oto I owo

Bajka

Posted in Uncategorized by hajton on 4 października 2018

Natchnienie trzeba rwać jak świeże wiśnie – pomyślał autor i usiadł przy czystej kartce papieru. Była sobie kiedyś republika zwierząt… – zaczął, a duch Orwella z uciechy wywinął kozła.

…Była sobie kiedyś republika zwierząt. W republice, jak to w republice; obowiązywały ustalone normy współżycia społecznego: jedni je tworzyli, drudzy wcielali w życie, zaś jeszcze inni badali ich rozciągliwość, która w niejednym przypadku okazywała się wcale spora. Pozostałym, czyli większości, pozostawało ich respektowanie lub próby prześlizgiwania się między nimi.  Zwierzęta organizowały się w kupy; jak powszechnie wiadomo „w kupie siła”, a więc „kupą mości zwierzęta”. Kupy owe głosiły, że ich najwyższym – w niektórych przypadkach również najświętszym – celem, jest zapewnienie mieszkańcom republiki szczęścia i dostatku. Do sprawowania władzy wybierano najczęściej tę spośród kup, która obiecywała więcej owych zawsze deficytowych towarów. Wzajemna licytacja doprowadziła do nieuchronnej dewaluacji; powszechnie wiadomo było, że obietnice mają charakter publicznej gry o krotochwilnej nazwie „wybory”. 

Zdarzenia losowe, zarówno dobre, jak i te (znacznie częściej) złe, nie omijały republiki, mimo pokus co poniektórych kup, aby zadekretować całkowity i powszechny zakaz nieszczęść. W braku racjonalnych, jedna z kup opozycyjnych wymyśliła argument nie do przelicytowania. 

Tak rządzicie, że zwierzęta umierają, mówili. Gdybyśmy to my sprawowali władzę, nasze zaawansowane prace nad szczepionką nieśmiertelności już dawno byłyby zakończone. Każdy dzień waszych rządów, to kolejne śmierci, które obciążają wasze sumienia. Nie w sensie prawnym oczywiście – bo takiego prawa jeszcze nie ma, ale i na to przyjdzie czas, gdy przyjdzie pora – ale moralnym. Moralni mordercy! 

Kupa rządząca zaripostowała, że w zgodzie z powyższym sposobem myślenia, za całość nieszczęść – w tym śmiertelność rodzaju zwierzęcego – odpowiada naczelny Kreator, zwany Wielkim Animalem. 

A to już im się zupełnie we łbach poprzewracało – grzmiała kupa opozycyjna. Ze Stwórcą się porównują!

W tym momencie autor zauważył, że z jego piórem dzieje się coś dziwnego. Zaczęło giąć się i kruszyć, a w końcu rozsypywać, jakby było z popiołu. Tajemnicza zaraza przeszła na rękę; skóra z palców zaczęła obłazić, obnażając szkielet dłoni. Wątłe kostki łamały się i spadały na biurko niczym upiorny deszcz. Autor wrzasnął i… obudził się.

Świeże wiśnie okazały się wilczymi jagodami.

Reklamy

Poszukiwanie strumienia…

Posted in Uncategorized by hajton on 29 września 2018

 …świadomości. Grunt to się wszczelić w strzelinę. Trzmieliną strzechę pozamiatać. Ale, albo. Aligator, albatros, abberacja. Aberdeen. Abligator. Całym ciałem. Ciałym całem. Ja czytam, zatem coś pisze (Calvino). Ja piszę, zatem coś myśli. Zapowiada się niezły nonsens. A może nie ma żadnego strumienia? Nie ma świadomości. I mnie nie ma, mniemam? Oto zapis szukania nieodnajdowalnego. Nieodnajdowywalnego. Nieodnajdowywalonego. Nie musi być smutny. Pleciesz, co ci ślina na język przyniesie. Więc to ślina jest strumieniem świadomości? Strumyczkiem? W dzisiejszym wartkim potoku opluwania można odnieść wrażenie, że właśnie tak. Drzewo obrośnięte bluszczem. Kamienie, ujadające psy. Nastaw wodę. Nastaw budzik. Nastaw się. Nadstaw dłonie. Zaczerpnij. Zgrzyt żwiru i pole ściętej kukurydzy. Atakująca horyzont strefa żółcieni. Z niej las.

Jeśli nie wyłączysz myślenia, nie wpadniesz w strumień. Jest nim sen. Ukryta logika, która poraża nawet po przebudzeniu. Ogień i ziemia. Kto potrafi zatrzymać obraz, może malować. O ile łatwiej malować niż pisać, powie ten, który nie maluje. O ile łatwiej pisać niż malować, powie ten, który maluje. Z uporem będą robić to, co trudniejsze. Dajcie mi kawałek wolnej przestrzeni. Równej, łatwej do zaorania. Hej, sensie! A może sam do mnie przemówisz? Dlaczego zawsze trzeba cię szukać? Nauka musi. A sztuka? Może to jej grzech pierworodny? Ślimak nie dojdzie na drugą stronę. Słońce wysuszy go w pół drogi. Znieruchomieje w pół ruchu. Zamrze w pół do skorupy. Czy to będzie jego sens? Źrebak się spłoszył. Na wszelki wypadek schował się za ma(ka)tkę. I ten ślimak, i ten źrebak są na zewnątrz. Nie należą do strumienia. Malarskie arcydzieła minionych stuleci wymagały niezwykłego kunsztu, mozolnej, pieczołowitej pracy. Co w nich podziwiamy bardziej: warsztat czy przekaz? Przekaz dzięki kunsztowi? Oszołomieni faktem bliskości, dotykalności, przebiegamy luwry, watykany, gemaldegalerie. U impresjonistów (d’Orsay) mrużymy oczy, aby zobaczyć to, co oni widzieli. Na próbie symfonii Beethovena słyszę nagle wyodrębnioną frazę wiolonczel. Jest piękna sama z siebie. W całości niesłyszalna. Ale jej brak naruszyłby całość kompozycji. Wokół nas też mnóstwo detali. Ich brak odczuwamy dopiero po stracie. Nieprawda. Nie zauważamy nic. Świat toczy się jak piłka. Albo żelazna kula. Rozgniata to, co słabe. Piękne — również. Piękno jest kruche. Czarne baranie dziecię wpada mi w oko i w ucho. Gdzieżeś ty bywał czarny baranie, pytam, ale malec spłoszony pragnie tylko białego mleka. Pojawiłem się w jego świecie nie wiadomo po co. On w moim — po chwilę zachwytu. Do niczego się nie zmuszam. Niczego nie nakazuję. Pode mną kamienie. Pod kamieniami pamiątki uzbierane przez miliony lat. Tuż obok przecięty kabel wysokiego napięcia. Zabezpieczony wiadrem. Ktoś uciął, ktoś zabezpieczył. W tym wiaderku spotykają się odwieczna bezmyślność i wyobraźnia. Głupota i roztropność. Oto ludzkość, która między dwoma żarnami próbuje poruszać się do przodu. Mielące szczęki co i rusz biorą kogoś na ząb. Dobiegłem do strumienia, ale sądząc po zapachu nie jest to strumień świadomości. Czynienie zła: czy naprawdę sprawia nam przyjemność? Kat nie uśmierca ofiary w swoim imieniu. Rzeźnik zabija zwierzę nie dla siebie. Nie wiemy, jakim cierpieniem okupują swoją profesję. Fatalizm. Uznajemy, że sprawy toczą się w sposób jedynie możliwy. Za mało w nas wiary w indywidualny sprzeciw. Koło strumienia stoi para kaloszy. Wskakuję w nie, by przejść na drugą stronę. Ale one przenoszą mnie na tłumną ulicę, od człowieka do człowieka. Te buty są szczególne. Czytałem już o takich, u Andersena. Pozwalają zaglądać w ludzkie serca i dusze. A tam głównie obawy. Lęk przed niepewnym jutrem, troska o najbliższych. Szara, smutna rzeka. Lecz nagle z  tej koleiny codzienności wynurza się człowiek. Najzwyklejszy wśród zwykłych. Odbija się od podłoża i lekko wzbija w powietrze. Leci.

Co może słowo?

Posted in Uncategorized by hajton on 10 września 2018

Informować, wyjaśniać, przekazywać. Przekonywać i naświetlać. Zaprzeczać i potwierdzać. Zapowiadać i odpowiadać. Uściślać. Wiązać i rozwiązywać. Być dane i być cofnięte.

Słowo nadaje treść pieśniom i piosenkom, choć i samo może być melodyjne. Lub bełkotliwe. Można nim szkicować, malować, a nawet rzeźbić. Ociosywać i drążyć. Pogrubiać i wysubtelniać.

Słowem można grzechotać i terkotać. Gruchotać. Mamrotać. Gruchać i głaskać. Łaskotać i szczypać, dotykać, kłuć, gnębić, ranić, obrażać. Zabić. Ale też przywrócić do życia.

Można nim rozkochać lub wzbudzić nienawiść. Rozbawić, rozładować atmosferę, przyciągnąć uwagę. Ośmieszyć i wzruszyć. Zmiażdżyć i utłuc. Przysolić i przypieprzyć. Dać wiarę. Dać odpór. Rozbić układ. Dobić targu. Dotrzeć, gdzie wzrok nie sięga. Mówić o rzeczach, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało.

Można je przenieść na papier. Przeczytać. Można na nim zarobić, ale też stracić. Ucieszyć nim można, ukoić, udzielić błogosławieństwa, podnieść ciśnienie lub przekląć. Podnieść poprzeczkę. Zaniżyć poziom. Ofiarować się lub coś. Przysiąc, zastrzec, nadać bieg. Przyspieszyć, odwrócić. Ogacić chałupę albo i gacie zacerować (skoro może być wszystkim, to również słomą i nicią).

Można nim nie potwierdzać i nie zaprzeczać. Dawać do zrozumienia. Dookreślać nieokreślone. Śmiało kreślić. Nieśmiało sugerować. Kopać. Podkopywać. Wykopywać. Zasypywać.

Słowem spuszczamy powietrze lub pompujemy balonik. Zaklinamy rzeczywistość lub odczyniamy uroki. Słowem można uzbroić lub rozbroić. Usidlić lub uwolnić. Uwznioślić tudzież spłycić.

Słowem można rozcieńczyć albo zagęścić. Przyciąć lub rozciągnąć. Nagłośnić. Wyciszyć. Można nim obudzić albo uśpić. Zaciekawić, zainspirować, ale też zanudzić. Utrwalić i unieważnić. Dać i zabrać. Zasięgnąć i dosięgnąć. Dostrzec lub zlekceważyć. Zabrudzić i oczyścić. Wykształcić i ogłupić. Oponować (słowo jako wulkanizator) i postponować. Opiłować lub postrzępić. Rozgrzewać i chłodzić. Rozżarzyć i zamrozić. Zamienić w słup lodu albo w krzak gorejący. Masować. Miksować. Malwersować (bulwersować malwę). Bulwersować (malwersować bulwę).

Słowem, słowem można wszystko.

I tylko pamiętać warto, że słowo wyleci wróblem, a wróci wołem. Albo ptakiem wyleci, a wróci kamieniem.

Sklep z nutami

Posted in Uncategorized by hajton on 27 sierpnia 2018

Kiedyś był tu warzywniak. Potem sklep wielobranżowy. Przez kolejne lata lokal odstręczał napisem „remont”. Ponieważ jednak w środku nic się nie działo, przejęła go młodzież starsza. W końcu telefonia komórkowa dała mu nowe życie. A jeszcze później odkupił bank, kolejny bank i jeszcze jeden. Jak wiadomo, pierwsze niepisane prawo bankowości brzmi: „co wpada w ręce banku, już z nich nie wypada”. Już choćby z tego powodu nowy szyld zaintrygował mnie. Sklep z nutami był w tym miejscu równie nieoczekiwanym wykwitem, co lodziarnia na pustyni. Nacisnąłem klamkę. W sklepie zabrzmiał fragment Nocy na Łysej Górze Musorgskiego.

— Czym mogę służyć? — zadudnił sprzedawca głosem godnym Borysa Godunowa.

Po uprzednim wzdrygnięciu teraz mnie zatchnęło. Jeszcze wczoraj mógłbym tu pobrać gotówkę z bankomatu (z naciskiem na „mógłbym”). Dziś wszedłem powodowany ciekawością, ale bez gotowej koncepcji.

— Czy ma pan jakieś… nuty? — wydusiłem w końcu. Po tak idiotycznym pytaniu spodziewałem się gromów ze strony Godunowa. Tymczasem ten rozpromienił się.

— No, nareszcie. Pierwszy klient, który nie pyta gdzie przenieśli bankomat. Nuty, mówi pan? Mam ich pod dostatkiem, w doskonałym wyborze.

— Ale gdzie?… — szepnąłem rozglądając się, a nie widząc.

— Tu, wszędzie — wskazał stojące na podłodze skrzynki, szuflady postbankowych biurek i witryny półek pamiętających czasy wielobranżowe. Pod szybami dostrzegłem stosy jakby porzeczek, jagód, albo ciemnych winogron.

— Chodziło mi o takie na papierze… — próbowałem ratować zdrowy rozsądek.

— Drogi panie — odezwał się tonem pouczającym. — Na papierze są partytury albo partie instrumentalne. A ja sprzedaję nuty w czystej postaci.

Ponieważ jego głos był coraz niższy, pospiesznie zapewniłem:

— Takie mnie również interesują!

Sprzedawca zamarł w pozie wyczekującej.

— A więc poproszę… pół kilo ćwierćnutek… świeże?

— U nas towar tylko świeży, co się nie sprzeda idzie na pulpę… Których ćwierćnutek?

— A jakie są?

— Jakie pan sobie życzy. Barokowe, kameralne, jazzowe, bluegrassowe, ludowe, nutki à la Mozart, nutki à la Chopin, długo by wymieniać… — Ale chyba nie sądzi pan, że sprzedajemy nuty na wagę?…

— A nie?

— No nie, proszę pana. Na sztuki.

— Trzydziestodwójki też na sztuki? — zaryzykowałem.

— Nie, powyżej szesnastek na opakowania.

Otworzył szufladę pełną kartonowych pudełek, w których coś wiło się i podskakiwało.

Noc na Łysej Górze zabrzmiała ponownie. W progu sklepu stanęły mama z córką. Dziewczę trzymało w dłoniach futerał.

— To ile tych ćwierćnut? — przynaglił sprzedawca.

Byłem zdezorientowany. Cokolwiek powiem, kobiety wezmą mnie za idiotę. Tymczasem wzrok sprzedającego świdrował mnie coraz bardziej. „Nie o nuty ci chodziło, tyko o bankomat, oszuście!”, zdawał się mówić.

A co tam, pomyślałem. I płynnie, niczym wyuczony tekst złożyłem zamówienie.

— Poproszę osiem całych nut, tylko dojrzałych, ma pan gatunek cantus firmus? Tuzin półnutek, nie, nie tych, tamtych, z zielonymi ogonkami. Pan mi da ze dwa mendle ćwierćnut folkowych i kopę solowych ósemek. Do tego sto pięćdziesiąt szesnastek bluesowych i cztery opakowania trzydziestodwójek Berlioz, po pięćdziesiąt sztuk każde.

— Pan weźmie jeszcze setkę sześcdziesięcioczwórek Włoski barok, na ozdobniki. Tym sposobem spełni pan wymagania 500+, i dorzucę fermatę i repetycję gratis.

Skinąłem głową, a sprzedawca wyciągnął spod lady(!) obiecane towary, podobne w kształcie do połówek cytryn z czereśnią i bananów z dwoma wisienkami po bokach.

Wydawało mi się, że mama z córką przyglądają mi się z podziwem. Zaszarżowałem więc:

— Jakie pan ma pięciolinie?

— Pięciolinie? — sprzedawca pierwszy raz dał się zaskoczyć.

— A co, w powietrzu będę nizał?…

— Słusznie — w jego głosie dało się wyczuć szacunek. — Mam wełniane, ale łatwo się prują. Są bawełniane, miłe w dotyku, lecz nietrwałe. Na stalówki jest oferta w tym miesiącu, ale ciężkie. Silikonu nie proponuję, bo ponoć kompozycje jakieś sztuczne wychodzą.

— Poproszę ze trzy metry z nici jedwabnej — zaszalałem.

— Pan muzyk? — spytał sprzedawca domyślnie.

Skinąłem głową.

— To proszę, jeszcze klucz wiolinowy i basowy, od firmy.

Borys Godunow pieczołowicie pakował towar w mniejsze i większe torebki. W końcu wręczył mi dwa pakunki.

— Całe nuty są w osobnym worku, bo ciężkie jak kartofle.

Obawiałem się kompromitacji. Mój portfel mógł nie wytrzymać spodziewanego obciążenia. Pięciolinia z jedwabiu, też wymyśliłem…

— Czy w ramach zapłaty mógłbym panu zaśpiewać? — spytałem z nadzieją.

— Teraz nie — odparł mężczyzna. — „Ni pieśń, ni kabza” — zacytował, choć nie wiem z jakiego źródła. — Ma pan miesiąc na ułożenie utworu. Z gotową kompozycją przyjdzie pan do mnie. Jeśli mi się spodoba, nie tylko pan nie zapłaci, ale dostanie w prezencie podwojenie pierwszego zamówienia.

— A jak nie?…

— Wtedy liczę we frankach szwajcarskich. Taryfy ulgowej nie będzie. Dziś wszędzie drożyzna.

Torba z całymi nutami omal nie przygięła mnie do ziemi. Na szczęście pozostałe sprawunki były lekkie jak balon z helem, który podciągnął mnie do pionu. W pozycji wyprostowanej przekroczyłem próg drzwi otwartych przez dziewczę z futerałem. Gdy jedną nogą stałem już na chodniku, usłyszałem głos kobiety:

— Nie wie pan przypadkiem, gdzie przenieśli bankomat? Jeszcze wczoraj tu był…

Wracałem zatroskany. Jak właściwie wykorzystać nieoczekiwane zakupy? Ale wkrótce przestałem się martwić. Jeśli nic innego mi nie wyjdzie, wysmażę sobie wieloskładnikowy dżem session.

Nie ma żartów z filozofią…

Posted in Uncategorized by hajton on 26 lipca 2018

…moja ty Pietrowna Zofio — twierdzi ustami swojego bohatera Fiodor Dostojewski. A z czym są? — chciałoby się zapytać pisarza. Jeśli toczyły go — a z pewnością toczyły — jakieś demony, nie było wśród nich demona humoru (wczoraj przeczytałem o egzorcyście, który wypędza z opętanych demona wegetarianizmu za pomocą salcesonu, ale to zupełnie inna historia). Na jego brak (mówię o humorze, o salcesonie nie wiem) nie uskarżał się natomiast  Jaroslav Hašek, którego Dzielny wojak Szwejk ze swoim śmiertelnie żartobliwym podejściem do świata jest wcielonym przykładem życiowego mędrca.

Jednak to sama historia najwięcej zakpiła sobie z filozofii. Cóż bowiem potocznie rozumiemy pod słowami: cynik, stoik, epikurejczyk, sceptyk? Cynik to zimny drań. Stoik — człowiek, który zachowuje zimną krew bez względu na okoliczności (w PRL-u stoicyzm wzbogacony został leżycyzmem: czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy, zaś w czasach obecnych warszawska szkoła filozoficzna wprowadziła pojęcie słoicyzmu). Epikurejczyk jest kimś bez opamiętania używającym życia. Sceptyk z kolei krzywi się na wszystko.

A jak było naprawdę? Wszystko zaczęło się dawno, dawno (jakieś dwadzieścia trzy wieki) temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, czyli w starożytnej Grecji.

Cynizm. Pierwsi z omawianej grupy byli cynicy. Proletariusze. Nie posiadając wiele, tworzyli teorię mającą zagwarantować szczęście ludziom podobnie ubogim. Według nich, droga do wewnętrznej wolności i niezależności prowadzi przez obojętność wobec dóbr doczesnych. Fundamentem szczęścia jest cnota, jedyna wartość, o którą należy zabiegać. Wyłania się obraz filozofa idealnego, ale i człowieka, który uświadamia sobie, że nie straci tego, czego nie posiada, a zabierze ze sobą tylko (aż) tyle, co w nim. Cynicy byli kosmopolitami, a wszystkich ludzi – bez względu na pochodzenie – mieli za równych. Do uczniów Antystenesa, założyciela szkoły należał Diogenes z Synopy, który cynickie poglądy doprowadził do ekstremum. Schronieniem była mu beczka, zaś ogólne lekceważenie norm dyktowanych kulturą i obyczajem przyniosło mu sławę pierwszego abnegata. Jednym z uczniów Diogenesa był natomiast Krates z Teb, człowiek zamożny – bogacz wśród cyników – który przekonany do ich teorii porzucił majątek. W tym przypadku podobieństwo do pierwszych uczniów Chrystusa staje się uderzające. I to ma być cynizm?!

Stoicyzm. Zenon z Kition był cynikiem, który wybił się na samodzielność zakładając własną szkołę w ateńskiej Bramie Malowanej — Stoa Poikile —  i od słowa „stoa”, a nie od ostentacyjnego stania w bramie z rękami w kieszeni (stoik osiedlowy), wywodzi się nazwa kierunku. Bogactwo, siła, uroda, zaszczyty, zdrowie, nie są potrzebne do szczęścia. Są to wartości obojętne (mój Boże, kto się dziś z tym zgodzi oprócz… filozofów). Wartości ciała są wtórne wobec wartości duszy. Najgorszy z afektów (stanów negatywnych) to smutek. Mędrzec powinien być jak lekarz, unikać emocji, które mogą być szkodliwe dla pacjenta. Rozum, mądrość, cnota — oto wartości indywidualne i społeczne. Również stoicy odrzucali podział na Hellenów i barbarzyńców, byli za zniesieniem granic państwowych, co zresztą w Imperium Rzymskim stawało się ciałem. Jednym z najbardziej znanych stoików był cesarz Marek Aureliusz. „Należy odrzucić od siebie, co niepotrzebne, by osiągnąć pogodę ducha”, twierdził. Brak danych, czy mu się to udało.

Epikureizm. Kierunek zrównywany powszechnie z hedonizmem, podczas gdy ten ostatni stworzony został wcześniej, przez Arystypa, założyciela szkoły cyrenaików. Hedonistyczna etyka została przez nową szkołę przejęta, jednak oryginalna myśl Epikura jest bardziej zróżnicowana. Epikur zafascynowany Sokratesem przybył do Aten w wieku lat osiemnastu. Ten — jak mówili współcześni — szlachetny człowiek o prostym trybie życia, był słuchaczem zarówno Akademii (Platon) jak i Likejonu (Arystoteles). Szczęście jest największym dobrem — to punkt wyjścia epikureizmu. Ale: przyjemność to brak potrzeb do zaspokajania. Bowiem groźba ich niezaspokojenia to przykrość. Pozbywanie się potrzeb to unikanie cierpień. Najprostsze przyjemności — grono przyjaciół, kwiaty w ogrodzie, dobre jedzenie — to zarazem przyjemności największe. Jednak większą wartość mają przyjemności duchowe, rozciągnięte w czasie. Przyjemności nie podlegają mierze etycznej, byle nie zagrażały człowiekowi i jego bliźnim. Cnota i trzeźwy rozum — oto droga do szczęścia. Ponieważ nie istnieje nieśmiertelność, nie powinna nas zajmować śmierć. Nielogicznym jest obawa przed tym, czego nie ma. (No tak, że napomknę coś osobiście, to właśnie o ten lęk przed niebytem chodzi. Z drugiej strony, przy ogromie cierpień ludzi i zwierząt jakąś pociechą jest właśnie myśl, że ze śmiercią ustaje również ich/nasze cierpienie. Czy czeka na nich/na nas jakieś zadośćuczynienie? To zadanie dla innych filozofów.) Póki jesteśmy nie ma śmierci. Kiedy jest śmierć, nie ma nas. Za życia sam człowiek jest odpowiedzialny za swoje szczęście. Epikur stał się patronem hedonistów, jednak życie przyjemne (hedone — z gr.: przyjemność/rozkosz) nie wyczerpuje w moim pojęciu wariantów życia szczęśliwego, do którego wiedzie droga rozumu i cnoty. W czasach chrześcijańskich hedonizm — a przez to epikureizm — stał się symbolem ateizmu. Ojcowie Kościoła uznali doktrynę za przewrotną i gorszącą. Prawda leży we wrażeniach zmysłowych — twierdzili epikurejczycy. A przecież pojęcie „zmysłowości” jest w odchrześcijańskiej kulturze kojarzone prawie natychmiast z Erosem.

Sceptycyzm. Zajęciem sceptyków było kontestowanie. To — w dużym skrócie — ich program. Ojcem założycielem szkoły był Pirron. Ten uczestnik wypraw Aleksandra Macedońskiego do Azji, do czysto helleńskiej dotąd filozofii wprowadził mądrość indyjskich braminów i jej dystans wobec życia. „W pirronizmie najtrudniej jest zrozumieć samego Pirrona” — po tym zdaniu Władysława Tatarkiewicza nie będę (p)irronizował. Ograniczę się do podania głównej tezy. Nie wiemy jakie są własności rzeczy, powstrzymajmy się więc od sądów, a wstrzemięźliwość w ocenie da nam spokój (szczęście). W żadnej dziedzinie, w żadnym jej dziale pełna wiedza nie jest możliwa. Każdy dogmat może być podważony, bowiem dotychczasowe szkoły filozoficzne stworzyły pojęcia wzajemnie się wykluczające. Z powodu braku parytetu (na razie w tekście pojawiła się tylko jedna kobieta, Zofia Pietrowna), proponuję nazwać doktrynę sceptyków „filozofią Ani”. A nawet dwóch Ań (filozofia Ani tak, Ani siak). Niewykluczone, że Pirron w trakcie swoich wędrówek odwiedził również Śląsk, bowiem powiedzenie „a niech to Pirron trzaśnie” jest tam ciągle w użyciu. Czy stojąc na stanowisku antydogmatycznym (co wydaje mi się postawą ze wszech miar filozoficzną) sceptycy dają coś w zamian? Nic oprócz zwątpienia. Tego wymaga jednak konsekwencja wobec własnej postawy. Moja wątpliwość: czy dogmatyczne zbijanie każdego dogmatu nie jest dogmatem samym w sobie? (Jak mówił mój znajomy: „moja zasada to brak zasad” — a więc jednak jakaś zasada). Przyjmując postawę krytyczną wobec wszelkich znanych dotąd prądów filozoficznych sceptycy ustawili się niejako ponad nimi. Ich krytycyzm zmusił jednak konkurencję do wzmożonego wysiłku i choćby przez to wpłynął na rozwój filozofii, ale też nauk wszelakich.

Na zdjęciu Epi-kury, które ze stoickim spokojem używają sobie na torach kolejowych. Na cyniczną uwagę, że długo nie poużywają zareaguję sceptycznie: ani one z pierza, ani pociąg tędy nie jeździ.

Opera urojona

Posted in muzyka, teatr, żarty literackie by hajton on 20 lipca 2018

Czy znacie uczucie konsternacji, a w końcu całkowitego zagubienia w trakcie lektury Przewodnika operowego? To, co z pozoru proste, okazuje się zawiłe i niezrozumiałe. Uśmiercony baryton wstaje rześko i śpiewa arię, bo nagle okazało się, że ta, którą kochał wcale nie była jego kuzynką, gdyż podmieniono ją dzieciństwie (na co nie wpadł, mimo że była czarnoskóra). I nic to, że czarownica kazała mu wypić napój antymiłosny z rabarbaru, bo wróżba i tak była nieważna, gdyż wygłoszona po trzeciej kwarcie księżyca. Ale dzięki temu jad żmii uśmiercił nie ugryzionego, tylko jego przyjaciela z drugiego pułku ułanów, który włożył lampasy na lewą stronę. I tak dalej…

Żadne z tych zawiłości nie towarzyszą premierze największego operowego hitu XXI wieku. Długo czekaliśmy na krajową realizację. Ale doczekaliśmy się. I to w jakże niezwykłej scenerii! Międzymordzie, dzieło Wilhelma A. Kohoutka, w reżyserii Albina Modrego, a pod kierownictwem muzycznym samego prof. dr. hab. Olega Haliny Kurkvemodo zabrzmiało w miejscu jakby dla siebie stworzonym. Na plaży. Usytuowanie Międzymordzia dokładnie w połowie linii brzegowej między Międzyzdrojami a Międzywodziem jest posunięciem więcej niż symbolicznym. Co prawda ktoś tam się oburzał, że w oryginale tytuł opery brzmi Interface, więc o inne międzymordzie chodzi, ale poczekajmy, może i więcej znaczeń nam się objawi?…

Na premierę wybrałem się rano, kajakiem, ponieważ większość miejsc plażowych była zajęta już od poprzedniego dnia. Mój plan się powiódł; około dziesiątej zacumowałem przy boi, której nie oddałem do wieczora. Zresztą nie mogłem. Mój kajak zatopiono w zemście, że nie chciałem ustąpić miejsca, a pływakiem jestem dobrym lecz krótkodystansowym. Wszystko miały mi wynagrodzić artystyczne wzruszenia, których początek miał przypaść wraz z zachodem słońca. Teraz dopiero w pełni objawiły się walory mojego punktu obserwacyjnego. Nie zasłaniał mi nikt (czasem jakaś falka), widziałem wszystko jak na dłoni, a słyszałem, jak albatros.

Moje sprawozdanie powinno w zasadzie składać się z trzech oddzielnych esejów, poświęconych: muzyce, librettu i reżyserii. Lecz czyż artystyczna jednia, wzajemne przenikanie się idei, prawdziwa synteza sztuk, która dokonywała się na naszych oczach i uszach, nie ucierpiałaby na tym? Więc, jak potrafię, nieudolnie, ale z entuzjazmem, spróbuję opisać całość.

Uwertura. Krótka, silna, męska. Swobodna pląsawica smyczków, dwukrotnie skontrowana sygnałem waltorni, opartym na temacie Pije Kuba do Jakuba. Potem krótki fragment aleatoryczny (którego nie powstydziłby się sam Lutosławski), rodzaj dwunastotaktowej dodekafonicznej kody i jaskrawy akord F-dur na koniec. Niby nic, a dreszcze przechodzą (inna sprawa, że zrobiło się trochę chłodno). Publiczność ciągle śpiewa Pije Kuba…, ale konsekwentnie nie wspierana przez orkiestrę ostatecznie traci tonalność i daje za wygraną.

Akt I

Otwierający operę duet Fioletowej (heroina o włosach koloru imienia) z  Okrągłym (tenor o przeroście brzucha nad klatką piersiową; w didaskaliach było odwrotnie, ale tak jest prawdziwiej) zwala z nóg. Dosłownie. Nie wiem czy nagłośnienie było potrzebne, ale chodziło pewnie o to, by usatysfakcjonować słuchaczy znajdujących się z dala od plaży. Pierwsze rzędy rzuciły się na piasek, panicznie zakrywając uszy dłońmi, co nie było łatwe, gdyż prawie wszyscy (z wyjątkiem niemowląt) trzymali w nich olbrzymie kubki z piwem, na szczęście plastikowe, więc koniec końców nikomu nic się nie stało, zaś akustycy wyciągnęli wnioski z wpadki; od tej pory było tak cicho, że prawie nikt nic nie słyszał. Ale nie ja; dodatkowym atutem uprzywilejowanego miejsca okazała się woda, która w myśl znanej zasady akustycznej (leć głosie po rosie) ślicznie przenosiła dźwięk.

Wróćmy jednak do duetu. Dowiadujemy się, że Fioletowa jest letniczką, zaś Okrągły to ratownik (żeby się uwiarygodnić, co kilka taktów używa gwizdka). W pewnej chwili czyni jakąś nietaktowną — choć ogólną w charakterze — uwagę o cellulitisie, co Fioletowa bierze do siebie. W rewanżu przesyła Okrągłemu koszyk z trzema pomarańczami, co w kraju jej pochodzenia (nie do końca wiadomo czy chodzi o Nepal czy Arubę) oznacza odrzucenie zalotów w fazie przedwstępnej. Okrągły, który ani myślał o romansie z Fioletową właśnie teraz czuje się dotknięty w swej męskości i na przekór postanawia spróbować (aria Ona jeszcze nie wie, co wiem już ja). Im bardziej jednak się stara, tym więcej pomarańczy przysyła mu Fioletowa. W końcu — nie mogąc przejeść ich ilości — postanawia otworzyć stragan z cytrusami. Widząc to Fioletowa rozpuszcza wśród letników (zgodną z prawdą) pogłoskę, że Okrągły sprzedaje coś, za co nie zapłacił. Zawsze czujna obywatelsko grupa Młodzianków Napuchniętych w mundurach o sportowym kroju w stylu legia niecudzoziemska, biorze sprawy (to jest pomarańcze) w swoje ręce (kapitalny chór: Wyklęci, bierzcie i jedzcie, to wasze). Obżarci do nieprzytomności używają owoców jako amunicji do obrzucania spacerujących letników. Zaginają zwłaszcza parol na grupę marynarzy z peruwiańskiego żaglowca, który przypłynął tego ranka z wizytą kurtuazyjną. Traf chce, że któryś z owoców trafia w twarz jedyną dziewczynę z żaglowca „Victoria”, maskotkę załogi, która nosi imię — no jakie? — oczywiście, Victoria! Peruwiańczycy śpiewają coś o honorze Majów, na co Młodziankowie Napuchnięci (na melodię Jesteś szalona) intonują pieśń Wiwat maj, trzeci maj! Peruwiańscy Majtkowie wszczynają bójkę z Młodziankami Napuchniętymi. Albo odwrotnie. Nie ważne kto wszczyna, ważne że jest wszczęte. W tym czasie jakieś dziecko topi się kilkadziesiąt metrów od plaży, ale Okrągły nic nie widzi i nie słyszy, bowiem przebiera się w strój rodem ze słonecznego patrolu, sądząc, że tym zaimponuje Fioletowej. Nie będąc do końca pewnym czy topienie się dziecka jest w partyturze rzuciłem się na pomoc, ale dziecko okazało się ucharakteryzowanym płetwonurkiem, który trzasnął mnie płetwą i pogroził harpunem. Być może wprowadziłem jakiś nieład w libretto. A może płetwonurek zabezpieczał imprezę od morza? Paniczną żabką udało mi się powrócić na boję. W międzyczasie sprawy nabrały rozmachu. W ruch poszły parawany i leżaki. Odnosiło się wrażenie, że wszyscy walczą ze wszystkimi. Na moment błysnął w orkiestrze motyw Bogurodzicy. Przyjeżdżają służby mundurowe. Policja bierze stronę legii niecudzoziemskiej, natomiast straż pożarna dołącza do Peruwiańczyków. W końcu straż przybrzeżna polewa z kutrów całe towarzystwo strumieniami wody. Radosne odgłosy naparzanki mieszają się z błyskotliwym finałowym Allegro. Efekt jest iście genialny: nie wiadomo czy zaaranżowany czy przypadkowy, a jeśli tak, to na potwierdzenie tezy, że życie/przypadek jest najlepszym reżyserem, oczywiście nie aż tak dobrym jak Albin Modry, ale też niewiele gorszym. Tak kończy się akt pierwszy, choć utarczki długo jeszcze trwają i w bardziej kameralnych obsadach przenoszą się w ustronne części plaży i miasteczka.

Po niezwykle rozbuchanym finale następuje prawie dwugodzinna przerwa, oczywiście przewidziana w partyturze. Trzeba przecież opatrzyć rannych, posprzątać plażę, wyciszyć emocje. Przezornie nie opuściłem swej miejscówki. W pobliżu krążyła grupka rekinów (chyba finansjery, bo garnitury zębowe miały/mieli nienaganne) czyhających na okazję. Próbowałem złowić jakąś rybę, choćby ukulele, ale nic się nie ukleiło. Na szczęście miałem przy sobie puszkę szprotek, którą otwarłem za pomocą okularów. Niewielką część zawartości, która przy okazji nie wpadła do wody zjadłem ze smakiem. Popiłem słoną wodą. Ach, jak mi się potem chciało pić… Ale czym jest łaknienie wody przy pragnieniu prawdziwej sztuki? Tę miałem zagwarantowaną.

Akt II

Noc. Gaśnie światło (mówiąc precyzyjniej w ogóle się nie zapala, złośliwi twierdzili, że zakład energetyczny postawił organizatorom po pierwszym akcie ultimatum: albo płacicie za konsumpcję (chyba prądu?) w akcie pierwszym, albo blackout, ale lepiej zorientowani mówili znowu, że to jeden z genialnych pomysłów Albina Modrego).

Aria a capella Fioletowej Pod rozgwieżdżonym niebem. (Szlag! Akurat się zachmurzyło.) Publiczność wodzi wzrokiem za ledowym wiankiem spinającym i oświetlającym włosy artystki. W jej dłoniach lśni butelka ze smorodinówką (stąd pospolita nazwa: aria z butelką). Fioletowa popija w wolnych chwilach (krótkie interludia orkiestry à la Bartók). Cierpię na ciało, zawsze mi mało, mało i biało — skarży się, nie rozstrzygając czego mianowicie dotyczy niedostatek.

Na scenę wkracza Okrągły, ubrany tym razem w strój kowbojski. Nie widzą się, mijają, ale tenor przejmuje od sopranu ostatni dźwięk i teraz on z kolei żali się do księżyca (Cierpię na braki, tu brak kobiety, tu brak tabaki; tzw. aria z puszką piwa, z dokładnie zamalowanym logo producenta).

Trochę rozczarowani godzimy się z myślą, że ilość głównych bohaterów będzie w spektaklu ograniczona. Ale nie! Pojawiają się nowi. No, może niezupełnie. W barczystym barytonie rozpoznajemy przywódcę Młodzianków Opuchniętych. I teraz: nie wiedzieliśmy (bo i skąd mieliśmy wiedzieć?), że nosi on ksywkę Interfejs. Niczym u genialnego dentysty, wszystko się zazębia! W życiu codziennym Interfejs jest właścicielem smażalni ryb. I to nie byle jakich. Chodzi o rzadki gatunek międzymorda bałtyckiego, którego ławica pojawia się niekiedy w pobliżu plaży, a którego filety są — jak melorecytuje — wykwintnym przysmakiem. Prawą ręką Interfejsa jest niejaki Bejsbol, adiutant w grupie Młodzianków Napuchniętych, i szef kuchni w smażalni. Z równą wprawą posługuje się patelnią, co bejsbolem — śpiewa kwintet podkuchennych, darzących swego szefa ni to uwielbieniem, ni pogardą. Bejsbol to partia dla kontratenora: jego karkołomnej arii Mnie tam za jedno towarzyszą jedynie cztery piszczałki podwójnostroikowe, gwarowo zwane pierdzielami. Efekt jest… Tego nie da się opisać. Tego trzeba posłuchać! Dźwięk pierdzieli niósł się daleko w morze, myląc kutry i mniejsze jednostki handlowe co do lokalizacji latarni morskiej. Zasłuchani szyprowie nie mieli jednak pretensji do artystów, a skutki paru kolizji sami wyklepali rybą młotem nudząc się na mieliźnie (koniec dygresji). Smażalnia międzymorda bałtyckiego jest tylko przykrywką. Nocami, zwłaszcza bezgwiezdnymi (choć jak na złość teraz się rozpogodziło) mają tu miejsce ciemne interesy. Na przykład sprzedaż trawy. I nie chodzi o żadną marychę, tylko o najnormalniejszą trawę, której sprzedaż w nasionach została zakazana przez Unię. Oficjalnie można ją nabywać tylko w rolkach. Do smażalni ściągają typy spod ciemnych gwiazd. Pokątni handlarze żurawiną. Onomatopeje, czyli ludzie, którzy nie mogą opanować się przed dźwiękowym naśladownictwem. Terroryści w końcu. Bowiem smażalnia jest także nieoficjalną kafejką internetową, z której można korzystać bez logowania. W czasach RODO, komfort prawie niewyobrażalny. Interfejs jest bezideowy. Przyjmie pod blachofalisty dach każdego, kto mu tłusto zapłaci (dlatego niektórzy moczą zwitki banknotów w starym oleju). Bejsbol nie do końca się z nim zgadza. Uważa, że pod żadnym pozorem nie powinno się robić interesów z kobietami przebranymi za karły. Ale czuje respekt przed szefem. Nocne interesy Interfejsa nie zawsze idą w parze z dziennymi. Aby nałowić choć parę sztuk międzymorda bałtyckiego trzeba się mocno  natrudzić. Pomagają w tym Młodziankowie Napuchnięci. Teraz zresztą wyjaśnia się dlaczego są napuchnięci. Otóż, międzymord ma w swoim międzymordziu rodzaj szpikulca, którym kłuje napastnika. Jad wstrzyknięty w ciało nie jest groźny, ale skutkuje opuchlizną miejscową, a następnie rozlewa się po całym ciele. Więc młodziankowie nie są niezdrowi, ale napuchnięci owszem. Mało tego, igrają nie tylko z żądłem międzymorda, ale także z prawem i to międzynarodowym. Okazuje się, bowiem, że Unia wzięła zagrożoną rybę pod swoje skrzydła (czy raczej płetwy), bezwzględnie delegalizując jej połowy. Skoro Unia delegalizuje tylko połowy, to drugie połowy powinny być legalne —  snuje błyskotliwe bariolaże jeden z legionistów niecudzoziemskich. Oficjalnie w smażalni serwuje się sztokfisza. Jednak koneserzy dobrej kuchni wiedzą swoje. Za cenny (tym cenniejszy, że nielegalny) przysmak są gotowi płacić naprawdę słono; nie dość że filet ze sztokfisza à la międzymord kosztuje czterokrotnie więcej niż u konkurencji, to jeszcze trzeba dorzucić paczkę soli morskiej. Unia wysyła czasem agentów, w przebraniu oczywiście. Na scenie pojawia się teraz cała plejada postaci (babcie klozetowe, politycy prawicy udających lewicę i odwrotnie, krasnale, buszmeni) śpiewających krótkie kuplety (stylistycznie gdzieś między Leharem a Bernsteinem). Ale to przypadkowe postacie.

Akcja przenosi się na drugą stronę sceny, do budki z lodami. Chór znudzonych milusińskich nareszcie może wystąpić. Żal mi było rozespanych dzieciaków, ale cóż robić, niech wdrażają się do niełatwego zawodu artysty scenicznego. Dzieci śpiewają wpadającą w ucho fugę podwójną: Salmonella (dziewczynki) i gronkowiec (chłopcy). Scena ta stanowi urocze interludium, bez dalszych konsekwencji.

Zanim jednak wrócimy pod smażalnię, jeszcze pyszna scenka rodzajowa. Dwójka mężczyzn (starszy — szczupły i siwy, młodszy — gruby i łysy) usiłuje udowodnić swoje pierwszeństwo do plażowego kosza. Oglądamy uroczo wygestykulowaną pantomimę Pan to mi może, przy czym nie wiadomo czy chodzi o „morze” — wówczas rozumielibyśmy tekst jako „jesteś mi pan morzem”, czy raczej „może” i wówczas „może mi pan wykonać jakąś bliżej nieokreśloną czynność”; licentia poetica, ma tym polega wieloznaczność i siła dobrej literatury! Nie pada ani jedno słowo, ale kilkuminutowe pas de deux baletmistrzów, którzy jak huragan wpadają na scenę i tańczą za plecami mężczyzn (wyobraźcie sobie jakby Czajkowski skomponował fandango) wydaje się tu jak najbardziej na miejscu (choć puenty tancerzy grzęzną niemiłosiernie w piasku). Zapamiętajmy starszego (szczupłego i siwego) z dwójki mężczyzn. On jeszcze się pojawi…

Wróćmy jednak pod smażalnię, w progu której staje!… No tak, tego się można było spodziewać. Kobieta przebrana za karła. Przeznaczenie… — mruczy Bejsbol w des-moll. A kobieta usiłuje sprowokować sprzedawców. Ta ryba stęchłą jest — śpiewa dźwięcznym mezzosopranem w pełnych niepokoju kwartach zwiększonych. Robi się z tego dramatyczny tercet. Sami pani jesteś stęchłą — odpowiada Bejsbol w absurdalnie wysokim rejestrze (Bejsbol im bardziej zdenerwowany, tym wyżej śpiewa), a Interfejs — może dla niepoznaki — dorzuca Cała ta buda jest stęchła! — po którym to wyznaniu kobieta przebrana za karła zanosi się kaskadami sztucznego śmiechu. Publiczność trochę nie wie, jak reagować, ale śmiech jest zaraźliwy. Wkrótce wszyscy ryczą, płaczą, zagdakują się. To najweselszy fragment opery! Lecz, niestety, wesołość nagle się kończy. Wyprowadzony z równowagi Bejsbol próbuje uderzyć pałką kobietę przebraną za karła, ale na drodze staje mu ramię Interfejsa, w którym obudziły się resztki rycerskości. Miast w kobietę, pałka uderza w rynnę z gorącym olejem, który zalewa nieszczęsną. Ta jednak błyskawicznym ruchem ściąga z siebie przebranie, by okazać się umundurowanym agentem Unii. Fatalne przeczucia Bejsbola sprawdzają się. Z połowu wracają właśnie Młodziankowie Wyjątkowo Opuchnięci (mało ryb, dużo ukłuć). Zaś rozgrywający po ciemku partię tryktraka Peruwiańczycy okazują się (w części) zakamuflowanym oddziałem szwedzkich ekologów. Tym razem scena nie przypomina już wesołego ludycznego finału z pierwszego aktu. Tu przemoc może eskalować do nieznanych granic. Wykorzystując zamieszanie Interfejs próbuje uciec, ale wpada w sieci zastawione na dżdżownice. Już się nie wywinie. Agent Unii spina mu dłonie kajdankami. Otoczeni kordonem Szwedów odchodzą w kierunku miasteczka. Legia niecudzoziemska zagrzewana kontraltem Bejsbola podąża za nimi. Ich śladem idą dzieci dojadające lody. Scena pustoszeje. Tylko Peruwiańczycy grają w siatkonogę na niby (bez siatki i bez piłki, co nadaje scenie wyraz na wskroś dramatyczny). Na ziemi leży Fioletowa, która w samobójczym szale (a może szalu?) obaliła pół litra smorodinówki. Okrągły ćwiczy rzuty lassem. Jeszcze nie wrócił z wewnętrznej emigracji, na którą udał się z powodu obojętności Fioletowej.

Zza kulis dochodzą cichnące dźwięki chóru Młodzianków Już my wam kuchnia pokażemy. Ktoś mówił, że nie „kuchnia” to brzmiało, i miało liczbę mnogą, ale ja trzymam się wersji kuchennej, jakże tu przecież adekwatnej.

Kurtyna! Oczywiście spaść nie mogła, bo jej nie było. Zmrok też dawno zapadł. A mówiąc precyzyjniej, na horyzoncie różowiła się już zapowiedź świtu. Co za atmosfera!

Akt III

Teraz widać, jak precyzyjnie kompozytor i reżyser sprzęgli swe wysiłki. Pierwszym promieniom wschodzącego słońca towarzyszą dźwięki jako żywo przypominające Morgenstimmung z suity Peer Gynt Edwarda Griega. Ci, którzy jeszcze nie zasnęli trą zapiaszczone oczy. Pozostali (większość), budzą się i wycierają oczy zapiaszczone snem. Nagle słońce oślepia wszystkich (mnie nie, bo mam je z tyłu). Naszym oczom ukazuje się zaimprowizowana na miejskim rynku wokanda sądowa. Okazało się, że lista przewinień Interfejsa jest dłuższa, a przede wszystkim — poważniejsza. Jest oskarżony nie tylko o sprzyjanie przestępczości zorganizowanej, ale również o morderstwo, którego miał dopuścić się pięć lat wcześniej na słowackim kolejarzu. Kolejarz należał do grupy patriotów i nie chciał obsługiwać nikogo, kto nie posługuje się słowackim. Interfejs odpowiedział Słowackim, ale Juliuszem, co konduktorowi się nie spodobało. Postanowił wlepić Interfejsowi solidny mandat. Jednak Interfejs nie znosi kleju, pociągnął więc za hamulec bezpieczeństwa. Słowacki kolejarz, którego ręce zajęte były wypisywaniem mandatu nie zdążył się niczego uchwycić i wyleciał przez okno, wprost pod nadjeżdżający z przeciwka pociąg towarowy relacji Soczi — Rimini (króciutka aria Riminiscencje). Interfejsowi udało się zniknąć. I myślał, ba, był pewien, że o sprawie zapomniano. Aż do dziś…

Sąd składa się z obywateli miasteczka. Przewodzi im osiemdziesięciodwuletni sędzia Sądu Najwyższego z Kanady, posiadający plenipotencje do sprawowania swego urzędu zawsze i wszędzie, a także wszem i wobec (uprawnienia te otrzymał od starszyzny szczepu indiańskiego z okolic Saskatchewan). Zaraz, zaraz, czy myśmy go już gdzieś nie widzieli? Ależ oczywiście! To jeden z mężczyzn (szczupły i siwy) walczących w drugim akcie o kosz! Sędzia odbywa tego lata podróż sentymentalną wybrzeżem, szukając korzeni (ze szczególnym uwzględnieniem korzeni mandragory, zwanego zielem(?) mądrości). Poprzedniego wieczoru — po przegranym pojedynku o kosz — stał się niemym świadkiem (bo sędzia jest naprawdę niemy) wydarzeń koło smażalni.

Co oskarżony ma na swą obronę? — gestykuluje Sędzia, ilustrowany wymownie przez harfę i pierwszy pulpit drugich skrzypiec. Nic, absolutnie nic — śpiewa Interfejs przejmująco szczerze, a towarzyszą mu altówki w sekstach (chyba). Myślałem, że nigdy już nikogo nie zabiję, ale widzę, że to było tylko moje międzymordzie (aha! oto kolejne znaczenie tytułu!). To mówiąc rzuca się na Sędziego z Saskatchewan, próbując udusić go kajdanami. Stój! — krzyczy agent Unii, głosem dziwnie wysokim. Okazuje się, że i to była maska! Agent zdziera z siebie kolejne przebranie, okazując się kruchą Irlandką o imieniu Jenny. W monologu z towarzyszeniem całego kwintetu i połowy trąbki dziewczyna wyśpiewuje swą historię. Któregoś razu nie powycierała na czas talerzy, co tak zdruzgotało męża, że zszedł był. Zszedł był do baru co prawda, ale tam nie mógł wyjść ze zdumienia, i pił tak długo, aż w końcu mu się udało zejść ostatecznie, a tym samym przestał się dziwić czemukolwiek. Między Jenny a Interfejsem wybucha nagłe uczucie, płomienne jak rude włosy Irlandki. Wzruszony Sędzia z Saskatchewan, który już gotów był ogłosić Interfejsa winnym stawianych mu zarzutów, nagle zmienia werdykt. Słowacki kolejarz wypadł przez okno w wyniku nieszczęśliwego przypadku — gestykuluje. Za przestępstwa związane ze smażalnią, sędzia grozi Interfejsowi tylko palcem. Okrągły, porwany tak wielką wspaniałomyślnością pada do stóp Fioletowej i drżącym głosem śpiewa: Padam do twoich nóg i nie będę już mordował fók. Trochę niejasne, czy chodziło o foki (wtedy powinno być przecież „fok”), czy może jednak o fugi, które w istocie mordował niemiłosiernie (wraz z chórem Napuchniętych) już od pierwszego aktu. Skruszony nagle Bejsbol przystaje do szwedzkich ekologów. Za to jeden z Peruwiańczyków wyznaje, że od zawsze marzył by kucharzyć nad Bałtykiem. Jeden z Napuchniętych (a jam marzył o żaglach i podróżach, alem wstydził się przyznać, bo to obciach), zajmuje jego miejsce pośród załogi „Victorii”. To ten sam, który w pierwszym akcie trafił Victorię w oko. Teraz sam jej w nie wpada. Następuje jeszcze parę transferów, ale generalnie bilans się zgadza. Nikt nie jest poszkodowany. Wszyscy są szczęśliwi. Tylko Sędzia z Saskatchewan jest jakby smutny. Czy jego gesty mówią: gdzie te cholerne korzenie? czy raczej: co to za radość ferować wyroki, gdy nic nas nie ogranicza? — pozostanie zagadką. Monumentalne dzieło kończy się wspaniale zinstrumentowaną i z patosem zaśpiewaną (po łacinie) pieśnią Kiedy ranne wstają zorze. Białawe chmurki przeciągają nad czerwonawym niebem. Nawet Modry by tego lepiej nie wymyślił, ale jeśli to on, to… czapki z głów.

Trudno powiedzieć, jak wiele z oglądanych treści zawartych jest bezpośrednio w libretto, a ile dodał od siebie Albin Modry. Do tej pory widziałem tylko jedną inscenizację dzieła (DVD), semisceniczną wersję z Festiwalu Sztuk Śpiewanych w Lagos, w wykonaniu cesarskiej opery z Seulu (zwaną spektaklem w tiulu, z uwagi na ażurowe stroje wykonawców). Całość różniła się dość znacznie. Ale trudno się dziwić: plażowa wersja powstała w koprodukcji naszej wiodącej sceny i Festiwalu Opery w Toronto (skąd pewnie wzięła się inspiracja dla postaci sędziego z Saskatchewan, który w seulskiej wersji był instruktorem maoryskiego tańca haka z Wellington).

Otrzymaliśmy spektakl jednorodny aż do bólu. Homogeniczny, a może nawet homogenizowany (niczym serek żychliński, był taki przysmak przed laty). Jedno wypływało z drugiego, a w najgorszym razie wpływało weń. Publiczność tak była odurzona logiką i ogromem przedsięwzięcia (całość trwała dłużej niż Zmierzch Bogów Wagnera), że została rozłożona na łopatki. I na puszki. Dosłownie. Każdy przykładał głowę do czego mógł.

Jeszcze o muzyce. Kohoutek idzie drogą, którą sam sobie wyznaczył. Jestem jak kometa — powiedział w wywiadzie — nie zbaczam z kursu. To prawda. Na jednoznaczności stylistycznej nie da się kompozytora przyłapać. A choć czasem posuwałem się do skojarzeń z muzyką innych twórców, to tylko po to, aby udźwięcznić przekaz. Powiedzmy jasno: u Kohoutka dur unika moll, nie lubi go wręcz, tonalność policzkowana jest przez awangardę, awangarda przez postawangardę, postawangarda przez postpostawangardę, a ta w końcu przez posttonalność. A ten walc na cztery poprzedzający chóry dziecięce? Majstersztyk! Instrumentacja oryginalna do tego stopnia, że niektórzy otwierali buzie ze zdumienia. Muzykom grającym na instrumentach dętych sprawiało to pewne kłopoty, za to publiczność uzyskała komarową zakąskę gratis. Jeśli chodzi o kwintet, kapitalny był pomysł grania non vibrato i używania smyczków barokowych. Przez anemiczne brzmienie łatwiej przebijały się oscylujące w granicach całego tonu wibracje śpiewaków (z wyłączeniem Sędziego z Saskatchewan). Ten kontrast był jak godzenie piasku z wodą, ziemi z niebem, ognia z powietrzem. Nad wszystkim górowała pewna ręka prof. dr. hab. Olega Haliny Kurkvemodo. Mówię „ręka”, ponieważ prof. dr. hab. Oleg Halina Kurkvemodo jedną rękę miał w gipsie (i to właśnie ona górowała). A to od nierozważnego używania batuty. W trakcie próby odbił się tak wysoko, że spadając złamał obojczyk.

Słowo o orkiestrze. Docenić należy, że grając w kanale wykopanym w piasku w ogóle była słyszalna. Przecież niedogodności — nie licząc mizernych warunków akustycznych — było mnóstwo. Migrująca publiczność powodowała nieustające osuwy i osypy, co sprawiało, że muzycy ciągle musieli się odgrzebywać. Ci, którzy mieli akurat wolne (w partyturze), używali dziecięcych łopatek do usuwania nadmiaru piasku (na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania, każdy z muzyków dostał przed spektaklem łopatkę i wiaderko), co koniec końców owocowało obniżaniem się dolnego pułapu, a to z kolei groziło przemoczeniem. Grunt przesiąkał i muzycy siedzieli z nogami w wodzie. Co jakiś czas dochodził z jamy głośny okrzyk: „jest!”. I wcale nie chodziło o to, że muzycy oglądali akurat (bo wiem, że oglądali) półfinał mundialu, tylko czasem trafiali na bursztyny. Podobno handel wymienny muzycy — publiczność kwitł w trakcie spektaklu, a po początkowym zainteresowaniu bursztynami słuchacze za każdą cenę odkupywali łopatki, żeby się na nich rozłożyć. I dobrze. Niech sobie chłopaki (i dziewczyny) trochę dorobią!

Soliści, jako się już rzekło, genialni. Chór wspaniały, choć nieliczny. Śpiewacy dwoili się i troili — to jeszcze normalne — ale potem też czworzyli się i pięciorzyli — co dawało efekt niezwykły — a kiedy jeszcze sześciorzyli się i siedmiorzyli — publiczność wpadała w multiplikalną ekstazę!

Łyżka dziegciu na koniec. Firmie odpowiedzialnej za sanitarne zabezpieczenie imprezy gratulujemy logo. Ptak siedzący na nocniku z herbem naprawdę robi wrażenie. Ale kabin powinno być po prostu więcej.

P.S.

Swoje sprawozdanie piszę i wysyłam bezpośrednio z boi. Otoczyła mnie ławica rozwścieczonych międzymordów. Ponieważ nie chcę dołączyć do Młodzianków Napuchniętych, muszę cierpliwie czekać, aż odpłyną.

Tagged with:

Z ptasiego na nasze

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2018

Ptak popularnie zwany synogarlicą turecką (o mój Boże!…), ma też bardziej swojską nazwę, sierpówka (thanks God!). Rolnicy zbyt dosłownie ją traktując, chcieli przyuczyć sierpówki, aby wraz z kosami pomagały w sianokosach, ale szło to jakoś po skosach, więc dano ptakom spokój. Największy gołąb europejski nosi natomiast miano grzywacza, choć jakąś szczególną plerezą nie dysponuje. Jak rozpoznać ptaszęta po głosie? Pierwszy z nich z upodobaniem powtarza: „hu-huu-hu” (z akcentem na drugą sylabę), zaś drugi zagruchuje się: „hu-huu-huu-hu-hu” (z przedłużonymi sylabami drugą i trzecią). Ale gdy się wsłuchać… To nie żadne „huhuhu”, tylko wyraźne: „chcę-cu-kru”. Paralelnie: nie „huhuhuhuhu”, tylko: „ja-też-chcę-cu-kru”. Ptaki, inteligentne stworzenia, mówią po naszemu! Jednak, co ciekawe, zaśpiew grzywacza po kilku powtórzeniach urywa się na pierwszej sylabie: „ja-też-chcę-cu-kru, ja…” „Ja?”. „Ja!”. Ptaka zadziwia nagle i upaja własna podmiotowość. Ornitologia ontologią się staje. Trywialne i wtórne (po)żądanie słodyczy, ulega zachwianiu w epistemologicznym paratyglu klucia się ptasiej samoświadomości. A że ptaki lubią filozofię, potwierdzają również kury. Iść spać z epi-kurami, to nic innego jak wcielać w życie podstawowe założenia epikureizmu (co koguty upraszczają na „róbta co chceta”).

Jak sobie pościelesz…

Posted in Uncategorized by hajton on 15 czerwca 2018

Wielu z nas ma kłopoty ze spaniem. Postanowiłem zbliżyć się do źródła problemu, a co za tym idzie, do jego rozwiązania.

Otóż my zbyt często śpimy nie u siebie. Nie na naszym. Dowody? Już sypię.

Co stoi w naszych domach? Na czym próbujemy się co najmniej zdrzemnąć? Na sofach, kanapach, otomanach, wersalkach, tapczanach, a nawet pryczach. Tymczasem oprzyjmy się (nie za mocno, żeby nie zasnąć) na definicjach ze Słownika Wyrazów Obcych PWN.

Sofa (tur. sof(f)a = kamienna ławka, arab. suffat): niska miękka kanapa zwykle z wałkami zastępującymi poręcze i oparcie.

To jak to tak? Kamieniem spać, owszem. Ale na kamieniu?!

Kanapa (fr. canape łac. conopeum) mebel służący do siedzenia, wyściełany, zwykle z oparciem i poręczami, mogący pomieścić kilka osób.

No właśnie, do siedzenia! A może do jedzenia? Kanapa, duża kanapka, trudna do jedzenia widelcem… Lepiej to zostawmy. Albo jedzenie albo spanie! A to łacińskie conopeum? Czy nie za bardzo z konopiami się kojarzy? Czyli z trawką? Jak tu spać, jak człowiekowi chce się śmiać, a potem jeść? I jeszcze ta sakramentalna fraza, ten żoniny wyrok, ta degradacja w małżeńskiej hierarchii: (od) dzisiaj śpisz na kanapie!…

Otomana (fr. ottomane) niska kanapa z bocznymi wałkami zamiast poręczy i miękkim oparciem.

Zaraz, jak to z francuskiego? Imperium ottomańskie to może francuskie było? Otóż nie! (Ottomańskie imperium, określenie państwa Turków osmańskich w Anatolii, Encyklopedia PWN). Pod kołderką francuskości bisurmańskie materace nam wciskają. To prawie jakby spać po multańskiej stronie. Nie da się!

Tapczan (tur. dosłownie podwyższenie, miękka ława, z chiń. tao-cang = miejsce sakralne), dawniej ława do spania, prycza, także: obicie podium lub tronu.

Mój Boże, jak tu spać na miejscu sakralnym, w dodatku chińskim. A chińskie wróble ćwierkają, że z Mongolii to przywędrowało, prosto od Czyngis-chana. Zaś Czyngis-chan kojarzy nam się z łupami, trupami, sabotażami i naszym ulubionym tatarem, ale przecież nie ze snem, chyba że wiecznym!

Wersalka — kanapa rozkładana mogąca służyć jako tapczan do spania.

Wersalka? A dlaczego nie wilanówka? W dodatku „kanapa” (patrz wyżej) „mogąca służyć jako tapczan” (patrz wyżej). Takie nagromadzenie obcości, że nie tylko spać się nie chce, ale wszystkiego w ogóle się odechciewa.

Prycza (niem. pritsche) prymitywne łóżko, rodzaj szerokiej ławy zbitej z desek. Nein, dziękuję, postoję… Niech ci na nim śpią, co je wymyślili.

A już taki barłóg.

1. posp. «nędzne, nieporządne posłanie» 2. «dzienne legowisko niedźwiedzia lub dzika» (Słownik Języka Polskiego PWN)

ad. 1 — Co z tego, że nędzne i nieporządne. Co z tego, że dzienne? A to w dzień spać nie można? Ważne, że nasze jest! Tylko czy na pewno? A co, gdy:

ad. 2 — właściciel barłogu (niedźwiedź, dzik) wróci nie w humorze? Co, jeśli zdradziecka morda nie okaże gościnności?

Dlatego właśnie pierwszym i jedynym wyborem pozostaje: łóżko (Słownik Języka Polskiego PWN) mebel przeznaczony do leżenia i spania.

Po prostu! Tylko tyle i aż tyle! W dodatku aż trzy — ł, ó, ż — z pięciu liter to polskie znaki diakrytyczne (jeszcze nie „zażółć gęślą jaźń”, ale kierunek słuszny!).

Koniec z kosmopolityzmem. Powyrzucajmy wszelkie pokraczne sprzęty. Zainstalujmy łóżko, może być ze skromnym baldachimem. Stójmy w stojakach. Chodźmy po chodnikach (a nie po trotuarach), najlepiej w chodakach. Siedźmy zadami na zydlach. Kładźmy się na kładce. Klęczmy na klęczniku. Leżmy na leżance. A śpijmy wyłącznie w śpiochach (broń Boże w piżamie!). A jeśli się mimo wszystko nie wyśpimy, to wstańmy mężnie i pod dyktando radia i telewizji uprawiajmy gimnastykę ciała i umysłu. Niech nam atletyka lekką będzie. A gdy już uda się wytępić resztki (obcych) cywilizacji, godnie pozwólmy się nieść w lektyce. Jak to, „lektyka nie nasza”?! Nasza. Swojska. I „lek” nasz. I „tyka” tyż. Żeby ino nosić było komu.

Przepaść

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 Maj 2018

Mała nie mogła pogodzić się, że królików już nie ma. Były z nią od kiedy pamiętała, a potem nagle odeszły. Wieczorem narwała liści mleczu i jak kiedyś, jak zawsze, zaniosła je zwierzątkom, a właściwie kamieniom, pod którymi spoczywały. Niecierpliwie czekała na ranek. W końcu zmęczona czuwaniem, usnęła. Śniło się jej, że idzie nad przepaścią. Lichy mostek kołysał się coraz bardziej. I kiedy już, już bała się, że spadnie, zobaczyła je. Po obu stronach urwiska siedziały jej ukochane króliki. Trzymały w zębach końce linowego mostku i ani myślały go puścić. Rano pobiegła do ogrodu. Mlecz był nieruszony. No jasne! Króliki miały w nocy inne zajęcia.

W sensie ścisłym

Posted in książki, literatura, nierecenzje by hajton on 20 Maj 2018

Kilka ostatnich dni upłynęło mi w towarzystwie Dziennika Jerzego Pilcha. Powiedzieć, że była to przyjemność, to nic nie powiedzieć. Była to bowiem — że powiem coś od siebie — literacka przyjemność w sensie ścisłym. A w sensie jeszcze ściślejszym, przyjemność audioliteracka, ponieważ Dziennika wysłuchałem (w sensie najściślejszym dodam tylko, że dysponuję także materialną formą książki, do której raz po raz zerkałem). Czytał nie kto jak inny, jak Krzysztof Gosztyła. Mój dawny kolega z Liceum Muzycznego, przy czym z klasy wyższej, więc może mnie nie pamiętać. Gdyby jego kariera potoczyła się inaczej, gdyby stał się równie dobrym muzykiem, co jest lektorem/aktorem (ostatnio widzianym przeze mnie w Teatrze Ateneum, w Transatlantyku i Kandydzie), to polska, a może i międzynarodowa wiolonczelistyka ma czego żałować.

Jerzy Pilch śmieszy (w sensie rozśmiesza), tumani (w sensie wzniecania tumanów skojarzeń i erudycyjnych odniesień), przestrasza (w sensie ukazywania grozy przełomu istnienia i nieistnienia, a także daremności ludzkich starań o jej złagodzenie). Jest więc — można powiedzieć —  panem Twardowskim polskiej literatury (w sensie czaruje). Z równą łatwością — i nie mniejszą swadą — uderza w tematy poważne, a nawet najpoważniejsze, typu śmierć, co błahe, a nawet najbłahsze, typu futbol, choć stwierdzeniem, że futbol jest rzeczą błahą naraziłbym się na pogardliwe machnięcie autorskiej ręki. Prowadzi nas — chybotliwą niekiedy —  kładką między morzem katolicyzmu, a jeziorkiem luteranizmu. Od rodzinnej Wisły, poprzez Kraków, miasto z nadreprezentacją poetów (kapitalna opowieść o twórcy czarnej poezji, który wybrał niewłaściwą Muzę), do Warszawy, prowincjalnego miasta, będącego centrum wszechświata. Cierpliwie i bez zacietrzewienia wykazuje niedociągnięcia logiczne w wywodach literatów i intelektualistów. Kpi z nieuzasadnionego patosu w sztuce i polityce. Polityków rozkłada zresztą na łopatki; nie, właściwie pozwala im rozłożyć się samodzielnie. W zamian przywraca postacie zapomnianych artystów, na przykład kompozytora Jana Sztwiertni („talent tej skali w Europie się nie zmieści”, mówili jego nauczyciele), który zakończył młode życie w obozie koncentracyjnym w Gusen.

Trochę skarży się na świat, ale też nie pozostawia wątpliwości, że jest to mimo wszystko najlepszy ze światów. Trochę narzeka na niedostatki zdrowia i psikusy pamięci (opowieść o wyjściu do miasta w dwóch różnych butach; chciałbym pocieszyć Autora, że pewna wybitna skrzypaczka permanentnie występuje w dwóch różnych trzewikach, co ma zapewne podkreślić złożoność jej osobowości; na argument, że co innego dwa różne buty z wyboru, a co innego z niewyjaśnionych przyczyn odpowiem, że w drugim przypadku odpada przynajmniej koszmar wybierania).

Daje też popalić Panu Bogu, poddając w wątpliwość Jego byt, koniec końców jednak przyznając, że Stwórca istnieje, gdyż bez Niego literatura utraciłaby sens. Dobra literatura to próba odpowiedzi na pytania elementarne, a cóż bardziej elementarnego niż roztrząsanie skąd (ewentualnie w jakim celu) przychodzimy i dokąd (ewentualnie w jakim celu) zmierzamy. Wyeliminowanie z tego obszaru dociekliwości postaci Głównego Architekta, byłoby dla człowieka aktem prawdziwie samobójczym. Z podobnych zapewne powodów ubolewa Autor nad wyparowaniem diabła z literatury i świadomości („wygumkowaliście Szatana i myślicie, że ujdzie wam to na sucho?”). Otóż na ten temat (jak zresztą i na wiele innych) chętnie porozmawiałbym, bo ja nie tylko wspomnianego osobnika nie wygumkowałem, ale wręcz przeciwnie, napisałem o nim co nieco, choć (prawie) nikt o tym nie wie.

Największą miłością autora jest klub piłkarski Cracovia. Co prawda, w chwili wzburzenia kibicowskiego także jej byt zanegował, a raczej postanowił go zlekceważyć, ale, wolne żarty. Bez kogo i czego, jak bez kogo i czego, ale bez Cracovii życie na pewno nie ma sensu. Podobnym — choć może nie aż tak płomiennym — uczuciem darzę Pogoń. Podobnie jak Autor uważam, że największy sens futbolu zawiera się w wymiarze lokalnym (bo i wstyd na lokalnym pułapie się kończy, a przecież tu w ogóle nie o poziom sportowy idzie). I tu mam dla Autora smutną wiadomość. Wczoraj odbył się ostatni mecz sezonu 2017/18, w którym Cracovia podejmowała Pogoń. Ujmując rzecz łagodnie, to nie gospodarze wygrali mecz w stosunku 4:1. Na otarcie łez dodam, że Cracovia mimo porażki wygrała grupę spadkową, została więc jakby małym mistrzem Polski. Z całego serca życzę Autorowi, aby jego ukochany klub zdobył kiedyś prawdziwy tytuł mistrzowski. Najlepiej wtedy, kiedy Pogoń wygra Champions League, a Polska zostanie mistrzem świata.