nie straci tego, czego nie posiada, a zabierze ze sobą tylko (aż) tyle, co w nim. Cynicy byli kosmopolitami, a wszystkich ludzi – bez względu na pochodzenie – mieli za równych. Do uczniów Antystenesa, założyciela szkoły należał Diogenes z Synopy, który cynickie poglądy doprowadził do ekstremum. Schronieniem była mu beczka, zaś ogólne lekceważenie norm dyktowanych kulturą i obyczajem przyniosło mu sławę pierwszego abnegata. Jednym z uczniów Diogenesa był natomiast Krates z Teb, człowiek zamożny – bogacz wśród cyników – który przekonany do ich teorii porzucił majątek. W tym przypadku podobieństwo do pierwszych uczniów Chrystusa staje się uderzające. I to ma być cynizm?!

Stoicyzm. Zenon z Kition był cynikiem, który wybił się na samodzielność zakładając własną szkołę w ateńskiej Bramie Malowanej — Stoa Poikile —  i od słowa „stoa”, a nie od ostentacyjnego stania w bramie z rękami w kieszeni (stoik osiedlowy), wywodzi się nazwa kierunku. Bogactwo, siła, uroda, zaszczyty, zdrowie, nie są potrzebne do szczęścia. Są to wartości obojętne (mój Boże, kto się dziś z tym zgodzi oprócz… filozofów). Wartości ciała są wtórne wobec wartości duszy. Najgorszy z afektów (stanów negatywnych) to smutek. Mędrzec powinien być jak lekarz, unikać emocji, które mogą być szkodliwe dla pacjenta. Rozum, mądrość, cnota — oto wartości indywidualne i społeczne. Również stoicy odrzucali podział na Hellenów i barbarzyńców, byli za zniesieniem granic państwowych, co zresztą w Imperium Rzymskim stawało się ciałem. Jednym z najbardziej znanych stoików był cesarz Marek Aureliusz. „Należy odrzucić od siebie, co niepotrzebne, by osiągnąć pogodę ducha”, twierdził. Brak danych, czy mu się to udało.

Epikureizm. Kierunek zrównywany powszechnie z hedonizmem, podczas gdy ten ostatni stworzony został wcześniej, przez Arystypa, założyciela szkoły cyrenaików. Hedonistyczna etyka została przez nową szkołę przejęta, jednak oryginalna myśl Epikura jest bardziej zróżnicowana. Epikur zafascynowany Sokratesem przybył do Aten w wieku lat osiemnastu. Ten — jak mówili współcześni — szlachetny człowiek o prostym trybie życia, był słuchaczem zarówno Akademii (Platon) jak i Likejonu (Arystoteles). Szczęście jest największym dobrem — to punkt wyjścia epikureizmu. Ale: przyjemność to brak potrzeb do zaspokajania. Bowiem groźba ich niezaspokojenia to przykrość. Pozbywanie się potrzeb to unikanie cierpień. Najprostsze przyjemności — grono przyjaciół, kwiaty w ogrodzie, dobre jedzenie — to zarazem przyjemności największe. Jednak większą wartość mają przyjemności duchowe, rozciągnięte w czasie. Przyjemności nie podlegają mierze etycznej, byle nie zagrażały człowiekowi i jego bliźnim. Cnota i trzeźwy rozum — oto droga do szczęścia. Ponieważ nie istnieje nieśmiertelność, nie powinna nas zajmować śmierć. Nielogicznym jest obawa przed tym, czego nie ma. (No tak, że napomknę coś osobiście, to właśnie o ten lęk przed niebytem chodzi. Z drugiej strony, przy ogromie cierpień ludzi i zwierząt jakąś pociechą jest właśnie myśl, że ze śmiercią ustaje również ich/nasze cierpienie. Czy czeka na nich/na nas jakieś zadośćuczynienie? To zadanie dla innych filozofów.) Póki jesteśmy nie ma śmierci. Kiedy jest śmierć, nie ma nas. Za życia sam człowiek jest odpowiedzialny za swoje szczęście. Epikur stał się patronem hedonistów, jednak życie przyjemne (hedone — z gr.: przyjemność/rozkosz) nie wyczerpuje w moim pojęciu wariantów życia szczęśliwego, do którego wiedzie droga rozumu i cnoty. W czasach chrześcijańskich hedonizm — a przez to epikureizm — stał się symbolem ateizmu. Ojcowie Kościoła uznali doktrynę za przewrotną i gorszącą. Prawda leży we wrażeniach zmysłowych — twierdzili epikurejczycy. A przecież pojęcie „zmysłowości” jest w odchrześcijańskiej kulturze kojarzone prawie natychmiast z Erosem.

Sceptycyzm. Zajęciem sceptyków było kontestowanie. To — w dużym skrócie — ich program. Ojcem założycielem szkoły był Pirron. Ten uczestnik wypraw Aleksandra Macedońskiego do Azji, do czysto helleńskiej dotąd filozofii wprowadził mądrość indyjskich braminów i jej dystans wobec życia. „W pirronizmie najtrudniej jest zrozumieć samego Pirrona” — po tym zdaniu Władysława Tatarkiewicza nie będę (p)irronizował. Ograniczę się do podania głównej tezy. Nie wiemy jakie są własności rzeczy, powstrzymajmy się więc od sądów, a wstrzemięźliwość w ocenie da nam spokój (szczęście). W żadnej dziedzinie, w żadnym jej dziale pełna wiedza nie jest możliwa. Każdy dogmat może być podważony, bowiem dotychczasowe szkoły filozoficzne stworzyły pojęcia wzajemnie się wykluczające. Z powodu braku parytetu (na razie w tekście pojawiła się tylko jedna kobieta, Zofia Pietrowna), proponuję nazwać doktrynę sceptyków „filozofią Ani”. A nawet dwóch Ań (filozofia Ani tak, Ani siak). Niewykluczone, że Pirron w trakcie swoich wędrówek odwiedził również Śląsk, bowiem powiedzenie „a niech to Pirron trzaśnie” jest tam ciągle w użyciu. Czy stojąc na stanowisku antydogmatycznym (co wydaje mi się postawą ze wszech miar filozoficzną) sceptycy dają coś w zamian? Nic oprócz zwątpienia. Tego wymaga jednak konsekwencja wobec własnej postawy. Moja wątpliwość: czy dogmatyczne zbijanie każdego dogmatu nie jest dogmatem samym w sobie? (Jak mówił mój znajomy: „moja zasada to brak zasad” — a więc jednak jakaś zasada). Przyjmując postawę krytyczną wobec wszelkich znanych dotąd prądów filozoficznych sceptycy ustawili się niejako ponad nimi. Ich krytycyzm zmusił jednak konkurencję do wzmożonego wysiłku i choćby przez to wpłynął na rozwój filozofii, ale też nauk wszelakich.

Na zdjęciu Epi-kury, które ze stoickim spokojem używają sobie na torach kolejowych. Na cyniczną uwagę, że długo nie poużywają zareaguję sceptycznie: ani one z pierza, ani pociąg tędy nie jeździ.

Reklamy

Opera urojona

Posted in muzyka, teatr, żarty literackie by hajton on 20 lipca 2018

Czy znacie uczucie konsternacji, a w końcu całkowitego zagubienia w trakcie lektury Przewodnika operowego? To, co z pozoru proste, okazuje się zawiłe i niezrozumiałe. Uśmiercony baryton wstaje rześko i śpiewa arię, bo nagle okazało się, że ta, którą kochał wcale nie była jego kuzynką, gdyż podmieniono ją dzieciństwie (na co nie wpadł, mimo że była czarnoskóra). I nic to, że czarownica kazała mu wypić napój antymiłosny z rabarbaru, bo wróżba i tak była nieważna, gdyż wygłoszona po trzeciej kwarcie księżyca. Ale dzięki temu jad żmii uśmiercił nie ugryzionego, tylko jego przyjaciela z drugiego pułku ułanów, który włożył lampasy na lewą stronę. I tak dalej…

Żadne z tych zawiłości nie towarzyszą premierze największego operowego hitu XXI wieku. Długo czekaliśmy na krajową realizację. Ale doczekaliśmy się. I to w jakże niezwykłej scenerii! Międzymordzie, dzieło Wilhelma A. Kohoutka, w reżyserii Albina Modrego, a pod kierownictwem muzycznym samego prof. dr. hab. Olega Haliny Kurkvemodo zabrzmiało w miejscu jakby dla siebie stworzonym. Na plaży. Usytuowanie Międzymordzia dokładnie w połowie linii brzegowej między Międzyzdrojami a Międzywodziem jest posunięciem więcej niż symbolicznym. Co prawda ktoś tam się oburzał, że w oryginale tytuł opery brzmi Interface, więc o inne międzymordzie chodzi, ale poczekajmy, może i więcej znaczeń nam się objawi?…

Na premierę wybrałem się rano, kajakiem, ponieważ większość miejsc plażowych była zajęta już od poprzedniego dnia. Mój plan się powiódł; około dziesiątej zacumowałem przy boi, której nie oddałem do wieczora. Zresztą nie mogłem. Mój kajak zatopiono w zemście, że nie chciałem ustąpić miejsca, a pływakiem jestem dobrym lecz krótkodystansowym. Wszystko miały mi wynagrodzić artystyczne wzruszenia, których początek miał przypaść wraz z zachodem słońca. Teraz dopiero w pełni objawiły się walory mojego punktu obserwacyjnego. Nie zasłaniał mi nikt (czasem jakaś falka), widziałem wszystko jak na dłoni, a słyszałem, jak albatros.

Moje sprawozdanie powinno w zasadzie składać się z trzech oddzielnych esejów, poświęconych: muzyce, librettu i reżyserii. Lecz czyż artystyczna jednia, wzajemne przenikanie się idei, prawdziwa synteza sztuk, która dokonywała się na naszych oczach i uszach, nie ucierpiałaby na tym? Więc, jak potrafię, nieudolnie, ale z entuzjazmem, spróbuję opisać całość.

Uwertura. Krótka, silna, męska. Swobodna pląsawica smyczków, dwukrotnie skontrowana sygnałem waltorni, opartym na temacie Pije Kuba do Jakuba. Potem krótki fragment aleatoryczny (którego nie powstydziłby się sam Lutosławski), rodzaj dwunastotaktowej dodekafonicznej kody i jaskrawy akord F-dur na koniec. Niby nic, a dreszcze przechodzą (inna sprawa, że zrobiło się trochę chłodno). Publiczność ciągle śpiewa Pije Kuba…, ale konsekwentnie nie wspierana przez orkiestrę ostatecznie traci tonalność i daje za wygraną.

Akt I

Otwierający operę duet Fioletowej (heroina o włosach koloru imienia) z  Okrągłym (tenor o przeroście brzucha nad klatką piersiową; w didaskaliach było odwrotnie, ale tak jest prawdziwiej) zwala z nóg. Dosłownie. Nie wiem czy nagłośnienie było potrzebne, ale chodziło pewnie o to, by usatysfakcjonować słuchaczy znajdujących się z dala od plaży. Pierwsze rzędy rzuciły się na piasek, panicznie zakrywając uszy dłońmi, co nie było łatwe, gdyż prawie wszyscy (z wyjątkiem niemowląt) trzymali w nich olbrzymie kubki z piwem, na szczęście plastikowe, więc koniec końców nikomu nic się nie stało, zaś akustycy wyciągnęli wnioski z wpadki; od tej pory było tak cicho, że prawie nikt nic nie słyszał. Ale nie ja; dodatkowym atutem uprzywilejowanego miejsca okazała się woda, która w myśl znanej zasady akustycznej (leć głosie po rosie) ślicznie przenosiła dźwięk.

Wróćmy jednak do duetu. Dowiadujemy się, że Fioletowa jest letniczką, zaś Okrągły to ratownik (żeby się uwiarygodnić, co kilka taktów używa gwizdka). W pewnej chwili czyni jakąś nietaktowną — choć ogólną w charakterze — uwagę o cellulitisie, co Fioletowa bierze do siebie. W rewanżu przesyła Okrągłemu koszyk z trzema pomarańczami, co w kraju jej pochodzenia (nie do końca wiadomo czy chodzi o Nepal czy Arubę) oznacza odrzucenie zalotów w fazie przedwstępnej. Okrągły, który ani myślał o romansie z Fioletową właśnie teraz czuje się dotknięty w swej męskości i na przekór postanawia spróbować (aria Ona jeszcze nie wie, co wiem już ja). Im bardziej jednak się stara, tym więcej pomarańczy przysyła mu Fioletowa. W końcu — nie mogąc przejeść ich ilości — postanawia otworzyć stragan z cytrusami. Widząc to Fioletowa rozpuszcza wśród letników (zgodną z prawdą) pogłoskę, że Okrągły sprzedaje coś, za co nie zapłacił. Zawsze czujna obywatelsko grupa Młodzianków Napuchniętych w mundurach o sportowym kroju w stylu legia niecudzoziemska, biorze sprawy (to jest pomarańcze) w swoje ręce (kapitalny chór: Wyklęci, bierzcie i jedzcie, to wasze). Obżarci do nieprzytomności używają owoców jako amunicji do obrzucania spacerujących letników. Zaginają zwłaszcza parol na grupę marynarzy z peruwiańskiego żaglowca, który przypłynął tego ranka z wizytą kurtuazyjną. Traf chce, że któryś z owoców trafia w twarz jedyną dziewczynę z żaglowca „Victoria”, maskotkę załogi, która nosi imię — no jakie? — oczywiście, Victoria! Peruwiańczycy śpiewają coś o honorze Majów, na co Młodziankowie Napuchnięci (na melodię Jesteś szalona) intonują pieśń Wiwat maj, trzeci maj! Peruwiańscy Majtkowie wszczynają bójkę z Młodziankami Napuchniętymi. Albo odwrotnie. Nie ważne kto wszczyna, ważne że jest wszczęte. W tym czasie jakieś dziecko topi się kilkadziesiąt metrów od plaży, ale Okrągły nic nie widzi i nie słyszy, bowiem przebiera się w strój rodem ze słonecznego patrolu, sądząc, że tym zaimponuje Fioletowej. Nie będąc do końca pewnym czy topienie się dziecka jest w partyturze rzuciłem się na pomoc, ale dziecko okazało się ucharakteryzowanym płetwonurkiem, który trzasnął mnie płetwą i pogroził harpunem. Być może wprowadziłem jakiś nieład w libretto. A może płetwonurek zabezpieczał imprezę od morza? Paniczną żabką udało mi się powrócić na boję. W międzyczasie sprawy nabrały rozmachu. W ruch poszły parawany i leżaki. Odnosiło się wrażenie, że wszyscy walczą ze wszystkimi. Na moment błysnął w orkiestrze motyw Bogurodzicy. Przyjeżdżają służby mundurowe. Policja bierze stronę legii niecudzoziemskiej, natomiast straż pożarna dołącza do Peruwiańczyków. W końcu straż przybrzeżna polewa z kutrów całe towarzystwo strumieniami wody. Radosne odgłosy naparzanki mieszają się z błyskotliwym finałowym Allegro. Efekt jest iście genialny: nie wiadomo czy zaaranżowany czy przypadkowy, a jeśli tak, to na potwierdzenie tezy, że życie/przypadek jest najlepszym reżyserem, oczywiście nie aż tak dobrym jak Albin Modry, ale też niewiele gorszym. Tak kończy się akt pierwszy, choć utarczki długo jeszcze trwają i w bardziej kameralnych obsadach przenoszą się w ustronne części plaży i miasteczka.

Po niezwykle rozbuchanym finale następuje prawie dwugodzinna przerwa, oczywiście przewidziana w partyturze. Trzeba przecież opatrzyć rannych, posprzątać plażę, wyciszyć emocje. Przezornie nie opuściłem swej miejscówki. W pobliżu krążyła grupka rekinów (chyba finansjery, bo garnitury zębowe miały/mieli nienaganne) czyhających na okazję. Próbowałem złowić jakąś rybę, choćby ukulele, ale nic się nie ukleiło. Na szczęście miałem przy sobie puszkę szprotek, którą otwarłem za pomocą okularów. Niewielką część zawartości, która przy okazji nie wpadła do wody zjadłem ze smakiem. Popiłem słoną wodą. Ach, jak mi się potem chciało pić… Ale czym jest łaknienie wody przy pragnieniu prawdziwej sztuki? Tę miałem zagwarantowaną.

Akt II

Noc. Gaśnie światło (mówiąc precyzyjniej w ogóle się nie zapala, złośliwi twierdzili, że zakład energetyczny postawił organizatorom po pierwszym akcie ultimatum: albo płacicie za konsumpcję (chyba prądu?) w akcie pierwszym, albo blackout, ale lepiej zorientowani mówili znowu, że to jeden z genialnych pomysłów Albina Modrego).

Aria a capella Fioletowej Pod rozgwieżdżonym niebem. (Szlag! Akurat się zachmurzyło.) Publiczność wodzi wzrokiem za ledowym wiankiem spinającym i oświetlającym włosy artystki. W jej dłoniach lśni butelka ze smorodinówką (stąd pospolita nazwa: aria z butelką). Fioletowa popija w wolnych chwilach (krótkie interludia orkiestry à la Bartók). Cierpię na ciało, zawsze mi mało, mało i biało — skarży się, nie rozstrzygając czego mianowicie dotyczy niedostatek.

Na scenę wkracza Okrągły, ubrany tym razem w strój kowbojski. Nie widzą się, mijają, ale tenor przejmuje od sopranu ostatni dźwięk i teraz on z kolei żali się do księżyca (Cierpię na braki, tu brak kobiety, tu brak tabaki; tzw. aria z puszką piwa, z dokładnie zamalowanym logo producenta).

Trochę rozczarowani godzimy się z myślą, że ilość głównych bohaterów będzie w spektaklu ograniczona. Ale nie! Pojawiają się nowi. No, może niezupełnie. W barczystym barytonie rozpoznajemy przywódcę Młodzianków Opuchniętych. I teraz: nie wiedzieliśmy (bo i skąd mieliśmy wiedzieć?), że nosi on ksywkę Interfejs. Niczym u genialnego dentysty, wszystko się zazębia! W życiu codziennym Interfejs jest właścicielem smażalni ryb. I to nie byle jakich. Chodzi o rzadki gatunek międzymorda bałtyckiego, którego ławica pojawia się niekiedy w pobliżu plaży, a którego filety są — jak melorecytuje — wykwintnym przysmakiem. Prawą ręką Interfejsa jest niejaki Bejsbol, adiutant w grupie Młodzianków Napuchniętych, i szef kuchni w smażalni. Z równą wprawą posługuje się patelnią, co bejsbolem — śpiewa kwintet podkuchennych, darzących swego szefa ni to uwielbieniem, ni pogardą. Bejsbol to partia dla kontratenora: jego karkołomnej arii Mnie tam za jedno towarzyszą jedynie cztery piszczałki podwójnostroikowe, gwarowo zwane pierdzielami. Efekt jest… Tego nie da się opisać. Tego trzeba posłuchać! Dźwięk pierdzieli niósł się daleko w morze, myląc kutry i mniejsze jednostki handlowe co do lokalizacji latarni morskiej. Zasłuchani szyprowie nie mieli jednak pretensji do artystów, a skutki paru kolizji sami wyklepali rybą młotem nudząc się na mieliźnie (koniec dygresji). Smażalnia międzymorda bałtyckiego jest tylko przykrywką. Nocami, zwłaszcza bezgwiezdnymi (choć jak na złość teraz się rozpogodziło) mają tu miejsce ciemne interesy. Na przykład sprzedaż trawy. I nie chodzi o żadną marychę, tylko o najnormalniejszą trawę, której sprzedaż w nasionach została zakazana przez Unię. Oficjalnie można ją nabywać tylko w rolkach. Do smażalni ściągają typy spod ciemnych gwiazd. Pokątni handlarze żurawiną. Onomatopeje, czyli ludzie, którzy nie mogą opanować się przed dźwiękowym naśladownictwem. Terroryści w końcu. Bowiem smażalnia jest także nieoficjalną kafejką internetową, z której można korzystać bez logowania. W czasach RODO, komfort prawie niewyobrażalny. Interfejs jest bezideowy. Przyjmie pod blachofalisty dach każdego, kto mu tłusto zapłaci (dlatego niektórzy moczą zwitki banknotów w starym oleju). Bejsbol nie do końca się z nim zgadza. Uważa, że pod żadnym pozorem nie powinno się robić interesów z kobietami przebranymi za karły. Ale czuje respekt przed szefem. Nocne interesy Interfejsa nie zawsze idą w parze z dziennymi. Aby nałowić choć parę sztuk międzymorda bałtyckiego trzeba się mocno  natrudzić. Pomagają w tym Młodziankowie Napuchnięci. Teraz zresztą wyjaśnia się dlaczego są napuchnięci. Otóż, międzymord ma w swoim międzymordziu rodzaj szpikulca, którym kłuje napastnika. Jad wstrzyknięty w ciało nie jest groźny, ale skutkuje opuchlizną miejscową, a następnie rozlewa się po całym ciele. Więc młodziankowie nie są niezdrowi, ale napuchnięci owszem. Mało tego, igrają nie tylko z żądłem międzymorda, ale także z prawem i to międzynarodowym. Okazuje się, bowiem, że Unia wzięła zagrożoną rybę pod swoje skrzydła (czy raczej płetwy), bezwzględnie delegalizując jej połowy. Skoro Unia delegalizuje tylko połowy, to drugie połowy powinny być legalne —  snuje błyskotliwe bariolaże jeden z legionistów niecudzoziemskich. Oficjalnie w smażalni serwuje się sztokfisza. Jednak koneserzy dobrej kuchni wiedzą swoje. Za cenny (tym cenniejszy, że nielegalny) przysmak są gotowi płacić naprawdę słono; nie dość że filet ze sztokfisza à la międzymord kosztuje czterokrotnie więcej niż u konkurencji, to jeszcze trzeba dorzucić paczkę soli morskiej. Unia wysyła czasem agentów, w przebraniu oczywiście. Na scenie pojawia się teraz cała plejada postaci (babcie klozetowe, politycy prawicy udających lewicę i odwrotnie, krasnale, buszmeni) śpiewających krótkie kuplety (stylistycznie gdzieś między Leharem a Bernsteinem). Ale to przypadkowe postacie.

Akcja przenosi się na drugą stronę sceny, do budki z lodami. Chór znudzonych milusińskich nareszcie może wystąpić. Żal mi było rozespanych dzieciaków, ale cóż robić, niech wdrażają się do niełatwego zawodu artysty scenicznego. Dzieci śpiewają wpadającą w ucho fugę podwójną: Salmonella (dziewczynki) i gronkowiec (chłopcy). Scena ta stanowi urocze interludium, bez dalszych konsekwencji.

Zanim jednak wrócimy pod smażalnię, jeszcze pyszna scenka rodzajowa. Dwójka mężczyzn (starszy — szczupły i siwy, młodszy — gruby i łysy) usiłuje udowodnić swoje pierwszeństwo do plażowego kosza. Oglądamy uroczo wygestykulowaną pantomimę Pan to mi może, przy czym nie wiadomo czy chodzi o „morze” — wówczas rozumielibyśmy tekst jako „jesteś mi pan morzem”, czy raczej „może” i wówczas „może mi pan wykonać jakąś bliżej nieokreśloną czynność”; licentia poetica, ma tym polega wieloznaczność i siła dobrej literatury! Nie pada ani jedno słowo, ale kilkuminutowe pas de deux baletmistrzów, którzy jak huragan wpadają na scenę i tańczą za plecami mężczyzn (wyobraźcie sobie jakby Czajkowski skomponował fandango) wydaje się tu jak najbardziej na miejscu (choć puenty tancerzy grzęzną niemiłosiernie w piasku). Zapamiętajmy starszego (szczupłego i siwego) z dwójki mężczyzn. On jeszcze się pojawi…

Wróćmy jednak pod smażalnię, w progu której staje!… No tak, tego się można było spodziewać. Kobieta przebrana za karła. Przeznaczenie… — mruczy Bejsbol w des-moll. A kobieta usiłuje sprowokować sprzedawców. Ta ryba stęchłą jest — śpiewa dźwięcznym mezzosopranem w pełnych niepokoju kwartach zwiększonych. Robi się z tego dramatyczny tercet. Sami pani jesteś stęchłą — odpowiada Bejsbol w absurdalnie wysokim rejestrze (Bejsbol im bardziej zdenerwowany, tym wyżej śpiewa), a Interfejs — może dla niepoznaki — dorzuca Cała ta buda jest stęchła! — po którym to wyznaniu kobieta przebrana za karła zanosi się kaskadami sztucznego śmiechu. Publiczność trochę nie wie, jak reagować, ale śmiech jest zaraźliwy. Wkrótce wszyscy ryczą, płaczą, zagdakują się. To najweselszy fragment opery! Lecz, niestety, wesołość nagle się kończy. Wyprowadzony z równowagi Bejsbol próbuje uderzyć pałką kobietę przebraną za karła, ale na drodze staje mu ramię Interfejsa, w którym obudziły się resztki rycerskości. Miast w kobietę, pałka uderza w rynnę z gorącym olejem, który zalewa nieszczęsną. Ta jednak błyskawicznym ruchem ściąga z siebie przebranie, by okazać się umundurowanym agentem Unii. Fatalne przeczucia Bejsbola sprawdzają się. Z połowu wracają właśnie Młodziankowie Wyjątkowo Opuchnięci (mało ryb, dużo ukłuć). Zaś rozgrywający po ciemku partię tryktraka Peruwiańczycy okazują się (w części) zakamuflowanym oddziałem szwedzkich ekologów. Tym razem scena nie przypomina już wesołego ludycznego finału z pierwszego aktu. Tu przemoc może eskalować do nieznanych granic. Wykorzystując zamieszanie Interfejs próbuje uciec, ale wpada w sieci zastawione na dżdżownice. Już się nie wywinie. Agent Unii spina mu dłonie kajdankami. Otoczeni kordonem Szwedów odchodzą w kierunku miasteczka. Legia niecudzoziemska zagrzewana kontraltem Bejsbola podąża za nimi. Ich śladem idą dzieci dojadające lody. Scena pustoszeje. Tylko Peruwiańczycy grają w siatkonogę na niby (bez siatki i bez piłki, co nadaje scenie wyraz na wskroś dramatyczny). Na ziemi leży Fioletowa, która w samobójczym szale (a może szalu?) obaliła pół litra smorodinówki. Okrągły ćwiczy rzuty lassem. Jeszcze nie wrócił z wewnętrznej emigracji, na którą udał się z powodu obojętności Fioletowej.

Zza kulis dochodzą cichnące dźwięki chóru Młodzianków Już my wam kuchnia pokażemy. Ktoś mówił, że nie „kuchnia” to brzmiało, i miało liczbę mnogą, ale ja trzymam się wersji kuchennej, jakże tu przecież adekwatnej.

Kurtyna! Oczywiście spaść nie mogła, bo jej nie było. Zmrok też dawno zapadł. A mówiąc precyzyjniej, na horyzoncie różowiła się już zapowiedź świtu. Co za atmosfera!

Akt III

Teraz widać, jak precyzyjnie kompozytor i reżyser sprzęgli swe wysiłki. Pierwszym promieniom wschodzącego słońca towarzyszą dźwięki jako żywo przypominające Morgenstimmung z suity Peer Gynt Edwarda Griega. Ci, którzy jeszcze nie zasnęli trą zapiaszczone oczy. Pozostali (większość), budzą się i wycierają oczy zapiaszczone snem. Nagle słońce oślepia wszystkich (mnie nie, bo mam je z tyłu). Naszym oczom ukazuje się zaimprowizowana na miejskim rynku wokanda sądowa. Okazało się, że lista przewinień Interfejsa jest dłuższa, a przede wszystkim — poważniejsza. Jest oskarżony nie tylko o sprzyjanie przestępczości zorganizowanej, ale również o morderstwo, którego miał dopuścić się pięć lat wcześniej na słowackim kolejarzu. Kolejarz należał do grupy patriotów i nie chciał obsługiwać nikogo, kto nie posługuje się słowackim. Interfejs odpowiedział Słowackim, ale Juliuszem, co konduktorowi się nie spodobało. Postanowił wlepić Interfejsowi solidny mandat. Jednak Interfejs nie znosi kleju, pociągnął więc za hamulec bezpieczeństwa. Słowacki kolejarz, którego ręce zajęte były wypisywaniem mandatu nie zdążył się niczego uchwycić i wyleciał przez okno, wprost pod nadjeżdżający z przeciwka pociąg towarowy relacji Soczi — Rimini (króciutka aria Riminiscencje). Interfejsowi udało się zniknąć. I myślał, ba, był pewien, że o sprawie zapomniano. Aż do dziś…

Sąd składa się z obywateli miasteczka. Przewodzi im osiemdziesięciodwuletni sędzia Sądu Najwyższego z Kanady, posiadający plenipotencje do sprawowania swego urzędu zawsze i wszędzie, a także wszem i wobec (uprawnienia te otrzymał od starszyzny szczepu indiańskiego z okolic Saskatchewan). Zaraz, zaraz, czy myśmy go już gdzieś nie widzieli? Ależ oczywiście! To jeden z mężczyzn (szczupły i siwy) walczących w drugim akcie o kosz! Sędzia odbywa tego lata podróż sentymentalną wybrzeżem, szukając korzeni (ze szczególnym uwzględnieniem korzeni mandragory, zwanego zielem(?) mądrości). Poprzedniego wieczoru — po przegranym pojedynku o kosz — stał się niemym świadkiem (bo sędzia jest naprawdę niemy) wydarzeń koło smażalni.

Co oskarżony ma na swą obronę? — gestykuluje Sędzia, ilustrowany wymownie przez harfę i pierwszy pulpit drugich skrzypiec. Nic, absolutnie nic — śpiewa Interfejs przejmująco szczerze, a towarzyszą mu altówki w sekstach (chyba). Myślałem, że nigdy już nikogo nie zabiję, ale widzę, że to było tylko moje międzymordzie (aha! oto kolejne znaczenie tytułu!). To mówiąc rzuca się na Sędziego z Saskatchewan, próbując udusić go kajdanami. Stój! — krzyczy agent Unii, głosem dziwnie wysokim. Okazuje się, że i to była maska! Agent zdziera z siebie kolejne przebranie, okazując się kruchą Irlandką o imieniu Jenny. W monologu z towarzyszeniem całego kwintetu i połowy trąbki dziewczyna wyśpiewuje swą historię. Któregoś razu nie powycierała na czas talerzy, co tak zdruzgotało męża, że zszedł był. Zszedł był do baru co prawda, ale tam nie mógł wyjść ze zdumienia, i pił tak długo, aż w końcu mu się udało zejść ostatecznie, a tym samym przestał się dziwić czemukolwiek. Między Jenny a Interfejsem wybucha nagłe uczucie, płomienne jak rude włosy Irlandki. Wzruszony Sędzia z Saskatchewan, który już gotów był ogłosić Interfejsa winnym stawianych mu zarzutów, nagle zmienia werdykt. Słowacki kolejarz wypadł przez okno w wyniku nieszczęśliwego przypadku — gestykuluje. Za przestępstwa związane ze smażalnią, sędzia grozi Interfejsowi tylko palcem. Okrągły, porwany tak wielką wspaniałomyślnością pada do stóp Fioletowej i drżącym głosem śpiewa: Padam do twoich nóg i nie będę już mordował fók. Trochę niejasne, czy chodziło o foki (wtedy powinno być przecież „fok”), czy może jednak o fugi, które w istocie mordował niemiłosiernie (wraz z chórem Napuchniętych) już od pierwszego aktu. Skruszony nagle Bejsbol przystaje do szwedzkich ekologów. Za to jeden z Peruwiańczyków wyznaje, że od zawsze marzył by kucharzyć nad Bałtykiem. Jeden z Napuchniętych (a jam marzył o żaglach i podróżach, alem wstydził się przyznać, bo to obciach), zajmuje jego miejsce pośród załogi „Victorii”. To ten sam, który w pierwszym akcie trafił Victorię w oko. Teraz sam jej w nie wpada. Następuje jeszcze parę transferów, ale generalnie bilans się zgadza. Nikt nie jest poszkodowany. Wszyscy są szczęśliwi. Tylko Sędzia z Saskatchewan jest jakby smutny. Czy jego gesty mówią: gdzie te cholerne korzenie? czy raczej: co to za radość ferować wyroki, gdy nic nas nie ogranicza? — pozostanie zagadką. Monumentalne dzieło kończy się wspaniale zinstrumentowaną i z patosem zaśpiewaną (po łacinie) pieśnią Kiedy ranne wstają zorze. Białawe chmurki przeciągają nad czerwonawym niebem. Nawet Modry by tego lepiej nie wymyślił, ale jeśli to on, to… czapki z głów.

Trudno powiedzieć, jak wiele z oglądanych treści zawartych jest bezpośrednio w libretto, a ile dodał od siebie Albin Modry. Do tej pory widziałem tylko jedną inscenizację dzieła (DVD), semisceniczną wersję z Festiwalu Sztuk Śpiewanych w Lagos, w wykonaniu cesarskiej opery z Seulu (zwaną spektaklem w tiulu, z uwagi na ażurowe stroje wykonawców). Całość różniła się dość znacznie. Ale trudno się dziwić: plażowa wersja powstała w koprodukcji naszej wiodącej sceny i Festiwalu Opery w Toronto (skąd pewnie wzięła się inspiracja dla postaci sędziego z Saskatchewan, który w seulskiej wersji był instruktorem maoryskiego tańca haka z Wellington).

Otrzymaliśmy spektakl jednorodny aż do bólu. Homogeniczny, a może nawet homogenizowany (niczym serek żychliński, był taki przysmak przed laty). Jedno wypływało z drugiego, a w najgorszym razie wpływało weń. Publiczność tak była odurzona logiką i ogromem przedsięwzięcia (całość trwała dłużej niż Zmierzch Bogów Wagnera), że została rozłożona na łopatki. I na puszki. Dosłownie. Każdy przykładał głowę do czego mógł.

Jeszcze o muzyce. Kohoutek idzie drogą, którą sam sobie wyznaczył. Jestem jak kometa — powiedział w wywiadzie — nie zbaczam z kursu. To prawda. Na jednoznaczności stylistycznej nie da się kompozytora przyłapać. A choć czasem posuwałem się do skojarzeń z muzyką innych twórców, to tylko po to, aby udźwięcznić przekaz. Powiedzmy jasno: u Kohoutka dur unika moll, nie lubi go wręcz, tonalność policzkowana jest przez awangardę, awangarda przez postawangardę, postawangarda przez postpostawangardę, a ta w końcu przez posttonalność. A ten walc na cztery poprzedzający chóry dziecięce? Majstersztyk! Instrumentacja oryginalna do tego stopnia, że niektórzy otwierali buzie ze zdumienia. Muzykom grającym na instrumentach dętych sprawiało to pewne kłopoty, za to publiczność uzyskała komarową zakąskę gratis. Jeśli chodzi o kwintet, kapitalny był pomysł grania non vibrato i używania smyczków barokowych. Przez anemiczne brzmienie łatwiej przebijały się oscylujące w granicach całego tonu wibracje śpiewaków (z wyłączeniem Sędziego z Saskatchewan). Ten kontrast był jak godzenie piasku z wodą, ziemi z niebem, ognia z powietrzem. Nad wszystkim górowała pewna ręka prof. dr. hab. Olega Haliny Kurkvemodo. Mówię „ręka”, ponieważ prof. dr. hab. Oleg Halina Kurkvemodo jedną rękę miał w gipsie (i to właśnie ona górowała). A to od nierozważnego używania batuty. W trakcie próby odbił się tak wysoko, że spadając złamał obojczyk.

Słowo o orkiestrze. Docenić należy, że grając w kanale wykopanym w piasku w ogóle była słyszalna. Przecież niedogodności — nie licząc mizernych warunków akustycznych — było mnóstwo. Migrująca publiczność powodowała nieustające osuwy i osypy, co sprawiało, że muzycy ciągle musieli się odgrzebywać. Ci, którzy mieli akurat wolne (w partyturze), używali dziecięcych łopatek do usuwania nadmiaru piasku (na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania, każdy z muzyków dostał przed spektaklem łopatkę i wiaderko), co koniec końców owocowało obniżaniem się dolnego pułapu, a to z kolei groziło przemoczeniem. Grunt przesiąkał i muzycy siedzieli z nogami w wodzie. Co jakiś czas dochodził z jamy głośny okrzyk: „jest!”. I wcale nie chodziło o to, że muzycy oglądali akurat (bo wiem, że oglądali) półfinał mundialu, tylko czasem trafiali na bursztyny. Podobno handel wymienny muzycy — publiczność kwitł w trakcie spektaklu, a po początkowym zainteresowaniu bursztynami słuchacze za każdą cenę odkupywali łopatki, żeby się na nich rozłożyć. I dobrze. Niech sobie chłopaki (i dziewczyny) trochę dorobią!

Soliści, jako się już rzekło, genialni. Chór wspaniały, choć nieliczny. Śpiewacy dwoili się i troili — to jeszcze normalne — ale potem też czworzyli się i pięciorzyli — co dawało efekt niezwykły — a kiedy jeszcze sześciorzyli się i siedmiorzyli — publiczność wpadała w multiplikalną ekstazę!

Łyżka dziegciu na koniec. Firmie odpowiedzialnej za sanitarne zabezpieczenie imprezy gratulujemy logo. Ptak siedzący na nocniku z herbem naprawdę robi wrażenie. Ale kabin powinno być po prostu więcej.

P.S.

Swoje sprawozdanie piszę i wysyłam bezpośrednio z boi. Otoczyła mnie ławica rozwścieczonych międzymordów. Ponieważ nie chcę dołączyć do Młodzianków Napuchniętych, muszę cierpliwie czekać, aż odpłyną.

Tagged with:

Z ptasiego na nasze

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2018

Ptak popularnie zwany synogarlicą turecką (o mój Boże!…), ma też bardziej swojską nazwę, sierpówka (thanks God!). Rolnicy zbyt dosłownie ją traktując, chcieli przyuczyć sierpówki, aby wraz z kosami pomagały w sianokosach, ale szło to jakoś po skosach, więc dano ptakom spokój. Największy gołąb europejski nosi natomiast miano grzywacza, choć jakąś szczególną plerezą nie dysponuje. Jak rozpoznać ptaszęta po głosie? Pierwszy z nich z upodobaniem powtarza: „hu-huu-hu” (z akcentem na drugą sylabę), zaś drugi zagruchuje się: „hu-huu-huu-hu-hu” (z przedłużonymi sylabami drugą i trzecią). Ale gdy się wsłuchać… To nie żadne „huhuhu”, tylko wyraźne: „chcę-cu-kru”. Paralelnie: nie „huhuhuhuhu”, tylko: „ja-też-chcę-cu-kru”. Ptaki, inteligentne stworzenia, mówią po naszemu! Jednak, co ciekawe, zaśpiew grzywacza po kilku powtórzeniach urywa się na pierwszej sylabie: „ja-też-chcę-cu-kru, ja…” „Ja?”. „Ja!”. Ptaka zadziwia nagle i upaja własna podmiotowość. Ornitologia ontologią się staje. Trywialne i wtórne (po)żądanie słodyczy, ulega zachwianiu w epistemologicznym paratyglu klucia się ptasiej samoświadomości. A że ptaki lubią filozofię, potwierdzają również kury. Iść spać z epi-kurami, to nic innego jak wcielać w życie podstawowe założenia epikureizmu (co koguty upraszczają na „róbta co chceta”).

Jak sobie pościelesz…

Posted in Uncategorized by hajton on 15 czerwca 2018

Wielu z nas ma kłopoty ze spaniem. Postanowiłem zbliżyć się do źródła problemu, a co za tym idzie, do jego rozwiązania.

Otóż my zbyt często śpimy nie u siebie. Nie na naszym. Dowody? Już sypię.

Co stoi w naszych domach? Na czym próbujemy się co najmniej zdrzemnąć? Na sofach, kanapach, otomanach, wersalkach, tapczanach, a nawet pryczach. Tymczasem oprzyjmy się (nie za mocno, żeby nie zasnąć) na definicjach ze Słownika Wyrazów Obcych PWN.

Sofa (tur. sof(f)a = kamienna ławka, arab. suffat): niska miękka kanapa zwykle z wałkami zastępującymi poręcze i oparcie.

To jak to tak? Kamieniem spać, owszem. Ale na kamieniu?!

Kanapa (fr. canape łac. conopeum) mebel służący do siedzenia, wyściełany, zwykle z oparciem i poręczami, mogący pomieścić kilka osób.

No właśnie, do siedzenia! A może do jedzenia? Kanapa, duża kanapka, trudna do jedzenia widelcem… Lepiej to zostawmy. Albo jedzenie albo spanie! A to łacińskie conopeum? Czy nie za bardzo z konopiami się kojarzy? Czyli z trawką? Jak tu spać, jak człowiekowi chce się śmiać, a potem jeść? I jeszcze ta sakramentalna fraza, ten żoniny wyrok, ta degradacja w małżeńskiej hierarchii: (od) dzisiaj śpisz na kanapie!…

Otomana (fr. ottomane) niska kanapa z bocznymi wałkami zamiast poręczy i miękkim oparciem.

Zaraz, jak to z francuskiego? Imperium ottomańskie to może francuskie było? Otóż nie! (Ottomańskie imperium, określenie państwa Turków osmańskich w Anatolii, Encyklopedia PWN). Pod kołderką francuskości bisurmańskie materace nam wciskają. To prawie jakby spać po multańskiej stronie. Nie da się!

Tapczan (tur. dosłownie podwyższenie, miękka ława, z chiń. tao-cang = miejsce sakralne), dawniej ława do spania, prycza, także: obicie podium lub tronu.

Mój Boże, jak tu spać na miejscu sakralnym, w dodatku chińskim. A chińskie wróble ćwierkają, że z Mongolii to przywędrowało, prosto od Czyngis-chana. Zaś Czyngis-chan kojarzy nam się z łupami, trupami, sabotażami i naszym ulubionym tatarem, ale przecież nie ze snem, chyba że wiecznym!

Wersalka — kanapa rozkładana mogąca służyć jako tapczan do spania.

Wersalka? A dlaczego nie wilanówka? W dodatku „kanapa” (patrz wyżej) „mogąca służyć jako tapczan” (patrz wyżej). Takie nagromadzenie obcości, że nie tylko spać się nie chce, ale wszystkiego w ogóle się odechciewa.

Prycza (niem. pritsche) prymitywne łóżko, rodzaj szerokiej ławy zbitej z desek. Nein, dziękuję, postoję… Niech ci na nim śpią, co je wymyślili.

A już taki barłóg.

1. posp. «nędzne, nieporządne posłanie» 2. «dzienne legowisko niedźwiedzia lub dzika» (Słownik Języka Polskiego PWN)

ad. 1 — Co z tego, że nędzne i nieporządne. Co z tego, że dzienne? A to w dzień spać nie można? Ważne, że nasze jest! Tylko czy na pewno? A co, gdy:

ad. 2 — właściciel barłogu (niedźwiedź, dzik) wróci nie w humorze? Co, jeśli zdradziecka morda nie okaże gościnności?

Dlatego właśnie pierwszym i jedynym wyborem pozostaje: łóżko (Słownik Języka Polskiego PWN) mebel przeznaczony do leżenia i spania.

Po prostu! Tylko tyle i aż tyle! W dodatku aż trzy — ł, ó, ż — z pięciu liter to polskie znaki diakrytyczne (jeszcze nie „zażółć gęślą jaźń”, ale kierunek słuszny!).

Koniec z kosmopolityzmem. Powyrzucajmy wszelkie pokraczne sprzęty. Zainstalujmy łóżko, może być ze skromnym baldachimem. Stójmy w stojakach. Chodźmy po chodnikach (a nie po trotuarach), najlepiej w chodakach. Siedźmy zadami na zydlach. Kładźmy się na kładce. Klęczmy na klęczniku. Leżmy na leżance. A śpijmy wyłącznie w śpiochach (broń Boże w piżamie!). A jeśli się mimo wszystko nie wyśpimy, to wstańmy mężnie i pod dyktando radia i telewizji uprawiajmy gimnastykę ciała i umysłu. Niech nam atletyka lekką będzie. A gdy już uda się wytępić resztki (obcych) cywilizacji, godnie pozwólmy się nieść w lektyce. Jak to, „lektyka nie nasza”?! Nasza. Swojska. I „lek” nasz. I „tyka” tyż. Żeby ino nosić było komu.

Przepaść

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 Maj 2018

Mała nie mogła pogodzić się, że królików już nie ma. Były z nią od kiedy pamiętała, a potem nagle odeszły. Wieczorem narwała liści mleczu i jak kiedyś, jak zawsze, zaniosła je zwierzątkom, a właściwie kamieniom, pod którymi spoczywały. Niecierpliwie czekała na ranek. W końcu zmęczona czuwaniem, usnęła. Śniło się jej, że idzie nad przepaścią. Lichy mostek kołysał się coraz bardziej. I kiedy już, już bała się, że spadnie, zobaczyła je. Po obu stronach urwiska siedziały jej ukochane króliki. Trzymały w zębach końce linowego mostku i ani myślały go puścić. Rano pobiegła do ogrodu. Mlecz był nieruszony. No jasne! Króliki miały w nocy inne zajęcia.

W sensie ścisłym

Posted in książki, literatura, nierecenzje by hajton on 20 Maj 2018

Kilka ostatnich dni upłynęło mi w towarzystwie Dziennika Jerzego Pilcha. Powiedzieć, że była to przyjemność, to nic nie powiedzieć. Była to bowiem — że powiem coś od siebie — literacka przyjemność w sensie ścisłym. A w sensie jeszcze ściślejszym, przyjemność audioliteracka, ponieważ Dziennika wysłuchałem (w sensie najściślejszym dodam tylko, że dysponuję także materialną formą książki, do której raz po raz zerkałem). Czytał nie kto jak inny, jak Krzysztof Gosztyła. Mój dawny kolega z Liceum Muzycznego, przy czym z klasy wyższej, więc może mnie nie pamiętać. Gdyby jego kariera potoczyła się inaczej, gdyby stał się równie dobrym muzykiem, co jest lektorem/aktorem (ostatnio widzianym przeze mnie w Teatrze Ateneum, w Transatlantyku i Kandydzie), to polska, a może i międzynarodowa wiolonczelistyka ma czego żałować.

Jerzy Pilch śmieszy (w sensie rozśmiesza), tumani (w sensie wzniecania tumanów skojarzeń i erudycyjnych odniesień), przestrasza (w sensie ukazywania grozy przełomu istnienia i nieistnienia, a także daremności ludzkich starań o jej złagodzenie). Jest więc — można powiedzieć —  panem Twardowskim polskiej literatury (w sensie czaruje). Z równą łatwością — i nie mniejszą swadą — uderza w tematy poważne, a nawet najpoważniejsze, typu śmierć, co błahe, a nawet najbłahsze, typu futbol, choć stwierdzeniem, że futbol jest rzeczą błahą naraziłbym się na pogardliwe machnięcie autorskiej ręki. Prowadzi nas — chybotliwą niekiedy —  kładką między morzem katolicyzmu, a jeziorkiem luteranizmu. Od rodzinnej Wisły, poprzez Kraków, miasto z nadreprezentacją poetów (kapitalna opowieść o twórcy czarnej poezji, który wybrał niewłaściwą Muzę), do Warszawy, prowincjalnego miasta, będącego centrum wszechświata. Cierpliwie i bez zacietrzewienia wykazuje niedociągnięcia logiczne w wywodach literatów i intelektualistów. Kpi z nieuzasadnionego patosu w sztuce i polityce. Polityków rozkłada zresztą na łopatki; nie, właściwie pozwala im rozłożyć się samodzielnie. W zamian przywraca postacie zapomnianych artystów, na przykład kompozytora Jana Sztwiertni („talent tej skali w Europie się nie zmieści”, mówili jego nauczyciele), który zakończył młode życie w obozie koncentracyjnym w Gusen.

Trochę skarży się na świat, ale też nie pozostawia wątpliwości, że jest to mimo wszystko najlepszy ze światów. Trochę narzeka na niedostatki zdrowia i psikusy pamięci (opowieść o wyjściu do miasta w dwóch różnych butach; chciałbym pocieszyć Autora, że pewna wybitna skrzypaczka permanentnie występuje w dwóch różnych trzewikach, co ma zapewne podkreślić złożoność jej osobowości; na argument, że co innego dwa różne buty z wyboru, a co innego z niewyjaśnionych przyczyn odpowiem, że w drugim przypadku odpada przynajmniej koszmar wybierania).

Daje też popalić Panu Bogu, poddając w wątpliwość Jego byt, koniec końców jednak przyznając, że Stwórca istnieje, gdyż bez Niego literatura utraciłaby sens. Dobra literatura to próba odpowiedzi na pytania elementarne, a cóż bardziej elementarnego niż roztrząsanie skąd (ewentualnie w jakim celu) przychodzimy i dokąd (ewentualnie w jakim celu) zmierzamy. Wyeliminowanie z tego obszaru dociekliwości postaci Głównego Architekta, byłoby dla człowieka aktem prawdziwie samobójczym. Z podobnych zapewne powodów ubolewa Autor nad wyparowaniem diabła z literatury i świadomości („wygumkowaliście Szatana i myślicie, że ujdzie wam to na sucho?”). Otóż na ten temat (jak zresztą i na wiele innych) chętnie porozmawiałbym, bo ja nie tylko wspomnianego osobnika nie wygumkowałem, ale wręcz przeciwnie, napisałem o nim co nieco, choć (prawie) nikt o tym nie wie.

Największą miłością autora jest klub piłkarski Cracovia. Co prawda, w chwili wzburzenia kibicowskiego także jej byt zanegował, a raczej postanowił go zlekceważyć, ale, wolne żarty. Bez kogo i czego, jak bez kogo i czego, ale bez Cracovii życie na pewno nie ma sensu. Podobnym — choć może nie aż tak płomiennym — uczuciem darzę Pogoń. Podobnie jak Autor uważam, że największy sens futbolu zawiera się w wymiarze lokalnym (bo i wstyd na lokalnym pułapie się kończy, a przecież tu w ogóle nie o poziom sportowy idzie). I tu mam dla Autora smutną wiadomość. Wczoraj odbył się ostatni mecz sezonu 2017/18, w którym Cracovia podejmowała Pogoń. Ujmując rzecz łagodnie, to nie gospodarze wygrali mecz w stosunku 4:1. Na otarcie łez dodam, że Cracovia mimo porażki wygrała grupę spadkową, została więc jakby małym mistrzem Polski. Z całego serca życzę Autorowi, aby jego ukochany klub zdobył kiedyś prawdziwy tytuł mistrzowski. Najlepiej wtedy, kiedy Pogoń wygra Champions League, a Polska zostanie mistrzem świata.

Otwórz oczy

Posted in filmy by hajton on 18 Maj 2018

Pierwsze trzy filmy Andrzeja Jakimowskiego spotkały się z dużą sympatią widzów. Zmruż oczy, Sztuczki, Imagine, są bajkami mieszczącymi się w granicach prawdopodobieństwa. Co istotne, bajkami świetnie opowiedzianymi. Bohaterowie to ludzie w ten czy inny sposób doświadczeni przez los. Tam, gdzie większość reżyserów dostrzegłaby żyzne pole do uprawy patologii, Jakimowski widzi ciepło ludzkich działań i uczuć.

W filmie Zmruż oczy reżyser przypatruje się ludziom żyjących na obrzeżach cywilizacji, w realiach zapuszczonej mazurskiej wioski. To w dużym stopniu zasługa filmowania, ale pokazywana przezeń brzydota jest… piękna. Teksty niepozorne, a błyskotliwe. Bohater, outsider z wyboru, opiekuje się kilkuletnią dziewczynką, uciekinierką z bogatego lecz chłodnego domu. Rodzice będą musieli się postarać, aby odzyskać zaufanie córki. Pejzaż apokaliptyczno/postpegeerowski, na którego tle pojawiają się: a to barwna plama kobiecości, a to absurdalnie drogi samochód, a to bohema ze stolicy. Wielki świat uwodzący prostaczka, który z kolei okazuje się ukrytym (a komu miałby się zwierzać?) miłośnikiem poezji antycznej. I jeszcze wypowiedziana na tle heraklitycznie płynącej rzeki teoria: rzeczy nie mijają, tylko przesuwają się przed oczami. Magiczny realizm jak się patrzy (bo jak się nie patrzy, to się nie zobaczy).

Oglądając Sztuczki, przez długi czas nie mogłem pozbyć się obawy, że subtelnie szkicowana opowieść okaże się tylko wstępem do wydarzeń nagłych, a dramatycznych (rzecz dzieje się w realiach postindustrialnego miasteczka, w okresie transformacji). Ale reżyser i tu utrzymuje majorową tonację do końca. Wszystko jest na swoim miejscu. Kilkuletni chłopiec małymi czarami zaklina świat. Zmienia przeznaczenie. I odzyskuje ojca.

W Imagine przenosimy się do Lizbony, sceneria cudowna, co z tego kiedy dla bohaterów filmu niewidoczna. Z najprostszej przyczyny. Oni naprawdę nie widzą. Żyją w wiecznej ciemności. Przez większą część filmu przeczuwamy katastrofę, która wisi na włosku, każdy krok w nieznane zdaje się ją zwiastować. Ale zamiast łzawej opowieści o grupie wykluczonych otrzymujemy niepozbawiony humoru pean na cześć wyobraźni i siły ludzkiego ducha. Teoretycznie przegrani znów są zwycięzcami. To oni widzą więcej. I piękniej.

Pewnego razu w listopadzie, najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego ciągle jeszcze jest baśnią, ale baśnią niepokojącą. Bohaterowie — matka z synem i psem — tracą dach nad głową. Bezdomność to pierwszy krok do pozbawienia godności. Z dnia na dzień trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, w której na plan pierwszy wysuwają się sprawy najzupełniej podstawowe: zimno, głód, brak noclegu. Walka o byt. O przetrwanie. Na szczęście są ludzie, którzy wiedzą, że potrzebującym należy podać rękę. Natomiast (sprawiedliwe rzekomo i opiekuńcze) państwo okazuje się tworem teoretycznym. Tam, gdzie należałoby spodziewać się pomocy, zieje bezduszność. W finale filmu, poprzez bierność służb reprezentujących owe państwo, bohaterowie poczują się jak zwierzyna łowna zapędzona w pułapkę bez wyjścia. Końcowe kadry to materiały dokumentalne kręcone w trakcie tzw. marszu niepodległości, w centrum Warszawy. Koszmarny sen staje się koszmarną rzeczywistością. Wszechmłodzież (że tak ją nazwę) nie spotkała się tylko po to, aby werbalnie lżyć wybrane grupy. Sprzęt jakim dysponuje, świadczy o tym, że marzy im się akcja bezpośrednia, wymierzenie komuś narodowej sprawiedliwości. Z braku bardziej wyrazistego wroga atakują więc squat, który (przypadkowo?) znalazł się na trasie ich przemarszu, a w którym schronienie znaleźli nasi bohaterowie. W symbolicznej scenie, po obu stronach barykady stają twarzą w twarz dwaj przyjaciele. Niektórzy dostrzegają tu jakąś nadzieję. Powiedziałbym, że na dwoje babka wróżyła. Transformacja może odbyć się w obu kierunkach. Siła argumentu czy argument siły?

Tym razem jeszcze wszystko skończy się dobrze. Nawet pies… ale cicho, sza. Nie wszystko będę zdradzać (nawiasem mówiąc, świetny aktor z tego Kolesia). Jednak błogostanu osiągniętego po obejrzeniu poprzednich filmów już nie osiągniemy. Nikomu nie zrobi się lżej na sercu. Więc i oglądających będzie mniej, i krytyki więcej.

Dlaczego jednak reżyser, mając pewny — wydaje się — sposób na udany scenariusz, opuszcza krzepiący kokon, wyprowadzając z niego także swoich bohaterów i widzów?

Ano dlatego, że artysta — człowiek z definicji obdarzony szczególną wrażliwością i przenikliwością — sam decyduje, kiedy i o czym powinien mówić. Może pławić się w pięknoduchostwie, udowadniać, że otaczająca rzeczywistość go nie dotyczy. Ale może też inaczej. Jakimowski idzie pod prąd — nie bójmy się tego sformułowania — oficjalnej propagandy, głoszącej wszechotaczającą nas (u nas) wspaniałość.

Zmruż oczy? A może już pora je otworzyć? Może czas uruchomić wyobraźnię? Bo jest pewna granica, za którą żadne sztuczki nie pomogą.

Radość muzykowania czyli muzyczna uczta, albo Bach jedzony różnymi smyczkami

Posted in muzyka by hajton on 5 Maj 2018

Możliwość wysłuchania sześciu Koncertów Brandenburskich (powstałych na prośbę margrabiego brandenburskiego blisko trzysta lat temu) w trakcie jednego wieczoru nie zdarza się wcale często. Po gruntownym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że z podobnym przedsięwzięciem spotkałem się po raz… pierwszy. Na czym polega brawura tak zestawionego programu? Otóż Koncerty Brandenburskie wymagają najwyższych umiejętności wykonawczych i to od zróżnicowanego grona muzyków. Pojęcie wirtuoza powszechnie łączone jest z okresem romantyzmu, idealnym wcieleniem takiej postaci wydaje się Niccolò Paganini. Tymczasem postać instrumentalisty „popisującego się” swoimi umiejętnościami jest znana już we włoskim baroku (Vivaldi, Tartini, Locatelli, Geminiani). W przypadku Jana Sebastiana Bacha, oprócz karkołomnych niejednokrotnie partii instrumentalnych otrzymamy również muzykę najwyższej próby.

„Brandenbury”, choć stanowią cykl, nie są przeznaczone na identyczne składy wykonawcze. Trudno wyobrazić sobie orkiestrę — nawet barokową — zawierającą w podstawowym składzie instrumentarium niezbędne do wykonania wszystkich ogniw. We współczesnej orkiestrze zabraknie z kolei instrumentów ściśle powiązanych z epoką baroku, jak viole da gamba, skrzypce piccolo czy flety proste. Należy sądzić, że Bach komponował swoje koncerty pod kątem konkretnych instrumentalistów i ich konkretnych, niebagatelnych i nieprzeciętnych możliwości.

Główną zasadą porządkującą formę i fakturę Koncertów Brandenburskich pozostaje idea włoskiego concerto grosso, z wyodrębnioną grupą instrumentów solowych (concertino) i nieco większą grupą towarzyszącą (ripieno). W Koncercie I F-dur, concertino stanowią oboje, fagot i skrzypce piccolo. W II F-dur — flet, obój, skrzypce i trąbka. W IV G-dur — flety i skrzypce. W V D-dur — flet, skrzypce i klawesyn. Ale koncerty III G-dur i VI B-dur są skomponowane na bardziej zrównoważone grupy wykonawcze: VI — na smyczki (bez skrzypiec, za to z violami da gamba), a III — na trzy tria (skrzypce, altówki, wiolonczele), gdzie w ramach grup poszczególne glosy otrzymują jeszcze zadania solowe.

Muzyka „brandenburów” jest niczym uwolnienie żywiołów, niczym wiatry wezwane z czterech stron świata i zaproszone do nieustającej gonitwy (fugato), zabawy, mocowania się, imitowania i przedrzeźniania, do powiewów ramię w ramię, i zderzania się z orkaniczną siłą. Zefirek, sirocco, morska bryza i halny, tańczą i wycinają hołubce. To czysta energia, wyzwolona z atomu reakcja łańcuchowa. Encyklopedia stawania się. Siła sprawcza, rządząca raczej ziemią niż niebem, tak różna wobec mistycznych Adagiów z sonat solowych, i pasyjnych Arii, a tak wobec nich komplementarna.

Nie będę kusił się o indywidualne oceny muzyków, choć wspomnę, że wyczyny skrzypka, klawesynisty, waltornisty (który zamiast trąbki wykonywał arcytrudną partię w koncercie II) zapierały dech w piersiach. Zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż, oprócz wymienionych już instrumentów (i smyczków) ściśle barokowych, było sporo jak najbardziej współczesnych. Litera wykonawcza polegająca na rygorystycznym dostosowaniu się do instrumentarium i stylu epoki, ustąpiła tu naczelnej zasadzie niczym nie skrępowanego ducha muzyki. To nie znaczy, że wykonawcy nie posiedli historycznej wiedzy wykonawczej. Wręcz przeciwnie. Ale jest ona stosowana jako wzbogacanie, a nie zubażanie palety środków. Nad wszystkim dominuje radość grania, wynikająca z braku technicznych ograniczeń i zachwytu wykonywaną muzyką. Aby użyć porównania z dziedziny, w której ponoć jesteśmy ekspertami: nie ma znaczenia, jakim widelcem jemy, pod warunkiem, że jadło pierwsza klasa, do tego znakomicie przyrządzone i podane.

Muzycy rozmawiali ze sobą za pomocą dźwięków i  fraz, pomagając sobie spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Grali na stojąco, na siedząco, zamieniali się miejscami, przenosili pulpity (pierwszy skrzypek grał z pulpitu elektronicznego, w którym strony zmienia się dotykając przekaźnika stopą; trzeba sobie radzić, gdy ręce pełne roboty). To barokowe jam session — muzyka Bacha przy całej swej doskonałości i zakomponowaniu brzmi jak niekończąca się improwizacja — sprawiało muzykom niekłamaną radość. Aż wyczuwało się niecierpliwość, aby grać dalej, i jeszcze, aby dzielić się pięknem, energią i własnymi możliwościami, do tego we wspaniałej sali z żywiołowo reagującą publicznością.

Słowo o dyrygencie. Jego pełna muzycznej pasji osobowość (którą miałem okazję poznać przy pracy nad Oratorium na Boże Narodzenie), jego dogłębna wiedza i umiłowanie muzyki Bacha (nagranie Koncertów Brandenburskich z prowadzonym przez niego zespołem Musica Antiqua Köln do dziś stanowi dla wielu kanoniczny wzorzec) było dla tego wykonania dodatkowym motorem. Wyczuwalna służebność wykonawców wobec muzyki była prawdziwym pokazem antygwiazdorstwa, za to słuchacze zostali ukontentowani duchową ambrozją. Tak właśnie było owego wieczoru. Eksplozja muzyki na najwyższym poziomie, w podobnym wykonaniu. Ten koncert mógłby stać się ozdobą każdej sali koncertowej świata. Szczecińska publiczność doceniła to, nagradzając artystów niekończącą się owacją na stojąco.

 

Filharmonia Szczecińska, 20 kwietnia 2018

Jan Sebastian Bach — Koncerty Brandenburskie

Berliner Barock Solisten

Reinhard Goebel

 

 

Koncert

Posted in Uncategorized by hajton on 19 kwietnia 2018

Ignatz Waghalter, Philipp Scharwenka, Kurt Weill, Erwin Schulhoff. Z ręką na sercu, kto słyszał o tych kompozytorach? No, może coś o Weillu (Weill — Brecht — Opera za trzy grosze…) I jeszcze o Schulhoffie. Ale pozostali? Tabula rasa.

Na początek Kwartet Smyczkowy D-dur op.3 Waghaltera. Muzyka zakorzeniona w kameralistyce Schuberta, tej weselszej, pstrągowej raczej niż śmierciodziewczynnej. Dodatkowo złagodzona (jak u Mahlera) czymś słodkim, czesko-morawskim, co znajduje najpełniejszy obraz w pięknym nostalgicznym Allegretto, stanowiącym drugą część cyklu.

I Kwartet Smyczkowy d-moll op.117 Philippa Scharwenki również odwołuje się do tradycji romantycznej, choć w tym przypadku raczej do ciemniejszej, burzliwej kameralistyki Beethovena. Co wcale nie znaczy, że w utworze zabraknie żartobliwych fragmentów. W szybkich częściach kompozytor przeprowadza solidne fugata, dając dowód nie tylko muzycznej inwencji, ale i solidnego warsztatu.

Oba kwartety wykonane w pierwszej części koncertu to utwory znakomite; bez wahania nazywam je perłami kameralistyki.

Po przerwie zabrzmiał I Kwartet Smyczkowy op.8 Kurta Weilla. Kolejny to przykład, że twórców często pamięta się nie z tego (Mackie Majcher), z czego oni sami chcieliby dać się zapamiętać. Kwartet Weilla to utwór odkrywczy, eksperymentujący, bliższy drugiej szkole wiedeńskiej niż Operze za trzy grosze, szostakowiczowski w motoryce, zahaczający o polimetryczne doświadczenia Bartóka, ze znacząca nutą sonoryzmu i zauważalną, impresjonizmu.  A przecież piszę o tym nie po to, aby zarzucić muzyce wtórność, a raczej by słowem przybliżyć to na wskroś oryginalne dzieło.

Jednak prawdziwym objawieniem okazał się zagrany na koniec wieczoru Sekstet Smyczkowy op.45 Erwina Schulhoffa. W tym przypadku nie przychodzą mi do głowy żadne porównania, bowiem jest to muzyka osobna. Gniewna, niepogodzona, wytykająca światu jego niedoskonałość, uporczywa, niepokojąca, już to rozbuchana w paroksyzmie buntu, już to zamierająca w najbardziej intymnych dźwiękach wiolonczeli, jakby w przeczuciu tragicznego losu, który stanie się udziałem kompozytora. Po tym poruszającym finale, któryś ze słuchaczy nie wytrzymał i eksplodował powstrzymywanym przez dłuższy czas kichnięciem. Z jakże daleka powróciliśmy w komfortowe zacisze sali koncertowej.

Losy trzech spośród czterech kompozytorów wieczoru zostały nieodwracalnie i tragicznie napiętnowane w latach trzydziestych XX stulecia. W okresie faszyzmu i nazizmu, który ludziom, z racji ich przynależności do określonej grupy rasowej lub etnicznej, odbierał głos artystyczny, ale również ludzki. I prawo do egzystencji.

Waghalter, urodzony w Warszawie, studiujący i budujący karierę w Berlinie, wzięty kompozytor, wschodząca gwiazda dyrygentury, w 1934 roku musi opuścić nazistowskie Niemcy. Umiera w roku 1948 w Ameryce, w biedzie i zapomnieniu.

Kurt Weill wyjeżdża z Niemiec — z powodów podobnych co Waghalter — w roku 1933. Ostatecznie trafia do Nowego Jorku, stając się kompozytorem muzyki rewiowej. Jak inne były jego ambicje, można osądzić słuchając Kwartetu Smyczkowego.

Urodzony w Pradze Erwin Schulhoff, zostaje aresztowany po wkroczeniu hitlerowskich Niemiec do Czechosłowacji. Umiera w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Wülzburgu.

Czy sztuka obroni się sama? Oczywiście, nie. Skazana, jak ludzie, na niebyt, zapomnienie, ma jednak szansę zostać ponownie odkryta. I przemówić głosem swojego twórcy. Ale ludzi, na których nastaje złowieszcza siła, muszą bronić inni ludzie. W przeciwnym razie na nic nam sztuka, uczucia wyższe i rozwój cywilizacji. Po wiek wieków zostaniemy barbarzyńcami.

Wykonawcom koncertu należą się wielkie, poczwórne i poszóstne brawa!

 

Ocalić od zapomnienia

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 17 kwietnia 2018 roku

Royal String Quartet, Paweł Czarny, Bartosz Koziak

Jak grać?

Posted in muzyka by hajton on 12 kwietnia 2018

Wielu z nas dysponuje tak zwanym warsztatem wykonawczym. Wiemy jak wydobyć dźwięk nie raniąc uszu, znamy kilka jego odmian, potrafimy zagrać głośniej lub ciszej. Lewa ręka wie jak ustawiać palce, aby relacje interwałów granych razem lub oddzielnie były właściwe. Umie wibrować szybciej albo wolniej, lub nie ruszać się wcale. Może przebierać palcami szybko i w różnych kierunkach. Ale cały ten arsenał środków nie daje odpowiedzi na postawione w tytule pytanie.

Jak grać, wie najczęściej muzykalność. Zgromadzona w genach suma emocjonalnych uniesień naszych przodków. Uściślijmy, muzykalność wie jak zagrać, jak zaśpiewać natychmiast, bez przygotowania. Ale muzykalność jest jak kot, który instynktownie wspiął się na wysokie drzewo, lecz zejść już nie potrafi. Nie wie jak. Boi się.

Gdy stawiamy na pulpicie nowy utwór, w rzeczywistości mamy do czynienia z kartą kodów. Tam jest muzyka, ale czyjaś. Moją może się dopiero stać. Będziemy musieli użyć całego zasobu wiedzy, a często i to nie wystarczy. Owszem, możemy kopiować czyjeś wykonania, ale czyż genialni kopiści nie są nazywani fałszerzami sztuki?

Tak zaczyna się żmudna walka. Nawet dobrze znana melodia, pod naszymi palcami brzmi jakoś inaczej. Nie poznajemy jej, nie uznajemy za swoją. Czy legato w tym miejscu odnosi się do łukowania czy do charakteru? Czy artykulacja dotyczy jednej figury czy całego taktu? I skąd tu ta kropka?! A, to mucha… przepraszam. No, ale tu? Piano?! Kto mnie usłyszy?… Zaraz, zaraz, z jakiego wydania właściwie gram? No tak, koło urtextu nawet nie leżało… Ale urtext też nie rozwiewa wszystkich wątpliwości. Bo skąd ten łuczek, którego nikt nie przestrzega? A może to kompozytor się pomylił (tak zwyczajnie, po ludzku) a my dorabiamy teorie i piszemy na ten temat prace doktorskie? A w tym miejscu? Chciałoby się przedłużyć pierwszą szesnastkę. A może opóźnić kolejny takt? Ale czy ma to uzasadnienie muzyczne, czy wpadam w pospolity manieryzm, „żeby było ciekawiej”?

I jak te uparte korniki wgryzamy się w kolejne słoje muzycznego drzewa. I pół biedy, gdy pomyliwszy tunele powrócimy do punktu wyjścia. Bo zdarza się i na dobre utknąć w labiryncie. Ale któregoś dnia dostrzegamy w korze małe okienko, potem drzwi, a w końcu bramę. Wpadamy w nią tryumfalnie, uniesieni wichrem, ale wir szybko znudzi się nami. Porzuci nas. Gdyby chociaż ten muzyczny cwał zdarzył się na estradzie. Zazwyczaj dopada nas w czterech ścianach, w których za słuchaczy mamy muchy i pająki, choć i taką publikę należy uszanować. Czasem pies spojrzy na nas z zainteresowaniem, bo to on jest najczęstszym świadkiem naszych wzlotów i upadków. Gdy widzi, że kolejny się zbliża, wspaniałomyślnie zabiera nas na spacer. Pamiętajmy, pies jest najlepszym przyjacielem (nie tylko) skrzypka.

W orkiestrze teoretycznie wszystko powinno być prostsze, ponieważ dyrygent podpowie jak grać. W rzeczywistości sprawa jest trudniejsza, bo muzyka dociera do nas przefiltrowana podwójnie (dlatego wolę wyroby pierwszego tłoczenia). Miejsce dla naszej wizji jest bardzo ograniczone, ale przecież my ciągle chcemy grać swoją muzykę, a nie obu dżentelmenów pospołu. A tu i czasu mało, i problemów do rozwiązania tysiące…

Z wyżej wymienionych przyczyn nie mogę się zgodzić z tezą, że granie skomponowanej muzyki jest sztuką odtwórczą. Może (choć nie musi) być czymś znacznie więcej. A kiedy zdarzy się moment, w którym gra mi się tak dobrze, jakbym to nie ja grał, przychodzą mi do głowy słowa Italo Calvino: „Wszechświat będzie wyrażał siebie tak długo, aż ktoś wreszcie powie: „Ja czytam, zatem coś pisze”. A może: „Ja słucham, zatem coś gra”?