oto I owo

Sikacz

Posted in Uncategorized by hajton on 14 października 2017

„Wódka Wyb! 47%! 10% gratis!” — zachęcało hasło w witrynie sklepu monopolowego.

— Cóż to za dziwna wódka? — zainteresowałem się. — Ile kosztuje?

— Cena jest tu, nie widzi pan? — odparł sprzedawca, wręczając mi butelkę.

— Widzę, ale jeśli dziesięć procent gratis, to powinna kosztować…

— Dziesięć procent mocy, a nie ceny — nie dał mi skończyć.

— Aha, czyli płacę za trzydzieści siedem, a dostaję o dziesięć więcej?

— No, coś pan? — zdziwił się sprzedawca. — O dziesięć mniej!

— To dlaczego jest napisane, że czterdzieści siedem? I gdzie ten gratis?!

— Dla zachęty! A dziesięć procent gratis, to dziesięć procent na rzecz pańskiego zdrowia! Słabsze pan pijesz, zdrowszy będziesz, logiczne chyba?

— Panie, ale to już nie wódka!

— A tam, czepiasz się pan! Możesz pan pić, a jeszcze zdrowia od tego przybywa! Genialne przecież, nie?! Perpetuum mobile.

— Ale skoro pan tak łatwo szasta procentami, to może i dwudziestu siedmiu tu nie ma?

— Przyjdź pan z alkoholomierzem. Ale żeby zmierzyć, musisz pan otworzyć, a otwarte równa się kupione, rozumiemy się?

Przed sklepem kłębił się tłumek próbujących zrozumieć ofertę. Na razie nie wchodzili.

— Chodź pan tu na chwilę… — przyzwał mnie gestem i zniżył głos do konfidencjonalnego szeptu. — W zaufaniu powiem panu, że są naciski, aby zawartość alkoholu nie przekraczała dwudziestu procent.

— Czyje naciski? — byłem coraz bardziej zdziwiony.

— Departamentu dobrego samopoczucia, bo mniej chorób — zaczął wyliczanie. — Departamentu wytwórstwa — bo więcej się sprzedaje. Departamentu przyjaznego przyrodzie — bo trzeźwiejszy konsument oddaje więcej surowców wtórnych, chroniąc nasze drzewa, lasy, puszcze, a nawet żubry — wskazał na półkę z żubrówką. — Departamentu potrzeb wyższych — bo twórcy mniej pijani, to twórcy bardziej odpowiedzialni. I departamentu rozwiązań siłowych, bo więcej pustych butelek, to więcej potencjalnych koktajli mołotowa… No i pasterz też swoje dokłada.

— Jaki pasterz?!

— Jak to, nie wie pan, kto jest pasterzem?

— Nie wiem —  odparłem. — Taki ze mnie baran.

— Pan to powiedziałeś. Owieczka brzmi lepiej, ale w pana przypadku… — spojrzał krytycznie.

— No dobrze, ale z tego, co pan mówi wynika, że mogą być i butelki z zawartością alkoholu poniżej dwudziestu procent?

— Nie tylko mogą, ale i są. I słusznie! Umiarkowane spożycie wzmacnia nastroje patriotyczne.

— A nieumiarkowane?

— Ugargantuicznia je. Golemi i spiętrza.

Przez moment w jego spojrzeniu dostrzegłem coś znajomego. Ale on już wycofywał się w cień półek, a chwilowo tylko pobudzona twarz przybrała wyraz obojętny.

— Czyli wchodzimy w kategorię wina…

— Jak „wina”, to zaraz powstaje pytanie: „czyja?” A wódka, męska rzecz, zgodzisz się pan? Wino niech piją ci, co je wymyślili…

— Czyli kto? — spytałem.

— Oj, coś pan dziwnie niezorientowany… Kto wymyślił wino, też coś… — prychnął z niesmakiem. — Oni — dodał po chwili.

— Oni?

— No oni, oni! Nie udawaj pan, że nie rozumiesz.

I bez żadnych procentów mąciło mi się w głowie.

— To może są i butelki o mocy piwa?

— Piwa, tak — odparł z przekonaniem, piwo nasze.

— To ja się rozmyśliłem. — Chciałem odstawić butelkę na kontuar, ale ruchem zbyt zdecydowanym; wyśliznęła mi się i rozbiła o ziemię. Zawartość rzeczywiście była zwietrzała, bo ani zapach się nie rozniósł, ani jego przeciwieństwo.

— Rozmyślić się pan możesz — łaskawie odparł sprzedawca — ale zapłacić trzeba. I posprzątać po sobie — wręczył mi ścierę i kubeł.

 

Reklamy

Presto

Posted in muzyka by hajton on 1 października 2017

Trzy Sonaty na skrzypce solo Jana Sebastiana Bacha zbudowane są według czteroczęściowej struktury:

Kosmos — Świat — Człowiek — Natura.

Otwierające Adagia (Sonata I i III) i Grave (Sonata II) to prawdziwe Genesis. Dźwiękowe akty stworzenia, wyłaniające się z chaosu, praharmonii, albo niebytu. Pełne siły, dramatyzmu i uniesień, niewolne od pęknięć i zawahań, jednak niepowstrzymane, jak formotwórczy żywioł. Po co nam aż trzy Genesis? Czy jedno nie wystarczy? Ale przecież każda kultura, każda wiara, każde plemię nieledwie, ma swoją własną kosmogonię! Pytanie powinno zabrzmieć inaczej: kim jest ten, który w samych tylko utworach na skrzypce solo tak szczodrze dzieli się dziełem stworzenia?

W jednym z opowiadań Stanisława Lema genialna maszyna otrzymuje zadanie napisania dzieła „o miłości i śmierci, ale wszystko musi być wyrażone językiem wyższej matematyki, a zwłaszcza algebry tensorów.” Gdy słucham fug Bacha, przychodzi mi do głowy ten opis. Jest to bowiem unikalny przypadek, w którym żelazne i sztywne reguły zostają zneutralizowane i zasłonięte przez silniejszy wyraz artystycznym. Przecież fuga aż się prosi, aby stworzyć utwór akademicki, scholastyczny, i — prawdę mówiąc — większość tych, które wyszły spod piór innych niż Bachowskie, takimi właśnie są. U Bacha dokonuje się cud: trud konstrukcyjny jest niezauważalny, słuchacz nie usłyszy niczego poza pięknem. A przecież struktura tam jest! To dzięki niej tylko co stworzony świat ma szansę trwać.

Części trzecie Sonat to hymny i skargi człowieka, który na świecie zamieszkał, ale go nie rozumie. Podziwia, ale i się go boi. Więc śpiewa pieśń zachwytu i trwogi, bo tylko tak wyrazić może ból istnienia i tęsknotę za rajem utraconym, i rajem obiecanym.

I wreszcie części ostatnie; epilogi, postludia, omówienia. Drobiazgi godne pominięcia? Ależ skąd! To prawdziwe dopełnienia, wszystko to, czego nie było w częściach poprzednich. Niekończąca się gra między sensem, a przypadkiem. Pytania bez odpowiedzi. I odpowiedzi bez pytań. Humor!

Staję twarzą w twarz z finałem I Sonaty. Od zapisu nutowego dzieli mnie metr. Jak daleko jestem od tajemnicy skrytej za dźwiękami? Gram. Raz. Drugi. Niełatwe. Bach myślał logiką dźwięków, a nie kategoriami ograniczeń instrumentalnych. Zresztą, skąd mogę wiedzieć, co Bach myślał? Gdybym wiedział, wiedziałbym też jak grać. A ja nie wiem. Próbuję ponownie. Ale tylko błąkam się między nutami. Odbijam od ich skorupy, pancerza, zatrzymuję na drucie kolczastym z dźwięków. Rani mnie ta nieumiejętność. A może grając, słyszę nieobiektywnie? Nagrywam. Jest gorzej niż myślałem. Więc może szukam, czego nie ma? Dotarłem do granicy dźwięków i na tym koniec? Chodzę, czytam, słucham muzyki, ale innej. Do tej nie dostanę się z pomocą czyjegoś klucza. Muszę odnaleźć własny. Zaczynam znowu. Teraz już jasnym się staje, że struktura rzekomej etiudy jest niejednolita. Etiuda zajmuje się jednym problemem. Tutaj jest ich dużo. Ale przez problem rozumiem już nie trudność, a zagadnienie. Dzielę tekst na mniejsze odcinki. I jeszcze mniejsze. Jeśli zrozumiem choć jeden, choćby najmniejszy, będzie jak czip uruchamiający mechanizm, jak pierwszy puzzle ułożony we właściwym miejscu. Tracę poczucie czasu. Jedną frazę rozgryzam… Co?! Już trzy godziny?!

Przychodzi mi na myśl książka profesora Tadeusza Wrońskiego. „W interpretowaniu Sonat i Partit Bacha najbardziej rzucają się w oczy różnice temp. Przy niektórych utworach sięgają one stu procent!” Nie do pomyślenia w przypadku każdej innej muzyki. Konkluzja obszernej pracy prof. Wrońskiego jest następująca: w wykonywaniu muzyki Bacha liczba możliwych rozwiązań, tak technicznych, jak interpretacyjnych, jest nieograniczona. W wydanym przez PWM egzemplarzu Sonat i Partit, z którego grałem niegdyś, znajdowała się pisemna dedykacja prof. Wrońskiego dla mojego niedawno zmarłego, wspaniałego nauczyciela, prof. Franciszka Jurysa. Brzmiała mniej więcej tak: „Mojemu asystentowi, dzięki któremu wiele tu zastosowanych rozwiązań w kolejnym wydaniu będzie zmienionych na lepsze”. Wybitny skrzypek i pedagog, prof. Krzysztof Jakowicz kilka lat temu nagrał komplet solowych dzieł Bacha. A chociaż zawarł w nich cały swój kunszt i doświadczenie, to Jego zamiarem jest ponowne nagranie cyklu.

Wracam do Presta. Już wiem, jak zagrać początek! Także inne fragmenty, płaskie do tej pory i bezbarwne, powstają, jak hologramy, chlubią się wdzięczną formą i zaskakującymi kolorami. Gram. Nagrywam. Odsłuchuję. Szukam dalej. Czarno zapisane pięciolinie drżą i rozmywają się. Pomocy!… I naraz słyszę głos, a raczej czuję siłę — choć ani to głos, ani siła — która przesuwa dłoń na smyczku dwa centymetry do góry. „Nie trzy — koryguje — ani nie jeden, tylko dwa!” Strasznie precyzyjna ta siła, myślę, ale ufam jej, bo najwyraźniej wie, co mówi/robi. Nagle czuję, że dzierżę w dłoni już nie tylko smyczek, ale i pióro, pędzel, rylec. Mogę kształtować rzeczywistość. Dotarłem do momentu, w którym ćwiczenie, ta żmudna pokuta muzyków, staje się twórczą przygodą, podróżą w nieznane. Jakiś karkołomny skok okazuje się zakamuflowanym tanecznym gestem. To, co ciężkie przeobraża się w lekkie. Nuty ulatują z pięciolinii jak rozbawione ptaki, zmieniają się w szalejący wiatr, który dowcipkuje i rozrabia, chowa się za kępę krzaków, i wyskakuje zza niej jak psotny urwis, albo stado rozbieganych saren. Udaje wysiłek i patos górskiej wspinaczki, aby wdzięcznie opaść na nieskończone równiny, które są jego i tylko jego. Uśpiłem czujność łobuza. Jestem z nim. Lecę nad łąkami, wrzucam do wody kamienie, przebijam wodospady, łapię chmury, zbyt postrzępione, by spadł z nich deszcz. I nagle dociera do mnie, że muzyka Bacha to palimpsesty. Symbole i dźwięki nałożone na inną rzeczywistość, nieodgadnioną dla nas, niepojętą. Fałszywy dźwięk przywołuje mnie do rzeczywistości. Tak się rozegrałem, że ugodziłem smyczkiem w lampę. Przetrwała i lampa, i smyczek. Ale wizja zniknęła. Jestem znów w czterech ścianach. Skąd wróciłem? Nie wiem. Dziś już tam nie zdołam wrócić. Jutro zaczniemy od nowa.

Kilka refleksji na marginesie Lalki…

Posted in książki by hajton on 11 września 2017

 

 

…czytanej wielokrotnie, tym razem obejrzanej w spokoju i całości, jako serial telewizyjny.

Bogatsi o życiowe doświadczenia obserwujemy dzieła klasyczne z innej perspektywy. Lalka jest gęsta od znaczeń.

Bohaterowie.

Izabela Łęcka. Bez trudu mogę ją sobie wyobrazić jako dzisiejszą celebrytkę, gwiazdę instagrama, która – prócz przeżywania realnych przygód miłosnych – z lubością obserwuje rosnącą rzeszę wirtualnych fanów. Jednak pod koniec książki pojawia się informacja zaskakująca: Izabela wstępuje do klasztoru.

Ignacy Rzecki. Szlachetność wiecznie przegranej sprawy. Błędne lokowanie nadziei. Poczciwość i niepraktyczność. Wielka rola Bronisława Pawlika.

Stanisław Wokulski. Romantywista. Tyleż racjonalny, co nieprzewidywalny. Wobec innych bohaterów książki – bez względu na sferę, z której pochodzą – wydaje się gigantem ducha i intelektu. Jednak – choć rodzimy naukowiec/eksperymentator (Ochocki) twierdzi, że prawdziwe maszyny latające muszą być cięższe od powietrza –  Wokulski jak dziecko fascynuje się wynalazkiem prof. Geista, metalem od powietrza lżejszym. Wokulski wie, że jego uczucie do Izabeli Łęckiej jest destrukcyjne. Ale wiedza jest dla uczucia nikłym rywalem. Zresztą czy bez wielkiej, nieszczęśliwej, tragicznej, występnej, lub w jakikolwiek sposób skazanej na niespełnienie miłości, istniałaby wielka literatura? Stach nie wierzy w pieniądze, gardzi nimi, potrafi stracić je tak łatwo, jak je zyskał. Wie, że przyniosą mu szacunek i poważania, ale nie zbliżą do szczęścia.

Suzin. Rosyjski biznesmen/lobbysta, traktujący Polskę, jako schodek (no tak, Polski nie było) w drodze do robienia interesów w Europie.

Doktor Szuman. Lekarz podśmiewający się tak z polskiego marzycielstwa, jak i z żydowskiego praktycyzmu.

Henryk Szlangbaum, przedsiębiorca. Jedno zdanie oddaje charakter wzajemnych stosunków w tamtych czasach. „Jako meches (ochrzczony Żyd) byłbym znienawidzony przez Polaków i Żydów. Jako Żyda nienawidzą mnie tylko Polacy.”

Antysemityzm łączy wszystkie stany. Odmienność Żydów przy ich jednoczesnej kompetencji biznesowej i rosnącym znaczeniu/zamożności jest mieszanką nie do strawienia. „Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami…”, wieści Rzecki.

Arystokracja. Klasa mająca samą siebie za zbawców narodu (będącego pod obcą administracją), a wszczynająca swary o byle co, o każde słowo. Gardząca właścicielami pieniędzy, ale nie ich pieniędzmi. Megalomańska. Utracjuszowska. Krótkowzroczna. Pozbawiona wizji.

Ziemiaństwo. Ach, te dworki, letnie miesiące, leśne zabawy…

Lud. Sól ziemi. Słodki, gorzki i kwaśny. Pieprzny. Cierpiący. Cierpliwy.

Kapitalnie pokazana Warszawa, barwna i różnorodna, jak w kalejdoskopie. Mam nadzieję, że film zostanie poddany cyfrowej rekonstrukcji, bo bardzo mu się to należy. Na ciemnej taśmie niknie wiele szczegółów, ale wyobrażam sobie jak ożyją ulice, parki, przechodnie, stroje, wnętrza pałaców i zwykłych mieszkań, cały asortyment sklepu Wokulskiego. Te wszystkie zwoje materiałów, lalki, broszki, parasolki, baletniczki tańczące w kółko, żołnierzyki maszerujące nie wiadomo dokąd…

Całość spowita smakowitą muzyką Andrzeja Kurylewicza.

Tagged with: ,

Czas szakali

Posted in Uncategorized by hajton on 31 sierpnia 2017

Dzięki miłościwie panującemu naszym lasom, dowiedziałem się o istnieniu w nich zwierzyny egzotycznej. Szakala złocistego mianowicie (ponoć naliczono już siedem osobników krwiożerczego gatunku). Prawie w tej samej chwili przeczytałem, że gatunek przeznaczony jest do odstrzału. Konia z rządem temu, kto z odległości kilkudziesięciu metrów odróżni szakala złocistego od psa burego albo szarego wilka. Myśliwi, sól naszych pól, niejednokrotnie dawali dowód słabego wzroku, biorąc na przykład człowieka za dzika. Niektórzy sz(a)kalują ich, że strzelali pod muchą, ale to tylko oczy zmęczone nadmiarem sielskich widoków zawodziły. Zresztą, gdzie drwa rąbią… Najważniejszy jest cel; ochrona gatunków rodzimych przed napływowym. Dlaczego jakiś tam szakal (nawet złocisty) ma mordować nasze zające i bażanty, skoro sami możemy to uczynić, prowadzeni dzielną lufą miłościwie panującego naszym lasom?

Te szakale, co to niby są, a ich nie ma, podobne są uchodźcom, przed którymi chronią nas miłościwie panujący. Jeden z nich skwitował ostrzał łodzi z bezbronnymi ludźmi radosnym „nareszcie!”. Tylko rasowy (i to odpowiednio) polityk wie, że w poważnych sprawach nie należy ulegać odruchom serca. Taki rasowy (i to odpowiednio) polityk może i powinien być wizjonerem. Bo i ci uchodźcy, i te szakale, niby takie biedne i złociste, ale tylko czyhają, żeby się rozpanoszyć i nas zjeść.

Dzięki miłościwie panującym nad naszymi gustami literackimi, dowiedziałem się z kolei, jak podstępnie jadowite jest „Jądro ciemności”. Z tą książką zawsze było coś nie tak. Niby Polak ją napisał, ale po angielsku. W dodatku pluła (mówiąc delikatnie) w białe gniazdo. Jak tak można?

Teraz znów słyszę, że wizyta w obozie koncentracyjnym w Auschwitz powinna zniknąć z proponowanych zagranicznym gościom tras turystycznych, ponieważ opowiada historię innego narodu. Do tej pory myślałem, że II Rzeczpospolita była ojczyzną wszystkich obywateli, ale i tu się myliłem.

I tak, od dziedziny do dziedziny, przekonuję się, jak bardzo tkwiłem w błędach. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną porcję Wiadomości. Niech wyrugują moją niewiedzę, zdejmą bielmo z oczu i napełnią poczuciem dumy, że nie tylko wstaliśmy z kolan, ale już coś rozdajemy. Prztyczki w nos na razie, ale i na coś większego przyjdzie pora.

Solfizmaty

Posted in zabawy literackie by hajton on 5 sierpnia 2017

Skrzydlate konisko odwiedziło mnie znowu. Właśnie miałem jeść, ale bezceremonialnie kopnęło mnie w czaszkę.

– A dlaczego ty nie wymyślisz jakiegoś swojego gatunku, tylko małpujesz po mistrzach? – zapytało.

– Głodny jestem i zły, przyjdź później, albo sam se wymyśl.

– Przychodzę kiedy chcę, poza tym, ja jestem od kopania, a od wymyślania – machnął skrzydłem, aż papiery pospadały z biurka, a nuty z pulpitu – jesteś ty. No, już, za dużo czasu nie mam.

– Ale… to chociaż podpowiedź proszę.

– Żyjesz między dźwiękiem, a słowem, więc?…

– Użyć nazw dźwięków? Będę miał pierwsze litery alfabetu i całe mnóstwo „is” i „es””.

– Nie znasz innych określeń?

– Oczywiście, że znam – odparłem z godnością. – Tak zwaną solmizację.

– Widzisz! Jesteś prawie w domu!

– Mogę powtórzyć „do”? – spytałem cicho.

– No, coś ty – szepnął ze zgrozą – chcesz iść na łatwiznę? Jednak, poza tym drobiazgiem, jako twórca gatunku, możesz ustalić reguły… – ogłosił wspaniałomyślnie.

– Jakże będzie mi brakowało naszych liter, chrzęść, gwóźdź, dżdż…

– Nie maż się, tylko próbuj, klasyczniej – zarżał i strącił skrzydłem kielich z winem. Myślałem, że go trzepnę, ale ten spryciarz jakimś cudem złapał puchar w kopyto i odstawił w koryto. Nie uronił nawet kropli.

Reguły? Jakie reguły! Zasada prosta niczym gama. Bierzemy „do, re, mi, fa, sol, la, si” i jazda!

Dom i silos, Rafale (co najpierw? porady dla młodego rolnika)

O rosie falami LSD (po naćpaniu)

Lis dolarem i fosa (lis, bo futro, jak długo jeszcze?! fosa, magnes dla turystów)

Folia, morda i less (morda w folię i do piachu, czarny kryminał)

Aldi ma i os flores (asortyment Aldiego bywa zaskakujący)

Misa fors dla O., ile? (po chałturze)

Odra mil soli: „safe” (gdyby Odra była słona…)

Dosol salami: „fire” (nie przesadzać z pikanterią)

Las, farso melodii (gdzie śpiewaków za dużo…)

O, Larsie, Safo mdli! (ostrożnie, panie reżyserze)

Radom, flis Olesia (czym rzeka dla flisaka, tym Radom dla chłopaka)

Odessa, firma Loli (Lola, potentatka znad Morza Czarnego)

Li ma Forda, li Esso (albo samochód, albo paliwo)

A fiord lassem Oli (Ola mieszka nad fiordem w kształcie lassa)

Si, si! ale! mordo fal! (zawołanie żeglarskie, międzynarodowe: si! – włoskie, ale! jest tu spolszczonym francuskim allez)

I los rad losem fai (Kraj Rad przykładem)

Darmo sile fasoli (prawdziwa siła obejdzie się bez używek)

Merda osa lisofil (przyjaźń międzygatunkowa)

Armado, sisi? fe! lol (przynagleni rumem i piwem majtkowie wychodzą na zawietrzną…)

– A to „lol”, to co? – zainteresował się nagle.

– Takie coś, że jest śmiesznie.

– A jest?

– Ty mi powiedz.

– Ja nie jestem od oceny, tylko od inspiracji. No, czas na mnie. Nara…

– Mara… flisd osiole… – mruknąłem pożegnalny solfizmat, ale na szczęście (bo kopyto ma mocne) już mnie nie słyszał.

Nocne odwiedziny

Posted in zabawy literackie by hajton on 26 lipca 2017

Czasem zagląda do mnie Pegaz. Rży, prycha, pyta, czy nie mam trochę siana w głowie. Bywa natrętny. Nie odejdzie, zanim go nie nakarmię. Odwiedził mnie wczoraj wieczorem, od niechcenia rzucając hasło „alfabeton”. „Samiec alfa-beton?” – próbowałem zbyć temat, patrząc mu prosto w oczy. Zbyt odważnie, bo odwrócił się nagle, a jego kopyto przeleciało o (koński) włos od mojego ucha. „Chodzi mi o dziełka o przesłaniu nienachalnym, za to wykorzystującym wszystkie trzydzieści dwie litery rodzimego alfabetu.” No jasne! Przede wszystkim mistrz Barańczak, olśniło mnie. Mini poematy, (poematki, czyli matki poetów, jako też niektórych prozaików [na przykład Allana Edgara Poe]), których sensu trzeba trochę poszukać, ale jak się już znajdzie, to, ho ho! Otwiera się morze interpretacji. Kosmos znaczeń. Bezkres bez kresu (za to z kretesem).

Zebrałem alfabet w całość, rozsypałem wokół siebie, i patrzyłem w jakie (bez)sensy mi się układa. Pierwszy był taki:

słój – foch

wizg – dąb

źle;

mężny, puść krtań!

„Może być”, powiedział Pegaz. „Taki trochę kryminał. Kłótnia przy musztardówce, wypadek po pijaku, zemsta, a może i wybaczenie?” „Naprawdę?”, zdziwiłem się, ale nie za bardzo, bo byłem już myślą przy kolejnym.

zgłębmyż:

jeść stonki?

ródź plwań fuchą…

„Jesteś głodny?”, spytał Pegaz. „Oczywiście!”, odparłem rozdrażniony. „Ty się krzepisz sianem z mej potylicy, a ja?” I jakby w dowód, że nie żartuję, dołożyłem mu jeszcze:

objeść zżętym, 

głódź, wiń:

schrup flanką!

Nie dał się sprowokować, ale widziałem, że jest umiarkowanie zadowolony (pewnie ujęło go nawiązanie do obroku, a może docenił niebanalną strategię?). No dobrze, stary koniu, pomyślałem (o Pegazie, rzecz jasna), tematykę żarcia każdy rozumie. Ciekaw jestem, co powiesz na utworek (utwór – potwór, utworek – potworek) o problematyce podniosłej, acz nie wolny od przestrogi, w dodatku jednym wiosłem zanurzony w tematyce wakacyjnej (jeziorowej) i niepozbawiony wartości sonorystycznych:

spiż fet,

głównym bojaźń,

chrzęść dulką

Spojrzał z lekkim zdziwieniem, wykonał gest, jakby chciał się kopytem postukać w czerep, ale mu nie wyszło, więc tylko parsknął i utoczył trochę piany. Byłem na dobrej drodze, aby dał mi spokój.

skrzyp, judź

mętną żółć,

chlew, figo?

baśń!

Poszedł. Ale wiem, że znów przyjdzie. Całe szczęście. Mimo stajennych manier, nie sposób go nie lubić.

Tagged with:

Na naszej polanie

Posted in Uncategorized by hajton on 25 lipca 2017

Krasnale zastanawiają się czasem, czy te spośród nich, które wstępują do krasnokółek, robią to z powodów ideowych, czy też z czystego wyrachowania. Krasnolud ideowiec może żyć w krasnokółku (na przykład w Prawdziwkach) długo i szczęśliwie, pod warunkiem, że krasnokółko dochowuje wierności ideałom. Jeśli jednak zaczyna podejrzewać, że Prawdziwki to co najwyżej Podgrzybki (bo jeszcze nie było w historii krasnokółka, które jest dokładnie tym, za co się podaje), należy potraktować go odpowiednio skomponowanym roztworem prawdy i fałszu. Ale może być i tak, że któregoś dnia krasnolud ideowiec całkiem przejrzy na oczy. Podgrzybki okazały się Muchomorkami. Wówczas – z bólem, bo komu łatwo przyznać się do pomyłki – pożegna się z trującym środowiskiem. Chyba, że się boi. A bać się ma czego. Już ich kucharze potrafią wypichcić takie napary, że mucha nie siada (a jak siądzie to spada). Spotkanie kapelusz w kapelusz z naczelnym Muchomorkiem (o którym, gdy raz na jakiś czas, z czystej statystyki zrobi coś normalnego, mówi się, że pokazał krasnoludzką twarz) mało kto przeżywa.

Krasnalowi koniunkturaliście jest obojętne komu służy, byle służył z korzyścią (własną). Równie chętnie zapisze się do Prawdziwków, co do Bezwstydników. Pod krasną czapeczką kryje się duża elastyczność w rozumieniu pojęć. I dobrze. Przecież okazywanie życzliwości wobec innych krasnali – o wiewiórkach już nie mówiąc – bywa poczytywane za słabość i swego rodzaju psychologiczny niedorozwój. A danie komuś w mordkę, przeciwnie, może okazać się czynem chwalebnym.

Krasnal ideowiec porzuci swoje krasnokółko nawet w chwili największego tryumfu, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że jego idee zostały zdradzone. Krasnal koniunkturalista stanie się nerwowy i zacznie puszczać oko do innych krasnokółek (których z owego oka nie spuszcza), dopiero w chwili gdy jego własne osłabnie, a krasnalowi naczelnikowi zacznie palić się pod siedzonkiem. Ale jeśli przez nieuwagę poszedł a daleko, i na inne krasnokółka już nie ma szans, będzie brnął do końca, bo wie, że walczy o życie.

Zwykłe krasnale (hej, chwileczkę, czy istnieje ktoś taki jak zwykły krasnal?!) cieszą się lub martwią, w zależności, które krasnokółko zarządza polaną.  Ale większość ma to w noskach. Generalnie nie jest przecież źle. Przez polanę niesie się wesoła (crasno disco) wersja kultowego przeboju „My jesteśmy krasnoludki”. Żubra w różnej postaci pod dostatkiem. Reprezentacja polany dobrze radzi sobie w szyszki, a i liga polanowa zaraz rusza (już agrest dojrzewa, najlepsze piłki z niego). Unia krasnoludzka patrzy z podziwem i zazdrością, że tak w kaszkę mannę nie pozwalamy sobie dmuchać. Zresztą, co tam unia. Nas sam superkrasnal zza jeziora odwiedził! A że nie wszystkim się podoba, jak jest? Trudno! Niezadowoleni zawsze będą. Mieli swój czas, żeby miodzik i konfiturkę pojeść, soczku sfermentowanego popić. Teraz, furka, my!

I tylko szkoda, że puszczę tną… Stare przysłowie krasnoludzkie mówi „nie będzie drzew, nie będzie krasnali”. Zaraz, jak to „nie będzie krasnali”?! O, konewka…

Wiadomość

Posted in Uncategorized by hajton on 16 lipca 2017

Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie zachęca do zjadania monstrualnych ilości karkówki z grilla, a następnie nie wyciąga pomocnej dłoni pełnej paramedykamentów, na zgagę, wzdęcia i wątrobę. Mój ulubiony program radiowy (ciągle jeszcze) nie podaje co godzinę informacji, które pokaźną ilość ludzi pozostawiają z otwartą buzią i poczuciem bezradności. Mój (ciągle jeszcze) ulubiony program radiowy serwuje za to wiadomości kulturalne. Ostatnio wśród nich znalazła się perełka ze Szwecji. Gorąca perełka. Parząca perełka. O paleniu książek. I to książek dla dzieci. Otóż w jednej z bibliotek spalono stare egzemplarze jednej z części przygód Pippi Langstrumpf, aby uczynić miejsce nowym, w których „król murzynów” zastąpiony został „królem południowego Pacyfiku”. Zastanowiłem się. Książki biblioteczne ulegają zniszczeniu (zaczytaniu, jak głosi termin profesjonalny). Biblioteka musi je wycofać z obiegu, zastępując wydaniami dostępnymi na rynku. Jeśli wprowadzono w nich jakiekolwiek zmiany, to z pewnością nie bez wiedzy autora/wydawcy/spadkobiercy praw autorskich. Zniszczone, pozbawione wartości zabytkowej książki są utylizowane. A właściwie poddawane recyklingowi, ale trzeba przyznać, że sformułowanie „palenie książek” jest wyjątkowo nośne. Wróćmy jednak do określenia „murzyn”. Trzeba albo niewiedzy, albo złej woli, aby nie rozumieć, że było ono przez wieki określeniem nie tylko rasy, ale i statusu społecznego. Niewolniczego mianowicie. Pamiętam swój pierwszy pobyt w kraju naszego zaoceanicznego protektora i idola, którego do dzisiaj kochamy (przynajmniej niektórzy) miłością paciorkową. To wówczas czarnoskórzy koledzy muzycy wyjaśnili mi, dlaczego słowo negro uznane zostało za obraźliwe. „A tobie podoba się słowo polack?” – pytali. Nie podobało mi się. Ze względu na cały negatywny stereotyp, którym obrosło przez wieki. Próbowałem je wyeliminować z języka, a przede wszystkim ze świadomości ludzi, z którymi miałem do czynienia. Czy było w tym coś dziwnego? Albo niewłaściwego?

Dlaczego więc informacja o porządkowaniu pojęć i księgozbiorów pojawiła się w mojej (ciągle jeszcze) ulubionej stacji radiowej spowita dymem „palonych książek”?

„Spójrzcie tylko, co tam się dzieje! Gen samozagłady toczy chore społeczeństwa! Palą książki i to dziecięce! W imię zdegenerowanej poprawności politycznej wypierają się własnej historii, własnej tożsamości! Ale my czuwamy! Myśmy są przedmurzem i przedmurzynem!”

Lecz co właściwie złego jest w przywracaniu godności tym, którzy przez wieki byli jej pozbawieni? Jakaż to zbrodnia straszliwa, że próbuje się szukać tego, co ludzi łączy, a nie pielęgnować to, co ich dzieli? Więc w dobie powszechnej ewaluacji i feedbacków, i ja ci wystawię ocenę, mój ciągle jeszcze ulubiony programie radiowy. Z logiki dwójka. Z wrażliwości dwója. Zapomniałem, te oceny dzisiaj nic nie znaczą. Jeszcze tylko pała przemawia do wyobraźni.

Jaźń i myźń

Posted in Uncategorized by hajton on 10 lipca 2017

Egoizm. Pozwala przetrwać w sytuacji ekstremalnej. Każe zaspokajać popędy i zachcianki. Chętnie powiększa kręgi. Im silniejszy, tym więcej ich podbije. Egoizmy się przyciągają. Moment, w którym jeden usprawiedliwi drugiego, w imię własnego usprawiedliwienia. Chwila, kiedy nie wartość się liczy, a ilość, bo ilość staje się wartością. Magia, gdy jaźń zmienia się w myźń*, a w myźni wszystko wolno, bowiem vox populi vox dei. Egoizm nie ma innego celu niż własne dobro. Uważnie nasłuchuje skąd wieje wiatr. Bez wahania wykluczy jutro tych, których hołubi dzisiaj. Nie jest zainteresowany walorem moralnym, ani merytorycznym. Ważne jest to, co moje. Tę iskrę łatwo rozdmuchać. Pada na snopy wysuszonych myśli i zajmuje je żywym ogniem.

Egoizm jest cechą złą, ale żywotną jak chwast. Z altruizmem jest odwrotnie. Egoizm docenia altruizm, pod warunkiem, że jest to altruizm innych, który należy się egoizmowi jak psu zupa (tego powiedzonka nie rozumiem; kiedyś próbowałem wprowadzić je w czyn, ale mój własny pies spojrzał na mnie z wyrzutem). Naturalny zapach egoizmu nie jest ładny, zainteresowani czynią więc starania, aby go upiększyć. Dlatego egoizm może uwieść, a nawet dostarczyć momentów chwały: okrzyknięty cnotą – a nazwie go tak nie kto inny, jak egoista o wysokim poziomie ego – pozbędzie się resztek wstydu. Lecz tym samym się zdemaskuje. Dlatego altruizm będzie ostatecznym zwycięzcą. Dzięki niemu świat nie stoi w miejscu. Poza tym, altruiści częściej się uśmiechają.

 

*Z pojęciem „myźń” spotkałem się po raz pierwszy w Dziennikach gwiazdowych Stanisława Lema.

Demon z altówką

Posted in literatura, muzyka, nierecenzje by hajton on 4 czerwca 2017

W literaturze światowej istnieją dwie książki o altowiolistach. Moje udziały w tej ekskluzywnej niszy wynoszą pięćdziesiąt procent („Ostatni koncert” jest sequelem „Altowiolisty”, więc traktuję obie części jako całość). Sygnały o istnieniu drugiej książki docierały do mnie, ale czas mijał, a dzieło nie wpadało w moje ręce. Powoli traciłem wiarę w jego realność. Dopiero miesiąc temu wątpliwości rozwiał Jurek Sz., który mi książkę po prostu pożyczył (dziękuję!). Powieść Władimira Orłowa nosi tytuł „Altowiolista Daniłow”, ale wydawca (Wydawnictwo Literackie 1986, tłumaczenie Ałła Saramonowa) musiał uznać, że jest to tytuł mało chwytliwy, bo spolszczył go na „Demona z altówką”. Nie zdawał sobie sprawy z komicznego potencjału takiej zbitki? No, bo: „Demon z wiolonczelą”, „Demon z harmonijką ustną”, albo nawet „Demon z pikuliną”… Ale z altówką?! Kto w takiego uwierzy?! No, to się jeszcze zdziwicie…

Oczywiście, nie mogłem uniknąć porównań Daniłowa z Czarnoleskim. Od początku było ciężko. Bo cóż z tego, że mój Bartek to chłopak niegłupi, sympatyczny, a do tego obdarzony zdolnością rozwikływania zagadek kryminalnych i historycznych? Daniłow jest synem demona oraz ziemskiej kobiety. Do jego ulubionych rozrywek należy kąpiel w burzy z piorunami, może przemieszczać się, tak po świecie jak i wszech, z dowolną prędkością. Aż dziw bierze, że posiadając takie możliwości, nie rezygnuje z kariery muzyka.

„Demon z altówką” to kawał literatury. Bez względu na to, jak zinterpretujemy słowo „kawał”. A właśnie, kawałów o altowiolistach brak, co z pewnością należy zapisać książce na plus. Czy nie pora znaleźć już w środowisku nową ofiarę? Na przykład (uwaga, suchar!): Po koncercie do puzonisty podchodzi zdenerwowany słuchacz. Siłą wydziera mu instrument. „Panie, to się musi dać wyciągnąć! A jak nie, to weźmiem na warsztat!”.

Zadaniem pisarza jest tak przedstawić wykreowaną rzeczywistość, aby czytelnik w nią uwierzył. Autorowi nie sposób odmówić rozbuchanej, panoramicznej, trójwymiarowej wyobraźni. A jednak czasami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zaczynając zdanie, sam nie wie, dokąd nas ono zaprowadzi. Pełen wiary we własne siły brnie w słowa i pomysły z dezynwolturą, a właściwie surfuje pośród nich, proponując czytelnikowi jazdę bez trzymanki.

Ziemska część powieści toczy się głównie w Moskwie. Któryś z poprzednich czytelników, z wzruszającą dokładnością zaznaczał ołówkiem wszystkie moskiewskie adresy, jakby za wszelką cenę próbując się nie pogubić. A może wybierał się do Moskwy, by odbyć literacko/muzyczną pielgrzymkę? Moskiewskie fragmenty niosą ze sobą walor powieści obyczajowej, choć ubarwianej zdarzeniami, których nie powstydziłby się sam Woland i jego świta. Pozaziemski kontrapunkt odbywa się w Dziewięciu Sferach, swego rodzaju centrum zarządzania wszechświatem, którego włodarze chętnie mieszają się do ludzkich spraw. Ci Demiurgowie (Nowy Margeryt, przyznam, że imię doprowadzało mnie do zgoła niebarokowej wibracji wewnętrznej) nieźle znają ludzkość: „Im większy postęp niesie cywilizacja, im bardziej dorośleje (albo wydaje się jej, że dorośleje), tym bardziej wzrasta nostalgia ludzkości za własnym smarkatym dzieciństwem”. Czyż to nie trafna diagnoza i na dzisiejsze czasy? Daniłow jest rozdarty. Ludzka wrażliwość i możliwości demona niekiedy się uzupełniają, ale częściej odpychają. W obu światach jest u siebie, by – zgodnie z przysłowiem „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” – tęsknić za tym, w którym akurat się nie znajduje. Daniłow jest swojego rodzaju mugolem, co naprowadza nas na tropy popkulturowe, które autor raczej wyznacza niż naśladuje. Wszak „Harry Potter” przyjdzie na świat znacznie później, a „Gwiezdne wojny” szczyt popularności mają dopiero przed sobą. Ale są i poważniejsze odniesienia. Począwszy od Homera i jego „Odysei” (ziemskie i kosmiczne podróże bohatera), poprzez muzykę sfer Platona („Najbliższa mu była muzyka Układu Słonecznego: znał dobrze melodię każdej planety”). Autorowi nieobce też były zapewne „Dzienniki gwiazdowe” Stanisława Lema, a zwłaszcza „Podróż dwudziesta”, w której to Ijon Tichy zostaje szefem instytucji mającej korygować dzieje świata i ludzkości (ze skutkami zgoła opłakanymi, jak można się domyślać). Istniejące w Dziewięciu Sferach departamenty (na przykład Instytut Optymalizacji Metod Rozczesywania Zielonych Włosów Rusałek), mogłyby się z powodzeniem urodzić na kartach lemowskiej prozy. Związki Orłowa z literaturą rodzimą są jeszcze bardziej oczywiste. Dostojewski i Bułhakow (łącznie z Jerofiejewem i jego deliryczno/kolejową „Moskwą Pietuszki”) nie powstydziliby się słownej i wyobrażeniowej orgii autora. Bal u szatana z „Mistrza i Małgorzaty” w porównaniu z wizjami, których doznaje altowiolista w Studni Oczekiwania, to zaiste przedszkole.

I nie będę się czepiał, że na stronie 353 bohaterowie zamawiają lody śmietankowe i butelkę wody mineralnej, a kilka stron później wino uderza im do głowy. To są szczegóły, a te łatwo utracić z oczu, gdy kreśli się wizje globalne. Choć, w czym tkwi diabeł?…

Czy książka pisana w radzieckiej Moskwie mogła być wolna od politycznych odniesień? Oczywiście. Ustrój polityczny to tylko forma, w której ujawniają się ludzkie cechy. Odnalazłem w książce jeden (słownie: jeden) – ale jakże smakowity! – fragment odnoszący się do słabości rynkowych systemu centralnego planowania: „Zademonstrowanie ludziom na wystawie sklepowej nie istniejących w sklepie słodkich drożdżówek nazywa się teraz efektem kontiluzjonistycznej komunikacji w ustalonych parametrach.”

W swej ziemskiej powłoce Daniłow jest niezwykle rzetelnym muzykiem, bezgranicznie oddanym swojemu instrumentowi, i starającym się nie używać wobec niego żadnych nadprzyrodzonych sztuczek. Gra w teatrze operowym, interesuje go muzyka kameralna, kompozytor Pierieslegin specjalnie dla niego tworzy nowe dzieło. Pracuje, kocha, przesiąka ludzką naturą do tego stopnia, że zwierzchnictwo – zatrudniające go jako demona na umowie – dochodzi do wniosku, że jego dalszy pobyt na Ziemi nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz szkodliwy. Dla Daniłowa wybija Godzina Zero, czas sądu. Wyrok jest bezwzględny (pozbawienie jaźni). Przed jego wykonaniem obroni go wszakże muzyka, przez którą altowiolista rozumie i wyraża świat, przepełniająca jego głowę i wyobraźnię, i słyszalna dla sędziowskiego grona. Ale kara musi być. Daniłow wróci na Ziemię, by z bolesną wrażliwością odczuwać jej niedoskonałość. A choć kompozytor Ziemski, twórca złowieszczego ciszyzmu (muzyki bez dźwięków) przekonywał go kiedyś: „Jeśli zapragniesz być artystą z prawdziwego zdarzenia, staniesz się okrutny”, Daniłow zaakceptuje swój los.

„Jakiż byłby ze mnie artysta, gdyby nie dane mi było podzielać bólu każdego żywego stworzenia, choćby nawet dzikich zwierząt…”

Może dzięki tej ludzkiej pokorze odzyska swój ukochany instrument, altówkę Albaniego, którą Ziemski unicestwił w niszczycielskim szale.

Autor z dużą swobodą porusza się po muzycznym uniwersum. Jego opisy dzieł, znajomość repertuaru oraz realiów środowiska muzycznego, są w pełni przekonujące. Ostatecznie zresztą to chyba właśnie muzyka jest głównym bohaterem książki. Muzyka, dzięki której z demonów stajemy się ludźmi. Ale i uzyskujemy dostęp do świata zarezerwowanego dla bytów wyższych.

Ostatnio dochodzę do wniosku, że muzyka bez ludzkiej twarzy, na przykład odtwarzana nocą w ciemnym pokoju, ma w sobie coś zbyt doskonałego, nieosiągalnego, aby można ją traktować inaczej niż prześwit innego wymiaru. Tak słuchana muzyka strąca nas w przepaść samotności. Ale ta sama muzyka grana/słuchana w sali koncertowej, dzięki namacalnemu udziałowi człowieka staje się nagle doświadczeniem krzepiącym. Muzyka j e s t łącznikiem między dwoma światami (niech każdy nazwie je po swojemu). Zaś muzyk jest tej łączności spoiwem. A co dopiero altowiolista!