oto I owo

Jak sobie pościelesz…

Posted in Uncategorized by hajton on 15 czerwca 2018

Wielu z nas ma kłopoty ze spaniem. Postanowiłem zbliżyć się do źródła problemu, a co za tym idzie, do jego rozwiązania.

Otóż my zbyt często śpimy nie u siebie. Nie na naszym. Dowody? Już sypię.

Co stoi w naszych domach? Na czym próbujemy się co najmniej zdrzemnąć? Na sofach, kanapach, otomanach, wersalkach, tapczanach, a nawet pryczach. Tymczasem oprzyjmy się (nie za mocno, żeby nie zasnąć) na definicjach ze Słownika Wyrazów Obcych PWN.

Sofa (tur. sof(f)a = kamienna ławka, arab. suffat): niska miękka kanapa zwykle z wałkami zastępującymi poręcze i oparcie.

To jak to tak? Kamieniem spać, owszem. Ale na kamieniu?!

Kanapa (fr. canape łac. conopeum) mebel służący do siedzenia, wyściełany, zwykle z oparciem i poręczami, mogący pomieścić kilka osób.

No właśnie, do siedzenia! A może do jedzenia? Kanapa, duża kanapka, trudna do jedzenia widelcem… Lepiej to zostawmy. Albo jedzenie albo spanie! A to łacińskie conopeum? Czy nie za bardzo z konopiami się kojarzy? Czyli z trawką? Jak tu spać, jak człowiekowi chce się śmiać, a potem jeść? I jeszcze ta sakramentalna fraza, ten żoniny wyrok, ta degradacja w małżeńskiej hierarchii: (od) dzisiaj śpisz na kanapie!…

Otomana (fr. ottomane) niska kanapa z bocznymi wałkami zamiast poręczy i miękkim oparciem.

Zaraz, jak to z francuskiego? Imperium ottomańskie to może francuskie było? Otóż nie! (Ottomańskie imperium, określenie państwa Turków osmańskich w Anatolii, Encyklopedia PWN). Pod kołderką francuskości bisurmańskie materace nam wciskają. To prawie jakby spać po multańskiej stronie. Nie da się!

Tapczan (tur. dosłownie podwyższenie, miękka ława, z chiń. tao-cang = miejsce sakralne), dawniej ława do spania, prycza, także: obicie podium lub tronu.

Mój Boże, jak tu spać na miejscu sakralnym, w dodatku chińskim. A chińskie wróble ćwierkają, że z Mongolii to przywędrowało, prosto od Czyngis-chana. Zaś Czyngis-chan kojarzy nam się z łupami, trupami, sabotażami i naszym ulubionym tatarem, ale przecież nie ze snem, chyba że wiecznym!

Wersalka — kanapa rozkładana mogąca służyć jako tapczan do spania.

Wersalka? A dlaczego nie wilanówka? W dodatku „kanapa” (patrz wyżej) „mogąca służyć jako tapczan” (patrz wyżej). Takie nagromadzenie obcości, że nie tylko spać się nie chce, ale wszystkiego w ogóle się odechciewa.

Prycza (niem. pritsche) prymitywne łóżko, rodzaj szerokiej ławy zbitej z desek. Nein, dziękuję, postoję… Niech ci na nim śpią, co je wymyślili.

A już taki barłóg.

1. posp. «nędzne, nieporządne posłanie» 2. «dzienne legowisko niedźwiedzia lub dzika» (Słownik Języka Polskiego PWN)

ad. 1 — Co z tego, że nędzne i nieporządne. Co z tego, że dzienne? A to w dzień spać nie można? Ważne, że nasze jest! Tylko czy na pewno? A co, gdy:

ad. 2 — właściciel barłogu (niedźwiedź, dzik) wróci nie w humorze? Co, jeśli zdradziecka morda nie okaże gościnności?

Dlatego właśnie pierwszym i jedynym wyborem pozostaje: łóżko (Słownik Języka Polskiego PWN) mebel przeznaczony do leżenia i spania.

Po prostu! Tylko tyle i aż tyle! W dodatku aż trzy — ł, ó, ż — z pięciu liter to polskie znaki diakrytyczne (jeszcze nie „zażółć gęślą jaźń”, ale kierunek słuszny!).

Koniec z kosmopolityzmem. Powyrzucajmy wszelkie pokraczne sprzęty. Zainstalujmy łóżko, może być ze skromnym baldachimem. Stójmy w stojakach. Chodźmy po chodnikach (a nie po trotuarach), najlepiej w chodakach. Siedźmy zadami na zydlach. Kładźmy się na kładce. Klęczmy na klęczniku. Leżmy na leżance. A śpijmy wyłącznie w śpiochach (broń Boże w piżamie!). A jeśli się mimo wszystko nie wyśpimy, to wstańmy mężnie i pod dyktando radia i telewizji uprawiajmy gimnastykę ciała i umysłu. Niech nam atletyka lekką będzie. A gdy już uda się wytępić resztki (obcych) cywilizacji, godnie pozwólmy się nieść w lektyce. Jak to, „lektyka nie nasza”?! Nasza. Swojska. I „lek” nasz. I „tyka” tyż. Żeby ino nosić było komu.

Reklamy

Przepaść

Posted in miniatury literackie by hajton on 22 Maj 2018

Mała nie mogła pogodzić się, że królików już nie ma. Były z nią od kiedy pamiętała, a potem nagle odeszły. Wieczorem narwała liści mleczu i jak kiedyś, jak zawsze, zaniosła je zwierzątkom, a właściwie kamieniom, pod którymi spoczywały. Niecierpliwie czekała na ranek. W końcu zmęczona czuwaniem, usnęła. Śniło się jej, że idzie nad przepaścią. Lichy mostek kołysał się coraz bardziej. I kiedy już, już bała się, że spadnie, zobaczyła je. Po obu stronach urwiska siedziały jej ukochane króliki. Trzymały w zębach końce linowego mostku i ani myślały go puścić. Rano pobiegła do ogrodu. Mlecz był nieruszony. No jasne! Króliki miały w nocy inne zajęcia.

W sensie ścisłym

Posted in książki, literatura, nierecenzje by hajton on 20 Maj 2018

Kilka ostatnich dni upłynęło mi w towarzystwie Dziennika Jerzego Pilcha. Powiedzieć, że była to przyjemność, to nic nie powiedzieć. Była to bowiem — że powiem coś od siebie — literacka przyjemność w sensie ścisłym. A w sensie jeszcze ściślejszym, przyjemność audioliteracka, ponieważ Dziennika wysłuchałem (w sensie najściślejszym dodam tylko, że dysponuję także materialną formą książki, do której raz po raz zerkałem). Czytał nie kto jak inny, jak Krzysztof Gosztyła. Mój dawny kolega z Liceum Muzycznego, przy czym z klasy wyższej, więc może mnie nie pamiętać. Gdyby jego kariera potoczyła się inaczej, gdyby stał się równie dobrym muzykiem, co jest lektorem/aktorem (ostatnio widzianym przeze mnie w Teatrze Ateneum, w Transatlantyku i Kandydzie), to polska, a może i międzynarodowa wiolonczelistyka ma czego żałować.

Jerzy Pilch śmieszy (w sensie rozśmiesza), tumani (w sensie wzniecania tumanów skojarzeń i erudycyjnych odniesień), przestrasza (w sensie ukazywania grozy przełomu istnienia i nieistnienia, a także daremności ludzkich starań o jej złagodzenie). Jest więc — można powiedzieć —  panem Twardowskim polskiej literatury (w sensie czaruje). Z równą łatwością — i nie mniejszą swadą — uderza w tematy poważne, a nawet najpoważniejsze, typu śmierć, co błahe, a nawet najbłahsze, typu futbol, choć stwierdzeniem, że futbol jest rzeczą błahą naraziłbym się na pogardliwe machnięcie autorskiej ręki. Prowadzi nas — chybotliwą niekiedy —  kładką między morzem katolicyzmu, a jeziorkiem luteranizmu. Od rodzinnej Wisły, poprzez Kraków, miasto z nadreprezentacją poetów (kapitalna opowieść o twórcy czarnej poezji, który wybrał niewłaściwą Muzę), do Warszawy, prowincjalnego miasta, będącego centrum wszechświata. Cierpliwie i bez zacietrzewienia wykazuje niedociągnięcia logiczne w wywodach literatów i intelektualistów. Kpi z nieuzasadnionego patosu w sztuce i polityce. Polityków rozkłada zresztą na łopatki; nie, właściwie pozwala im rozłożyć się samodzielnie. W zamian przywraca postacie zapomnianych artystów, na przykład kompozytora Jana Sztwiertni („talent tej skali w Europie się nie zmieści”, mówili jego nauczyciele), który zakończył młode życie w obozie koncentracyjnym w Gusen.

Trochę skarży się na świat, ale też nie pozostawia wątpliwości, że jest to mimo wszystko najlepszy ze światów. Trochę narzeka na niedostatki zdrowia i psikusy pamięci (opowieść o wyjściu do miasta w dwóch różnych butach; chciałbym pocieszyć Autora, że pewna wybitna skrzypaczka permanentnie występuje w dwóch różnych trzewikach, co ma zapewne podkreślić złożoność jej osobowości; na argument, że co innego dwa różne buty z wyboru, a co innego z niewyjaśnionych przyczyn odpowiem, że w drugim przypadku odpada przynajmniej koszmar wybierania).

Daje też popalić Panu Bogu, poddając w wątpliwość Jego byt, koniec końców jednak przyznając, że Stwórca istnieje, gdyż bez Niego literatura utraciłaby sens. Dobra literatura to próba odpowiedzi na pytania elementarne, a cóż bardziej elementarnego niż roztrząsanie skąd (ewentualnie w jakim celu) przychodzimy i dokąd (ewentualnie w jakim celu) zmierzamy. Wyeliminowanie z tego obszaru dociekliwości postaci Głównego Architekta, byłoby dla człowieka aktem prawdziwie samobójczym. Z podobnych zapewne powodów ubolewa Autor nad wyparowaniem diabła z literatury i świadomości („wygumkowaliście Szatana i myślicie, że ujdzie wam to na sucho?”). Otóż na ten temat (jak zresztą i na wiele innych) chętnie porozmawiałbym, bo ja nie tylko wspomnianego osobnika nie wygumkowałem, ale wręcz przeciwnie, napisałem o nim co nieco, choć (prawie) nikt o tym nie wie.

Największą miłością autora jest klub piłkarski Cracovia. Co prawda, w chwili wzburzenia kibicowskiego także jej byt zanegował, a raczej postanowił go zlekceważyć, ale, wolne żarty. Bez kogo i czego, jak bez kogo i czego, ale bez Cracovii życie na pewno nie ma sensu. Podobnym — choć może nie aż tak płomiennym — uczuciem darzę Pogoń. Podobnie jak Autor uważam, że największy sens futbolu zawiera się w wymiarze lokalnym (bo i wstyd na lokalnym pułapie się kończy, a przecież tu w ogóle nie o poziom sportowy idzie). I tu mam dla Autora smutną wiadomość. Wczoraj odbył się ostatni mecz sezonu 2017/18, w którym Cracovia podejmowała Pogoń. Ujmując rzecz łagodnie, to nie gospodarze wygrali mecz w stosunku 4:1. Na otarcie łez dodam, że Cracovia mimo porażki wygrała grupę spadkową, została więc jakby małym mistrzem Polski. Z całego serca życzę Autorowi, aby jego ukochany klub zdobył kiedyś prawdziwy tytuł mistrzowski. Najlepiej wtedy, kiedy Pogoń wygra Champions League, a Polska zostanie mistrzem świata.

Otwórz oczy

Posted in filmy by hajton on 18 Maj 2018

Pierwsze trzy filmy Andrzeja Jakimowskiego spotkały się z dużą sympatią widzów. Zmruż oczy, Sztuczki, Imagine, są bajkami mieszczącymi się w granicach prawdopodobieństwa. Co istotne, bajkami świetnie opowiedzianymi. Bohaterowie to ludzie w ten czy inny sposób doświadczeni przez los. Tam, gdzie większość reżyserów dostrzegłaby żyzne pole do uprawy patologii, Jakimowski widzi ciepło ludzkich działań i uczuć.

W filmie Zmruż oczy reżyser przypatruje się ludziom żyjących na obrzeżach cywilizacji, w realiach zapuszczonej mazurskiej wioski. To w dużym stopniu zasługa filmowania, ale pokazywana przezeń brzydota jest… piękna. Teksty niepozorne, a błyskotliwe. Bohater, outsider z wyboru, opiekuje się kilkuletnią dziewczynką, uciekinierką z bogatego lecz chłodnego domu. Rodzice będą musieli się postarać, aby odzyskać zaufanie córki. Pejzaż apokaliptyczno/postpegeerowski, na którego tle pojawiają się: a to barwna plama kobiecości, a to absurdalnie drogi samochód, a to bohema ze stolicy. Wielki świat uwodzący prostaczka, który z kolei okazuje się ukrytym (a komu miałby się zwierzać?) miłośnikiem poezji antycznej. I jeszcze wypowiedziana na tle heraklitycznie płynącej rzeki teoria: rzeczy nie mijają, tylko przesuwają się przed oczami. Magiczny realizm jak się patrzy (bo jak się nie patrzy, to się nie zobaczy).

Oglądając Sztuczki, przez długi czas nie mogłem pozbyć się obawy, że subtelnie szkicowana opowieść okaże się tylko wstępem do wydarzeń nagłych, a dramatycznych (rzecz dzieje się w realiach postindustrialnego miasteczka, w okresie transformacji). Ale reżyser i tu utrzymuje majorową tonację do końca. Wszystko jest na swoim miejscu. Kilkuletni chłopiec małymi czarami zaklina świat. Zmienia przeznaczenie. I odzyskuje ojca.

W Imagine przenosimy się do Lizbony, sceneria cudowna, co z tego kiedy dla bohaterów filmu niewidoczna. Z najprostszej przyczyny. Oni naprawdę nie widzą. Żyją w wiecznej ciemności. Przez większą część filmu przeczuwamy katastrofę, która wisi na włosku, każdy krok w nieznane zdaje się ją zwiastować. Ale zamiast łzawej opowieści o grupie wykluczonych otrzymujemy niepozbawiony humoru pean na cześć wyobraźni i siły ludzkiego ducha. Teoretycznie przegrani znów są zwycięzcami. To oni widzą więcej. I piękniej.

Pewnego razu w listopadzie, najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego ciągle jeszcze jest baśnią, ale baśnią niepokojącą. Bohaterowie — matka z synem i psem — tracą dach nad głową. Bezdomność to pierwszy krok do pozbawienia godności. Z dnia na dzień trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, w której na plan pierwszy wysuwają się sprawy najzupełniej podstawowe: zimno, głód, brak noclegu. Walka o byt. O przetrwanie. Na szczęście są ludzie, którzy wiedzą, że potrzebującym należy podać rękę. Natomiast (sprawiedliwe rzekomo i opiekuńcze) państwo okazuje się tworem teoretycznym. Tam, gdzie należałoby spodziewać się pomocy, zieje bezduszność. W finale filmu, poprzez bierność służb reprezentujących owe państwo, bohaterowie poczują się jak zwierzyna łowna zapędzona w pułapkę bez wyjścia. Końcowe kadry to materiały dokumentalne kręcone w trakcie tzw. marszu niepodległości, w centrum Warszawy. Koszmarny sen staje się koszmarną rzeczywistością. Wszechmłodzież (że tak ją nazwę) nie spotkała się tylko po to, aby werbalnie lżyć wybrane grupy. Sprzęt jakim dysponuje, świadczy o tym, że marzy im się akcja bezpośrednia, wymierzenie komuś narodowej sprawiedliwości. Z braku bardziej wyrazistego wroga atakują więc squat, który (przypadkowo?) znalazł się na trasie ich przemarszu, a w którym schronienie znaleźli nasi bohaterowie. W symbolicznej scenie, po obu stronach barykady stają twarzą w twarz dwaj przyjaciele. Niektórzy dostrzegają tu jakąś nadzieję. Powiedziałbym, że na dwoje babka wróżyła. Transformacja może odbyć się w obu kierunkach. Siła argumentu czy argument siły?

Tym razem jeszcze wszystko skończy się dobrze. Nawet pies… ale cicho, sza. Nie wszystko będę zdradzać (nawiasem mówiąc, świetny aktor z tego Kolesia). Jednak błogostanu osiągniętego po obejrzeniu poprzednich filmów już nie osiągniemy. Nikomu nie zrobi się lżej na sercu. Więc i oglądających będzie mniej, i krytyki więcej.

Dlaczego jednak reżyser, mając pewny — wydaje się — sposób na udany scenariusz, opuszcza krzepiący kokon, wyprowadzając z niego także swoich bohaterów i widzów?

Ano dlatego, że artysta — człowiek z definicji obdarzony szczególną wrażliwością i przenikliwością — sam decyduje, kiedy i o czym powinien mówić. Może pławić się w pięknoduchostwie, udowadniać, że otaczająca rzeczywistość go nie dotyczy. Ale może też inaczej. Jakimowski idzie pod prąd — nie bójmy się tego sformułowania — oficjalnej propagandy, głoszącej wszechotaczającą nas (u nas) wspaniałość.

Zmruż oczy? A może już pora je otworzyć? Może czas uruchomić wyobraźnię? Bo jest pewna granica, za którą żadne sztuczki nie pomogą.

Radość muzykowania czyli muzyczna uczta, albo Bach jedzony różnymi smyczkami

Posted in muzyka by hajton on 5 Maj 2018

Możliwość wysłuchania sześciu Koncertów Brandenburskich (powstałych na prośbę margrabiego brandenburskiego blisko trzysta lat temu) w trakcie jednego wieczoru nie zdarza się wcale często. Po gruntownym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że z podobnym przedsięwzięciem spotkałem się po raz… pierwszy. Na czym polega brawura tak zestawionego programu? Otóż Koncerty Brandenburskie wymagają najwyższych umiejętności wykonawczych i to od zróżnicowanego grona muzyków. Pojęcie wirtuoza powszechnie łączone jest z okresem romantyzmu, idealnym wcieleniem takiej postaci wydaje się Niccolò Paganini. Tymczasem postać instrumentalisty „popisującego się” swoimi umiejętnościami jest znana już we włoskim baroku (Vivaldi, Tartini, Locatelli, Geminiani). W przypadku Jana Sebastiana Bacha, oprócz karkołomnych niejednokrotnie partii instrumentalnych otrzymamy również muzykę najwyższej próby.

„Brandenbury”, choć stanowią cykl, nie są przeznaczone na identyczne składy wykonawcze. Trudno wyobrazić sobie orkiestrę — nawet barokową — zawierającą w podstawowym składzie instrumentarium niezbędne do wykonania wszystkich ogniw. We współczesnej orkiestrze zabraknie z kolei instrumentów ściśle powiązanych z epoką baroku, jak viole da gamba, skrzypce piccolo czy flety proste. Należy sądzić, że Bach komponował swoje koncerty pod kątem konkretnych instrumentalistów i ich konkretnych, niebagatelnych i nieprzeciętnych możliwości.

Główną zasadą porządkującą formę i fakturę Koncertów Brandenburskich pozostaje idea włoskiego concerto grosso, z wyodrębnioną grupą instrumentów solowych (concertino) i nieco większą grupą towarzyszącą (ripieno). W Koncercie I F-dur, concertino stanowią oboje, fagot i skrzypce piccolo. W II F-dur — flet, obój, skrzypce i trąbka. W IV G-dur — flety i skrzypce. W V D-dur — flet, skrzypce i klawesyn. Ale koncerty III G-dur i VI B-dur są skomponowane na bardziej zrównoważone grupy wykonawcze: VI — na smyczki (bez skrzypiec, za to z violami da gamba), a III — na trzy tria (skrzypce, altówki, wiolonczele), gdzie w ramach grup poszczególne glosy otrzymują jeszcze zadania solowe.

Muzyka „brandenburów” jest niczym uwolnienie żywiołów, niczym wiatry wezwane z czterech stron świata i zaproszone do nieustającej gonitwy (fugato), zabawy, mocowania się, imitowania i przedrzeźniania, do powiewów ramię w ramię, i zderzania się z orkaniczną siłą. Zefirek, sirocco, morska bryza i halny, tańczą i wycinają hołubce. To czysta energia, wyzwolona z atomu reakcja łańcuchowa. Encyklopedia stawania się. Siła sprawcza, rządząca raczej ziemią niż niebem, tak różna wobec mistycznych Adagiów z sonat solowych, i pasyjnych Arii, a tak wobec nich komplementarna.

Nie będę kusił się o indywidualne oceny muzyków, choć wspomnę, że wyczyny skrzypka, klawesynisty, waltornisty (który zamiast trąbki wykonywał arcytrudną partię w koncercie II) zapierały dech w piersiach. Zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż, oprócz wymienionych już instrumentów (i smyczków) ściśle barokowych, było sporo jak najbardziej współczesnych. Litera wykonawcza polegająca na rygorystycznym dostosowaniu się do instrumentarium i stylu epoki, ustąpiła tu naczelnej zasadzie niczym nie skrępowanego ducha muzyki. To nie znaczy, że wykonawcy nie posiedli historycznej wiedzy wykonawczej. Wręcz przeciwnie. Ale jest ona stosowana jako wzbogacanie, a nie zubażanie palety środków. Nad wszystkim dominuje radość grania, wynikająca z braku technicznych ograniczeń i zachwytu wykonywaną muzyką. Aby użyć porównania z dziedziny, w której ponoć jesteśmy ekspertami: nie ma znaczenia, jakim widelcem jemy, pod warunkiem, że jadło pierwsza klasa, do tego znakomicie przyrządzone i podane.

Muzycy rozmawiali ze sobą za pomocą dźwięków i  fraz, pomagając sobie spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Grali na stojąco, na siedząco, zamieniali się miejscami, przenosili pulpity (pierwszy skrzypek grał z pulpitu elektronicznego, w którym strony zmienia się dotykając przekaźnika stopą; trzeba sobie radzić, gdy ręce pełne roboty). To barokowe jam session — muzyka Bacha przy całej swej doskonałości i zakomponowaniu brzmi jak niekończąca się improwizacja — sprawiało muzykom niekłamaną radość. Aż wyczuwało się niecierpliwość, aby grać dalej, i jeszcze, aby dzielić się pięknem, energią i własnymi możliwościami, do tego we wspaniałej sali z żywiołowo reagującą publicznością.

Słowo o dyrygencie. Jego pełna muzycznej pasji osobowość (którą miałem okazję poznać przy pracy nad Oratorium na Boże Narodzenie), jego dogłębna wiedza i umiłowanie muzyki Bacha (nagranie Koncertów Brandenburskich z prowadzonym przez niego zespołem Musica Antiqua Köln do dziś stanowi dla wielu kanoniczny wzorzec) było dla tego wykonania dodatkowym motorem. Wyczuwalna służebność wykonawców wobec muzyki była prawdziwym pokazem antygwiazdorstwa, za to słuchacze zostali ukontentowani duchową ambrozją. Tak właśnie było owego wieczoru. Eksplozja muzyki na najwyższym poziomie, w podobnym wykonaniu. Ten koncert mógłby stać się ozdobą każdej sali koncertowej świata. Szczecińska publiczność doceniła to, nagradzając artystów niekończącą się owacją na stojąco.

 

Filharmonia Szczecińska, 20 kwietnia 2018

Jan Sebastian Bach — Koncerty Brandenburskie

Berliner Barock Solisten

Reinhard Goebel

 

 

Koncert

Posted in Uncategorized by hajton on 19 kwietnia 2018

Ignatz Waghalter, Philipp Scharwenka, Kurt Weill, Erwin Schulhoff. Z ręką na sercu, kto słyszał o tych kompozytorach? No, może coś o Weillu (Weill — Brecht — Opera za trzy grosze…) I jeszcze o Schulhoffie. Ale pozostali? Tabula rasa.

Na początek Kwartet Smyczkowy D-dur op.3 Waghaltera. Muzyka zakorzeniona w kameralistyce Schuberta, tej weselszej, pstrągowej raczej niż śmierciodziewczynnej. Dodatkowo złagodzona (jak u Mahlera) czymś słodkim, czesko-morawskim, co znajduje najpełniejszy obraz w pięknym nostalgicznym Allegretto, stanowiącym drugą część cyklu.

I Kwartet Smyczkowy d-moll op.117 Philippa Scharwenki również odwołuje się do tradycji romantycznej, choć w tym przypadku raczej do ciemniejszej, burzliwej kameralistyki Beethovena. Co wcale nie znaczy, że w utworze zabraknie żartobliwych fragmentów. W szybkich częściach kompozytor przeprowadza solidne fugata, dając dowód nie tylko muzycznej inwencji, ale i solidnego warsztatu.

Oba kwartety wykonane w pierwszej części koncertu to utwory znakomite; bez wahania nazywam je perłami kameralistyki.

Po przerwie zabrzmiał I Kwartet Smyczkowy op.8 Kurta Weilla. Kolejny to przykład, że twórców często pamięta się nie z tego (Mackie Majcher), z czego oni sami chcieliby dać się zapamiętać. Kwartet Weilla to utwór odkrywczy, eksperymentujący, bliższy drugiej szkole wiedeńskiej niż Operze za trzy grosze, szostakowiczowski w motoryce, zahaczający o polimetryczne doświadczenia Bartóka, ze znacząca nutą sonoryzmu i zauważalną, impresjonizmu.  A przecież piszę o tym nie po to, aby zarzucić muzyce wtórność, a raczej by słowem przybliżyć to na wskroś oryginalne dzieło.

Jednak prawdziwym objawieniem okazał się zagrany na koniec wieczoru Sekstet Smyczkowy op.45 Erwina Schulhoffa. W tym przypadku nie przychodzą mi do głowy żadne porównania, bowiem jest to muzyka osobna. Gniewna, niepogodzona, wytykająca światu jego niedoskonałość, uporczywa, niepokojąca, już to rozbuchana w paroksyzmie buntu, już to zamierająca w najbardziej intymnych dźwiękach wiolonczeli, jakby w przeczuciu tragicznego losu, który stanie się udziałem kompozytora. Po tym poruszającym finale, któryś ze słuchaczy nie wytrzymał i eksplodował powstrzymywanym przez dłuższy czas kichnięciem. Z jakże daleka powróciliśmy w komfortowe zacisze sali koncertowej.

Losy trzech spośród czterech kompozytorów wieczoru zostały nieodwracalnie i tragicznie napiętnowane w latach trzydziestych XX stulecia. W okresie faszyzmu i nazizmu, który ludziom, z racji ich przynależności do określonej grupy rasowej lub etnicznej, odbierał głos artystyczny, ale również ludzki. I prawo do egzystencji.

Waghalter, urodzony w Warszawie, studiujący i budujący karierę w Berlinie, wzięty kompozytor, wschodząca gwiazda dyrygentury, w 1934 roku musi opuścić nazistowskie Niemcy. Umiera w roku 1948 w Ameryce, w biedzie i zapomnieniu.

Kurt Weill wyjeżdża z Niemiec — z powodów podobnych co Waghalter — w roku 1933. Ostatecznie trafia do Nowego Jorku, stając się kompozytorem muzyki rewiowej. Jak inne były jego ambicje, można osądzić słuchając Kwartetu Smyczkowego.

Urodzony w Pradze Erwin Schulhoff, zostaje aresztowany po wkroczeniu hitlerowskich Niemiec do Czechosłowacji. Umiera w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Wülzburgu.

Czy sztuka obroni się sama? Oczywiście, nie. Skazana, jak ludzie, na niebyt, zapomnienie, ma jednak szansę zostać ponownie odkryta. I przemówić głosem swojego twórcy. Ale ludzi, na których nastaje złowieszcza siła, muszą bronić inni ludzie. W przeciwnym razie na nic nam sztuka, uczucia wyższe i rozwój cywilizacji. Po wiek wieków zostaniemy barbarzyńcami.

Wykonawcom koncertu należą się wielkie, poczwórne i poszóstne brawa!

 

Ocalić od zapomnienia

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 17 kwietnia 2018 roku

Royal String Quartet, Paweł Czarny, Bartosz Koziak

Jak grać?

Posted in muzyka by hajton on 12 kwietnia 2018

Wielu z nas dysponuje tak zwanym warsztatem wykonawczym. Wiemy jak wydobyć dźwięk nie raniąc uszu, znamy kilka jego odmian, potrafimy zagrać głośniej lub ciszej. Lewa ręka wie jak ustawiać palce, aby relacje interwałów granych razem lub oddzielnie były właściwe. Umie wibrować szybciej albo wolniej, lub nie ruszać się wcale. Może przebierać palcami szybko i w różnych kierunkach. Ale cały ten arsenał środków nie daje odpowiedzi na postawione w tytule pytanie.

Jak grać, wie najczęściej muzykalność. Zgromadzona w genach suma emocjonalnych uniesień naszych przodków. Uściślijmy, muzykalność wie jak zagrać, jak zaśpiewać natychmiast, bez przygotowania. Ale muzykalność jest jak kot, który instynktownie wspiął się na wysokie drzewo, lecz zejść już nie potrafi. Nie wie jak. Boi się.

Gdy stawiamy na pulpicie nowy utwór, w rzeczywistości mamy do czynienia z kartą kodów. Tam jest muzyka, ale czyjaś. Moją może się dopiero stać. Będziemy musieli użyć całego zasobu wiedzy, a często i to nie wystarczy. Owszem, możemy kopiować czyjeś wykonania, ale czyż genialni kopiści nie są nazywani fałszerzami sztuki?

Tak zaczyna się żmudna walka. Nawet dobrze znana melodia, pod naszymi palcami brzmi jakoś inaczej. Nie poznajemy jej, nie uznajemy za swoją. Czy legato w tym miejscu odnosi się do łukowania czy do charakteru? Czy artykulacja dotyczy jednej figury czy całego taktu? I skąd tu ta kropka?! A, to mucha… przepraszam. No, ale tu? Piano?! Kto mnie usłyszy?… Zaraz, zaraz, z jakiego wydania właściwie gram? No tak, koło urtextu nawet nie leżało… Ale urtext też nie rozwiewa wszystkich wątpliwości. Bo skąd ten łuczek, którego nikt nie przestrzega? A może to kompozytor się pomylił (tak zwyczajnie, po ludzku) a my dorabiamy teorie i piszemy na ten temat prace doktorskie? A w tym miejscu? Chciałoby się przedłużyć pierwszą szesnastkę. A może opóźnić kolejny takt? Ale czy ma to uzasadnienie muzyczne, czy wpadam w pospolity manieryzm, „żeby było ciekawiej”?

I jak te uparte korniki wgryzamy się w kolejne słoje muzycznego drzewa. I pół biedy, gdy pomyliwszy tunele powrócimy do punktu wyjścia. Bo zdarza się i na dobre utknąć w labiryncie. Ale któregoś dnia dostrzegamy w korze małe okienko, potem drzwi, a w końcu bramę. Wpadamy w nią tryumfalnie, uniesieni wichrem, ale wir szybko znudzi się nami. Porzuci nas. Gdyby chociaż ten muzyczny cwał zdarzył się na estradzie. Zazwyczaj dopada nas w czterech ścianach, w których za słuchaczy mamy muchy i pająki, choć i taką publikę należy uszanować. Czasem pies spojrzy na nas z zainteresowaniem, bo to on jest najczęstszym świadkiem naszych wzlotów i upadków. Gdy widzi, że kolejny się zbliża, wspaniałomyślnie zabiera nas na spacer. Pamiętajmy, pies jest najlepszym przyjacielem (nie tylko) skrzypka.

W orkiestrze teoretycznie wszystko powinno być prostsze, ponieważ dyrygent podpowie jak grać. W rzeczywistości sprawa jest trudniejsza, bo muzyka dociera do nas przefiltrowana podwójnie (dlatego wolę wyroby pierwszego tłoczenia). Miejsce dla naszej wizji jest bardzo ograniczone, ale przecież my ciągle chcemy grać swoją muzykę, a nie obu dżentelmenów pospołu. A tu i czasu mało, i problemów do rozwiązania tysiące…

Z wyżej wymienionych przyczyn nie mogę się zgodzić z tezą, że granie skomponowanej muzyki jest sztuką odtwórczą. Może (choć nie musi) być czymś znacznie więcej. A kiedy zdarzy się moment, w którym gra mi się tak dobrze, jakbym to nie ja grał, przychodzą mi do głowy słowa Italo Calvino: „Wszechświat będzie wyrażał siebie tak długo, aż ktoś wreszcie powie: „Ja czytam, zatem coś pisze”. A może: „Ja słucham, zatem coś gra”?

 

Gra planszowa

Posted in Uncategorized by hajton on 10 kwietnia 2018

Udział biorą minimum dwie osoby (jedna też wystarczy, pod warunkiem, że ma zdrowo rozdwojoną osobowość). Zawodnicy tradycyjnie nie witają się, najwyżej rzucają ukradkowe spojrzenia, ale żadnego ściskania dłoni, przybijania piątek. To niegodne poważnych graczy. A kto reguł nie przestrzega… może grać, ale od razu widać, że słaby zawodnik. Na wstępie próbujemy ustalić, kto zaczyna. Mówię „próbujemy”, bo zazwyczaj się to nie udaje. Nawet rzut bilonem uchodzi za fałszywą monetę. Już lepiej rzucać bidonem, ale to w innej dyscyplinie. Rzut młotem jest lubiany, ale zbyt szybko rozstrzyga partię. Jednak czymś rzucić trzeba. Rzucamy więc (niby od niechcenia) tekst rozgrzewający: „z powodów, których łaskawie nie wymienię, nie masz moralnego prawa zaczynać”. Oczywiście, nadziewamy się na kontrę: „grać p o tobie? raczej po moim trupie!”. Nie używamy epitetów ad personam („jesteś głupi”, „a ty mądry inaczej”). Nie, nie, nie! To jest gra godnościowa, a nie jakieś tam słowne utarczki. Gra zaczyna się więc przypadkiem (koniecznie czystym, żeby nie było, że gramy brudno). Ostatecznie zaczyna ten, kto bardziej trafił niż chybił („trafiłeś nieczysto, a ja chybiłem z klasą”, zabrzmi najpewniej). Zaczynający (słusznie czy niesłusznie) przesuwa pionek o dowolną ilość pól, powiedzmy cztery. Przeciwnik natychmiast przesuwa swój w to samo miejsce i zbija przeciwnika. Na żartobliwą uwagę, że to nie chińczyk, zbijający z satysfakcją oznajmia: „słusznie, to raczej grzybobranie!”, po czym wycina przeciwnika w pień. Dopiero kiedy grającym uda się opuścić strefę startową, zaczyna się prawdziwa rozgrywka. Z każdym ruchem plansza upodabnia się do pola szachowego, uzupełnionego o pole minowe. Stając na określonych polach należy robić miny odpowiadające szachowym figurom. Goniec (zasapanie), koń (dolna szczęka do przodu), wychodzą nam nieźle (skoczek też jest łatwy, wystarczy wybrać na czym lub z czego skaczemy (narty? trampolina?). Król i królowa, czy tam hetman, (duma i godność) to łatwizna, mamy to we krwi. Ale jak zmimifikować wieżę? A pion? Filuterne przekręcenie twarzy w poziom mało kogo dzisiaj śmieszy. Ten segment gry kończy się agresywnym patem, to znaczy przeciwnicy czują się już tak obrażeni, że wstają i patrzą na siebie groźnie, jednocześnie ciągle udając, że się nie widzą (nikt nie mówił, że będzie łatwo). Wyczerpani dotychczasową rozgrywką wzywamy posiłki. Może być pizza, albo chińczyk, a nie, chińczyk już był, i grzyby były… To może „nasze jadło online” czyli na linie. Zupa linowa (żeby tylko nie było kolejki) jest niezła, co chętnie potwierdzi każdy leszcz. Wraz z zupą przybywają biesiadnicy z karczmy, w której zamawialiśmy jedzenie. Bez namysłu dołączają do któregoś z grających. Rozgrzani zupą z lina (i herbatą z lipy) podskakujemy, zagrzewając swój zespół do walki. Na tym etapie dobrze jest podkreślić walory własne, i wyliczyć pobieżną choćby listę błędów i zaniechań przeciwników. W końcu ktoś tam gdzieś krzyknie retorycznie: „co to za palant!?” No właśnie, grać w palanta w mieszkaniu? Wybiegamy na zewnątrz. W palanta w czystej postaci grać nie będziemy, raczej w jego światową wersję, a co! Już tam ktoś zadzwonił po kolegów, już jadą z kijami. Roześmiani, uradowani biegniemy w kierunku placu zabaw. Dobrze wychowane dzieci zazwyczaj same odchodzą, gdy jednak któreś jest oporne, staramy się, aby zasiliło szeregi naszej drużyny (porzucone łopatki, grabki i foremki gromadzimy w kącie piaskownicy, mogą się potem przydać!)

Tutaj jednak muszę przerwać, bowiem forma naszej gry zmieniła się z planszowej w plenerową, względnie miejską. Aha, podobno kije bejsbolowe są zrobione z papier-mâché(?!) choć, dalibóg, nie wiem, co to jest.

333

Posted in muzyka by hajton on 28 marca 2018

Lata temu, gdy stawiałem pierwsze kroki na niwie muzycznej, rodzice uznali, że kompletna edukacja nie będzie możliwa bez instrumentu klawiszowego. W domu pojawiła się Legnica odkupiona od dalszej rodziny, w której zapał do muzycznej przygody zgasł równie prędko, jak się zatlił. Pojawiła się tym szybciej, że mój ojciec — marynarz słonych wód, ale także zamiłowany muzyk amator — oczami wyobraźni widział się już pewnie za klawiaturą. Pianino było prawie nowe, choć tu i ówdzie odłupany lakier wskazywał, że służyło nie zawsze do celów wyższych. W ślad za instrumentem pojawił się stroiciel, pan Mucha, którego szyję zdobiła piękna mucha (co świadczyło, że pan Mucha ma poczucie humoru). W trakcie procesu strojenia towarzyszyłem panu Musze, zafascynowany odkrytymi wnętrznościami pianina, oraz coraz doskonalej brzmiącymi interwałami. Pan Mucha, wyborny stroiciel o podzielnej uwadze, zadał mi w pewnej chwili pytanie o ulubionego kompozytora. Trochę tak, jakby spytać dziecko w sklepie z cukierkami, na którego ma największą ochotę. W pierwszym odruchu wskaże zielony, by po chwili żałować, że jednak nie wybrał czerwonego. „Mozart” — odpowiedziałem, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że czytałem właśnie książkę o Wolfgangu Amadeuszu, moją pierwszą książkę o prawdziwym muzyku. „A ja uważam, że nie ma nikogo ponad Jana Sebastiana Bacha” — oznajmił pan Mucha. Nazwisko było mi już znane, ale muzyka jeszcze nie. Wkrótce (na równomiernie nastrojonym pianinie) zacząłem ćwiczyć pierwsze miniatury Bacha, niezwykle dumny, że gram muzykę kompozytora, którego elegancki pan Mucha uznaje na najlepszego na świecie.

Potem były inwencje dwugłosowe, Koncert a-moll, który fakturalnie należy do łatwiejszych dzieł skrzypcowych Bacha, jakieś utwory chóralne słuchane na koncercie w Filharmonii. Pierwsze płyty, pierwsze zachwyty, ale jeszcze nierozumne, instynktowne dopiero, próbujące na swój sposób doścignąć zachwyt pana Muchy. Potem zaskoczenie — na którymś z konkursów Wieniawskiego — że Bach komponował niesamowite Adagia i Fugi na skrzypce, jakby zaprzeczając naturze instrumentu lub podnosząc go na inny wielogłosowy poziom. Choć w odróżnieniu od wirtuozowskich utworów (Wieniawskiego na przykład) nie trzeba się było w nich wdrapywać powyżej trzeciej pozycji, to odkrywały jakiś zupełnie niezwykły, nieporównywany z niczym zakres treści. Te utwory wcale zresztą nie mogły być łatwe, bo nie dość, że znalazły się w programie tak trudnego konkursu, to jeszcze wielu skrzypkom stawiały wyraźny opór. Wkrótce potem po raz pierwszy zetknąłem się z Pasją według św. Mateusza (którą lata później miałem wykonywać regularnie co rok, w Wielki Piątek). Od pierwszych dźwięków siedziałem wbity w fotel, i choć nie twierdzę, że pojąłem wówczas wszystkie arie i recytatywy, piękno finałowego chóru było tak oszałamiające, że po ostatnim dźwięku wróciłem pospiesznie do domu i na wspomnianej Legnicy próbowałem odtworzyć choćby niektóre akordy.

W średniej szkole sam zacząłem mierzyć się z Sonatami i Partitami. Mój Profesor rzucił mnie na głęboką wodę, w sam środek III Sonaty C-dur. „Jak to zagrasz, zagrasz wszystko”, powiedział. I miał rację, choć I Sonatę g-moll wykonałem po raz pierwszy dopiero w ubiegłym roku, już po odejściu Profesora… Ale to z Nim właśnie graliśmy kiedyś Koncert Podwójny d-moll na żywo w Polskim Radio, a potem zjeździliśmy z tym utworem chyba pół Polski.

Dojrzewałem do Bacha. Spokojnie, bez pośpiechu poznawałem jego muzykę i jej coraz bardziej kompletne oblicza. Sonaty, Suity, Kantaty, Pasje, Msze, Koncerty Brandenburskie, Preludia Chorałowe, Preludia i Fugi — kompendia wiedzy polifonicznej, Wariacje Goldbergowskie… Niektóre z nich grałem sam, innych słuchałem tylko, ale przy każdym dochodziłem i dochodzę do tego samego wniosku: Bach był jedynym kompozytorem, który nie skomponował ani jednej zbędnej nuty! Tak, panie stroicielu Mucho, miał pan rację!

Pod koniec XX wieku zaczęły docierać do nas nowe trendy wykonawcze muzyki dawnej. Przyjmowane początkowo z rezerwą, bez zachwytu, z ironią nawet, jak wszystko co nowe, co zmusza do porzucenia utartego sposobu myślenia i wygodnej nawigacji. Zgoda, w niektórych przypadkach za granie historycznie poinformowane brali się muzycy niedostatecznie poinformowani instrumentalnie. Jednak wkrótce pojawiły się rzesze instrumentalistów kształconych pod tym właśnie kątem. Interpretacje muzyki Bacha zyskały nowy kanon piękna. Ze starych malowideł zdjęto kilogramy patyny, wyłonił się obraz lżejszy, czytelniejszy, bliższy wrażliwości współczesnego człowieka. Gdy jednak słucham starych wykonań Pasji (różnice w czasie trwania między dawnymi, a nowymi nagraniami mogą iść w kwadranse), nie jestem pewien, czy i ten kanon kiedyś nie powróci… Bach był kompozytorem najdalszym od ortodoksji tempa i dynamiki. „Wolno, szybko, głośno, cicho” — to większość stosownych przezeń oznaczeń tempa i głośności. A przecież każdy ma swoje „wolno” odmienne „szybko”, zróżnicowane „głośno” i „cicho”. Tu objawia się jedna z największych tajemnic bachowskiej muzyki. Nie mówiąc o jakiś oczywistych usterkach wykonawczych, jej po protu nie można zepsuć, nie można jej zaszkodzić, nie sposób zniweczyć jej piękna i doskonałości. Mało tego, ta muzyka jest w jakiś sposób ponadinstrumentalna, ponieważ Bach, choć znał doskonale naturę wielu instrumentów, dawał priorytet samej idei muzyki ponad jej konkretne instrumentalne przeznaczenia.

Muzyka Bacha jest szczytem intelektu płynnie przechodzącym w szczyt artyzmu, a zarazem nieustanną improwizacją, próbującą zgłębić wszystkie warianty samej siebie. Jest rtęcią, tak ruchliwą, że nieuchwytną w żadnej trwałej formie, a zarazem zbiorem prazasad, niezmiennych i nieporuszonych w samej istocie.

Skąd ten wysłannik wyższego porządku pojawił się w niedoskonałym świecie ludzi? Był świadom swej roli, czy występował w charakterze narzędzia? A może był boskim przeoczeniem? Z pewnością był człowiekiem z krwi i kości. I to bardzo. Świadczy o tym jego życie, jego dwie żony, jego dwadzieścioro dzieci. Jego — pisane obok dzieł sławiących Boga — Kantaty świeckie, w tym ta o kawie (Ej, smaczniejsza kawa słodka od całusów jest tysiąca, od muszkatułowych win*). A piękno Pasji wg św. Mateusza, czy byłoby aż tak poruszające, gdyby nie było opowieścią o l u d z k i m cierpieniu?

Na pytanie: jakim i czyim cudownym zrządzeniem trzysta trzydzieści trzy lata temu JSB znalazł się na moment wśród nas, nie ma odpowiedzi. Pogódźmy się z tym. Można prześledzić jego rodowód, życiową drogę i dokonania. Ale tu nie odnajdziemy interesującego nas śladu. Ten przeskok z innego wymiaru musiał dokonać się w sposób niezrozumiały dla samego Bacha. Jego twórczość wieńczy Kunst der Fuge (Sztuka fugi). Fuga czyli ucieczka. Fuga czyli pogoń. Bach przez całe życie próbuje złapać to, co uciekające, co nieuchwytne. Próbuje odnaleźć… drogę powrotną. Nigdy nie rezygnuje. Walczy do samego końca. U schyłku życia, niewidomy, skupiony wyłącznie na poszukiwaniu ostatecznego sensu muzyki, korzysta z pomocy ucznia, który zapisuje jego ostatnie dźwięki. 28 lipca 1750 roku rękopis się urywa. Syn, Karol Filip Emanuel opatruje go dopiskiem: Podczas pracy nad tą fugą, gdzie nazwisko BACH zostało użyte w charakterze kontratematu, autor zmarł.

Strumień odnalazł drogę do Źródła.

 

 

 

tłumaczenie fragmentu Kantaty o kawie:  Krystyna Jackowska – Pociejowa, fragment pochodzi z książki Bohdana Pocieja: Jan Sebastian Bach i jego muzyka

Czas (z Niecodziennika)

Posted in Uncategorized by hajton on 26 marca 2018

Dlaczego lubimy czytać cudze wynurzenia? Po pierwsze, dotykamy codzienności i normalności. Po drugie jednak dostrzegamy, że pod niepozorem może kryć się myśl mądra, potężna, odkrywcza, krzepiąca. Obcowanie z myślą innego człowieka, wysublimowaną, tą, w której starał się przekazać najważniejsze przemyślenia, najistotniejsze cząstki siebie, może dać poczucie kompanii w chwilach samotności. Po co pisze się dzienniki? Aby nie być samemu. Teraz i kiedyś. Może nawet bardziej kiedyś. I aby dotrzymać towarzystwa komuś, kto będzie go potrzebował. To degraduje czas do roli pomocniczej, drugorzędnej. Przebywanie z ludźmi, między ludźmi, zawsze ma jakąś datę ważności. Kiedyś się kończy. Obecność myśli nie zna takich ograniczeń.

Czas. Relacja czasu. To mnie zajmuje. W pewnym wieku zaczyna się o czasie myśleć więcej, bo bardziej dostrzega się jego upływ. Coś, co było kiedyś prawie nieruchomą masą, staje się coraz bardziej rwącym strumykiem. Ale czy to nie dowodzi właśnie, że nie tylko nie oddalamy się od źródła, ale wręcz przeciwnie, zbliżamy do niego? Myśl zatrzymuje czas i utrwala go. W dziecku jest tylko dziecko. W człowieku dojrzałym jest i dziecko, i młodzieniec, i ten, którym się właśnie staje. Czas nie jest linearny. Jest sumą trwań. Co kiedykolwiek się wydarzyło, jest w cząstkach czasu zatrzymane na wieki. Linia życia jest niczym kreska symbolizująca upływ filmu na ekranie smartfona. Można ją przewijać w obu kierunkach. Trudno to udowodnić. Podobnie, jak kiełkującą, szaloną w rozmachu myśl, że nie tylko przeszłość, ale i przyszłość już się wydarzyła. Albo wydarza się ciągle na nowo. Gdyby to udowodnić, krąg czasu uznałbym za zamknięty.