Ludzie i zwierzęta

Oglądając filmy oraz seriale telewizyjne z minionych dekad natykam się niejednokrotnie na sceny z udziałem zwierząt. Bardzo różne sceny. Pominę tutaj te sielskie i sielankowe. Wspomnę o innych,  które każą mi przetrzeć oczy ze zdumienia. Przewijam odnośny fragment, aby obejrzeć go raz jeszcze i przekonać się, że nie uległem złudzeniu. Niestety, wzrok mnie nie mylił, choć bardzo chciałbym, aby było inaczej. Otóż na planie owych filmów zwierzęta są po prostu zabijane.

W jednej ze scen, autobus bezceremonialnie – choć w zgodzie ze scenariuszem – przejeżdża biegnące stadko gęsi (najwyraźniej wpuszczone lub zagnane prosto pod koła pędzącego pojazdu; zastanawiam się, ilu „dubli” trzeba było, aby usatysfakcjonować reżysera). W innej – samochód osobowy wjeżdża z całym impetem w wygrzewające się w letnim słońcu stadko gołębi. Kiedy indziej znów, gospodarz demonstrujący sprzeciw wobec władzy ludowej, seryjnie obcina głowy swemu (żywemu) inwentarzowi. Scena egzekucji barwnego koguta (w filmie jednego z uznanych reżyserów) nabiera przy tamtej masówce walorów nieomalże estetycznych.

Podobnych przypadków jest bez wątpienia dużo więcej. O szczególnie ekstremalnym jedynie czytałem: otóż „twórcy” pewnego „dzieła” polali benzyną i spalili na oczach kamer stado podhalańskich owiec.

Czy był to wynik niskiej wrażliwości społecznej, przekonanie, że upublicznione okrucieństwo przejdzie zupełnie bez echa? Mówimy o czasach, w których filmiki na Youtube nie rozchodziły się jeszcze z szybkością świetlną. Ba, nikt nie wiedział czym jest internet. Ktoś powie: „tam gdzie i życie ludzkie nie jest w najwyższej cenie, trudno przejmować się byle zwierzęciem”. Odwrócę ten tok myślenia. Tam gdzie normą jest przedmiotowe traktowanie zwierząt, trudno o dostatek wrażliwości wobec człowieka. Jak mantrę powtarzać będę: stosunek do zwierząt równa się stosunkowi do ludzi. To równanie określa naszą wspólną przyszłość.

Czy da się wykluczyć, że podobne obrazki miały wpływ na publiczną wrażliwość, a właściwie jej brak? Przecież wśród oglądających mógł się znaleźć niejeden kierowca, który doszedł do wniosku, że rozjechanie zabłąkanego psa, kota, jeża czy jakiegokolwiek innego czworonoga lub skrzydlaka (pod warunkiem, że nie uszkodzi karoserii) jest czynem z kategorii przejechania po kupce śmieci. A może nawet społecznie słusznym (odwieczny problem bezpańskich zwierząt; cywilizowane kraje próbują rozwiązać go za pomocą sterylizacji, a nie – mówiąc delikatnie – eutanazji).

Oczywiście; „twórca” może zasłonić się wyższą koniecznością: „wolnością artystycznej wypowiedzi” (nazwałbym to raczej wolnością artystycznego wypróżnienia). Może wzmocnić argumentację bełkocząc o „prawdzie emanującej z ekranu” (trzeba było kręcić dokument). Takie – i podobne – argumenty nietrudno rozbić w pył. Bowiem dlaczego – w imię tej samej prawdy – nie zabija się na planie ludzi?

„Nie czepiajmy się” – już słyszę. „Przecież zwierzęta giną tak czy inaczej: w rzeźniach, na drogach, z konieczności lub z kaprysu. To tylko dokumentowanie rzeczywistości.”

Podobnie jest z ludźmi – odpowiem. Tracą życie bezustannie i w najróżniejszych okolicznościach, a jednak żaden z filmowców nie wpadł na pomysł zainscenizowania, na przykład, autentycznego wypadku samochodowego.

Z prostej przyczyny: życie ludzkie chronione jest prawem. Ze zwierzętami jest nieco inaczej.

„Ale po co ta mowa?” – słyszę znowu. „Przecież wiadomo, że już od dawna na planie filmowym nie dzieje się im krzywda. Mało tego; czołówki lub/i napisy końcowe podkreślają, że żadne z nich nie ucierpiało w trakcie kręcenia obrazu.”

A dlaczego? – zapytam. Bo na podobne „artystyczne” eksperymenty publiczność nie chciała patrzeć. Odrzuciła je, jako dowód barbarzyństwa, a nie sztuki. Skonfrontowana z niewygodnym obrazem czuła się nieswojo. Nie chciała mieć w nim swego – choćby tylko biernego – udziału.

Z filmem dokumentalnym rzecz ma się inaczej. Oglądanie go jest świadomym wyborem; ryzykujemy, że dopadną nas obrazy niepokojące, na co dzień skrywane. Sam noszę pod powiekami kilka scen, których nie potrafię się pozbyć.

W trakcie poszukiwania w internecie recenzji z pewnego koncertu, natknąłem się – tuż obok niej – na słowną i filmową relację z miejskiej rzeźni. Reporter donosił, jak to koniowi gnanemu panicznym strachem, uwięzło między deskami rampy jedno z tylnych kopyt. Jak problem rozwiązał pracownik rzeźni? Wielkim tasakiem przypominającym maczetę, odciął uwięzioną nogę w pęcinie. Nie będę tego komentował, ograniczając się jedynie do wyrażenia nadziei, że ręka tego człowieka nie uschła; że zdążył nią potem wyrządzić wiele dobra.

„No, rzeczywiście! Nie dość że konia, to jeszcze tak! Jak można!?” – słyszę głosy pełne oburzenia. „Przecież to takie piękne, szlachetne, „nasze” zwierzę! Co innego krowa albo świnia. Żyją po to, aby rozpuścić się w czeluściach naszych układów pokarmowych. Przecież one nic nie odczuwają! Są genetycznie zaprogramowane na dawanie gardeł w ubojniach.”

Czy na pewno? Odważnym polecam beznamiętny zapis egzekucji, w filmie pod tytułem „Chleb powszedni”. Po jego obejrzeniu, odpowiedź na pytania: wiedzą czy nie wiedzą? boją się czy się nie boją? – będzie wyjątkowo klarowna.

I znowu słyszę głosy: „Przestańcie już o tych zwierzętach, kundlach, świniach i innych gadach! Mało to wokół ludzkiego cierpienia?” (nawiasem mówiąc, czym różni się cierpienie ludzkie od zwierzęcego?). „Świat jest tak urządzony i koniec! Nie da się tego zmienić!”

Mała poprawka. Świat jest tak urządzony przez człowieka. I tylko człowiek może urządzić go lepiej. Miarą rozwoju społeczeństw jest – a przynajmniej powinien być – stosunek wobec słabszych; czy naprawdę trzeba dowodzić, że ten kto podniesie rękę na zwierzę, nie zawaha się uderzyć człowieka? I odwrotnie; empatia wobec braci mniejszych owocuje radykalną poprawą stosunków społecznych i więzi międzyludzkich.

Nie zgadzam się z tezą, że można być okrutnym wobec zwierząt, miłując zarazem ludzi. Empatia nie zna granic gatunkowych, a miłość w nich zamknięta oparta jest na kruchych podstawach. Dziecko wychowane w szacunku do zwierząt, przeniesie go w dorosłym życiu na ludzi. Do czego zdolny będzie w przyszłości kilkulatek, rzucający ku uciesze swego starszego brata kotem o ścianę? Wolałbym nie zgadywać.

Jeśli ktoś nie zawaha się przywiązać psa sznurem do samochodu i włóczyć go za sobą tak długo, aż nieszczęśnikowi urwie głowę, to jestem przekonany, że zrobi to samo z człowiekiem. Jeśli tylko znajdzie okazję i wystarczające tłumaczenie. Najlepiej wychodzi nam rozgrzeszanie samych siebie. Tacy z nas kapłani codzienności.

Trudno zachować obojętność wobec dochodzących z różnych stron sygnałów o okrucieństwie wobec zwierząt, czy choćby bezdusznym ich traktowaniu. Przekonanie, że człowiek i społeczeństwo podlegają nieustannej ewolucji chwieje się w posadach. Aby nie tracić wiary, spójrzmy na to w ten sposób: niewolnictwo, feudalizm, rasizm były kiedyś zjawiskami powszechnie akceptowanymi; ba, stanowiły wręcz miarę struktury społecznej (czymże innym jak nie rasizmem gatunkowym jest nasz stosunek wobec zwierząt?). Dzisiaj jest inaczej, co wcale nie oznacza, że zniknęły wszystkie ich przejawy.

Oto jest dowód, że mówienie o problemach, publiczne ich naświetlanie, walka o prawa gwarantujące godność tym, którym kiedyś jej odmawiano, przynosi efekty. Dlatego warte uwagi i szacunku są wszystkie inicjatywy – i stojący za nimi ludzie – którzy mają odwagę głosić prawdy niepopularne; narażając się na obcowanie z okrucieństwem usiłują temu okrucieństwu zapobiec.

Ale w upublicznianiu ludzkiego bestialstwa należy zachować umiar; nie można przekroczyć granicy, za którą tępi się wrażliwość, a pozostaje już tylko zobojętnienie. Podobnie jak nie warto trwać w przekonaniu, że złu da się przeciwdziałać jedynie poprzez wciśnięcie ikonki „lubię to” (bo właściwie co lubię?!).

Niestety; niczego nie rozwiąże najświętsze nawet oburzenie. Ani mowa nienawiści, której cechą jest eskalowanie różnic i zmniejszanie pola kompromisu. Bardziej perspektywiczne wydaje się myślenie w kategoriach nieustannego udoskonalania prawa, oraz zadośćuczynienia. Ostatecznie, ktoś brudzi, a ktoś inny sprząta. Każde okrucieństwo wobec jednego zwierzęcia, można choć częściowo zrównoważyć aktem miłosierdzia wobec innego.

Marzy mi się ruch/stowarzyszenie, które w sposób wyważony, ale stanowczy i skuteczny – reprezentowałby prawa tych, którzy nie potrafią przemówić we własnym imieniu.

Przeciwwaga.

Wyobrażam sobie… huśtawkę, nieruchomą, zdecydowanie przechyloną na jedną z szal. Widzę, jak coraz więcej chętnych wdrapuje się na jej drugi koniec. Kiedyś, pewnego dnia, przeciążona strona oderwie się od ziemi.

To, co powiem teraz, wśród wielu wzbudzi śmiech i niedowierzanie, ale mimo to nie zawaham się. Otóż w izbach ustawodawczych powinno znaleźć się zagwarantowane miejsce dla grup występujących w imieniu zwierząt. Wszak ich jedyną „winą” jest, że przeciwko rywalowi tak potężnemu jak człowiek, nie potrafią zorganizować się w grupy. Ani w żaden inny sposób upomnieć się o swoje prawa. Taka paralela budzi naprawdę niepokojące skojarzenia.

Na co dzień mamy do czynienia z wszechpanującą i wszechrozpowszechnianą obłudą. Całkowitym oddzieleniem produktu końcowego od jego źródła (Krzysztof Forkasiewicz - Zerwane więzi – VEGE 3/2012). Kto – w elegancko zapakowanych kawałkach mięsa, bajecznie eksponowanych produktach mlecznych czy kolorowych jajkach (idzie Wielkanoc!) rozpozna strzępy i udrękę żywych – niegdyś – stworzeń? Dlaczego nie mówi się, że koncerny reklamujące swoje produkty za pomocą słodkich i wzruszających symboli, opierają swą potęgę na krwi i cierpieniu żywych istot? Szczytem hipokryzji są tu ciężarówki przewożące „półprodukt” do rzeźni, a udekorowane podobiznami wesołych, uśmiechniętych, radosnych świnek, baranów czy innych zwierząt hodowlanych. Zakładając realistycznie, że na tym etapie rozwoju ludzkości nie da się wyeliminować ich zabijania, pytanie brzmi następująco: ile z nich zabija się niepotrzebnie? A ile z nich niepotrzebnie cierpi?

Dziwi mnie, że telewizja – czy to publiczna, czy komercyjna – nie oddaje nawet godziny czasu antenowego ludziom, dla których dobro zwierząt jest wartością elementarną.

Takie pośrednie – poprzez brak wskazania alternatywy – wmawianie dzieciom, że zabijanie należy do porządku świata, to polityka mało perspektywiczna. Czy ostatecznie nie padamy więc ofiarą wszechpotężnych lobby spożywczych, tych koncernów-gigantów, które narzucają nam swoją – zafałszowaną – wizję świata, w żaden zresztą sposób nie przyczyniając się do rozwiązania problemu wszechświatowego głodu?

„Pewne procesy nie zachodzą równolegle” – powie niejeden. „Należy zachować właściwą hierarchię wartości”.

Dobrze, odpowiem.

Mimo wszystkich przeciwności i klęsk dotykających rodzaj ludzki, co kilkanaście lat przybywa nas o miliard. W tym samym czasie, codziennie z powierzchni Ziemi znika – lekko licząc – kilkadziesiąt gatunków zwierząt, zaś kolejne tyle trafia na listę zagrożonych wyginięciem. Zwierzętom hodowlanym oferuje się jedynie krótki, pełen cierpienia byt, zakończony w rzeźni. Więc teraz ja pytam: czy o taką hierarchię nam chodzi?

Gdy niewielki promil ludzkości pławi się w delikatesach, zajadając przysmaki w rodzaju foie gras (pasztet z otłuszczonych wątróbek gęsi i kaczek; czy widzieliście jak się go „produkuje”?), jej potężny procent przymiera głodem. Czy wobec tego trudno wyobrazić sobie dzień, w której głodujący dojdą do wniosku, że najlepiej byłoby zjeść sytych? Razem z ich otłuszczonymi wątrobami. Czy kanibalizm gatunkowy aż tak bardzo różni się od międzygatunkowego?

Jeśli taka wizja przyszłości mimo wszystko nas nie satysfakcjonuje, to może warto raz jeszcze przyjrzeć się fundamentom, na których ją stawiamy?

Człowiekowi należy się wybór. I nikt rozsądny nie będzie negował najdemokratyczniejszego ze wszystkich praw. Do podjęcia wyboru potrzebna są jednak dane. I dlatego krzewienie etyki i empatii, przez rodzinę, szkołę – o instytucjach ze swej natury do tego powołanych już nie mówiąc (I choćbym miał dar prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym – św. Paweł, I list do Koryntian 13,2) – powinno stać się wymogiem chwili, a w dalszej kolejności – normą. Elementarzem człowieczeństwa.

Wracając do punktu wyjścia; filmy o których wspomniałem powinny zostać uzupełnione specjalną planszą, głoszącą że przy produkcji „dzieła” ucierpiały zwierzęta. Jedynym powodem ich niepotrzebnej śmierci była ludzka pycha i arogancja.

Ta pycha i arogancja, która – koniec końców – zawsze obraca się przeciw człowiekowi.

Rozmowa

– Uff… Jakoś dotrwaliśmy.                              – Ale łatwo nie było. Jak nie łapanka w gromadzie, to znów dowcipniś, który nadziewanie nas na haki i wyjmowanie z wody – że miłosiernie pominę dalszą część atrakcji – nazywa sportem…

– A my z kolei… Uśmiałam się… Ponoć stałyśmy się drogie. Niestety, jak się domyślasz, nie w sensie emocjonalnym…

– Krótko mówiąc, przesłanek do odezwania się w dalszym ciągu brak…

– Sam wiesz, że możemy przemówić tylko do dwunożnych–a–nie–skrzydlatych, o nieskazitelnie czystych sercach.

– Ten punkt wydaje mi się lekko przesadzony. W końcu my też mamy swoje grzeszki…

– Prawda. Ale załóżmy kilka domniemanych typów reakcji. Na przykład, słuchający wpada w przerażenie, że trzepie go delirium. Jak z nim walczy? Za wszelką cenę usiłuje pozbyć się zwidów. Efekt?

– Dla niego wątpliwy, dla nas niebezpieczny.

– No właśnie… 

– Inni znów będą doszukiwać się spisku określonych sił. Albo ekomanipulacji…

– Czasami odnoszę wrażenie, że ci, którzy skłonni byliby wysłuchać, rozumieją nas bez słów. Bowiem: komu spojrzenie nie wystarczy, tego i słowo nie przekona… – rzekł pewien dwunożny-a-nie-skrzydlaty.

Oj, nie udawaj. Sama to wymyśliłaś…

– Tobie się przyznam. Nikt inny i tak mi nie uwierzy… – zaambarasowana rozmówczyni przeżuła kilka ździebełek.

– Kiedyś mówili: dzieci i ryby głosu nie mają. Teraz pozostały same ryby…

– Pozornie; dwunożni–a–nie–skrzydlaci nie nauczyli się jeszcze szanować samych siebie. O nas nie wspominając. A do właściwego przyjęcia dobrej nowiny potrzebna jest dojrzałość.

– Na szczęście, nowina – choć nieujawniona – istnieje. Niech więc dojrzewają w spokoju…

– A czy sądzisz, że kiedyś będą naprawdę gotowi?

– No… nie wiem. Pewne jaskółki widać…

– Właśnie! Wiesz, jak to było naprawdę? Któregoś dnia, mieszkańcy wioski dostrzegli jaskółkę. Wiosna, wiosna! – zakrzyknęli radośnie. Ale ptak był w podłym humorze, bo okazało się, że przybył za wcześnie. Padał śnieg i wiał lodowaty wiatr. W tej wściekłości jaskółka pogwałciła wszelkie towarzyszące od wieków ograniczenia.

– Ja jedna wiosny wam nie uczynię! – zawołała piskliwie, zostawiając miejscowych z otwartymi buziami.

– O tak, nasze słowa wielką posiadają moc. Raz wymówione, wzbogacają mądrość dwunożnych–a–nie–skrzydlatych… 

– No cóż, miło się rozmawia, ale na mnie już pora. Czas przybić płetwę z ocalałymi.

– A ja biegnę do swoich podzielić się siankiem.

– I pamiętaj: nabieramy wody w usta…

Gdy rozmówca machnął ogonem, rozmówczyni zanurzyła pysk w zimnej wodzie.

Żaden niepokój nie mącił cichej, świętej nocy.

Tylko po powierzchni jeziora rozchodziły się kręgi.

Więcej dziwnych zwierząt

Wakacyjne podróżowanie zaowocowało odkryciem kolejnych gatunków.

Gąsiniec, inaczej gąska stunożna – ptakowad, który byłby całkiem sympatyczny, gdyby nie ten – zakodowany w nazwie – trupi kolor.

Kosmar – kos marynarski, charakteryzuje się białym upierzeniem i wyjątkową szpetotą, powodującą koszmary u tych, którzy go widzieli.

Mormoran – ptak żyjący w odosobnionych stadach.

Musztardówka połowiczna (sarepiak) – niewielki konglocyt, wydzielający połową ciała (przeważnie lewą) trudną do pomylenia woń musztardy sarepskiej

Ultragmatyk podgwizdły – suma sensów zawartych w nazwie wyklucza ich jednoznaczną syntezę; czego by o nim nie pomyśleć, będzie to prawda, oczywiście z wyjątkiem skojarzeń jednoznacznie fałszywych.

Prabuk szczurzamordka – zwierzę osiągające imponujące rozmiary; nietrudno pomylić je z wielowiekowym bukiem; pomyłkę może wykluczyć jedynie dostrzeżenie malutkiej szczurzej mordki, co jednak - zwłaszcza w przypadku osobników dorosłych – jest zadaniem arcytrudnym; tak właśnie powstała skrajna teza, jakoby Buk – Drzewo w ogóle nie istniał, gdyż wszystko, co do tej pory zań uchodziło, może być Kryptoprabukiem Szczurząmordką.

Ekscerencja wieloniciana – stara cera, której porwane końce zaczynają wić się niczym robaczki, po czym wybijają się na samodzielność.

Ustrzelka hydrauliczna (strzykwa rurowa) – to nie ona jest celem polowania; mieszka w wodociągowych kolankach, złączkach i przelotkach, by w nieoczekiwanym momencie wychylić się i strzyknąć w rozdziawione ze zdumienia usta majstra toksycznym płynem, powodującym gwałtowne spowolnienie ruchów, zanik motywacji do pracy oraz całkowity brak wyobraźni przestrzennej.

Dziwne zwierzęta

Rzekomiak jakobyn – tajemniczy gruntak z gatunku posybylaków, którego istnienia do tej pory nie potwierdzono

Mróskawka ośmiołapa – owad żerujący na plantacjach truskawki, do złudzenia ją przypominający, poruszający się charakterystycznym baletowym krokiem na szypułkowatych nibynóżkach

Dudek wystrychacz – nareszcie odnalazł się bohater znanego powiedzenia

Robotniczek niemrawy – rodzaj chrząszcza, w trakcie pracy często popadający w pustolice zamyślenia

Żwawka wskoczno-zeskoczna – niewielki rudymundek (torbacz) potrafiący w ciągu minuty wykonać nawet do czterystu wskoków i zeskoków

Sowa oknoidalna – ptak przybierający w momentach zagrożenia formy najróżniejszych okien (uwaga: nie dachowych uchylnych, ze względu na niewygodny kąt udawania, a w konsekwencji – padania)

Długobrod przeciwny – bardzo uparty, krnąbrny wręcz czerempułek, sprzeciwiający się dosłownie wszyskim i wszystkiemu; wyrazem buntu jest szybko rosnąca broda, w związku z czym dorosłego osobnika jest bardzo trudno dostrzec w zwojach owłosienia

Dróbella gładkoczesna – kurak o charakterystycznej heavymetalowej fryzurze, z przedziałkiem pośrodku

Balanek jajoklutny – niezwykły wełniak, wykluwający się z jaja