oto I owo

Pipetka w pepitkę

*

Metamorfozy. Przeobrażenia.

Przeinaczenia. Transformacje.

Światem rządzi zmienność.

Kilka przykładów.

Przemiany odzieżowo-geometryczne:

koszula w kratkę

piżama w paski

czapka w kropki

spódnica w prążek

Przemiany konfekcyjno-biologiczne:

suknia w kwiaty

jesionka w jodełkę

kapelusz w wiśnie

Przemiany międzygatunkowe:

pościel w koty

szlafrok w panterkę

prześcieradło w papugi

szlafrok w motyle

Przemiana zwierzęco-warzywna:

mucha w grochy

Przemiany typu konfekcja — bohaterowie kreskówek:

krawat w supermena

skarpetki w myszkę miki

Przemiany kojące:

rajstopy w serduszka

Przemiany dla ludzi o stalowych nerwach:

majtki w trupie czaszki

bluza w kościotrupy

Transformacje jednoimienne gatunkowe:

a) Krawiecka:

krok w krok

b) Literacka:

słowo w słowo

c) Muzyczna:

nuta w nutę

Transformacja stołowa (bardzo praktyczna, da się rozgrywać nawet turnieje):

obrus w szachownice

Transformacje jednoimienne osobowe:

ręka w rękę

noga w nogę

Nie jest do końca wyjaśnione, czy chodzi o zamianę typu „lewa — prawa”, czy o transfery międzyosobowe. Często jednak słyszę, że mam dwie lewe ręce — więc raczej  to drugie.

Przemiana lustrzana:

oko w oko

Transformacje jednoimienne nieosobowe:

kubek w kubek

A skoro już przy kubku; spektakularna transformacja ożywionego w nieożywione:

morda w kubeł

*

M.C.Escher – Sky and Water 

Krótka historia melodii

O ile rytm jest emanacją fizyczności, witalności, barbaryzmu, o tyle jego młodsza siostra melodia odkrywała w nas przez wieki pokłady liryki, melancholii i człowieczeństwa. Upraszczając: rytm to taniec, melodia to śpiew. Starożytni — choć wiele sztuk wznieśli na wyżyny — nie dostarczyli nam melodii, które dałoby się zapamiętać. Daleki Wschód od wieków upajał się melodiami utworzonymi z pięciu dźwięków. Pentatonika jest raczej refleksyjnym wyrażeniem stosunku człowieka do natury, dźwiękowym panteizmem, który nie przekłada się na emocjonalność w potocznym rozumieniu. W muzyce Bliskiego Wschodu pojawia się za to zbitka interwałów, dzięki której melodie brzmią dziś podobnie jak przed wiekami. To dramatyczne dźwiękowe sąsiedztwo (sekunda mała i sekunda zwiększona), przez Hiszpanię (flamenco) przywędruje potem do Europy, by stać się istotą skali minorowej harmonicznej.

W średniowieczu i renesansie melodia europejska — tak jak i cała muzyka — rozwijała się dwutorowo. Duch surowości kościelnej przetrwał pod postacią chorału gregoriańskiego. Melodia świecka rozbrzmiewała w twórczości truwerów, trubadurów, minnesingerów, meistersingerów i wszelkich w ogóle bardów.

Jednak melodia, tak jak ją rozumiemy dzisiaj, a więc skondensowana kwintesencja piękna, narodziła się w baroku. I choć był to w muzyce okres wielogłosowości, to właśnie wówczas powstały melodie niebotyczne, wyrastające ponad czasy jak płatki niezwykłego kwiecia. Tylko trzy przykłady (bo historia ma być krótka): Melodia Christopha Wilibalda Glucka z Orfeusza i Eurydyki. Aria z II Suity Orkiestrowej Jana Sebastiana Bacha, znana powszechnie jako Aria na strunie g. Lascia ch’io pianga Haendla z opery Rinaldo. Pierwsza i druga rozwijają się jak wzorzysty kobierzec, jak latający dywan unoszą nas ponad ziemię. Druga to uosobienie prostoty, piękno zakodowane w pojedynczym nieomal geście. I jeszcze Erbarme Dich z Pasji Mateuszowej, gdzie w kosmicznej tęsknocie wiją się ku niebu dwie melodie, mezzosopranu i skrzypiec.

W klasycyzmie melodia zacznie szukać elegancji kosztem emocji. Ale Wolfgang Amadeusz Mozart skomponuje zarówno pogodną arię La ci darem la mano z Don Giovanniego (znaną u nas jako Ja ci daremna, mamo) jak i przejmującą Lacrimosę z Requiem.

Ludwig van Beethoven stworzył niezwykłą statyczną melodię, która mieni się jak kryształ, oświetlana ciągle zmieniającym się kontekstem harmonicznym (I część Sonaty Księżycowej).

Jednak prawdziwa eksplozja melodii nastąpi w romantyzmie. Ascetyczna Śmierć i dziewczyna Schuberta nieustannie inspiruje. Jaki potencjał skrywa, można przekonać się słuchając wariacji na jej temat z Kwartetu smyczkowego d-moll o tym samym tytule. Najsłynniejszy utwór Charlesa Gounoda powstał poprzez dodanie linii melodycznej do Preludium C-dur Bacha. Melodyką Chopina można się upajać jak w sklepie z wybornymi czekoladkami. Zawsze wyjątkowo smakuje mi 17 Pralinka z Pudełka18. I nie tak znany, a zachwycający 2 Kaprys op.18 Henryka Wieniawskiego.

Tańce węgierskie Johannesa Brahmsa i Tańce słowiańskie Antonína Dvořáka to zbiory melodii porywających, także do tańca; nieraz byłem świadkiem, jak w trakcie koncertu symfonicznego ludzie wpadali w pląsy, ale mieszczanie ich usadzali.

W roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym  świat zachwycił się śpiewanym przez Luciano Pavarottiego hymnem Mundialu. W rzeczywistości była to aria Nessum Dorma z opery Turandot Giacomo Pucciniego.

Richard Wagner rozsmakowywał się w swoich melodiach do tego stopnia, że nie mógł się z nimi rozstać. W ten właśnie sposób powstała najsłynniejsza melodia wagnerowska — unendliche Melodie.

Rosjanie tak ukochali melodię, że jej imieniem nazwali swoją sztandarową wytwórnię fonograficzną. Ale też ich wkład w dziedzinę melodystyki jest przepotężny. Posłuchajmy choćby Nokturnu Aleksandra Borodina z II Kwartetu Smyczkowego. Albo urzekającej orientalnym pięknem tematu Szeherezady Mikołaja Rimskiego Korsakowa. Palma pierwszeństwa dla największego melodysty w historii powinna jednak przypaść Piotrowi Iljiczowi Czajkowskiemu. Właściwie każde z jego dzieł dostarcza melodii najwyższych jakości. Przywołam tylko drugi temat z finałowej części Sekstetu Souvenir de Florence op.70 (ostatnio szczególnie mi bliskiego), albo temat liryczny z Uwertury-Fantazji Romeo i Julia. I wszystko jasne.

W dalekim Oslo komponował Edward Grieg. Aż dziw bierze, ile żaru potrafił wzniecić w Pieśni Solvejgi z Suity Peer Gynt. Jeszcze bardziej na północ żył i tworzył Jean Sibelius. Odległy od przemian świata i odporny na nie tworzył wszakże perełki melodyczne jak chociażby Valse triste.

We Francji tymczasem kompozytorzy poszli dalej. Maurice Ravel i Claude Debussy poczuli melodię na malowanie dźwiękami. Niezłą melodię też udało im się czasem zmalować (wolna część Koncertu Fortepianowego G-dur Ravela, Popołudnie fauna Debussy’ego).

Niebagatelnym melodystą był Mieczysław Karłowicz (wolna część Serenady na smyczki, wykorzystana – bez podania kompozytora – w serialu Doktor Ewa; a skoro już przy serialach jesteśmy – chyba żadna melodia nie wbiła się w pamięć kilku pokoleń tak mocno, jak Polskie drogi Andrzeja Kurylewicza). Urzeka zmysłowa Pieśń Roksany (Król Roger) Karola Szymanowskiego.

W Wiedniu tymczasem Gustav Mahler tworzy jedną z najpiękniejszych melodii ever. Wiele lat później Adagietto z Piątej Symfonii posłuży za tło muzyczne Śmierci w Wenecji Luchino Viscontiego. Lecz to właśnie w Wiedniu, gdzie melodia przeżyła swoje apogeum, zacznie się jej upadek. Anton Webern skomponuje jeszcze Langsamer Satz, ale to już melodyczny łabędzi śpiew. Wkrótce potem — wraz z Arnoldem Schönbergiem i Albanem Bergiem — wpadną w sidła szatańskiej (według Tomasza Manna) dodekafonii.

— Możesz mi zaśpiewać początek Koncertu Skrzypcowego Berga? — spytał kiedyś znajomy. Zaśpiewałem, z niejakim trudem. Ale gdy zażądał zagwizdania drugiego tematu z Koncertu Schönberga, powiedziałem (grzecznie), żeby się odczepił.

A propos łabędziego śpiewu; nie ma najkrótszej nawet historii melodii bez przepięknego Łabędzia Camille’a Saint-Saënsa (z Karnawału Zwierząt).

W USA melodię spróbuje ocalić Samuel Barber, ale skomponuje Adagio tak wolne, że nikomu nie starczy czasu i oddechu by je zaśpiewać.

Niestety, upadek melodii był przesądzony, a jej symbolicznym kamieniem nagrobnym stała się Samba na jedną nutę. W tych mrocznych czasach pojawiła się wszakże iskra nadziei: na Półwyspie Apenińskim narodził się gatunek zwany Canzona Italiana. Nieco później do misji ratunkowej dołączył powstały w dorzeczu Wisły genre o nazwie disco polo, który za wszelką cenę próbuje wyciągnąć melodię z niebytu. I jakoś to idzie! Na razie jesteśmy w paleolicie, ale ważne, że kierunek wznoszący!

Warszawa

 

 

 

nie idź w zgiełk

trzymaj się z dala od światła

zatrzymaj się

a poczujesz nagle

jej oddech

unikaj kawiarni teatrów i kościołów

przynajmniej ten jeden raz

bo stłumią twą wrażliwość

lecz nie wystrzegaj się ludzi

nie musisz z nimi rozmawiać

wystarczy wiedzieć że są

bo wtedy i ty jesteś

słowo i obraz

to tylko pochodne tej iskry

która rozjarza się

w ciemności

 

12 marca 2020

Arqa

„Wszyst­ko za­czę­ło się mniej wię­cej w po­ło­wie dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku. Pan­de­mia za­czę­ła dzie­siąt­ko­wać ludz­kość. Wszel­kie zna­ne do­tąd po­mo­ry zda­wa­ły się le­d­wie jej za­po­wie­dzią, przed­sion­kiem po­tę­pie­nia, któ­re ni­czym dia­bel­ska la­wa spły­nę­ło na zie­mię. Hi­sto­rie dżum, cho­ler czy AIDS oka­za­ły się tyl­ko przed­szko­lem cier­pie­nia, nie­skom­pli­ko­wa­ny­mi me­dycz­nie przy­pad­ka­mi, do ja­ko ta­kie­go ogar­nię­cia w prze­cią­gu jed­ne­go, dwóch po­ko­leń. Rów­no­cze­śnie sta­da za­czę­ła trze­bić za­ra­za. Dwu­dzie­sto­wiecz­ne cho­ro­by wście­kłych krów, pta­siej gry­py czy prysz­czy­cy wy­da­wa­ły się bła­host­ką przy stop­niu i ska­li śmier­tel­ne­go żni­wa, ja­kie wy­nisz­cza­ją­cy wi­rus zbie­rał wśród zwie­rząt, zwłasz­cza ho­dow­la­nych. Licz­ba i ro­dza­je dzi­ko ży­ją­cych i bez te­go zmniej­sza­ły się re­gu­lar­nie. Wie­lo­let­nia, przy­cho­dzą­ca czło­wie­ko­wi z za­dzi­wia­ją­cą bez­tro­ską, po­zba­wio­na ja­kiej­kol­wiek kon­tro­li nie­fra­so­bli­wość w la­wi­no­wym po­tę­go­wa­niu ne­ga­tyw­nych bodź­ców, prze­rzu­ca­ła za czer­wo­ną li­nię co­raz to no­we ga­tun­ki. Te­raz, do­dat­ko­wo in­fe­ko­wa­ne za­ra­zą, zni­ka­ły z po­wierzch­ni zie­mi; rzad­kie sta­wa­ły się za­gro­żo­ne wy­gi­nię­ciem, a wkrót­ce po­tem osta­tecz­nie wy­mie­ra­ją­cy­mi. To, co wczo­raj po­spo­li­te, w szyb­kim cza­sie sta­wa­ło się uni­kal­ne. Ale kto by się tym przej­mo­wał. By­ło za póź­no, od­cho­dzi­li wszy­scy. Wie­ki bez­dusz­ne­go okru­cień­stwa upo­mnia­ły się o ka­tów, zrów­nu­jąc ich w ogól­nym pro­ce­sie umie­ra­nia z ofia­ra­mi we wspól­nej ago­nii.
By­ły to cza­sy wi­ru­sa zwa­ne­go po­spo­li­cie, acz nie do koń­ca traf­nie, wi­ru­sem śmier­ci. Nie­co le­piej zo­rien­to­wa­ni wie­dzie­li, że je­go wła­ści­wa na­zwa brzmia­ła: wi­rus za­bi­ja­nia[…]”

Wpis z książki: Jan Antoni Homa. „Kręgi albo kolejność zdarzeń”. iBooks.

Zapiski jurora…

…rozrzucone i niechronologiczne.

Dźwięk. Technika. Intonacja. Fundamenty gry skrzypcowej. Będę ich szukał. Z nadzieją na coś więcej.

W Telemannie dobra szybka część. Nawet frazowanie się pojawia. Specyficzne ułożenie palców na smyczku nie pozwoli go podnieść, gdy przyjdzie potrzeba. A przyjdzie.

Postawa skrzypcowo/koncertowa. Świetny aparat gry. Zdecydowanie utalentowana dziewczyna. Osobowość+.

W Bachu zupełnie inna artykulacja, dłuższa, lepsza. No i mamy tu artystkę, grającą świadomie i świadomie realizującą zamierzenia.

Niesamowite, jak te dzieci — może lepiej powiedzieć, młodzi ludzie — zmieniają się w trakcie grania, z nie do końca pewnych siebie delikatnych roślin w wyrazicieli muzycznej idei. Zza dźwięków przebijają osobowości tak różne.

Wieniawski imponujący. Łatwiej im grać utwory, w których jest do rozwiązania konkretny problem techniczny, niż wymagające wiedzy interpretacyjnej (co logiczne).

Dobra artykulacja, świadomość polifonii (na tym etapie zjawisko wcale nieczęste). Profesor Tadeusz Wroński, patron Konkursu mówił o nieużywaniu lotnego (opuszczającego strunę) smyczkowania w baroku. I młody człowiek (prawdopodobnie intuicyjnie) to realizuje. A że jego smyczek potrafi skakać, okazuje się w Paganinim. Mamy więc świadomy wybór środków artykulacyjnych. Choć wszystkie wymagają dalszego rozwoju.

Uczestnicy niepotrzebnie utrudniają sobie Bacha zbyt szybkim tempem. Gawot, niepozorny (jak na Bacha) Gawot z III Partity stwarza chyba najwięcej trudności.

Tym razem jest  wszystko! Dźwięk, technika, muzykalność, interpretacja, przebojowość. Pięknie grany Wieniawski (to zresztą kaprys wyjątkowej urody). Bach elegancki, dworski. Dźwięk jeszcze trochę niedojrzały, ale dźwięk przychodzi z czasem.

Słoneczna osobowość.

Telemann — krzepa, rzepa. U wielu młodych skrzypków rozwój prawej ręki nie nadąża za rozwojem lewej (stąd często tak bolesne doznania dźwiękowe). Tutaj jest inaczej. Duża umiejętność koncentracji. Ogromna muzykalność.

Gra z kiści, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Gdyby uwierzyła w siebie, mogłaby grać dużo lepiej. Od zaraz.

U kandydatów widać, które utwory bardziej im leżą. Najlepsi radzą sobie ze wszystkimi.

Wieniawski, Paganini nieźle, ale widać jeszcze niewykształcone proporcje między zamiarem a siłą.

Telemann barokowy lecz surowy. Wieniawski grany „normalnie” dużo lepszy. Przecież nie chodzi o to, aby stylowość odbierała muzyce piękno.

Jest dźwięk, są też problemy stylistyczne (styl „od ucha do ucha”). Mieszane uczucia, bo wydaje się, że ma dane aby grać dużo lepiej, tymczasem to jeden ze słabszych występów.

Jazzowo/rockowy Bach. Czemu nie? Bach zniesie wszystko, byle klarownie podany.

Duże różnice w jakości instrumentów. Pod tym względem ocena rywalizujących pianistów musi być prostsza.

Ciekawe; gdy wyłącza nadmierną kontrolę, pozwalając się ponieść muzyce, od razu gra ładniej.

A tu kandydatka do laurów. Szlachetny dźwięk. Bach może nieco za figlarny, ale to jest kategoria estetyczna, a nie techniczna.

Buntowniczka: gram, mogę, ale nawet mi się nie chce. Nie wiadomo czy to protest przeciw graniu, czy postawa negująca a priori. A przecież chciałbym usłyszeć, jak gra, kiedy chce coś przekazać.

Ładne modelowanie Telemanna (co nie jest łatwe w stresie).

Bacewicz — duży diapazon dźwięku.

Nerwy. Lewa ręką znów lepsza od prawej.

Telemann posągowy.

W trakcie występów kandydaci często zamykają oczy. Ich oblicza — niejednokrotnie jeszcze dziecinne lub w fazie przemian — nabierają blasku, stają się piękne, pokazują kim ci ludzie będą, mogą być, w przyszłości. Muzyka dobywa z ich kształtujących się postaci i osobowości to, co najlepsze.

Telemann, Bach: próba (nie do końca wykluta) grania stylowego.

Tu zaś barokowe przysiady. Czysto gra, ale to ledwie szkic Bacha.

Jak na dłoni widoczna jest większa emocjonalna dojrzałość dziewczynek niż chłopców.

Wraz z kandydatem zagubiłem się w Telemannie.

Gawot między stylami.

Łączenie normalnego grania z barokowymi pomysłami interpretacyjnymi.

Potrafi pięknie zagrać jedną frazę. Gdyby tak wszystko…

Na czym polega problem z graniem barokowym u młodych ludzi? Nie chodzi tylko o wiedzę teoretyczną. Łączy się to z kwestią już poruszaną; nierównomiernym rozwojem prawej i lewej ręki. Granie w stylu barokowym jest łatwiejsze (mniej wymagające, choćby poprzez ograniczenie wibracji) dla ręki lewej, ale dla prawej wręcz przeciwnie. Wymaga szybkości, zwinności, pełnych mocy operacyjnych. Dlatego te próby przynoszą niekiedy efekt paździerzowy.

Teraz widzę mieszankę klasycznej artykulacji i romantycznego nacisku. Dźwięk musi na tym czasem ucierpieć. Zarazem jest to granie, które określiłbym mianem „trendy”. Kandydatka wie, co w interpretacyjnej trawie piszczy.

Mechaniczność i obojętność niekorzystnie wpływają na dźwięk. A mogłaby to być ciekawa skrzypaczka.

Adagio Bacha. Jeszcze za wcześnie. Ale brawo za Fugę (za odwagę jej zagrania).

Porządne choć szkolne granie. W Kaprysie Polskim — rys charakteru.

Poszukiwania własnej drogi. Może i wie jak ma być, ale pytanie „jakimi środkami to osiągnąć” pozostaje otwarte. Wesoły Paganini.

Brak wibracji to jeszcze nie styl. A smyczek to nie kilof. Jest potencjał. ale nieokrzesany. Kolejny Kaprys Polski, grany jak hymn bojowy. A to przecież tęskna melodia, wijąca się gdzieś pośród mgieł i uroczysk, dopiero potem przechodząca w figlarną, filuterną zabawę.

Ładny dźwięk, ale dość dziwnie ułożona ręka (piąty palec w powietrzu) uniemożliwia precyzyjne początki fraz.

Ciekawy Bach, na granicy nonszalancji rytmicznej, ale Bach i to wytrzyma.

Teraz pierwszy palec na smyczku zagięty jak nos czarownicy. I to nie pozostaje bez wpływu na dźwięk.

Trochę brakuje iskry, ale jest warsztat. Co po iskrze, skoro technika nie pozwala jej skrzesać? Co po technice, skoro nie ma czego krzesać? Odwieczne pytanie, co ważniejsze: artyzm czy solidne rzemiosło?

Nie rani skrzypiec. Ale Fuga Bacha wyskandowana niczym protest song. Brakuje przestrzeni.

Łka na skrzypcach. Trzepocze rzęsami równolegle z trylem (tryluje rzęsami). Ekspresją twarzy bije konkurencję na głowę. Ładnie!

Automacik do grania! Szkoda, że skrzypce brzmią jak beczka.

Bardzo skupiony kandydat. Gdyby mu tylko prawą rękę ustawić…

Nareszcie inna koncepcja dźwięku w Telemannie, lżejszego.

Wróćmy znów do prawej ręki. U wielu kandydatów widać z nią problemy, tak jakby cały nacisk szkoleniowy szedł na technikę ręki lewej. Zgoda, bez niej nic się nie zagra. Ale prawa ręka to dźwięk. A unikalne piękno skrzypiec to dźwięk właśnie!

I znów prawa ręka przeszkadza lewej. A jednak — mimo tych braków i przeszkód — widać staranność w formowaniu dźwięku.

Jest dźwięk, sprawność obu(!) rąk, zawartość muzyczna, świadomość gry.

Czasami nasuwa się i smutny wniosek; granie nie każdemu musi sprawiać przyjemność.

Przeważnie Telemann lepszy od Bacha. Logiczne, jest łatwiejszy. Bach, ten piekielny niebiański Bach, jest dla wielu poprzeczką za wysoką na razie.

Specyficzna taneczność. W graniu — do przyjęcia, tancerze jednak pogubili by się szybko, a może i nogi połamali. Bach ograniczał wskazówki interpretacyjne do minimum, ale fakt, że gra się taniec (i to konkretny) jest chyba wyraźną wskazówką? W rezultacie tych interpretacyjnych zabiegów mamy taniec, w którym metrum waha się od 3/4 do 5/4 w porywach. Co nie zmienia faktu, że dziewczynki grają Bacha taneczniej.

Skrzypce i smyczek wydają się naturalnym przedłużeniem grającego, a to wcale nie częste.

Ciekawie, intelektualnie powiedziałbym grany Telemann. Wykonawca ewidentnie słyszy kontrapunkty, w których realizacji prawa ręka pomaga mu w stopniu ograniczonym…

Telemann już nie barokowy, a renesansowy. Za to Lipiński dwudziestopierwszowieczny.

Gra pozbawiona ekspresji, ale zadziwiająco precyzyjna. I to jeszcze przy nietypowych proporcjach grającej i instrumentu. Jakieś takie przeczucie, że to może być kiedyś świetna skrzypaczka. Ale ile trybów warunkowych po drodze…

Koszmarnie ustawiona prawa ręka, ale jej właścicielka mimo to dobrze sobie radzi. Przykład talentu, który może zgasnąć nie zaświeciwszy właściwym blaskiem, bo nie da się daleko zajechać jadąc na zaciągniętym hamulcu.

Dobry Bach, Telemann bez prób barokizowania. Wrażliwość, inteligencja, szlachetność. Tak wiele da się wyczytać z tej gry.

Gdy gra się utwór wirtuozowski, trzeba się na niego nasadzić. Nie da się go pokonać ekspresją dnia codziennego. To zresztą w ogóle w graniu się nie sprawdza. Kontrola, tak. Ale zarazem wspinanie się za każdym razem na szczyt własnych możliwości. Albo i przekraczanie ich.

U niektórych brakuje wiary we własne, całkiem spore umiejętności. Inni mają proporcje ustawione dokładnie odwrotnie. Tych pierwszych na pewno czeka rozczarowanie. Drugich — nie zawsze.

W tym wykonaniu Bacha mówimy już chyba o całkowitym odrzuceniu zasad stylu, celem grania oryginalnego za wszelką cenę. Jest to ryzykowne; niekiedy się udaje, ale może być i tak, że ciekawy potencjał zagubi się w ślepej uliczce.

Kiedy grają, wyglądają poważniej, doroślej, z ich twarzy znika dziecinność. Kiedy przestają grać, realizować zadanie, w które wkładali wszystkie swoje siły, uśmiechają się zagubieni, jakby wracali z innego świata. Trudno uwierzyć, że przed chwilą realizowali, karkołomne niekiedy, wirtuozowskie zadania.

Nie każdy wie, ile pracy i poświęceń trzeba, aby młodzi ludzie zaznali krótkich chwil scenicznego tryumfu. Tryumfu, czyli możliwości zagrania publicznie, bez jakichkolwiek dalszych obietnic. Ile efektownych i kuszących form gospodarowania własnym czasem musieli odrzucić. Wiedzą o tym ci, którzy tą drogą podążają od lat. I teraz dwie wiadomości, niech każdy sam oceni, czy któraś z nich jest dobra. Ta droga dostarcza przeżyć, których próżno by szukać w innych profesjach. Ta droga nie ma końca.

Zegarmiszcze

W urzędzie zepsuł się zegar. Właściwie od dawna działał w przybliżeniu, ale gdy ktoś wiedział kiedy trzeba dodać, a kiedy odjąć kilka minut, dało się z tym żyć. Gorzej mieli obywatele, którzy notorycznie przychodzili za wcześnie (pół biedy) albo za późno (cała bieda, dla obywatela rzecz jasna). „Trzeba by coś z tym zrobić”, mówili urzędnicy z trzeciego piętra. Jednak to piętro czwarte (zwyczajowo decyzje należały do zajmujących najwyższe piętro) wzięło się do roboty. „Ja się na tym znam” — mówił jeden z czołowych czwartopiętrowców — „bo na mojej ulicy był zakład naprawy zegarów”. „I ja” — wtórował inny — „gdyż miałem zegar z kukułką”. „A ja sprawdziłem wszystko w internecie i dokładnie wiem, co trzeba zrobić” — rozwiewał wątpliwości trzeci. „Ja się na tym nie znam” — mówił ich szef — „ale was mam od tego, abyście się znali”.

Zmiana baterii nic nie dała, bo okazało się, że zegar funkcjonuje według starego mechanizmu. Nakręcanie sprężyny do granic skutkowało coraz większymi skokami dokładności. Aby nie zaczęto plotkować i podkopywać naprawy, każdego dnia w południe ustawiano wskazówki na dwunastce. „Kiedy jest południe, to sami wiemy, ale poza tym, to już w ogóle nie wiadomo, która godzina”, zaczęły się dogadywanki innych pięter. Trzecie piętro zaproponowało pomoc zegarmistrzów, ale odrzucono ją, jako podważanie kompetencji naprawiaczy. Piętro drugie zgłosiło problem w MUZ-ie (Międzynarodowej Unii Zegarmistrzowskiej). Jej opinię wyśmiano jednak, jako nie uwzględniającą lokalnych zawirowań czasoprzestrzeni. Piętro pierwsze zaproponowało opcję zerową: wyrzucenie starego zegara i zastąpienie go nowiutkim cacuszkiem, sterowanym sygnałem elektronicznym. To wzbudziło już najwyższe oburzenie czwartopiętrowców. „Sterowanym z zewnątrz?! A to my już nie wiemy, która u nas godzina?!”

Ludzie zaczęli trochę narzekać, że właściwie nie wiadomo jak się umówić i załatwić najprostszą sprawę. Czwarte piętro winą za utrudnienia obarczyło wszystkie pozostałe, twierdząc, że torpedowanie naprawy zegara to nic innego jak obrona przywilejów urzędniczych. Dla obywateli jasnym było, że lepiej wiedzą ci, którzy są najbliżej zegara. Dlatego sztampowe pytanie „która godzina?”, zastąpione zostało innym: „jaki interes mają ci, którzy wszystkimi siłami blokują naprawę starego mechanizmu?” Ze sporu o zegar wykluł się całkiem zgrabny sporek o dumę i godność. Najważniejsze, że o dwunastej zawsze była dwunasta.

Aż któregoś dnia pewien obywatel zauważył, że owszem, jest dwunasta, ale w nocy. W tej sytuacji istota sporu przeniosła się w kosmos. Dyskutowano mianowicie, czy słońce to czasem nie księżyc. Tu również zdania były bardzo podzielone. I choć nieustannie zanosi się na przetasowania pięter to rozregulowanie zegarów (które dawno już przestało kogokolwiek interesować) praktycznie je uniemożliwia.

Behemot i Banga

Michaił Bułhakow nie musiałby napisać Psiego serca, Białej gwardii, Fatalnych jaj, a jego imię i tak zapisałoby się w pamięci czytelników. Dzięki Mistrzowi i Małgorzacie oczywiście. Co ciekawe, jednym z najważniejszych tropów dzieła jest powieść w powieści: Poncjusz Piłat – prawdopodobnie jedyna książka napisana przez Mistrza. Tytułowi bohaterowie to para melodramatyczna. Oprócz niej mamy całe mnóstwo opozycji, pochodzących niekiedy z dwóch planów powieściowych. Jeszua Ha-Nocri i Woland tworzą tandem bosko-diabelski. Jeszua wydaje się bezwiednym wykonawcą zadania, którego sensu nie musi rozumieć. Woland przeciwnie, działa z rozmysłem, wiedząc, że jego istnienie jest w istocie gwarancją urzeczywistnienia tego samego planu. Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro — brzmi zaczerpnięte z Fausta Goethego motto książki. Świat bez konfliktu nie byłby światem, który znamy. Do jego istnienia potrzebne jest manichejskie napięcie.

Poncjusza Piłata i Jeszuę Ha-Nocri łączy zależność kata i jego ofiary.

Kolejną parę tworzą Mistrz i Piłat, który pochyla się ze współczuciem nad swoim książkowym bohaterem. Bez niego także nie wypełniłby się boski plan.

W Trzech wersjach Judasza Jorge Luis Borges idzie jeszcze dalej, dowodząc, że to właśnie Judasz był mesjaszem, bowiem wziął na swoje barki największy ciężar wiecznej hańby i potępienia.

Wróćmy jednak do Bułhakowa i jeszcze jednej pary. Do naszych najlepszych przyjaciół. Według Bułhakowa koty mają wygląd rzezimieszków.

Cóż na to poradzić, że koty zawsze tak wyglądają? Nie bierze się to bynajmniej stąd, że są fałszywe, lecz stąd, by ktoś potężniejszy od nich — pies lub człowiek — nie uczynił im krzywdy. Skrzywdzić kota jest bardzo łatwo, ale, wierzcie mi, żaden to honor, żaden!

Członek diabelskiej świty kot Behemot rozrabia w powieści co się zowie. Pije wódkę, zagryza grzybkami, gra w szachy i mądrzy się bez ustanku. A i tak pozostaje jej najsympatyczniejszym bohaterem!

Banga to ogromny szary pies o zaostrzonych uszach. Jedyny przyjaciel procuratora Judei.

Ślepia jego wyrażały radość z tego, że skończyła się burza, jedyna w świecie rzecz, której bał się ten nieustraszony pies, a także z tego, że pies jest znowu tutaj, obok człowieka(…) I tak razem, pies i człowiek kochający się nawzajem, witali pod kolumnadą świąteczną noc.

W symbolicznej scenie pojednania Jeszua i Piłat toczą dysputę wędrując księżycową ścieżką.

Podąża za nimi spokojny i majestatyczny olbrzymi pies o spiczastych uszach. 

 

Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata (Czytelnik 1994) Tłumaczenie: Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski

Rola tramwaju w twórczości M. Bułhakowa i T. Manna

Są książki, które zajmują szczególne miejsce w historii literatury a także w biblioteczkach i głowach czytelników. Dwóm spośród nich chciałbym się przyjrzeć od strony torowiska. W obu pojazd komunikacji publicznej odgrywa jeśli nie kluczową, to znaczącą rolę. Oto w jaki sposób tramwaje wjeżdżają na karty powieści.

Mistrz i Małgorzata

I tramwaj ten natychmiast nadleciał

Doktor Faustus

Wreszcie nadjechał tramwaj numer 10

Pojazd moskiewski nie jest opisany w szczegółach; nie znamy nawet koloru. Ale jego pojawieniu się towarzyszy cała gama zjawisk wizualno dźwiękowych:

Kiedy zakręcił i wyszedł na prostą, niespodziewanie rozbłysnął wewnątrz elektrycznym światłem, zawył i dodał gazu

Jakże z pozoru mieszczański wydaje się jego odpowiednik:

Te monachijskie niebieskie wozy tramwajowe o barwach bawarskich są bardzo ciężkiej konstrukcji

Ale już w następnym zdaniu:

Elektryczne iskry strzelały nieustannie spod kół wozu, a mocniej jeszcze w górze, przy pałąku, gdzie z sykiem rozsypywały się snopami jak zimne ognie

Całkiem odmienne okoliczności towarzyszą bezpośredniemu zetknięciu się bohaterów z tramwajową lub okołotramwajową materią:

I wtedy jego ręka ześlizgnęła się i spadła, noga niepowstrzymanie, jak po lodzie, pojechała po kocich łbach schodzących ukośnie w dół ku szynom tramwajowym, drugą nogę poderwało i Berlioza wyrzuciło na torowisko

Podczas gdy dr phil. Serenus Zeitblom opowiada:

Tramwaj stanął, a ja przeszedłem z przedniej platformy, przez którą wsiadłem, do wnętrza wozu

Jak dotąd mamy więc gwałtowność naprzeciw normalności, akcję w kontrze do rutyny. Nie inaczej jest również w następnych akapitach. Gdy Berlioz:

Upadł na wznak, tyłem głowy niezbyt mocno uderzył o bruk i zdążył jeszcze zobaczyć wysoko nad sobą pozłocisty księżyc

Serenus Zeitblom ze spokojem opisuje:

Pośrodku przeciwległej ławki, siedział Schwerdtfeger, z futerałem skrzypiec wciśniętym między kolana (…) Pod płaszczem miał biały szalik zakrywający muszkę frakową (…) Wyglądał ładnie i młodo z tą swoją nieco nastroszoną gęstwiną jasnych loków, z twarzą zarumienioną od dokonanej pracy, tak że chwalebne to zziajanie nadawało nawet jego niebieskim oczom wygląd jak gdyby podpuchniętych. Lecz i z tym było mu do twarzy, jak i z lekko odętymi wargami, którymi tak świetnie umiał gwizdać

Należy uczciwie przyznać, że Michał Aleksandrowicz Berlioz dysponował znacznie mniejszą rezerwą czasu. Co prawda:

Zdążył przekręcić się na bok, wściekłym ruchem, w tejże sekundzie podciągnął nogi pod brzuch

Ale była to już jedna z ostatnich aktywności życiowych. Tymczasem doktor filozofii bez pośpiechu rozwija swą opowieść:

Niezbyt szybko orientuję się w otoczeniu; stopniowo też dopiero odkryłem, że w tramwaju znajdują się jeszcze i inni znajomi (…) Przypadkowe pochylenie się pozwoliło mi dostrzec ze zdumieniem Inez Institoris, siedzącą po tej samej co i ja stronie, dalej jednak znacznie ode mnie, bliżej środka, ukosem naprzeciw Schwerdtfegera. Mówię: ze zdumieniem, gdyż nie była to przecież droga do jej domu

W jakich okolicznościach bohaterowie zaznajamiają się z obsługą tramwaju? W Moskwie Berlioz:

Odwrócił się i zobaczył niepowstrzymanie pędzącą na niego zbielałą ze zgrozy twarz prowadzącej tramwaj kobiety i jej czerwoną opaskę

W Monachium:

Minęliśmy już uniwersytet i właśnie konduktor stanął koło mnie w swych filcowych butach, aby przyjąć dziesiątkę i w zamian wsunąć mi do ręki bilet, gdy…

Przerywam, bowiem akcja obu powieści nabiera w tych momentach cech ostatecznych; oczekiwanych u Bułhakowa, niczym grom z jasnego nieba – albo ów snop iskier spod elektrycznego pałąka – strzelających u Manna.

Moskwa:

Kobieta-motorniczy szarpnęła elektryczny hamulec, wagon osiadł z nosem przy ziemi, potem błyskawicznie podskoczył, z brzękiem i łoskotem posypały się z okien szyby

Monachium:

Strzelanina rozległa się nagle w tramwaju, płaskie, ostre, donośne detonacje, jedna za drugą, trzy, cztery, pięć, z dziką, oszałamiającą szybkością

Moskwa:

Tramwaj najechał na Berlioza i na bruk pod sztachety Patriarszej alei wypadł okrągły ciemny przedmiot

Monachium:

Schwerdtfeger, ze swym pudłem od skrzypiec w rękach, osunął się najpierw na ramię, a potem na kolana siedzącej obok niego po prawej stronie pani, która, na równi ze swą sąsiadką z lewej, z przerażeniem odsunęła się od niego, podczas gdy w tramwaju wybuchł powszechny tumult, popłoch i wrzaskliwa panika

Moskwa:

Przedmiot ten stoczył się na dół i podskoczył na kocich łbach jezdni

Monachium:

Obaj panowie stojący w przejściu rzucili się wraz ze mną ku Inez – oczywiście o wiele za późno

Moskwa:

Była to odcięta głowa Berlioza

Monachium:

Twarz jej była biała jak papier, z ostro zarysowanymi purpurowymi plamami na kościach policzkowych. Oczy miała zamknięte i uśmiechała się nieprzytomnie

Tak kończą się obie przygody z komunikacją publiczną. Można powiedzieć, że ich bohaterowie stracili głowę. Choć każdy na swój sposób.

P.S.

Jeśliby ktoś wysunąłby zarzut, że nie tramwaj jest głównym bohaterem obu wspomnianych dzieł, spieszę odpowiedzieć: jest mi to wiadome. I to do tego stopnia, że sam spróbowałem zmierzyć się ze świadomie pominiętą tu postacią. W powieści, która żyje na razie życiem utajonym.

 

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłumaczenie: Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski (Czytelnik Warszawa 1994)

Thomas Mann, Doktor Faustus, tłumaczenie: Maria Kurecka i Witold Wirpsza (Czytelnik Warszawa 1985)

Przychodzi Myszkin do Wokulskiego

Lektura Idioty Fiodora Dostojewskiego skłoniła mnie do mimowolnych porównań z Lalką Bolesława Prusa. Przyjrzyjmy się głównym bohaterom. Książę Lew Nikołajewicz Myszkin przez duchowy puryzm zasłużył w oczach bliźnich na miano idioty. Zwłaszcza bezmiar empatii księcia wydaje się światu podejrzany. Myszkin ma w sobie rys świętego Franciszka. Jest ostatnim, który potępi i pierwszym, który zrozumie. Współczuje z każdym cierpiącym, więcej, biorąc na siebie jego cierpienie, pragnie go od cierpienia wyzwolić. Jednym z nich jest zaprzyjaźniony z księciem Parfien Rogożyn, który nazywa go „jurodiwym”. Epilepsja, na którą cierpi książę dla niewielu będzie symptomem świętej choroby (jak nazywali ją starożytni), dla większości — dowodem choroby psychicznej. Na szczęście ów „boży prostaczek” posiada niebagatelny oręż. Jego tarczą jest szlachetne urodzenie i książęcy tytuł, jego mieczem — nieoczekiwanie odziedziczony majątek.

Stanisław Wokulski wykuwa swój oręż w pocie czoła i z narażeniem życia. Ryzykując dorabia się majątku na wojnie. Nawet, jeśli posiada korzenie szlacheckie, to sprofanował je wcielając się w rolę kupca. Ale pod powłoką człowieka czynu kryje się dusza wrażliwa, nie bez bólu reagująca na niedoskonałości świata. Pieniądze dają mu ułudę bycia akceptowanym przez arystokrację, jednak ów „lepszy świat” potrzebuje nie tyle Wokulskiego, ile jego środków. Jego pragmatyzm docenią inni kupcy, ale gdy bohater okaże lekceważenie wobec majątku (mającego w istocie posłużyć zdobyciu obsesyjnie kochanej kobiety), również uznają go za idiotę.

Akcja obu powieści toczy się w podobnym czasie, jednak uwarunkowania polityczne są przeciwstawne. Przyjaciel Wokulskiego Ignacy Rzecki żyje wspomnieniami wojen napoleońskich i złudą, że któregoś dnia potomek cesarza wyzwoli Polskę spod jarzma rosyjskiego. Przyjaciel księcia Myszkina, generał Iwołgin wspomina Napoleona w sposób zgoła odmienny. W trakcie najazdu wojsk francuskich zostaje jego ulubionym paziem. Kilkuletni chłopiec otwiera oczy imperatora na dzielność rosyjskiego narodu. Uświadamia mu, że nie da się go pokonać. Choć wartość faktograficzna gawęd generała Iwołgina jest, mówiąc delikatnie, wątpliwa (jeśli już trzymamy się literackich paralel, taki trochę z niego Zagłoba), to i tak objawia się tu zasadnicza różnica między Petersburgiem a Warszawą. Cesarz Napoleon — dla Polaków niespełniona nadzieja na wyzwolenie, dla Rosjan jest pokonanym wrogiem. Rosja jest mocarstwem, Polska — jego łupem. Książę Myszkin jest słowianofilem, co wszakże należy rozumieć: „my, bracia Słowianie zjednoczeni pod moskiewskim berłem”. Jest wyrazicielem przywódczego mesjanizmu rosyjskiego, któremu Polska przeciwstawia swój własny mesjanizm cierpiętniczy. Rosja, jak na imperium przystało, traktuje jako realną przeciwwagę całą Europę, nie mogąc zrozumieć, co tak bardzo atrakcyjnego widzi w niej inny słowiański naród. Sama uważając się za spadkobierczynię Bizancjum nie pojmuje jego romańskich aspiracji. „Cała ta pańska Europa, jedno urojenie, sam pan zobaczy”, brzmią ostatnie słowa Idioty.

Głównym motorem działania obu bohaterów są kobiety. Co ciekawe, cechy, które kompromitują Myszkina w oczach tak zwanego świata, czynią go interesującym dla kobiet obdarzonych ponadprzeciętną wrażliwością i urodą. Książę staje się obiektem zainteresowania dwóch najpiękniejszych kobiet Petersburga. Agłaja Jepanczyn to osoba w równym stopniu piękna, co obdarzona charakterem. Drugą z nich Aleksander Dumas nazwałby zapewne kurtyzaną. W ujęciu Dostojewskiego Nastasia Filipowna jest femme fatale, zagadkowym demonem, upadłym aniołem. Choć niejeden pozazdrościłby księciu takiego wyboru, on sam miota się jak balonik popychany powiewami zmiennych impulsów.

Różne kobiety stają na drodze Wokulskiego. Piękna i dobra pani Stawska, skora do flirtu pani Wąsowska, kobieta z ulicy. Ale Wokulski wybiera w sposób najgorszy z możliwych. Jego wybranką zostaje arystokratka Izabela Łęcka, która prócz pogardy ma mu niewiele do zaoferowania. Owszem, chłodne kalkulacje powodują, że decyduje się na narzeczeństwo z Wokulskim, co jednak nie przeszkadza jej obdarowywać powabami innych mężczyzn.

Bohaterowie obu powieści dążą do poślubienia swoich wybranek. Książę Myszkin ma stanąć na ślubnym kobiercu z piękną Nastazją Filipowną. Oblubienica ucieka jednak sprzed ołtarza. Wcześniej taki sam los stał się udziałem zakochanego w niej atawistyczną miłością Parfiena Rogożyna. Nie dojdzie również do skutku planowany ślub księcia z Agłają Jepanczyn. Upokorzony Wokulski sam zrywa zaręczyny i na zawsze usuwa się z życia Izabeli Łęckiej.

Z podobnych korowodów Francuzi zrobiliby komedię bulwarową, Włosi — commedia dell’arte, Amerykanie nakręciliby komedię romantyczną, zaś Czesi komedię jako taką. Rosjanie zastukali do wrót piekielnych. W Polsce powstała powieść romantywistyczna.

Wydaje się, że nie od rzeczy będzie porównanie Wokulskiego także do wspomnianego już Rogożyna. Parfien, tak jak Stanisław jest kupcem, podobnie jak on przejawia ambiwalentne uczucia wobec własnego majątku (pamiętna scena wrzucenia do ognia paczki banknotów). Jak Wokulski jest zakochany śmiertelnie i beznadziejnie, ale jest to miłość niszczycielska, a nie jak u Wokulskiego wyłącznie autodestrukcyjna. I oto dochodzimy do zaskakującego wniosku. Polska dusza może być bardziej złożona od duszy rosyjskiej. Wokulski mieści w sobie osobowości tak różne jak Myszkin i Rogożyn, a jeśli z pierwszym łączy go szeroko rozumiana szlachetność, to z drugim — iskra niepohamowanego szaleństwa. Pojąwszy, że Izabela Łęcka nigdy nie będzie jego usiłuje odebrać sobie życie. Dla tych samych powodów Rogożyn pozbawia życia Nastazję Filipowną. Uwalnia ją od samej siebie. Każdy dokonuje zaślubin na własną modłę.

Polskiej duszy nieobcy jest pragmatyzm, ale pod wpływem impulsu potrafi odrzucić go jak zbędny i uwierający bagaż. Dusza rosyjska zajmuje manichejską przestrzeń między wzniosłością a upadkiem. Obie szukają ucieczki w odurzeniu, pragną zagłuszyć ból istnienia, ale im odurzenie większe, tym mniejsze zrozumienie.

***

Według kroniki towarzyskiej z archiwalnego numeru Le Figaro, w roku 1882 w Paryżu doszło do spotkania rosyjskiego księcia M. z polskim hrabią(?) W. Inicjatorem spotkania miał być „bogaty kupiec moskiewski S.”, a jego tematem kwestia finansowania wchodzących w decydującą fazę badań profesora G. Książę M. miał wyrazić zainteresowanie, pod warunkiem dopuszczenia do projektu naukowców rosyjskich.

***

Do stolika obleczonego nieskazitelnie białym obrusem i zastawionego sewrską porcelaną zbliżają się dwaj mężczyźni. Rysy szczuplejszego rozmywa bladość. Drugi jest wyższy, o błyszczącym spojrzeniu, sylwetce masywniejszej, ale lekko pochylonej.

— Gospodin Wokulski? — pyta pierwszy. 

— To ja — odpowiada drugi kłaniając się lekko. — Czy mam zaszczyt z…?

— Książę Lew Nikołajewicz Myszkin — słyszy w odpowiedzi. — Agłaja jest wdzięczna, że pańska małżonka zechciała przyjąć jej zaproszenie. 

— Izabela bardzo się cieszyła na to spotkanie. Rozmawiają już w saloniku herbacianym.

Mężczyźni długo patrzą sobie w oczy…

ciąg dalszy — być może — nastąpi

Dusza sucha

W czasach wczesnego PRL-u pojęcie hobby właściwie nie istniało. Było obce z brzmienia i rdzenia, niebezpiecznie indywidualizujące, rozpraszające energię, która skierowana winna była być na sprawy wielkie i wspólne. Owszem, przed wojną mieliśmy miłośników pięknych kobiet, wybornych trunków i wspaniałych koni. Jednak w nowym ustroju pięknoduchy miały zniknąć z dorzecza Wisły. Przynajmniej do czasu zbudowania jego (ustroju) podwalin. Ale słowo rządzi się własnymi prawami. Znany kabaret bawił ludzi takim mniej więcej dialogiem:

— A pan jakie ma hobby? Takie jak wszyscy, zjeść raz na dzień coś ciepłego i żeby do pierwszego starczyło.

Wieść gminna niosła, że za żelazną kurtyną ludzie zarabiają na tyle dużo, że nie tylko na ciepłą strawę im starczy, ale też upodobania, a może i kaprysy mogą zaspokajać. Będąc w sytuacji nieco innej postanowiliśmy w twórczy sposób połączyć przyjemne z pożytecznym. Tak zrodził się wszechobecny kult grzybobraństwa: nie dość, że człowiek zaznawał uroków puszczy o szóstej rano, sprawdzał przemakalność butów i oblepiał twarz pajęczynami (co miało ponoć korzystny wpływ na cerę), to jeszcze tratowały go milczące (żeby nie spłoszyć grzyba) tłumy grzybiarzy. Ileż to relacji towarzyskich się zawiązywało! Ileż zakwitało przekleństw międlonych w mroku! To wtórne hobby umożliwiało realizację pierwotnego „raz na dzień coś ciepłego”. O legendarnych wręcz wartościach odżywczych grzybów nie ma co wspominać, ale słowo poświęcić należy szeroko rozumianemu truciu. Jednym z przejawów trucia były rozległe ballady wędkarzy — bo wędkarstwo było z pewnością drugim pod względem popularności hobby w PRL-u — o tym, czego to prawie nie złowili. Ale potrzeby i ambicje rosły. Obok wczesnosłowiańskich przyjemności pojawiały się nowe, choć ciągle ze zbieractwem powiązane. Takie jak kolekcjonowanie puszek po piwie lub pudełek po papierosach. Co ciekawe, dobra te pochodziły z Pewexu, w którym kupowało się za tak zwane bony, czyli produkt pieniężnopodobny (nasz własny wkład w teorię Greshama/Kopernika o gorszym pieniądzu, który wypiera lepszy). Kontakty z dobrami konsumpcyjnymi zaowocowały z kolei turystyką zagraniczną. W naszej ulepszonej wersji, bo jak kto dobrze kombinował, to nie tylko koszty podróży się zwracały, ale i na plus można było wyjść. A przynajmniej wzbogacić się o jakieś gustowne karpackie rękodzieło lub kożuszek. Ale tak ciągle jeździć i jeździć? Na horyzoncie zarysowała się wyraźna potrzeba permanentnych wakacji stacjonarnych. I tak powstały domki letniskowe czyli (z rosyjska) dacze. Teraz już w weekend nie trzeba było pić w szarzyźnie miast, a w plenerze, z rozmachem i przytupem. Konsumpcja na wolnym powietrzu to przecież samo zdrowie, sport rekreacyjny niemalże, więc znów mieliśmy dwa w jednym.

Aż przyszły czasy zasłużonego kapitalizmu, a z nimi zapieprz taki, że na hobby nie było czasu, o ochocie nie mówiąc. I słusznie, bo nas takie letnie zabawy znudziły. Nam potrzebne sztandary i barykady. Dusza w letargu? Nie, pulsująca i gorąca. Heraklit z Efezu, ten, co to twierdził, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody (bredził, jak tak dalej pójdzie to cała rodzina będzie po sobie wchodzić do wanny, ot, do czego nas ekologia przywiodła) mówił też, że najlepsza jest dusza sucha. Ale moim zdaniem to susza ducha. O czym sam filozof się zresztą przekonał. Chory na puchlinę wodną postanowił pozbyć się jej za pomocą promieni słonecznych. Aby jednak nie wyschnąć jak żaba obtoczył się krowim łajnem (tę metodę starogreckiej mimikry Anglosasi nazywają „why not”). Niestety, zdezorientowane psy filozofa wzięły go za obcego i rozerwały na kawałki. Choć jako hobbystyczny zaledwie kolekcjoner filozoficznych powiastek nie mogę zaręczyć, że tak rzeczywiście było.