oto I owo

Mecz Życia

Posted in Uncategorized by hajton on 10 marca 2019

Piłkę wybija Poniedziałek. Wtorek przechwytuje, by po krótkim dryblingu oddać futbolówkę Środzie. Środa ma przegląd pola, trochę kiwa, chce wycofać, ale pokazał mu się Czwartek, który świetnie czyta grę; zagrywa z pierwszej piłki, piętką do Piątka. Ten strzela, jednak trafia w obrońcę. Piłkę przejmuje Sobota. Wypuszcza Niedzielę w uliczkę i!… Faul, karny. Do piłki podchodzi Tydzień, strzela w prawy górny róg, ale trafia w spojenie słupka i poprzeczki. Miesiąc doskakuje jako pierwszy, główkuje, lecz tym razem bramkarz jest na posterunku. Na swoje nieszczęście piąstkuje wprost przed siebie. A tam już czeka Rok — wytrawny drapieżnik pola karnego, który nie zaprzepaści takiej okazji. Strzela lekko, jakby od niechcenia. Futbolówka ociera się jeszcze od Życia i wpada do bramki. Game over.

 

Reklamy

Szczur a sprawa…

Posted in Uncategorized by hajton on 28 lutego 2019

W jednym z europejskich miast postawiono w stan gotowości służby publiczne. Zaktywizowano spore środki, aby uwolnić szczura, który utkwił w szczelinie instalacji kanalizacyjnej. Pod informacją ukazały się dziesiątki wpisów, jacy oni tam głupi, i jak łatwo (za pomocą obcasa) można było problem rozwiązać. Czy jednak fakt, że skazujemy na śmierć miliony zwierząt uwalnia nas od okazania humanitaryzmu w jednostkowych przypadkach? Nie, czyni jego potrzebę tym silniejszą. W przeciwnym razie dystans wobec podobnego traktowania ludzi, których z jakich powodów nie wpuszczamy do własnej wspólnoty lub z niej wykluczamy, robi się niebezpiecznie bliski.

Muzyka a granie na instrumencie

Posted in muzyka by hajton on 10 lutego 2019

Muzyka jest ideą, bo rodzi się w umyśle kompozytora. Jest zapisem, ideą przeniesioną na papier. Pasmem dźwięków odtworzonych. Pieśnią ptaka. Sumą brzmień niezamierzonych, wywołanych deszczem, wiatrem, stukotem kół pociągu. Choć powstałe z przypadku, układają się w całość nieobojętną dla ucha. Muzyka jest formą gromadzenia, przechowywania, w końcu uwalniania. Monologiem tej cząstki człowieka, która nie potrafi wypowiedzieć się inaczej. Albo dialogiem tych ludzkich cząstek, które w inny sposób nie potrafią się porozumieć.

Muzyka jest niekończącą się i nieskończoną formą następstw i zależności dźwiękowych. Pitagoras wyróżniał jej trzy rodzaje: muzykę dźwięków słyszalnych ludzkim uchem, muzykę człowieka powstającą jako interakcja duszy i ciała, i muzykę sfer — muzykę kosmosu. Muzyka w jakimś sensie wyczerpuje atrybuty stworzenia, bo może być tak przypadkiem jak i zamierzeniem.

Czym w istocie jest granie na instrumencie? Pocieraniem włosia o struny. Przetwarzaniem energii palca w siłę mechanizmu młoteczkowego. Formowaniem strumienia powietrza. Czynnością czysto fizyczną skutkującą powstawaniem dźwięku. Przerabianiem materii świata na inną, ulotną i wysublimowaną. Pospolitej na szlachetną.

Ale jest też wyznaniem i rozmową. Rytmem, biciem serca. Arytmią, niepokojem serca, chorobą. Melodią wyrażającą piękno, lub je negującą. Harmonią, uosobieniem doskonałości świata/uniwersum lub jej podważeniem. Dynamiką, która pozwala przechodzić od szeptu aż po krzyk. Granie na instrumencie jest również zawodem. Sposobem na życie. Albo ucieczką od świata.

Muzyka nie musi rozumieć samej siebie. Granie na instrumencie jest praktyczną formą zgłębienia jej istoty.

Nieoczekiwanie aktualna ballada o dwóch dozorcach…

Posted in Uncategorized by hajton on 21 stycznia 2019

…pod patronatem Anioła. Stanisława Anioła.

Spadł śnieg. Trzeba posprzątać pomyśleli dozorcy po obu stronach ulicy. I wzięli się do pracy. Spłuczę chodnik wodą, pomyślał pierwszy, którego nazwiemy Lodowcem. I to ciepłą, żeby czasem nie zamarzła. A jak gdzieś łata lodu zostanie, to i co? Ludzie pieniądze płacą, żeby wejść na lodowisko. U mnie będzie cyrk na lodzie. Gratis. Dozorca drugi podszedł do tematu inaczej. Najpierw pozamiatam to, co napadało. A potem posypię piaskiem (dlatego nazwiemy go Piaskowcem). Zrobiło się błoto, aż ci z przeciwka się śmiali. Patrzcie na nich, po kostki w błocie chodzą, wołał Lodowiec. Nie to, co u nas. Prawda, cieszyli się ludzie. Czysto i swojsko. A że tam ktoś rękę czy nogę złamie, albo nawet głowę roztrzaska o krawężnik, to i co? Trzeba nauczyć się chodzić po śliskim i już. Jednak im bardziej łamali kończyny, tym bardziej nie lubili tych z błotnistej strony. Źle nam życzą, mówili. Za to Lodowiec, wyczulony na głosy mieszkańców, postawił na ulicy wielkie dmuchawy. Dba o nas, cieszyli się ludzie. Tyle, że już nie było co rozpuszczać, bo przyszła wiosna. Słońce stopiło lód, deszcz spłukał ulice, a wiatr rozwiał piasek. I tylko niechęć pozostała. Łatwa w utrzymaniu, bo chętnie się osiedla i pasie byle czym. Wnioski? Niech każdy wyciągnie sam.

P.S.

Rachunkiem za prąd zużyty przez dmuchawy obciążono mieszkańców.

W imię brata mniejszego

Posted in Uncategorized by hajton on 12 stycznia 2019

Eskalujący w ostatnich dniach kryzys dzikowy spycha nas do roli barbarzyńców, którzy nie wiedząc co robić, zabijają. Wytniemy problem w pień, wypalimy żelazem. Liczy się propagandowy huk. W rzeczywistości, to jakby usłyszeć od lekarza: mógłbym pana leczyć, ale łatwiej mi jest pana zabić. Niestety, dobro zwierząt jest elementem przetargowym. Ich losem od strony prawnej w rzeczywistości nikt się nie przejmuje.

Zwierzęta tak — słyszy się zgraną śpiewkę — ale najpierw ludzie. Otóż, nie. Tak długo, jak zwierzęta będą dla ludzi źródłem dochodu, tak długo będziemy mieli do czynienia z oczywistym przeciwieństwem interesów.

„Coście się tak tymi dzikami zajęli? Codziennie zjadacie kaczki, kury, cielaki i prosięta. Ich wam nie żal?” — słychać głosy sugerujące hipokryzję oburzonych. Żal, oj żal. Ale wrzucanie problemów do jednego worka osłabia ich wymowę. Choć są fragmentem większej całości, każdy z nich ma własną wagę.

Komu tak naprawdę potrzebny jest chów przemysłowy? Tym, którzy na tym zarabiają. Wyłącznie im. Dla zwierząt oznacza to niewyobrażalną katorgę, dla konsumentów — mięso złej jakości. Czy naprawdę nie możemy się obejść bez hodowli zwierząt futerkowych? Ile milionów istnień musi cierpieć, aby zaspokoić zblazowany gust wąskiej grupy ludzi? Jaka korzyść, jaka wartość — oprócz kabzy hodowców — temu przyświeca? Czy w konstytucji jest gdzieś zapisane, że ludziom wolno się bogacić kosztem innych żywych i czujących stworzeń? Niestety, większość z nas nie chce wiedzieć jak traktujemy świat zwierząt. To wiedza brudna, bolesna, uwierająca. Wypieramy ją ze świadomości, bo przecież „mnie to nie dotyczy, ja do zwierząt nic nie mam”. Obdarzeni ponadprzeciętna empatią stają się za to adresatami drastycznych zdjęć, filmów i opisów. Gdy chcą w dobrej wierze podpisać jakąś petycję, pod nos podsuwa się im sześć kolejnych. Wszystko to prowadzi do rozmycia, zniechęcenia, zobojętnienia i potwierdzenia tezy: tak, pełno tu zła, zła w czystej postaci, ale jest go za dużo, nic z tym nie da się zrobić. Jeśli ktoś ma więcej energii i odwagi, gdy próbuje nie tylko słuchać, ale i mówić, gdy ma determinację, aby przeciwstawiać się złu i głupocie, dorabia mu się łatkę lewaka. A więc tego, który podważa swojskość, choćby ta swojskość zalatywała stęchlizną.

A teraz postulaty (albo lista pobożnych życzeń). Na czele instytucji odpowiedzialnych za los zwierząt stają ludzie kompetentni. Przyjaciele zwierząt. Szkoła — zamiast udowadniać, że Gniewko był ładniejszy i mądrzejszy od Hansa, Jeana i Iwana — uczy empatii dla ludzi i zwierząt. Kościół? Oczywiście! Dajesz na tacę, opłacasz katechetę, masz prawo oczekiwać nauki o etyce i solidarności. Ludzkiej. I rozciągającej się na towarzyszy naszego ziemskiego współistnienia. Czy to są jakieś wygórowane oczekiwania?

Jest nas spora siła, ale zbyt rozproszona, a więc o znikomej mocy oddziaływania. Zwierzoluby, łączcie się!

 

Ilustracja – Wilczek Józefa Wilkonia

Brzydkie słowo na k. (czym skorupka za młodu…)

Posted in Uncategorized by hajton on 15 grudnia 2018

— K.* — wyrwał się A., który zawsze na wszystko ma odpowiedź.

— Bardzo dobrze! — pochwaliła Pani. — Kto jeszcze?

— Na „k” to już chyba nie ma — rzekła B., uczennica o zacięciu dygresyjnym. — Ale ja znam brzydkie słowo na „u”. — I wymieniła je.

Dzieci, początkowo znudzone, ożywiły się.

— Proszę pani, a ja znam na literkę „p”! — krzyczał Z.

— A ja na „l” — domagał się uwagi Ł.

— Dzieci, dzieci, nie wszystkie naraz! — uspokajała zaskoczona Pani. Dawno nie widziała uczniów tak żywo uczestniczących w lekcji. — Po kolei, teraz ty K., proszę.

— Ja znam brzydkie słowo na „ż”!

— Na „ż”?… — powtórzyła Pani lekko blednąc. — Proszę, powiedz.

K. powiedział.

— A czy jesteś pewien, że wymawiasz je właściwie? — spytała Pani.

— A co, na „rz”? — spłoszył się K.

— Nie, ortograficznie bez zarzutu. Chodzi o to czy wymawiasz je z małej, czy z dużej litery. Pamiętajcie dzieci, wszystkie brzydkie słowa wymawiamy z małej litery. Powtórzcie.

— Z małej litery! — wyrecytował chór młodych gardziołek.

— Ale, proszę Pani, skoro to na „ż” jest brzydkie, to ja znam jeszcze inne — uaktywnił się G., zazwyczaj pasywny i ponury.

— I ja, i ja! — krzyczały inne dzieci. — Na „a”, na „m”, na „n”… — przekrzykiwały się. Pani szczęście nie miało granic, bo zdolne dzieciaczki w trymiga obrobiły cały alfabet i nieźle zakręciły globusem.

— Pamiętajcie jednak, drogie dzieci, że słowa bardzo ładne, wymawiamy z litery wielkiej. Ale tym zajmiemy się już na następnej lekcji, której tematem będzie: „Z czego i dlaczego jestem dumny”. A teraz, żeby sobie utrwalić, napiszcie w zeszytach, koniecznie z małej litery, wszystkie brzydkie wyrazy jakie znacie.

Oj, było tego wieczora pogadanek rodzinnych co się zowie.

— O żesz k.!… — irytował się niejeden tatuś — zobacz stara, co oni w szkole dzieciom każą pisać!

— Ja p., co za świństwa!… — oburzali się rodzice.

Oj, posypały się na Panią skargi do dyrekcji. Raz na zawsze postanowiła dać sobie spokój z kontrowersyjnymi tematami.  I choć pocieszała się, że co dzieciom w głowach zostało, to ich, grono pedagogiczne nie było tak wyrozumiałe.

— Ależ koleżanko — mówili nauczyciele prawie chórem — a gdzie przyzwoitość?

A przyzwoitość jest jak szary kamień pod nogami. Nikt go nie dostrzega, a przewrócić się o niego łatwo, chciała odpowiedzieć Pani, ale taktycznie milczała.

— Przyzwoitość z małej czy z dużej litery? — spytała protokółująca sekretarka.

— Niech pani wstawi na początek zdania, nie będzie problemu — doradziła dyrektorka.

 

*W dobie dalece posuniętej wolności słowa zostawmy coś wyobraźni.

Bóginista

Posted in Uncategorized by hajton on 8 grudnia 2018

Patrzył na kobietę zachęcająco. O tej porze było już mało przechodniów.

— Co pan poleca? — zainteresowała się.

— A co panią interesuje? Za czy przeciw?

— Za? Przeciw? — kobieta nie zrozumiała.

— Nie wie pani? O Boga chodzi.

— Ma pan tylko Biblię i Marksa?

— Duże uproszczenie.

— Za to czytelne.

— Biblia to baśnie — machnął ręką. — Marks to co innego. Kto neguje istnienie Boga, tylko je potwierdza. Po co negować kogoś, kto nie istnieje? Podwójna negacja zawsze jest podejrzana.

— Za wiele to pan tych książek nie ma — powiedziała kobieta. Z pewnością nie miała ochoty ani na Biblię, ani na Marksa.

— Niełatwo pisać o czymś istotnym. Większość książek to czytadła.

— A może mi się właśnie chce czytadeł? Literatury kobiecej? Albo dla kucharek? A nawet książki kucharskiej? A nie dyskusji nie wiadomo o czym! — rzuciła zirytowana i odeszła.

Następnego wieczoru kobieta znów wracała bulwarami. Wczorajszego sprzedawcy nie było. Ku własnemu zdziwieniu poczuła rozczarowanie.

— Nie wie pan, kiedy ten od książek „za i przeciw” znów się pojawi? — zapytała sprzedawcę kwiatów.

— Dawno go już nie było — odparł mężczyzna. — Właściwie nie wiadomo czy kiedykolwiek był, bo ciągle mnie ktoś o niego pyta, a ja go jeszcze na oczy nie widziałem. Kupi pani żonkile? — spytał bez przekonania.

— Zaraz, zaraz. Wczoraj na pana miejscu jakiś mężczyzna sprzedawał książki…

— Owszem, przedwczoraj kręcił się tu niejaki Koziobrody. Ale nie książki sprzedawał, tylko bibeloty. No i ten… coś spod lady…

— A pan to kto właściwie jesteś? — coś w kwiaciarzu wydało się kobiecie znajome. Próbowała złapać go za rękę, ale wysunął się z płaszcza i tyle go widziała.

Bajka

Posted in Uncategorized by hajton on 4 października 2018

Natchnienie trzeba rwać jak świeże wiśnie – pomyślał autor i usiadł przy czystej kartce papieru. Była sobie kiedyś republika zwierząt… – zaczął, a duch Orwella z uciechy wywinął kozła.

…Była sobie kiedyś republika zwierząt. W republice, jak to w republice; obowiązywały ustalone normy współżycia społecznego: jedni je tworzyli, drudzy wcielali w życie, zaś jeszcze inni badali ich rozciągliwość, która w niejednym przypadku okazywała się wcale spora. Pozostałym, czyli większości, pozostawało ich respektowanie lub próby prześlizgiwania się między nimi.  Zwierzęta organizowały się w kupy; jak powszechnie wiadomo „w kupie siła”, a więc „kupą mości zwierzęta”. Kupy owe głosiły, że ich najwyższym – w niektórych przypadkach również najświętszym – celem, jest zapewnienie mieszkańcom republiki szczęścia i dostatku. Do sprawowania władzy wybierano najczęściej tę spośród kup, która obiecywała więcej owych zawsze deficytowych towarów. Wzajemna licytacja doprowadziła do nieuchronnej dewaluacji; powszechnie wiadomo było, że obietnice mają charakter publicznej gry o krotochwilnej nazwie „wybory”. 

Zdarzenia losowe, zarówno dobre, jak i te (znacznie częściej) złe, nie omijały republiki, mimo pokus co poniektórych kup, aby zadekretować całkowity i powszechny zakaz nieszczęść. W braku racjonalnych, jedna z kup opozycyjnych wymyśliła argument nie do przelicytowania. 

Tak rządzicie, że zwierzęta umierają, mówili. Gdybyśmy to my sprawowali władzę, nasze zaawansowane prace nad szczepionką nieśmiertelności już dawno byłyby zakończone. Każdy dzień waszych rządów, to kolejne śmierci, które obciążają wasze sumienia. Nie w sensie prawnym oczywiście – bo takiego prawa jeszcze nie ma, ale i na to przyjdzie czas, gdy przyjdzie pora – ale moralnym. Moralni mordercy! 

Kupa rządząca zaripostowała, że w zgodzie z powyższym sposobem myślenia, za całość nieszczęść – w tym śmiertelność rodzaju zwierzęcego – odpowiada naczelny Kreator, zwany Wielkim Animalem. 

A to już im się zupełnie we łbach poprzewracało – grzmiała kupa opozycyjna. Ze Stwórcą się porównują!

W tym momencie autor zauważył, że z jego piórem dzieje się coś dziwnego. Zaczęło giąć się i kruszyć, a w końcu rozsypywać, jakby było z popiołu. Tajemnicza zaraza przeszła na rękę; skóra z palców zaczęła obłazić, obnażając szkielet dłoni. Wątłe kostki łamały się i spadały na biurko niczym upiorny deszcz. Autor wrzasnął i… obudził się.

Świeże wiśnie okazały się wilczymi jagodami.

Poszukiwanie strumienia…

Posted in Uncategorized by hajton on 29 września 2018

 …świadomości. Grunt to się wszczelić w strzelinę. Trzmieliną strzechę pozamiatać. Ale, albo. Aligator, albatros, abberacja. Aberdeen. Abligator. Całym ciałem. Ciałym całem. Ja czytam, zatem coś pisze (Calvino). Ja piszę, zatem coś myśli. Zapowiada się niezły nonsens. A może nie ma żadnego strumienia? Nie ma świadomości. I mnie nie ma, mniemam? Oto zapis szukania nieodnajdowalnego. Nieodnajdowywalnego. Nieodnajdowywalonego. Nie musi być smutny. Pleciesz, co ci ślina na język przyniesie. Więc to ślina jest strumieniem świadomości? Strumyczkiem? W dzisiejszym wartkim potoku opluwania można odnieść wrażenie, że właśnie tak. Drzewo obrośnięte bluszczem. Kamienie, ujadające psy. Nastaw wodę. Nastaw budzik. Nastaw się. Nadstaw dłonie. Zaczerpnij. Zgrzyt żwiru i pole ściętej kukurydzy. Atakująca horyzont strefa żółcieni. Z niej las.

Jeśli nie wyłączysz myślenia, nie wpadniesz w strumień. Jest nim sen. Ukryta logika, która poraża nawet po przebudzeniu. Ogień i ziemia. Kto potrafi zatrzymać obraz, może malować. O ile łatwiej malować niż pisać, powie ten, który nie maluje. O ile łatwiej pisać niż malować, powie ten, który maluje. Z uporem będą robić to, co trudniejsze. Dajcie mi kawałek wolnej przestrzeni. Równej, łatwej do zaorania. Hej, sensie! A może sam do mnie przemówisz? Dlaczego zawsze trzeba cię szukać? Nauka musi. A sztuka? Może to jej grzech pierworodny? Ślimak nie dojdzie na drugą stronę. Słońce wysuszy go w pół drogi. Znieruchomieje w pół ruchu. Zamrze w pół do skorupy. Czy to będzie jego sens? Źrebak się spłoszył. Na wszelki wypadek schował się za ma(ka)tkę. I ten ślimak, i ten źrebak są na zewnątrz. Nie należą do strumienia. Malarskie arcydzieła minionych stuleci wymagały niezwykłego kunsztu, mozolnej, pieczołowitej pracy. Co w nich podziwiamy bardziej: warsztat czy przekaz? Przekaz dzięki kunsztowi? Oszołomieni faktem bliskości, dotykalności, przebiegamy luwry, watykany, gemaldegalerie. U impresjonistów (d’Orsay) mrużymy oczy, aby zobaczyć to, co oni widzieli. Na próbie symfonii Beethovena słyszę nagle wyodrębnioną frazę wiolonczel. Jest piękna sama z siebie. W całości niesłyszalna. Ale jej brak naruszyłby całość kompozycji. Wokół nas też mnóstwo detali. Ich brak odczuwamy dopiero po stracie. Nieprawda. Nie zauważamy nic. Świat toczy się jak piłka. Albo żelazna kula. Rozgniata to, co słabe. Piękne — również. Piękno jest kruche. Czarne baranie dziecię wpada mi w oko i w ucho. Gdzieżeś ty bywał czarny baranie, pytam, ale malec spłoszony pragnie tylko białego mleka. Pojawiłem się w jego świecie nie wiadomo po co. On w moim — po chwilę zachwytu. Do niczego się nie zmuszam. Niczego nie nakazuję. Pode mną kamienie. Pod kamieniami pamiątki uzbierane przez miliony lat. Tuż obok przecięty kabel wysokiego napięcia. Zabezpieczony wiadrem. Ktoś uciął, ktoś zabezpieczył. W tym wiaderku spotykają się odwieczna bezmyślność i wyobraźnia. Głupota i roztropność. Oto ludzkość, która między dwoma żarnami próbuje poruszać się do przodu. Mielące szczęki co i rusz biorą kogoś na ząb. Dobiegłem do strumienia, ale sądząc po zapachu nie jest to strumień świadomości. Czynienie zła: czy naprawdę sprawia nam przyjemność? Kat nie uśmierca ofiary w swoim imieniu. Rzeźnik zabija zwierzę nie dla siebie. Nie wiemy, jakim cierpieniem okupują swoją profesję. Fatalizm. Uznajemy, że sprawy toczą się w sposób jedynie możliwy. Za mało w nas wiary w indywidualny sprzeciw. Koło strumienia stoi para kaloszy. Wskakuję w nie, by przejść na drugą stronę. Ale one przenoszą mnie na tłumną ulicę, od człowieka do człowieka. Te buty są szczególne. Czytałem już o takich, u Andersena. Pozwalają zaglądać w ludzkie serca i dusze. A tam głównie obawy. Lęk przed niepewnym jutrem, troska o najbliższych. Szara, smutna rzeka. Lecz nagle z  tej koleiny codzienności wynurza się człowiek. Najzwyklejszy wśród zwykłych. Odbija się od podłoża i lekko wzbija w powietrze. Leci.

Co może słowo?

Posted in Uncategorized by hajton on 10 września 2018

Informować, wyjaśniać, przekazywać. Przekonywać i naświetlać. Zaprzeczać i potwierdzać. Zapowiadać i odpowiadać. Uściślać. Wiązać i rozwiązywać. Być dane i być cofnięte.

Słowo nadaje treść pieśniom i piosenkom, choć i samo może być melodyjne. Lub bełkotliwe. Można nim szkicować, malować, a nawet rzeźbić. Ociosywać i drążyć. Pogrubiać i wysubtelniać.

Słowem można grzechotać i terkotać. Gruchotać. Mamrotać. Gruchać i głaskać. Łaskotać i szczypać, dotykać, kłuć, gnębić, ranić, obrażać. Zabić. Ale też przywrócić do życia.

Można nim rozkochać lub wzbudzić nienawiść. Rozbawić, rozładować atmosferę, przyciągnąć uwagę. Ośmieszyć i wzruszyć. Zmiażdżyć i utłuc. Przysolić i przypieprzyć. Dać wiarę. Dać odpór. Rozbić układ. Dobić targu. Dotrzeć, gdzie wzrok nie sięga. Mówić o rzeczach, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało.

Można je przenieść na papier. Przeczytać. Można na nim zarobić, ale też stracić. Ucieszyć nim można, ukoić, udzielić błogosławieństwa, podnieść ciśnienie lub przekląć. Podnieść poprzeczkę. Zaniżyć poziom. Ofiarować się lub coś. Przysiąc, zastrzec, nadać bieg. Przyspieszyć, odwrócić. Ogacić chałupę albo i gacie zacerować (skoro może być wszystkim, to również słomą i nicią).

Można nim nie potwierdzać i nie zaprzeczać. Dawać do zrozumienia. Dookreślać nieokreślone. Śmiało kreślić. Nieśmiało sugerować. Kopać. Podkopywać. Wykopywać. Zasypywać.

Słowem spuszczamy powietrze lub pompujemy balonik. Zaklinamy rzeczywistość lub odczyniamy uroki. Słowem można uzbroić lub rozbroić. Usidlić lub uwolnić. Uwznioślić tudzież spłycić.

Słowem można rozcieńczyć albo zagęścić. Przyciąć lub rozciągnąć. Nagłośnić. Wyciszyć. Można nim obudzić albo uśpić. Zaciekawić, zainspirować, ale też zanudzić. Utrwalić i unieważnić. Dać i zabrać. Zasięgnąć i dosięgnąć. Dostrzec lub zlekceważyć. Zabrudzić i oczyścić. Wykształcić i ogłupić. Oponować (słowo jako wulkanizator) i postponować. Opiłować lub postrzępić. Rozgrzewać i chłodzić. Rozżarzyć i zamrozić. Zamienić w słup lodu albo w krzak gorejący. Masować. Miksować. Malwersować (bulwersować malwę). Bulwersować (malwersować bulwę).

Słowem, słowem można wszystko.

I tylko pamiętać warto, że słowo wyleci wróblem, a wróci wołem. Albo ptakiem wyleci, a wróci kamieniem.